Promień/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Promień
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Data wydania 1930
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III

Wprost z hotelu «Imperial» udał się na ulicę Frontową. W drodze obejmował marzeniami lata przeżyte z Koszczyckim, — ową izbę niezapomnianą, gdzie się z Warszawą rozstał. Gdy przychodził do refleksyi, że za niedługą chwilę ma zobaczyć twarz człowieka z tamtych czasów, twarz samego Koszczyckiego, głębokie drżenie wstrząsało jego sercem. W ulicach snuły się gromady ludzi bogatych i biednych. Wszyscy mieli oblicza rozjaśnione, niektórzy bardzo wesołe, a trafiali się i może cośkolwieczek nadto figlarnie uśmiechnięci. Wiatr przycichł, deszcz ustał i ciepła, rozmarzająca, senna wiosenka błąkała się między murami.
Na ulicy Frontowej Raduski już zdala spostrzegł szyld: Józef Koszczycki, adwokat przysięgły. W sieni widać było drzwi z tym samym napisem, a obok drut zardzewiały i drewnianą rączkę dzwonka. Przed progiem leżała słomianka zdeptana, jak niedola i czarna od błota.
Raduski maszerował wielokrotnie, chwytał rączkę dzwonka, lecz za każdym razem cofał się i puszczał w defiladę po ulicy, nie mogąc wydobyć ze siebie odwagi. Bezpośrednich, towarzyskich, przyjaznych stosunków z ludźmi nie miał tak bardzo dawno, że rozpanoszyła się w jego naturze zupełna dzikość, jakiś lęk wewnętrzny wobec spojrzeń i pytań, chociażby i bardzo życzliwych. Z drugiej strony, w samotności, nie zamąconej latami przez nikogo i nic — myśli, wyobrażenia, uczucia i odruchowe afekty zrosły się w całość tak zwartą, jednolitą, tak silnie indywidualną, że właściwie nie znosiła obecności, oraz przejawów cudzych uczuć i myśli. Nad tem wszystkiem zresztą panowało nieokreślone wzruszenie, trwoga przysercowa, tłumiąca decyzyę.
Po długotrwałych marszach i kontrmarszach w pewnej okolicy trotuaru, po wyczerpaniu wszelkich momentów i kresów, naznaczonych samemu sobie, targnął wreszcie rączkę dzwonka. Cienki głosik przebrzmiał w głębi mieszkania i nikogo, widać, nie przywołał. Gdy upłynęła długa chwila czasu, Raduski zadzwonił śmielej i głośniej. Dało się słyszeć głuche stąpanie kroków, zgrzyt klucza i drzwi otworzono.
— Pan Koszczycki jest u siebie? — spytał młodej dziewczyny w lejbiku, która patrzyła na niego wytrzeszczonemi oczyma.
— Ajno, jest.
— Można się widzieć?
— Można.
Zrzucił okrycie, minął długi, wąski mroczny korytarz i wszedł do salonu. Był to wielki pokój o trzech oknach. Firanki ze ślicznie wyhaftowanym monogramem J. K., bramowane wspaniałym pluszem, zasłaniały szyby, puszczając na salon światło przyćmione. W środku siarczyście woskowanej posadzki leżał ogromny dywan i stały banalnie wykwintne meble. Stół przykryty kapą dźwigał albumy z fotografiami i lampę z pięknym kloszem. W rogach kryły się mniejsze kanapy, fotele i stoliki. Wprost okien wisiała paskudna kopia z jakiegoś ucznia Guérina, czy Poussin’a, malowidło do cna zczerniałe, z jedynie widzialną czerwoną łydką kobiecą i podpiętą grecką tuniką.
Raduski zatrzymał się przy pierwszem oknie i patrzał w sadek tuż leżący. Ziemia okryta jeszcze była suchymi liśćmi, ułamkami gałązek przez wiatr strąconych, ale już ktoś jedną rabatę rydlem był skopał. Dalej ciągnęła się wąska uliczka między grubymi pniami drzew, pełna rzadkiego błota, w którem pławiły się jeszcze rozmiękłe szczątki lodu.
Drzwi sąsiednie cicho skrzypnęły i ukazał się w nich mężczyzna blisko czterdziestoletni, wysoki, kościsty i zawiędły. Czarne włosy nad jego czołem były już przerzedzone, w ciemnej, spiczasto przyciętej brodzie plątały się gęsto białe nitki. Oczy przeszywające i jak brylanty migotliwe bystro patrzały z pod brwi zsuniętych, pięknych, prostych, jak dwie linie.
— Raduski... — rzekł pan Jan, nie ruszając się z miejsca.
— Co ja widzę? Jaś! — krzyknął Koszczycki, roztwierając ramiona. — Chłopie kochany, jak się masz! Objął go mocno i ucałował. Po chwili wziął go za ręce i wstrząsnąwszy je raz koło razu, mówił:
— Jak mi Bóg miły! To ta małpa... Właśnie kilka dni temu ktoś mi się pytał o ciebie... Zaraz... czekaj że... któż mi się to pytał o ciebie? Nie mogłem nic powiedzieć, bom i nie wiedział ani tyle. I cóż u ciebie słychać?
— A no, wracam.
— Prawda, prawda...
Cień zasępił twarz Koszczyckiego i jakby zimnem tchnął na obydwu. Przeszli do sąsiedniego gabinetu, który pełnił obowiązki kancelaryi adwokackiej. Był to pokój niewielki, ciemny. Proste biurko, dźwigające pliki papierów, stało przy ścianie. Dokoła wyciągała się długa, czarna ława. W szafie bez szyb leżały i stały książki, przykryte dość grubą opończą pyłu.
Koszczycki siadł w drewnianym fotelu przed biurkiem, gość na krześle wyściełanem. Zajrzeli sobie w oczy jeszcze raz, uśmiechnęli się do siebie... Ani jeden, ani drugi nie mógł sformułować zdania, któreby teraz pasowało. Sam tylko wzrok przybysza cieszył się widokiem kamrata z lat dziecięcych, obejmował to samo piękne czoło, wydatny, chrząstkowaty nos, ściśnięte usta i śmiałe, płomienne źrenice...
— Myślisz osiąść tutaj, w Łżawcu? — spytał wreszcie Koszczycki.
— A tak.
— Chcesz zapewne szukać jakiego zajęcia?
— Rozumie się, coś będę majstrował.
Mówiąc te słowa, Raduski patrzał w oczy kolegi z usiłowaniem odnalezienia w nich wyrazu przyjaźni z chwili powitania. Nie było go tam już, a raczej był schowany w prędkich, dziwnych błyskach.
— Jeżeli ci mam wyznać szczerze, to żałuj, żeś obrał na mieszkanie tę dziurę. Trza było niezwłocznie do Warszawy. Tu we wszystkich sferach, które ja znam, takie stosunki, że prawdziwie, z ręką na sercu, radziłbym ci wcale nie próbować. O posadę, chociażby tylą, trudno tak, że to przechodzi ludzkie wyobrażenie!
— Ja miejsca płatnego na razie nie będę szukał... — rzekł Jan. — Mam pewien fundusz, który mi pozwoli żyć tak. Właściwie zaś, myślę o jednem przedsiębiorstwie w Łżawcu...
Koszczycki oglądał swe paznogcie i milczał. Gdy podniósł oczy, Jan uczuł w sercu nieprzewidziany smutek, prawie taki sam, jak wówczas, gdy za miastem otrzymał uderzenie pałą.
— O, jeżeli masz jakiś fundusz, to tu interesa robić można... — rzekł adwokat. — Zależy, rzecz prosta, od wysokości kapitału. A ty na czemżeś, brachu, pieniądze zrobił?
— Nie zrobiłem, niestety, tylko dostałem w spuściźnie po stryju, który, może pamiętasz, gdym był w sztubie, raz mi przysyłał trzyrublówkę na miesiąc, to ją znowu za rozmaite przewinienia konfiskował. Kiedy poszedłem do uniwersytetu, ujrzał we mnie tyle win, że mnie znać nie chciał, później wyklął i wydziedziczył, a koniec końców, umierając przed trzema laty, zapisał mi całe swe dobro.
— No, a dużo tego? — zapytał ciekawie Koszczycki.
— Po sprzedaniu gruntów, rudery, gratów et caetera okazało się jakieś z górą dwadzieścia tysięcy rubli.
— E... bracie! Z takim pieniąchem to tu możesz zacząć, jaką chcesz sztukę i dorobić się... Ja w tem! Uważasz? Ja w tem! Ale... ale... chodźże, przedstawię cię żonie.
Żywo porwał się z krzesła i ciągnął gościa do wspaniałej sali. Na chwilę znikł w drzwiach sąsiedniej komnaty i wyprowadził stamtąd żonę swoją, młodą, ładną, tłustą blondynę. Była w stanie odmiennym i to ją żenowało w chwili, gdy mąż przedstawiał jej Raduskiego. Zamieniła też z tym ostatnim kilka ledwie grzecznych frazesów i pod pretekstem przyrządzenia jakiegoś barszczu wielkanocnego wysunęła się z salonu.
— Nim się podzielimy święconem jajkiem, braciszku drogi, musisz mi wygadać o sobie wszystko — od a do z — mówił Koszczycki w tonie wielce przychylnym.
— Moje życie nie jest wcale ciekawe, nie interesujące. Całą historyę można zawrzeć w trzech, czterech zdaniach, ale tyś mi winien opis twego życia. Idzie ci, chwała Bogu, dobrze?...
— Nie mogę powiedzieć, — idzie nieźle... — rzekł Koszczycki, wjeżdżając na tor właściwy teraz dopiero. — Ożeniłem się... — mówił z nieporównaną swadą ludzi, którzy kochają się w malowaniu dziejów ich żywota bez względu na to, czy one choćby w części są tak bogate i godne przytaczania, jak życie tych, którym je prezentują. — Ożeniłem się, uważasz, pięć lat temu, wziąłem za magnifiką kilka tysięcy papierów, urządziłem budę. Oto jest główna sprawa. Dziś braciszku, mam w Łżawcu tak zwaną śmierdzącą klientelę: żydów, chłopów, łapserdaków, ale za to... prawie wszystkich.
— Patrzajże!
— No, tak. Zgarnąłem z przed nosa starym ananasom, palestrze osiwiałej i ołysiałej między tymi murami — wszystko, co się dało. Kiedym tu przyjechał i, po dwu latach dependowania u boku jednego augura, porwał się na otwarcie własnej kancelaryjki za pięćset rubli Mośka Jupitera, — oni mi włazili za pazurki... Hoho... nie masz wyobrażenia, com ja z nimi przeszedł! We łbie mi siedziały idee żakowskie, skrupuły, przeszkody, względy, sympatye i antypatye. To też miałem na kupie kilkadziesiąt rubli dochodu rocznego. Wlazłem w długi po kostki. Rozpacz mi się łba czepiała... Ale Bóg strzegł. Na dependzie i przez czas własnej praktyki zbadałem dostatecznie palestrantów i oświeciłem się cokolwieczek. Zacząłem ja, uważasz, inaczej rzecz prowadzić. Postanowiłem zrobić dwa kroki naprzód, a mianowicie: sypnąć od razu groszem między agentów — to raz, — a drugie — brać sprawy, jakie tylko są na placu. Dictumfactum. Wtedy właśnie trafiła mi się dosyć śliska historyjka kryminalna. Pewien żydek miał nieszczęście przyspieszyć zbyt wyraźnie zgon swego wspólnika... Głośna heca... możeś nawet słyszał. Dowody były bardzo, bardzo skaczące do ślepiów. Przylazła do mnie żona tego Dreihafta, zaczęła molestować... Wziąłem ja tę sprawę. Wpatrywałem się w nią uważnie, ze wszystkich boków — i jakiem ci, braciszku, wyrżnął mowę w okręgowym, tak tego bestyę całkiem uwolniono. Absolutnie uwolniono! Od tej pory drzwi się nie zamykają...
Raduski siedział uśmiechnięty, od niechcenia rysując palcem zagadkowe litery w cienkim pyle na powierzchni stołu.
— Prawdziwie... Ale to wpadłeś na doskonałą myśl zdobycia klienteli... — rzekł zcicha. — Dużo też rocznie zarabiasz?
— Zarabiać zarabiam tak... po trzy, cztery do pięciu..
— Tysięcy?
— No, przecie nie kopiejek.
— Bagatela.
— Widziałeś pod banhofem duże chałupsko na ukończeniu, ceglane, dwupiętrowe? To moje, uważasz pan... Tobiebym nie radził w tem gmerać. Ambarasu po dziury w nosie, a procent będziesz z tego miał licho wie kiedy...
— Ale rozumie się! No a cóż na to wszystko palestra, osiwiała i ołysiała między murami?...
— Ba, ba! Mieliśmy z palestrą wojnę, śpiczaste wyjaśnienia, zerwanie stosunków, polepszenie stosunków... Teraz jesteśmy w stadyum cichego, acz uprzejmego kopania dołów. Naprzód, kiedym żył skrupułami i chodził ze srogą dziurą w bucie, traktowano mię z życzliwem współczuciem, jak miłego szczygiełka o ładnem upierzeniu. Po wygranej w sprawie Dreihafta, rzucili się na mnie, jak na dzikiego tygrysa, z czem kto mógł: z oszczerstwem, z plugawemi kłamstwami, ze wzgardą; z udawaniem, że na świeżem powietrzu nie dostrzegają moich ukłonów, a w salonie wyciągniętej ręki. Rozumiesz to?
— Rozumiem. Dlaczegóż nie miałbym?...
— Skoro zauważono, że u mnie pode drzwiami wystają tłumy żydów i chłopstwa, wezwano mię na «zebranie koleżeńskie».
— Na zebranie koleżeńskie?... Jednakże!
— Tak! — mówił Koszczycki, z całej siły ściskając ramię przyjaciela i wysuwając na bok dolną wargę. Oczy jego świeciły się pod zsuniętemi brwiami zimnym, nie płonącym blaskiem, jak fosfor w ciemności; złowrogi uśmiech dźwigał krótkie wąsy i odsłaniał szereg białych zębów. — Wezwano mię na zebranie... A... poszedłem! Wdziałem czarny tużur, czystą koszulę, nowy krawat, uczesałem się i poszedłem. Najstarszy z palestrantów, moczynos Skórkiewicz, zwrócił się do mnie, jako przewodniczący, uważasz? — jako przewodniczący w imieniu całego gremium, uważasz? z braterskiem napomnieniem. Prosił, w imieniu tego gremium, o zaniechanie moich praktyk i mojego sposobu działania — w imię etyki... Wiedziałem bardzo dobrze, iż owo słóweczko etyka wylezie staremu krętaczowi z gardła, żeby tam nie wiem co! Czekałem na nie. Skoro tylko dźwiękło wśród płynnego szeregu zdań wysoce moralnych, tudzież bezinteresownie dydaktycznych, z właściwą skromnością zapisałem się do głosu. Wówczas ja potrzebowałem mówić parę kilkich słowa! Jestem adwokat dobry i swojej własnej sprawy nie przegrałem, braciszku, wobec całego «gremium», za to ci ręczę. Nie mam zwyczaju mówić pod wiatr ani jednego wyrazu, o tem ty wiesz nawet z tamtych czasów, więc i tu operowałem argumencikami pewnymi, jak tabliczka mnożenia. Primo — fakty, secundo — trafność. Wywlokłem z całego gremium jednostki, indywidua, figury, za pomocą może nawet cokolwieczek ordynarnego wskazywania palcem, uprzytomniłem sławnym mecenasom sprawy, jakie to wtedy oni prowadzili, cytowałem z imienia i nazwiska środki, manipulacye, stosunki, jakimi się posługiwali. Każdy mój argument uderzał i wywoływał niewątpliwy efekt, jak cegła, zlatująca wprost na ziemię. Mecenas X. brzydzi się tem, że Mosiek Kropla sprowadza mi klienta za umówione kwantum kopiejek, ale sam nie brzydził się sobą, kiedy tyle a tyle lat temu, w sposób taki a taki, dziesięćkroć gorszy od moich, wkręcał się w łaski firmy fabrycznej Uhr Nozdrzycki et Cie przez takich a takich fagasów... I przykłady. Mecenas Y ciska na mnie kamieniami za to, że broniłem sprawy Drejhafta i mnóstwo innych w tym rodzaju. A czy też mecenas Y pamięta jeszcze sprawę a, b, c, d? I fakty, daty, szczegóły! Wszystko w zęby! Zaledwie tym porządkiem czterech zbliżyłem do światła, jużem coś ważył na sali sprawiedliwości, a w momencie przerwania tego konsylium sprawa moja wszystkim, bez różnicy wieku i zdolności oszukańczej — wydawała się białą, jak papier welinowy.
— Cha, cha, cha... — zaśmiał się Raduski.
— Swoją drogą, uważasz, walka trwa, tylko cicha, cichuteńka. Jeżeli się gryziemy, to milczkiem, jeżeli psy na sobie wieszamy, to w głębokim sekrecie i wśród bardzo ciemnej nocy. No, a gdy zrobię dużego pieniącha, wszystko to ustanie i przyjdą mi jeszcze łapę lizać. Wierz mi!
— Ależ naturalnie!
— Oto tak się prezentuje moja sprawa z wierzchu. Uważasz braciszku? Co się tyczy mnie samego, jak to mówiło się na Kruczej, «mnie samego w sobie», to i to również warte jest paru słów ścisłej definicyi. Już mi się kilkakrotnie zdarzyło, że mili ludzie, a szczególnie koledzy z budy, upatrywali we mnie strąconego anioła. Tę samą opinię czytam w twojem szyderczem spojrzeniu...
— W mojem spojrzeniu nic nie czytasz, mój stary — rzekł Raduski.
— Być może bardzo, że się mylę... A gdyby nawet tak było, chętniebym z tobą o tem pogadał. Widzisz tak... Paru z naszych kolegów, między innymi ciebie, nie mogę uprzytomnić sobie inaczej, tylko jako pewnego rodzaju posągi, biusty, wizerunki.
— Masz teraz!...
— Jest to zapewne jakiś brak mojej wyobraźni a nawet, kto ją tam wie — inteligencyi... Mnóstwo ludzi z tej samej sfery, dawnych towarzyszów rysuje się przedemną barwnie, jasno, mocno. Ten jest, bestya taki, ten owaki, ten ma taką zaletę, a taką wadę, taką nawet obskurną wadę. O was... nic nie umiem powiedzieć. Wy jesteście jacyś papierowi, płócienni, bronzowi, czy gipsowi, jacyś malowani ludzie. Wy nie macie wad, ale też dla mnie, daruj! — nie macie zalet. Człowiek zwyczajny, jest to przedewszystkiem człowiek, wieczny poszukiwacz kawałka chleba dla siebie i swych dzieci, jest to mrówka, biegająca tu i tam. Geniusz, łeb w jakiejś dziedzinie nadzwyczajnej może sobie mieć wasze papierowe przymioty, gdyż on za to produkuje tyle, że setki, tysiące nim się żywią. Ale wy nic tak znowu szczególnego nie produkujecie. Jesteście pospolici młynarze codziennego ziarna, tylko nie zwijacie się przy tej maszynie życia. Sterczycie w naszej obecności z minami Arystotelesów, Giordano Brunów, czort zresztą wie kogo... Takiego, naprzykład, Staśka Laskońca, ciebie — ja nie przedstawiam sobie inaczej, tylko z twarzą bladą, z wieńcem laurowym na skroni, ale z jakiej racyi te wieńce mają się wam należeć, nie wiem, bo przecieście i tych wierszy nie pisali... Pamiętasz, naprzykład, starego poczciwca Hezjoda? Lubiłem tego chłopa ogniście, jako, rozumiesz, kamrata, jako fujarę do bajtlu, do szachów, do sprzeczki o jaką tam... logię... Ale cóż to był, proszę cię, za człowiek? Z rady nie wiem już czyjej, zwalił się tu do powiatowego miasta, do Pałąków. No!... niema tam dużego terenu, ale jest sąd, można żyć, mając kepełe nad kołnierzykiem. Cóż się okazało? Ten kulfon brał sprawy o tyle, o ile były ten tego z etykami, ze sprawiedliwościami społecznemi... Zgadnij też, ile zarobił przez pół roku?
— Nie zgadnę.
— Rzeczywiście... to trudno. Zarobił siedemdziesiąt pięć kopiejek. Wyraźnie rubli srebrem siedemdziesiąt pięć kopiejek! No żarł ci podlissime, mieszkał podle, w dziurawych krypciach łaził; przywiązała się jakaś brzuszna historya i poszedł ze swą etyką do Abrahama na lepszy wikt i na jakie takie piwo. Oto masz: jeden papierowy...
— O Hezjodzie, jak łatwo pojmiesz, słyszałem piąte przez dziesiąte. Niech śpi w spokoju... Co do mnie, to nie należy mi się, rzecz prosta, żaden wieniec. Staśkowi zaś, a właściwie jego świętej pamięci, jego, jak mówisz, malowanemu wizerunkowi, należy się, ale cierniowy.
— Pamięci? A cóż to i ten umarł?
— Umarł, braciszku.
— Kiedyż to? bój się Boga! Nic nie wiem...
— To niema żadnej łączności z twojemi sprawami. Papierowy człowiek był, deszcze go rozmoczyły, burza go poszarpała na szmaty, a dziś niema zeń ani jednego włókienka — oto wszystko. No, gadaj dalej...
Koszczycki milczał przez chwilę. Twarz jego drgała i błądziły po niej ciemności. Wkrótce opanował się i mówił tonem, w którym czuć było pewność siebie:
— No tak, tak... Ja należę do tłumu, do szeregu ludzi pospolitych, ulepionych z tutejszej gliny, kierujących się w życiu wielce ordynarnemi, zgrzebnemi maksymami. Ale czy uwierzysz, że ja to właśnie jestem bliski tego życia, bliski jego duszy i serca? I nie tylko tyle... Ja mogę sprawić, żeby się w tem życiu działa minimalna, jedynie możliwa przemiana materyi, jakieś poprawki szelmowskiej duszy ludzkiej, niedostępne dla gołych źrenic dyletanta. Mogę, naprzykład, oddziałać, żeby jeden filister ustąpił drugiemu tam, gdzie to zrobić może bez szwanku swych interesów, a tylko nie chce; żeby jeden drugiemu darował zemstę, odpuścił zniewagę; żeby bogaty nie zdzierał ostatniej skóry z biedniejszego... Ja nie jestem od cnót, ani od cnót ogłoszonych, ani od robionych, sam się z ochotą pożywię na drugim, gdy mogę, ale czasami urządzam sobie taki deser.
— Chwała cię za to nie minie...
— Ty zaś i twoi z wielkimi wyrazami, to ci pod słowem honoru mówię, szkodzicie tylko... wyrazom, w śmiech je obracacie. Mój kochany Jasiu, czyż ty znasz ludzi, czy ty znasz świat, czy znasz życie? Widziałeś go tyle akurat, ile się, naprzykład, chwyta okiem przestrzeni w ciemną noc, przy świetle błyskawicy. Kiedy ja, po upływie dziesięciu lat wpatrywania się w to życie człowiecze, wracam wolną chwilą do wyobrażeń młodości, które ty jeszcze piastujesz, to daruj, ale mi się nawet gadać o tem nie chce! Ja przecie, braciszku, nic innego nie robię, tylko docieram do prawdy, życiowej prawdy, esencyi zdarzenia, jak było, w jakim porządku się odbywało? Nic innego nie robię, tylko wywłóczę i rozpatruję cuchnące bebechy człowieka, badam trzeźwo, bez odrobiny, bez cienia pesymizmu, bo z natury jestem sobie człowiek wesoły. Jak lekarz robi sekcyę truposza, znajduje przyczyny i powody śmierci, zwyrodnienia i zaburzenia organizmu, tak samo ja z tem życiem mrowiska ludzkiego: otwieram je i roztrząsam. A czy wiesz, jaka jest suma i ostateczny wynik moich doświadczeń?
— Nie wiem, bo i skądże mógłbym wiedzieć...
— Oto, wierz mi, natura człowieka jest zła. Co więcej — jest podła. Człowiek — jest to skrytobójca i złodziej, tchórz i krzywoprzysięzca...
— «Pełne fałszu i chytrości krokodyle plemię...»
— Nie inaczej, mój złoty! Chciej tylko, chociażby przez chwilę, wysiłkiem pociągnąwszy wolę, wspiąć się na pazury i zajrzeć bystro w bliźnich odmiennemi źrenicami, albo lepiej — wmyśleć się i wsłuchać w samego siebie, jakby to czynił obywatel z innej gminy i parafii. Czy rzeczywiście zobaczyłbyś tam aby jedną zdecydowaną cnotę w postaci czystej, aby jeden z pewników, jedną z prawd, jakie wysławiamy, nie myśląc wcale o treści słów naszych? Przypomnij sobie tych ostrowidzów, którzy śmiało badali tajemnice serca ludzkiego. Weź, naprzykład, Hamleta...
— E... Hamleta!...
— Był to wytrwały i sumienny podglądacz, jeden z tych, co to lubią włazić w krater wulkanu dla zobaczenia własnemi oczyma, jak to tam robi owa natura... No i nie możesz twierdzić, żeby taki Hamlet przychodził do refleksyi optymistycznych. Jako środek uniknięcia tego gadu, który nazywamy sercem ludzkiem, rekomenduje metodę: «umrzeć... zasnąć...» Inny badacz, nierównie zdolniejszy od królewicza Danii, Napoleon pierwszy, znał po królewsku stado ludzkie i zaczął je też gnać żelaznym kańczugiem według swojej woli.
— Ij... Czy to aby nie są jakie paradoksy?...
— To ci się tylko tak widzi, że paradoksy. Weźmy, proszę cię, takie tylko zjawisko, jak ludzką namiętność do pieniędzy. Czegóż to człowiek dla nich nie poświęci? Wskaż mi tę świętość, tę cnotę, to prawo... Przedstawię ci zresztą jeden kawał, który całą rzecz wytłumaczy. Był tu, może pamiętasz, na szosie warszawskiej farbiarz, stary Miller z Niemców, z Czechów, czy z jakichś tam dyabłów, dość, że miał gruby kapitał. Siedział tu nad rzeczką całe życie w swej nędznej budzie, gołemi kolanami świecił, a grosz do grosza ciułał. No, uważasz, bracie, sztyrbnął ten Miller. Testamentu żadnego, familii ani na lekarstwo, a w samym tylko banku warszawskim leżało gotiu ośmdziesiąt tysięcy rubli. Cóż się nie robi... Mamy tu w mieście rozmaite rybki, między innemi jest pewien pokątny doradca, istny geniusz, pan Kołpacki Hilary. Już go sądy wielokrotnie prosiły siedzieć, ale to nic. Business precz robi. Pan Hilary, pan Siapsia Kirszenbaum, oraz pan Nuchym Poniedziałek zeszli się skromnie w handelku Gwaździckiego, ucięli małą radę — i cicho sza. Zaraz następnego dnia zjawił się kuzyn nieboszczyka Millera, urzędniczek, czy kolejarz. Skądś, bestyjka, wylazł z Pabjanic, czy z Łodzi, słowem — ukazał się w żałobie. Przyjechał z wielkim płaczem oglądać jedyne pamiątki po stryjaszku. Towarzyszyli mu w tej smutnej procesyi dwaj panowie izraelici. Mecenas Hilary wcale się nie ukazywał. W stancyjce nieboszczyka stryja była trocha obskurnych gratów: łóżko żelazne, siennik, stoliczek... Bystrooki radca Kirszenbaum zaczął pilnie szukać testamentu i, wyobraź sobie, znalazł. Leżał testament, jak byk, w szufladce, między zardzewiałymi gwoździami, testament pisany po niemiecku, w którym stryj Miller caluteńki swój majątek przekazuje bratankowi Millerowi z Pabjanic, czy z Łodzi. Ano — wszyscy czterej ogromnie się ucieszyli. Pan Kołpacki urżnął się przy tej okazyi z radości i wyciął pięścią w brzuch samego Gwaździckiego. Jazda do sądu, dla formalnego stwierdzenia aktu! Wszystko zostało załatwione, jak się patrzy i młody kuzynek podniósł pieniądze, gdzie tylko jakie były. Zebrało mu się w kieszeni, uważasz, około stu tysięcy rubli... Ale cóż się wtedy nie okazuje! Mecenas Kołpacki otrzymał nagły list z Wrocławia, czy skądś tam, że w takim a takim punkcie przemieszkuje rodzona żona z dziećmi papy Millera. Ta żona grozi, że testament musi być unieważniony, że jej się wszystko należy. Pędzi, uważasz, mecenas Kołpacki do młodego Millera, który już był we właściwy sposób napoczął grajberów i przedstawia mu całą grozę sytuacyi. Młody i lekkomyślny spadkobierca traci przytomność. Wtedy mecenas podejmuje się zamazać sprawę, babę uciszyć, otumanić jej głowę wykrętami prawnymi, wyłgać słowem urzędowy akt zrzeczenia się całej schedy. Na to trzeba, oczywiście, pieniędzy. Ile? Prosta rzecz, jakieś piętnaście tysięcy rubli. Lekkomyślny młodzieniec w strachu o całość sypie fajgle na stół, pan Kołpacki zgarnia je w kabzę i grzmi niby do Monachium, czy do Wrocławia...
— Szybkim sposobem zrobił pieniącha... Co?...
— Nieobecność Kołpackiego trwała kilka miesięcy. Wówczas rozmaici krewni farbiarza zaczęli szturmować listami do panów Siapsi Kirszenbauma i Nuchyma Poniedziałka, którzy ze swej strony musieli na gwałt uciszać tych niebezpiecznych krewniaków funduszami spadkobiercy. W trakcie tego wraca z zagranicy główny mecenas i oświadcza, że baba nie zgodziła się na żadne ustępstwo, że jedzie do Łżawca z groźbami wdrożenia procesu. Z piętnastu tysięcy rubli nie została ani złamana kopiejka. Wtedy także wszyscy trzej mecenasi zaczęli straszyć ogłupiałego Millera szeptaniem, że testament rzeczywiście jest niepewny i że lepiejby było zawczasu bryknąć w jakie miejsce. W istocie też wszyscy czterej puścili się do Austrji. W Wiedniu...
— Ślicznie... ale to wszystko miało czegoś dowodzić?...
— To wszystko i następne wysoce ciekawe perypetye aż do przymknięcia trzech inspicyentów i prośby o długie siedzenie — znakomicie pokazuje, że nasz świat łżawiecki składa się mutatis mutandis z takich oto Millerów, Kirszenbaumów, Kołpackich. Marzyć, że się tchnie w te instynktowne ruchy ślepego żywiołu ludzkiego jakąś ideę, znaczyłoby według mnie, tyle, co dmuchać na morze z zamiarem powstrzymania jego przypływu. A czyż my sami nie stanowimy jego kropel? Czy nie tak samo rozwalamy obcasikami fizyognomie naszych bliźnich w gonitwie za pieniądzmi, ażeby mieć możność pielęgnowania pewnych cnót, niby kwiatów cywilizacyi? — Mówże, nie mam słuszności? W społeczeństwie dzisiejszem trza przedewszystkiem i koniecznie mieć na to, żeby można być uczciwym, nieskazitelnym, kultywować honor — podobnie jak trzeba mieć fundusze na kolekcyonowanie numizmatyki, sztychów, czy malowideł. Jeden z młodszych kandydatów do posad sądowych ujął nawet to zjawisko w aforyzm bardzo, mojem zdaniem, udatny. Rzekł mianowicie, że szlachetność myślenia i postępowania znajduje się prostej zależności od dochodów.
— Z młodych mówisz? To widzę, skłonność do ścisłych definicyi ogromnie się krzewi wśród młodzieży, wstępującej w życie!...
— Mniejsza o ironię, bo tu, braciszku, idzie właśnie o to, czego chciałem. Kto nie korzysta z czasu, żeby w chwili szczęśliwej chwycić garścią majątek, ten nie należy do szeregu ludzi rozumnych, a eo ipso godnych uwagi. Tak jest zbudowane nasze życie.
— Dlatego niby, że to orzekł kandydat do posad sądowych?
— Nie! Dlatego, że właśnie życie mówi to samo. Nic nie pomogą twoje ironiczne uśmiechy. Chcesz mi dowieść, że ja jestem mało wart dlatego, że zębami i pazurami gromadzę majątek... Ty mi teraz wytłumacz, objaśnij mi, jaką korzyść przyniosła światu śmierć Laskońca?
Raduski spojrzał na niego dzikiemi oczyma i wstał ze swego miejsca, mówiąc:
— Nic ci już nie będę tłumaczył, gdyż wychodzę... Przeproś żonę i tego...
— Ale słuchajno, fujaro, może ja ci zrobiłem przykrość?... Widzisz, ja szczerze gadałem, ja z pod serca... Zostańże, nie rób mi tej przykrości! Proszę cię... słuchajże...
Raduski uderzył go kilkakroć po ramieniu, zaśmiał się i wyszedł z mieszkania.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.