Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział XXIV
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIV.
Drugie odwiedziny.
A ci co z tobą teraz przystawają,
Twej się fortunie, nie tobie kłaniają.
Kochanowski, Ks. II. III.

— A ja w szlafroku! — krzyknął p. Werner, porywając się z kanapy i biegnąc się przebrać, zobaczywszy przez okno świeży kocz czterema pięknemi końmi zaprzężony, zajeżdżający szumnie przed ganek.
— Któż to jest? zawołała pani Ostrowska, nieznajomy ekwipaż. — To gość z daleka!
— Nie rozumiem! — krzyknęła Marynia, przyglądając się powozowi, uśmiechając się do siebie i myśląc: pewno do mnie przyjechał!
Pani Werner prędko kazała pościągać kapki z krzeseł, pył pościerać i zdjąć serwetę od kawy. Lokaje biegli się dowiedzieć, kto to taki? Pan Werner aż dwóch posłał, oba przybyli z wiadomością: — pan Gustaw!
— Poszaleli! czy co? krzyknął stary, kręcąc peruką: pan Gustaw! takim koczem z liberją! takiemi końmi! osły!
Tenże sam głos dał się słyszeć w salonie! — Tobyć nie może, to być nie może! Marja niespokojna trzęsła głową i patrzała w źwierciadło, nieukontentowana tą wiadomością. Pani Ostrowska szastając się po salonie z tabakierką wypytywała się, czy to ten sam, co był niedawno.
— Ale to być nie może! zawołali wszyscy nareszcie! — I w tej chwili otworzyły się drzwi, a Gustaw wytwornie ubrany, śmiałym krokiem, mocno jednak zarumieniwszy się, wszedł do salonu. Pan Werner stał na progu drugiego pokoju w nowym fraku, przyczepiając dewizki do zegarka, i zobaczywszy Gustawa, a za nim zamykające się drzwi, poszedł się rozebrać. Pani Werner przyjęła go czule, ale trochę zmięszana, Marja zimno, obojętnie, a dla odstręczenia od siebie, trochę pogardliwie, pani Ostrowska z wytrzeszczonemi ciekawie oczyma.
Wszedł nareszcie pan Werner w szlafroku i zimno Gustawa przywitał. Potem pobiegł do okna spojrzeć na kocz.
— Śliczny ekwipaż! Czyjże to, Gustawie? zapytał.
— Mój! odpowiedział Gustaw zimno.
— Twój? zakrzyknął zdziwiony, odwracając się szybko od okna, a wszyscy spojrzeli po sobie.
— Cóż, skądże to? wygrałeś w karty? co?
— Nigdy nie gram! odpowiedział Gustaw, kupiłem go.
— Ale skądże wziąłeś pieniędzy? zapytał niecierpliwie pan Werner.
— Mając taki, jak ja teraz mam majątek, cóż dziwnego, że mam kocz i konie! — Podziwienie wszystkich rosło. Milczeli.
— Ale skądże znów masz majątek? zapytał Werner, jeśli sukcesja jaka, to i mojej żonie przypada połowa... A możeś się?...
— Nie, nie jest to ani spadku, ani ożenienia skutkiem, odpowiedział Gustaw powoli, patrząc na Marję, która wielkiemi oczyma patrzyła także na niego. — Sądziłem, że to być musi od dawna wujowi i cioci wiadomo.
— Cóż? ale cóż takiego? — zawołali pan Werner z podziwieniem, pani Werner z radością.
— Niema nic ciekawego, to później opowiem, — rzekł Gustaw niedbale, — wszak Wuj pozwoli mi przenocować?
Pan Werner już dzwonił z całej siły.
— A jakże, jakże, kochany Guciu, konie do stajni!
I wszyscy poruszyli się, szepcąc do siebie, ruszając ramionami, nie pojmując nic jeszcze; Gustaw zimny, obojętny, chodził po salonie i nie patrzał nawet na Marję, która zaczynała już być obrażoną jego obojętnością, wprzódy tak usilnie pożądaną.
— I jakże to było? i co to było? — rzekł p. Werner natychmiast wracając. — Powiedzże nam to, Guciu, jesteśmy ciekawi, cieszym się twojem szczęściem, mocno się cieszym!
— Było to tak, — odpowiedział nareszcie Gustaw głośno i powoli: — Wyratowałem na ulicy od roztratowania końmi ubogą staruszkę, tą staruszką była hrabina N., która wygrawszy proces z dziećmi, zapisała mi darem majątek Wasilków.
— Wasilków! krzyknął pan Werner, chwytając się za perukę. — Na Boga! pszenne grunta, rzeka! staw! 40,000 intraty przy dobrem gospodarstwie! E! toś ty bogatszy od nas!
I stał osłupiały. Marja wyszła z pokoju. Pani Ostrowska już Gustawa częstowała tabaczką, pani Werner go ściskała, a pan Werner ruszał ramionami, chodził po pokoju i myślał: — gdybym był wiedział, byłbym tam Franciszka posłał na ratunek.
— A gdzież jest brat Franciszek? — zapytał Gustaw.
— Na polowaniu! — odpowiedziała matka.
Potem rozmowa powolna i żywa, na przemian tysiąc pytań, odpowiedzi, powieści, śmiechu i wszystkiego tam było przez wieczór, póki się nie wtoczył Franciszek ze swojem towarzystwem myśliwskiem. Słychać go było z daleka, a pan Werner był jak na gorących węglach, lękając się, żeby zimnem przyjęciem Franciszek nie obraził nowego bogacza. — Bo — myślał sobie, — kto wie? blady, chudy, może umrzeć bezdzietnie, my najbliżsi krewni! kto wie?! i tak ten samolub już swoje korzyści rachował w szczęściu Gustawa, już myślał jak mu się przypochlebić, już dumał nad wymyśleniem pretensji do niego za utrzymanie, za koszta wychowania i t. d., jak ci wszyscy, co się nigdy cudzem szczęściem inaczej cieszyć nie umieją, jak wyciągając z niego dla siebie korzyści i widoki!
Franciszek nie sam był jeden: — bracia Marmurki, pan Bonifacy i pan Trepsza towarzyszyli mu. Z trzaskiem otworzyli drzwi salonu, a każdy z nich niósł w ręku zająca.
— Ot to! polowanie! — wykrzyknął wchodząc Franciszek, — charty nasze popisały się należycie, trzy godziny, trzy zające.
— A moja chartka, — rzekł pan Trepsza, — zawsze była na przodzie, i wodziła tylko resztę psów za sobą.
— Co to zające!! — odezwał się pan Bonifacy, — łoś, to zwierzyna. — W roku 1812 — było to w jesieni...
— Ubiłeś łosia! — przerwał mu Franciszek, — wiemy o tem dobrze. — I zaczęli się witać wszyscy. Bracia Marmurki ukłonili się jednakowo i oba razem wszystkim, w takt jak dwie lalki poruszone jedną sprężyną, usiedli obok siebie, jednakowo się trzymając, milcząc, wyprężeni jak struny, uśmiechając się tylko za wspólną zgodą do pani Ostrowskiej, która wzięła na siebie obowiązek zabawienia ich.
Ojciec porwał Franciszka nieznacznie na stronę.
— Czemu się nie witasz z Gustawem, rzekł mu na ucho. — Gustaw tu jest. — Osobliwszym przypadkiem stał się bogatym, ma pół miljona majątku. Bądźże grzeczny dla niego.
— Ożenił się?
— Ej nie, potem ci opowiem, — rzekł ojciec, — idź, idź się przywitaj! tylko serdecznie.
Franciszek, nie w ciemię go bito, skoczył tak namiętnie ściskać braciszka, że mało go nie udusił.
— A! jakem szczęśliwy, że cię widzę! jakże ci zdrowie służy? Utyłeś, zdaje mi się? ślicznie wyglądasz, siadajże, proszę!
— Wszak to ten hołysz, co to był na polowaniu?
— Ten sam hołysz, co moją chartkę zepchnął z kolan; jakiś fanatyk! — odpowiedział p. Trepsza.
— Miljonowy pan! — przerwała im po cichu, przysuwając się pani Ostrowska, — czy nie wiecie? a! to awantura arabska! scena! uratował z pod koni na ulicy jakąś hrabinę, i ta darowała mu ogromny majątek! a! awantura! ktoby się tego spodziewał!
— Jemu? — zapytał p. Trepsza.
— Tak, jemu!
— A! rozumiem! — odpowiedział p. Bonifacy, — musiał... i kiwnął głową, dając do zrozumienia panu Trepszy, z czego to wzbogacenie powstać mogło.
— A! broń Boże! — przerwała pani Ostrowska. — Waćpanowie to zaraz takie niegodziwe podejrzenia wymyślacie. — To siedmdziesięcioletnia kobieta!
— Bywają przykłady! — odpowiedział p. Bonifacy, — wiem właśnie jedną anegdotkę stosowną.
— Daj temu pokój! rzekł Trepsza niecierpliwie, — ot lepiej zaproponujemy mu wista. Możemy go ograć. — Z rozegranej wyniknie faraonik; — trzeba łyka drzeć. I zaraz rozpieczętowawszy talję kart, podał Gustawowi cztery jak zwykle do wyboru.
— Ja nie grywam nigdy, — rzekł Gustaw, — długie ubóstwo nauczyło mnie oszczędności, — nie było co przegrywać, teraz nie umiem.
— Ale jakto nie umieć, — rzekł, nalegając p. Trepsza, — dla kompanji! dla kompanji! to może jaką inną grę — na prawo, na lewo — to bardzo łatwo, a wieczór tak długi.
— W tym domu, — rzekł Gustaw z uśmiechem — będzie mi się pewno bardzo krótki wydawał. — Odstąpił przecie natręt, lecz mimo tego, założył banczek w nadziei, że się Gustaw do niego później przyłączy; — choć bardzo się na tem omylił. W położeniu Gustawa to było najśmieszniejsze, że nie bardzo jeszcze dawno, w tym samym domu, od tych samych osób, pogardzony, zapomniany siedział w kącie; teraz w jego osobie oddawano podły hołd złotu, które do niego przyszło. — O ludzie! — pomyślał, — o głupcy! trzeba być ubogim, ażeby poznać podłość waszą i nędzne rachuby, kryjące się pod zimnemi pozorami grzeczności. — Teraz już mnie nie oszukacie, wiem, ile wam wierzyć!
Ku wieczerzy przyszła i Marja, w bardzo złym humorze, do salonu. Skarżyła się na ból głowy i nie chciała grać na fortepianie. Franciszek uczynny ciągle ją zbliżał do Gustawa i żartował z nich; ojciec teraz już życzący go sobie całem sercem za zięcia, przypominał im wszystkie dzieje młodości, lecz oni oboje byli obojętni, — nic ich już nie wiązało. Nareszcie niby przypadkiem zostawiono ich samych przy fortepianie. Marja patrzyła w okno, Gustaw na salę — nagle obudził go z dumania dźwięk cichy fortepianu: była to nuta bardzo mu znajoma, tej dawnej ich piosenki:

O mój aniele, pójdziem połączeni
Przez świat i życie, rozkosz i boleści,
Jak powój, co się na dębie zieleni
I miękkim listkiem korę jego pieści!
Jak dwie łzy oczu, dwa piersi westchnienia,
Razem do życia i świata skończenia.
Ty ze mną zawsze, ja zawsze przy tobie,
Na świecie, w niebie i w grobie!!

O mój aniele, pójdziem połączeni
Przez świat ten zimny, przez życie bez celu,
Przez burze lata i wichry jesieni,
Razem, mej duszy luby przyjacielu,
Jak dwie łzy oczu, dwa piersi westchnienia
Razem! o! razem do świata skończenia,
Ty ze mną zawsze, ja zawsze przy tobie,
Na świecie, w niebie i w grobie!

I coraz ciszej ustała piosnka i westchnienie Marji zakończyło ją, a Gustaw mimowolnie w przeszłość przeniesiony, uniósł się ze łzą w oku w krainę marzeń i w niej zobaczył pierwszy pocałunek i dawną Marję swoję. — Lecz spojrzał tylko — i urok pękł od razu — nie była to Marja z pod bzów kwitnących! Zbliżył się do fortepianu i jedną ręką po cichu zagrał na odpowiedź wesołą pieśń drugą:

Chodź, mój motylu, chodź, mój skrzydlaty!
Zaprzęgnę ciebie! wieź mnie wysoko!
Lećmy na łąki, lećmy na kwiaty.
Gdzie serce zechce, upatrzy oko,
Przez wszystkie nieba, przez wszystkie światy,
Nieś mnie daleko, nieś mnie wysoko!

Marja od pierwszego uderzenia w klawisze porwała się szybko, spojrzała i odstąpiła od fortepianu. Zrozumiała ona dobrze tajemną rozmowę, — poszła do okna i dumać zaczęła.
Teraz w jej sercu kobiecem obudziła się miłość wzgardzona. Póki jej żądał biedny Gustaw, nie była — teraz kiedy ją odpychał, wzrastała ze zgasłych popiołów. — Nie przypuszczam, nie chcę wierzyć, boję się wnioskować, aby podły pociąg do złota kierował sercem, lub postacią uczuć Marji, jeśli w niej uczuć nie było już wcale. Postępowanie jej mogło być tylko zwykłą kobiecej naturze sprzecznością, a trudno też zaprzeczyć, choć smutno wyznać, że przepych i powierzchowność niewiadomym, magnetycznym sposobem często na uczucia tej natury wpływają. — Rozeszli się więc po tej muzykalnej rozmowie, nie tak obojętni, jak trochę rozgniewani na siebie! a bardziej jeszcze zgody pragnący. — Poznał Gustaw obudzające się w Marji uczucie, i już powoli zaczął w niej upatrywać podobieństwo i tożsamość z dawną Marją swoją, tak dalece biedny potrzebował drugiego serca, któreby sercu jego biciem i uczuciem odpowiedzieć mogło.
— Cóż to jest, żeście z Marją tak na zimno? rzekł mu Franciszek cicho, — czy się gniewacie?
— O! bynajmniej, odpowiedział Gustaw, — lecz mogłeś uważać, że tak samo było i za pierwszym razem, kiedym tu był.
Franciszek zagryzł usta. — Goście grali w karty.
— Ty nie grasz? zapytał Gustawa pan Werner.
— Nigdy!
— Bardzo dobrze robisz, mogłoby to wejść w nałóg; często powtarzam Franciszkowi, że nic gorszego nad karty! — Gustaw się uśmiechnął, pewny będąc, że wszystko, co teraz zrobi, będzie zawsze najlepszem. Chciał sam jeden podumać, ale mu nie dano chwili spokojnej, wszyscy się go z kolei czepiali, a on uśmiechał się szydersko, widząc te nadskakiwania osobliwsze. Nawet p. Trepsza gadał z nim o polowaniu, nawet p. Bonifacy cztery razy opowiedział mu, jak zabił łosia w 1812 roku, nawet bracia Marmurki kłaniali mu się z uśmiechem, nawet p. Ostrowska ciągle powtarzając awantury, sceny, częstowała go tabaczką i opowiedziała mu z rzadką wytrwałością i ciągiem nie zwykłym jej rozmowom, całą historję powszechną okolicy. I ona biedna chciała go usidlić, jeśli nie twarzą, na którą i po ciemku nawet rachować nie mogła, to przynajmniej dowcipem.
Ledwie o północy dano mu zasnąć spokojnie a jaką mu jeszcze Franciszek chciał na dobitkę uczynić przysługę, tego wam nawet powiedzieć nie mogę, pewny jestem jednak, że się łatwo domyślicie...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.