Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział XXV
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXV.
Pod bzami.

Patrzaj jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają,
Żórawie czując zimę precz lecieli,
Nam nie lża jedno patrzeć też swe rzeczy,
Niechaj drzew do komina,
Na stół przyniosą wina,
Ostatek niechaj Bóg ma w swej pieczy.
Przypadków dalszych żaden z nas nie zgadnie.
I próżno myśleć o tem,
Co z nami będzie potem:
W godzinie wszystko Bóg wywróci snadnie.
Krótki wiek długiej nadziei nie lubi,
Niechaj nie schodzi cało,
Coć się rąk dostało,
Za to co ma być żaden ci nie ślubi.
Jeleniom nowe rogi wyrastają,
Nam gdy raz młodość minie,
I na wieki wieków ginie,
A zawżdy gorsze lata przypadają.
Kochanowski, Ks. I. XIV.

Nazajutrz rano, bardzo rano, Marja i Gustaw byli koło ławki przy kasztanie, koło bzów przekwitłych teraz jak ich serca. Znaleźli się tam, nie oznajmując sobie, że się znajdą — bo między osobami, które myślą o sobie, kochały się lub kochają, jest jakby jedna dusza, co niemi rządzi, wiedzą swoje myśli, jedne mają żądania, i charaktery ich nawet w czasie tej gorączki miłosnej zbliżają się jeden do drugiego. Tę ofiarę swojej indywidualności podłość tylko i miłość uczynić potrafią. — I nic dziwnego, bo podłość jest Proteuszem o stu postaciach, a miłość, metafizycznie i materjalnie uważana, niczem innem, jak wielką tajemnicą zjednoczenia duszy i ciała.
— Co za śliczny ranek! odezwał się Gustaw.
— Bardzo piękny! odpowiedziała Marja. Patrzyli po niebie i milczeli. Trudno było przyjść do rozmowy, zdawało się, że ich coś dzieliło od siebie.
— Ileż to pamiątek w tem miejscu zapomnianych spoczywa, odezwał się znowu Gustaw. — Marja zarumieniła się.
— Tak! pamiątek dziecinnych!
— Teraz postarzeliśmy oboje, rzekł Gustaw szydersko, — już nas one zająć nie mogą. Ale ja, chociaż już wiele czasu upłynęło, dla dawnych pamiątek i dawnych przyjaciół, jam się nie zestarzał.
— I ja nie, — odpowiedziała Marja po cichu.
— Wybacz, — lecz czy szczerze to mówisz? przed kilku tygodniami nic nie pamiętałaś?
— Kazano mi zapomnieć.
— Kazano? zawołał Gustaw, — któż to jest tak wielowładnym panem serca, żeby kazał zapomnieć, a serce go usłuchało — i serce kobiety!
— Sercu nigdy, — odpowiedziała Marja — ustom!
Skrzywił się poeta, ręce założył, głowę spuścił.
— Cóżbym nie dał, żeby się ten dawny czas wrócił, ten wieczór, ten ranek!
Marja westchnęła. — Lecz przeszłość już się nie wróci, mówił Gustaw po cichu, tamta Marja umarła... tamta miłość umarła, tamtych przysiąg dziecinnych zapomniano. — Trzeba wszystkiego zapomnieć!
— Zapomnieć, tak! trzeba zapomnieć, powtórzyła Marja szydersko ze śmiechem, — tyś już zapomniał.
— Chciałbym...
— To dosyć.
— Bo gdzież znajdę tamtą Marję?
— Jest ich wiele na świecie! odpowiedziała z gniewem dziewczyna, odwracając się od niego. — Bądź zdrów!
— Bądź zdrowa! I stali jeszcze oboje i spojrzeli, i zdawało im się przez chwilę, że powtórzą pocałunek. — Lecz nie — rozeszli się, on smutny, ona zagniewana.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.