Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział XVI
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.
Polowanie.
— wolałem po gęstych dąbrowach
Prędkie jelenie gonić, albo dzikie świnie,
Anim ja sobie tego za niewczas poczytał,
W budzie leśnej się przespać!
Kochanowski, Odprawa Posłów Greckich.

W nocy śniło się Gustawowi, że był mężem Maryni, że uczył swoje dzieci, że siedzieli pod altaną bzów kwitnących, a nad nimi świecił księżyc i słowiki śpiewały. Piękny to był sen, lecz krótki! Nagle trzy harapy i dwie trąbki odezwały się koło jego łóżka, porwał się Gustaw i ujrzał przed sobą Franciszka ubranego jak do polowania.
— Wstawajże śpiochu! — krzyknął mu nad uchem, odprawując dwóch dojeżdżaczów z harapami, którzy mu tak skutecznie pomogli do obudzenia Gustawa. — Jedziesz ze mną na polowanie; umyślnie dla ciebie kazałem się zebrać ludziom, choć wczoraj cały dzień latali; zaprosiłem sąsiadów na myśliwski obiad w lesie i ciebie tylko czekam. Ubieraj się, bo jak słońce zacznie przypiekać, a rosy nie będzie, psy nie pogonią dobrze po suchem. Wiatr mamy wyborny, sprowadziłem świeże gończe, fuzję nagotowałem, bo swojej nie masz zapewne. No! marsz! marsz!
Gustaw wstawał rad nie rad, cóż było robić? Franciszek rzucił się na krzesło.
— Czy się już nie gniewasz na mnie, Gustawie, za Ludwisię? — rzekł po chwili ze śmiechem — ładna to była dziewczyna!
— Zapomniałem już o tem dawno! — odpowiedział mu Gustaw.
— Ja się z nią potem widziałem — dodał myśliwiec, kręcąc wąsy; — wypiękniała, utyła; wystaw sobie, była na jarmarku w Zelwie. Śliczna dziewczyna! A widziałeś teraźniejszą służącę mojej siostry, Agatkę? O! to książęcy kąsek! sam ją tu wśrubowałem, choć się tego nikt nie domyśla. Niby sierota! coś takiego! Cha! cha! pan Trepsza dawał mi za nią sławną swoją charcicę, nie oddałem jej!
— Jesteś do niej przywiązany — rzekł szydersko Gustaw.
— Dosyć! bo też wesoła, żwawa, rozkoszna; co to ona umie piosneczek! Jedyna, jedyna! — Wyjrzał przez okno. — No! ubieraj się prędzej, bo konie czekają, a słońce się podnosi jak na drożdżach; potem o Agatce, teraz do interesu! nie godzi się dla takiego dzieciństwa tak wybornego tracić poranku.
I wyjechali na polowanie, które czytelnikom darujem, nie chcąc opisywać wszystkich awanturek myśliwskich, których się łatwo domyśli każdy, kto choć raz w życiu był na polowaniu. Bo tam zawsze też same prawie wypadki, jednakowe żarty, tradycjonalnie podawane od pokoleń pokoleniom: o twardości skóry, gdy kto chybi, postrzeleniu, gdy trafi, i t. p. Gustaw jakimś przypadkiem zabił lisa, co mu zjednało wielką łaskę u Franciszka. Ale z całego polowania najlepszy był wesoły objadek myśliwców, nieoszacowanych czupiradeł, jakich rzadko można widzieć taką liczbę, tak dobraną. Był to cug z sześciu stworzeń złożony.
I. Pan Bonifacy, stary szlachcic z starym brzuchem, który jeździł na polowanie, żeby miał okazję pić wódkę kilka razy, nie podając się w podejrzenie pijaństwa, i żeby chwalić się z zabitego łosia, o którym tyle razy mówił, ile tylko mógł. Panu Bonifacemu brakło nietylko piątej, ale zdaje się, że nawet czwartej, trzeciej, drugiej i pierwszej klepki. Miał żonę i dzieci, ale o nich nigdy nie myślał; majątek, którym nie rządził; fuzję, z której nie strzelał i dwie stare książki, których nigdy nie czytał. Umiał wszystkie przysłowia i dykteryjki, jakie kiedy plątające się po świecie mógł złapać; zagadki, koncepta, anegdotki, historyjki, które tak regularnie odmawiał, jak zegar kuranty. Zresztą poczciwy z kościami człowiek, jak wszyscy poczciwi i dobrzy ludzie, co nawet głupstwa wielkiego zrobić nie potrafią.
II. Pan Trepsza, który miał sławną ową charcicę, ofiarowaną panu Franciszkowi w zamian za Agatkę. Stary szuler, stary kawaler, łgarz znamienity, burda, jakiego rzadko, myśliwiec zapalony, wąsacz, z wielkim łysym łbem, w którym się dopiekała reszta łgarstw, jakie miał w życiu swojem na świat wydać.
III. Pan Wincenty kozieł ofiarny tego towarzystwa, na którym się znęcano jak chciano, zacząwszy od pstryczków, a skończywszy na grubych łajaniach i pośmiewisku; pokorny, maleńki, z szaremi oczyma, z tupetem ryżym na siwiejących włosach. Kawaler, wesoły, jak zaświadczał nos czerwony i gęba szeroka z odwalonemi wargami. Kiedy mu pstryczki w nos dawano, śmiał się; ale bojąc się pojedynku jak piekła i przypomniawszy go sobie, starał się wszelkiemi sposobami o zgodę. Zwykle więc korzystano z tego, i jedna i taż sama scena z maleńkiemi warjacjami powtarzała się bardzo często z nim, jak tylko kilka osób się zebrało na tak zwane wesołe myśliwskie towarzystwo, którego jednak pan Wincenty nigdy nie opuszczał, choć bardzo dobrze wiedział, co go tam czekało. Czuł on swoje przeznaczenie i miał przytem inne powody, gdyż pożyczał wszystkim pieniędzy na zastawy, i niby nie nastręczając się, mógł tym sposobem podać komuś myśl szczęśliwą pożyczenia u niego kilkudziesiąt dukatów. Skąpiec w najwyższym stopniu, podły, ale nieszkodliwy, bo nieśmiały, bojaźliwy, niespokojny i dosyć głupi, to jest troszeczkę rozumniejszy od pana Bonifacego.
IV. i V. Bracia Marmurki, dwa pieszczoszki w zielonych merynosowych watowanych kamizelkach, w surdutach jednakowych, jednakowych czapkach i butach jednostajnie podartych, z jednakowemi paciorkowemi cybuchami i piórkami do zębów, z jednakowemi fuzjami, jednakowemi głowami, dwa młodziutkie zera, zostające jeszcze pod opieką matczyną, mającą dożywocie na ich majątku. Przyjaciele nierozerwani.
VI. Pan Tryk, mający reputację dowcipu na cztery mile w około; w istocie niezmiernie złośliwy, lecz wcale nie dowcipny człowiek, gdyż jego sławne ucinki zawsze były wyuczone, wysmażone, gorzkie, a niesmaczne. Umiał on po francusku tyle, ile to zwykle uczeńsi organiści umiewają po łacinie lub wiejski pleban; po niemiecku trochę mniej od żyda; po polsku tyle, ile słudzy miejscy. Strzelał tak, że nigdy, jak żyje nie trafił; pił za trzech, jadł za czterech, gadał za dziesięciu, a więcej jeszcze śpiewał. Proszony czy nie, gdzie był, choćby przy łóżku umierającego, musiał się dobrać do jakiej gitary, otworzyć sobie fortepian i bijąc akorda, których połowy nieposłuszne palce wydać nie chciały, beczał swoje piosnki czasem wesołe, częściej przez nos śpiewane, czułe, o Filidzie, Damonie, Kloryndzie, Irydzie, Ewelinie, Koryllu i tym podobnych bohaterach, które wszystkie ekonomówny za arcydzieło sztuki najświeższe uważały i wzdychały nad niemi mocno. U ekonomówien też i drobniejszej szlachty sława jego dowcipu, rozumu, nauki, maniery i znajomości świata, świeciła jak gwiazda.
Takie to było towarzystwo myśliwców, w którem Gustaw piekielne pół dnia nudzić się musiał; gdyż po południu dopiero powrócił do domu zmęczony, chory, a co najgorzej udręczony konceptami bez sensu, dowcipowaniem bez dowcipu towarzyszów swoich, którzy wiedząc o jego położeniu na świecie i ubóstwie, mieli sobie za rzecz arcychwalebną żartować z niego, ile razy zręczność się podała, i pytać się go po sto razy dla dokuczenia: ile bierze pensji za guwernerkę? Czy siada do stołu i t. p.
Znudzony tem Gustaw, na ostatek odpowiedział im dość grubo:
— Wszyscy panowie, jak widzę, potrzebujecie guwernera, ale za żadne pieniądze świata nie podjąłbym się was uczyć. — Pół śmiechem, pół kwasem pokryto tę odpowiedź, ale wszyscy z niego bardzo byli niekontenci: i pan Tryk, którego dowcipu nie chwalił jak wszyscy, a francuzczyzny na nieszczęście kilka razy nie zrozumiał; i bracia Marmurki, którym mamunia zakazała wdawać się z hołotą; i pan Bonifacy, którego opowiadania o łosiu nie dosłuchał; i pan Wincenty, którego niechcący rozjątrzył Gustaw, coś dwuznacznego o pieniądzach powiedziawszy; i pan Trepsza, którego charcicę zepchnął z kolan, właśnie gdy się na nich umieściwszy, wygodnie do snu długiego zabierała. Franciszek wracał do domu triumfujący; zabił lisa, którego powiesił na drzewie, bo skóra na nic się nie zdała i uszczuł dwa zające, które psy zjadły, a przytem naśmiał się do rozpuku.
— Zastaniem Marysię, Gustawie! — rzekł zbliżając się do bramy z szyderskim uśmiechem. Serce Gustawa mocno bić zaczęło, ale Maryni jeszcze nie zastali.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.