Poeta i świat (Kraszewski, 1929)/Część I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Poeta i świat
Część Część I
Rozdział II
Pochodzenie Poeta i świat
Data wydania 1929
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.
Pocałunek.
Ty tak możesz być szczęsna, że cię swemi
Wdzięcznie całuje usty różanemi.
Kochanowski, Fraszki Ks. III. Do Reiny.

Widziałeś kiedy na wsi spokojny wieczór? Nie ze wzgórza, z którego lasy, doliny i góry u stóp się rozwijają, nie w pustem polu, nad którem tylko płaczą gałęzie brzóz białych; ale wśród ogrodu twojego domowego, z za lipowego szpaleru, słuchając szczekania twoich psów, które umiesz rozeznać po głosie, beczenia baranów, rżenia koni, ryku wołów, wesołych śmiechów czeladzi, przy śpiewie słowika w bzach rozkwitłych, przy pieśni melancholijnej twojej żony, siostry, córki? pieśni, która żegna zachodzące słońce, przesiąkła wieczornem dumaniem, płynie po spadającej rosie, miesza się z dymem twojej prozaicznej fajki i grubem przekleństwem ekonoma, jak śpiewy aniołów z jękami szatana.
Takiego to wieczora siedział Gustaw, siedmnastoletni już chłopiec, na ławce w ogrodzie pod wielkim kasztanem, siedział, patrzał na rubinowy zachód przeglądający przez drzewa, i dumał.
Młoda głowa jego już się paliła potrójnym ogniem młodości, miłości i poezji; serce biło w piersiach wzdętych, które naciskały tysiączne niewyraźne żądze, — oczy wilgotne rzucały się po wszystkich stronach, ręce drżały załamane i czuł potrzebę płaczu, choć nie widział powodu. Biedny poeta!
W tem koło bzowych krzaków zaświeciła sukienka i zadźwięczyła piosnka:

O mój aniele, pójdziem połączeni
Przez świat i życie, rozkosz i boleści,
Jak powój, co się na dębie zieleni
I miękkim listkiem korę jego pieści,

Jak dwie łzy oczu, dwa piersi westchnienia
Razem, do życia i świata skończenia,
Ty zawsze ze mną, ja zawsze przy tobie,
Na świecie, w niebie i w grobie!

— Ach! i ty tu, Guciu! — przerwała Marynia, płonąc trochę, otrząsając z rosy bukiet, który składała.
— Tak, to ja! — odpowiedział Gustaw smutnie.
— Cóżeś tu robił?
— Nic, — myślałem.
— Myślałeś? I dlatego jesteś smutny, że myślisz zawsze. Powiedz mi, czy myśl twoja włada przyszłością, czy odmieni życie i losy? — Wszak nie? — wszak ci tylko smutki i przeczucia przynosi, na cóż myśleć? A ja nigdy nie myślę!
— Ja więc muszę, — za nas dwoje.
— Bardzo dziękuję! — lepiej daj temu pokój. — Czy myślisz, że to dla mnie wesoło, gdzie cię spotykam, zawsze chmurne widzieć czoło, zawsze boleści? — I czego? powiedz, proszę cię, bardzo proszę, czego ty się smucisz?
I zbliżyła się do niego, podskakując z bukietem.
— Powiesz mi? W tem masz coś tajemnego, a między nami żadnych być tajemnic nie powinno, wszak prawda?
— Powiedzieć ci tego nie mogę, — bo nie wiem.
— Żartujesz sobie ze mnie? to nie ładnie, panie Gustawie, to wcale nie ładnie! Ja się będę gniewać. — Ja każę.
A potem dodała jeszcze, patrząc na bukiet:
— Ja proszę, pięknie proszę, — bardzo proszę! — Bo przyznam ci się, że tego zupełnie nie rozumiem, dla mnie to tak wszystko wesoło. — Słońce świeci, kwiatki kwitną i pachną, latają motyle, słowik śpiewa, świat taki śliczny, taki zabawny, taki dobry, tyle szczęścia przedemną. A ty, — powiedzże, czego się smucisz?
— Bo kocham ciebie!
— A! to śliczna przyczyna, — prawdziwie warta gniewu; kiedy ja ci mówię, że cię kocham, kiedy sobie roję przyszłość wesołą, — to ty zapewne widzisz w mojej miłości same smutki, — więc bądź zdrów!
I niby rozgniewana chciała odchodzić. Gustaw ją za rękę zatrzymał, i z pałającą twarzą, bijącem sercem pociągnął ku sobie.
— Maryniu moja! aniele drogi! — gdyby też nie ty, zdaje mi się, że moje życie byłoby tak smutne, ach tak smutne! że od niego serce by pęknąć musiało.
Marynia zaczerwieniła się, usta i oczy jej zadrżały, zbliżyła się do niego, ale tę wesołość i trzpiotowatość twarzy, oczu i mowy zbliżenie do niego zabiło, — spojrzała, nachyliła się, westchnęła i zamilkła. Gustaw objął ją rękoma, przytulił twarz do jej twarzy, i w gorącym uścisku zamknął oczy i zawołał:
— Chciałbym tak umierać!
— A jabym tak żyć chciała — odpowiedziała Marynia.
I usta ich dziecięce złączyły się pocałunkiem, który jak iskra galwaniczna rozlał strumień ognia po wszystkich nerwach, uderzył w głowę i głowę zapalił, uderzył w piersi i piersi płonęły i serce gorzało. — A wówczas słońce, wieczór, świat, smutki, wszystko znikło. — I nie było bzów kwitnących i śpiewającego słowika, — i nic, tylko dwoje ust i niebo nad niemi, — bo całe ich życie do ust się zbiegło!
Była to chwila apoteozy, z której śmieją się starzy, w którą później niby nie wierzą kobiety, z której młodzi między sobą żartują, która musi być tylko jedna w życiu, bez świadka, początku i końca, — jak kwiatek wieczności wmięszany do życia; która jest brylantem całej młodości człowieka, a po niej serce nie umie zrobić życzenia, bo odnowić ją niepodobna. — Potem jeszcze czasem ją wskrzesi przypomnienie, przyniesie sen z młodości światów, ale nikt już nie położy na usta splamione tego pierwszego pocałunku, w którym człowiek zrywa pierwiastek rozkoszy ziemi i przeczuwa niebo.
I Gustaw też, kiedy jeszcze oboje drżeli, kiedy Marynia bukiet z ziemi podniosła, kiedy wejrzenie jej pełne ognia zlało się, żegnając z jego wilgotnym wzrokiem, powiedział sobie:
— Tak być musi w niebie!
A Marynia odchodząc i ściskając go za rękę, powiedziała mu jeszcze:
— Nie bądźże smutny! proszę cię!
Potem pobiegła ulicą, narwała jeszcze więcej kwiatków, i w oddaleniu znowu głos jej słychać było:

O mój aniele pójdziem połączeni,
Przez świat ten zimny, przez życie bez celu,
Przez burze lata i wichry jesieni,
Razem, mej duszy luby przyjacielu!

— A, panna Marjanna, — odezwał się w oddaleniu pan Werner, którego głos spadał na serce Gustawa jak czarna plama atramentu na suknię balową; — panna Marjanna zostawiła krosienka pod oknem sali, porozrzucane wszystko, nieporządek taki, nastrzyżono, naśmiecono, nawalano.
Gustaw, który tych słów z innego świata nie rozumiał, na sam dźwięk grzechotliwy głosu przerywanego kaszlem, uciekł daleko.
A słońce zachodziło, kąpiąc się w różanem morzu, i słowik śpiewał, a wiatr chłodny wiał myśli wieczorne, sen słodki i dumania niosąc z sobą. — Gustaw stanął zamyślony. — Szelest go jakiś obudził. — Stanął, słuchał, i słyszał głos Franciszka czysty i wesoły.
— Już teraz nie ucieczesz mi, Ludwisiu, bo cię trzymam, trzymam z całej siły.
Ludwisia była to służąca.
— Puśćże mnie, puść, — odezwała się dziewczyna, słyszę głos pański, — ktoś idzie — dalibóg! proszę pana, nie swawol pan, panie Franciszku, ja pani powiem, będę krzyczała, doprawdy będę krzyczała.
— Moja Ludwisiu! — tylko cię raz pocałuję, cóż ci to szkodzi?
I słychać było wyraźne pocałowanie nie raz, ale dziesięć razy powtórzone, i Ludwisia umilkła.
— Aj! — krzyknął Franciszek.
— Cóż to jest? — zapytała Ludwika.
— Ukłułem się tą szpilką przeklętą! Zawsze bo musisz nosić szpilki na piersiach, nie można się dotknąć ciebie, żeby się nie pokaleczyć.
Ludwika śmiała się do rozpuku, ale nie uciekała, choć Franciszek już jej nie trzymał, tylko ze smutną miną stał i krew z palca wysysał.
— Czy jeszcze pana boli? — zapytała śmiejąc się. — Otóż to Pan Bóg skarał, nie trzeba takich rzeczy robić!
— Jeszcze sobie ze mnie żartujesz? — o! tego to nie daruję — zawołał Franciszek i porwał się do niej. Ludwika krzyknęła, ale bardzo po cichu i znowu były pocałunki i ściskania, a Gustaw zdumiony tą osobliwszą miłością, której zrozumieć nie mógł, miłością, którą widział, tak zimną, tak wesołą, tak łatwą i płochą, stał smutny i powoli ochłódł z tego zapału, który wrzał jeszcze w jego sercu od chwili pocałunku.
Wtem krok czyjś poważny, pewny, krok stary, mierzony, który już kilka dziesiątków lat przedreptał po świecie, — dał się słyszeć opodal trochę.
Franciszek jak strzała puścił się w przeciwną stronę, a panna Ludwika w drugą: ale uciekając, wpadła na Gustawa i zarumieniwszy się, krzyknęła, nim miała czas uciekać dalej, fryzowana peruka pana Wernera pokazała się o dwa kroki.
— Ślicznie! bardzo ślicznie! — krzyknął natychmiast. — Jak uważam, pan Gustaw nie próżnuje i Ludwika także. — Ślicznie! mospanie! to trochę zawcześnie! Dlatego to te przechadzki wieczorne się odbywają. — Idź mościa panno, zbierz swoje rzeczy i wynoś się z mego domu! — dodał trzęsącym się od gniewu głosem.
— Ale ja, — proszę pana dobrodzieja — odpowiedziała służąca — chodziłam po ogrodzie i na Pana Boga panu przysięgam, że tylko co trafiłam na pana Gustawa, aniśmy dwóch słów nie powiedzieli. — Cóż to za podejrzenie?
— Dość tego, dość tego! powiedziałem i dość! — zawołał pan Werner, trzęsąc czerwoną peruką i stukając kijem. — Idź precz! — Wynoś się z mego domu, z Bogiem, z Bogiem! ani słowa! śliczne rzeczy! Dobrała się para!
Ludwika dumnie odeszła. Gustaw z miejsca się nie ruszył.
— A wasan do swojej stancji! marsz! jutro pójdziesz do Wilna, dłużej nie masz tu co robić w domu moim, rozpustniku, próżniaku. Czemu nie patrzysz na Franciszka, czemu go nie naśladujesz? czy pokazało się po nim kiedy co podobnego?
To mówiąc i prowadząc za sobą do domu Gustawa, szedł pan Werner do pokoju, w którym już z daleka przez drzwi szklanne widać było zapalone świece. — Gustaw zboczył i pobiegł niespokojny do swojej izdebki.
Pan Werner wszedł do salonu, trzasnął drzwiami, rzucił kapelusz i laskę. Żona jego i córka poznały odrazu, że był w złym humorze, podniosły oczy od roboty, i Marynia odezwała się:
— Czy papa każe sobie czytać?
— Nie chcę, — odpowiedział spluwając.
— Gdzieżeś był? — zapytała go żona.
— W ogrodzie! Śliczną tam rzecz widziałem! właśnie Gustaw miał tam w krzakach konwersację z panną Ludwiką! Kazałem się jej wynosić.
Marynia na wspomnienie Gustawa zaczerwieniła się, robota jej zadrżała w ręku, spuściła głowę i zaczęła szyć co najprędzej; ale gdy ojciec dokończył, — krew uderzyła jej do głowy! Nie wierzyła uszom swoim. — Gustaw, ten Gustaw, którego usta czuła jeszcze na palących wargach swoich, miałby podobny pocałunek dać drugiej kobiecie, służącej? tego nie pojmowała, nie chciała wierzyć, a zmuszona uwierzyć, mimowolnie zapłakała nad robotą.
— To chłopiec zupełnie zepsuty! — odezwał się pan Werner, próżniak, nigdy nic z niego nie będzie.
— Może w tem jest jaka omyłka, zdało ci się — odważyła się przebąknąć pani Werner.
— Moja pani, to nie jest omyłka! moje oczy się nigdy nie mylą — wybuchnął stary, stukając nogą, — moje oczy się nie mylą! widziałem od dawna, że był zepsuty, — będzie to rozpustnik! — Nie mogę go tu dłużej trzymać, boby mi popsuł Franciszka. — Czemu się to po Franciszku nie pokaże?
Matka kiwnęła głową.
— I ten nie lepszy.
— Nie w łaskach u pani! — zawołał Werner, tak! aleć jego zabawki, psy, konie, myślistwo nie są zgorszeniem i grzechem, — a on nigdy chwili nie zpróżnuje, Franuś będzie człowiek; zna się na gospodarstwie, pomaga mi; tamtemu raz tylko dałem rejestra, to djabli wiedzą co porobił. — Zawsze próżniak, smutny, nudny, i zepsuty! o! zepsuty! Próżny tylko z niego ciężar w domu. — Ludwice proszę obrachować co się należy, i precz!
Pani Werner i córka wyszły z salonu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.