Pod wodę/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pod wodę
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
tom IV
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1892
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.

W Piotrowicach zastał p. Sylwester wszystko we wzorowym porządku. Pomimo pilnego przypatrywania się i badania nic do zganienia nie znalazł. Roboty gospodarskie były w pełnym biegu, siewy na dokończeniu, podkładki wszystkie gotowe. W księgach zapisany najmniejszy drobiazg, najmniejszy wydatek z poprzedniego dnia. Żadnej zaległości.
— Gdzież jest p. Jan? — zapytał p. Sylwester ekonoma.
— Tu był o świtaniu, jaśnie panie, wydał dyspozycye i na Majdan odjechał.
— Proszę posłać po p. Jana.
— Konnego?
— Nie, wolant posłać, niech Piotr pojedzie i powie, że ja powróciłem i bardzo pragnę widzieć p. Jana, ale zaraz...
— W tej chwili, jaśnie panie.
We dwie godziny później Janio wchodził do kancelaryi ojca.
— Jak się masz synu! — zawołał p. Sylwester, i pochylonego do ramienia Jania ucałował nie w powietrzu, jak zwykle, ale w czoło.
— Siadaj no, mój synu — rzekł z pewnem drżeniem w głosie, — siadaj z łaski swojej bliżej, chciałbym z tobą pomówić...
— Słucham ojca.
— Przedewszystkiem muszę ci podziękować. Zwiedzałem gospodarstwo i zastałem wszystko we wzorowym porządku. Bardzo dobrze zastępowałeś mnie; bardzo dobrze, jestem z ciebie zadowolony i chciałbym wynagrodzić twoje trudy.
— Nie trzeba ojcze. Spełniłem tylko obowiązek, a zadowolenie ojca dostateczną jest dla mnie nagrodą; większej nie pragnę.
Pan Sylwester zmarszczył brwi i zamilkł. Bolał go ów kamienny spokój, z jakim syn do niego przemawiał, i chłód, jakim się otaczał.
— Proszę cię — rzekł po chwili milczenia p. Sylwester — wartoby na Majdanie postawić dom.
— Istotnie, ojcze, przydałby się jeszcze jeden czworak dla fornali i parobków, bo Majdan rośnie, z każdym rokiem pola nowe przybywają i w niedalekiej przyszłości służbę trzeba powiększyć, i to dość znacznie.
— To swoją drogą, ale ja mówię o domu dla ciebie, o dworze. Jużciż w tej chałupce zawsze mieszkać nie możesz.
— Dla mnie ona bardzo dobra i wygodna.
— O! ja wiem, że dla ciebie wszystko jest dobre i że gotówbyś mieszkać nawet w pudełku od cygar, ale ja mam inne poglądy. Taki folwark, jak Majdan, bez porządnego domu mieszkalnego być nie powinien, postawimy więc dwór.
— Jak ojciec uważa.
— Nie pałac, nie mury, bo to głupstwo, reperacye więcej kosztują niż co warto, ale porządny, wygodny dom, o sześciu lub ośmiu pokojach, drewniany, na podmurówce. Materyał mamy doskonały i suchy. Przez zimę zwieziemy, a z wiosną zaraz mularze i cieśle wezmą się do roboty. Dobrze?
— Jak ojciec chce... ja robotników dopilnuję...
— Jak ojciec chce... jak ojciec chce!.. żebym też kiedy usłyszał, co ty chcesz?..
— Nic, ojcze.
— No... chodź na obiad, matka czeka.
Wszedłszy do jadalni, Janio zdziwił się przywitaniu jakie go spotkało. Matka ucałowała go kilkakrotnie i miała minę bardzo tajemniczą, Irenka zaś z radością wielką rzuciła mu się na szyję.
— Co to znaczy? — szepnął do siostry.
— Nic, Janeczku — odrzekła. — Kocham cię.
Pan Sylwester był w dobrym humorze i dużo przy obiedzie rozmawiał, co mu się wogóle bardzo rzadko zdarzało. Mówił o rodzinie Karpowiczów, wychwalał Ludwika, pannę Florentynę i Anielcię... o Jadwini nie wspomniał ani słowa.
— Młody p. Karpowicz — mówił — ma przed sobą przyszłość; ma bez wątpienia. Nie przypuszczałem nigdy, że tak dobrze umie się brać do rzeczy. Byłem nieraz świadkiem naocznym, jak udzielał rad chłopom i żydom. Wybornie umie przemawiać do ich pojęć, a to sztuka... doprawdy sztuka, jabym tak nie potrafił...
— Istotnie — wtrąciła Irenka — człowiek to bardzo zamiłowany w swoim zawodzie, a jak on ojca troskliwie pielęgnował w chorobie! Doprawdy, że podziwiałam...
— Masz słuszność, p. Ludwikowi zawdzięczam bardzo wiele... Prosiłem go, żeby nas tu odwiedzał w Piotrowicach.
Janio spojrzał na siostrę wzrokiem pełnym zdumienia... Zarazem siedząc wprost okna, zkąd można było widzieć bliższe zabudowania folwarczne, spostrzegł, że Piotr wytoczył powóz z wozowni. Było to coś nadzwyczajnego, gdyż powozu tego od wielu lat wcale nie używano, p. Sylwester albowiem jeździł zazwyczaj bryczką, a panie wolantem.
Pod koniec obiadu p. Sylwester rzekł do żony:
— Proszę cię, moja żono, bądź łaskawa, każ przynieść z piwnicy butelkę dobrego wina, jakie masz najlepsze.
— Ja sama przyniosę, ojczulku — odezwała się Irenka.
— Bardzo dobrze, tylko czy wiesz jakie?
— To najstarsze... którego nigdy się nie podaje, choćby niewiem kto...
Pan Sylwester rozśmiał się.
— Tak, to, którego się nigdy nie podaje, choćby niewiem kto... dziś wyjątkowo trzeba je otworzyć.
— O! ja wiem, ojczulku — odrzekła.
— Już wiesz? no, proszę! zachowajże dla siebie to o czem wiesz. Panie synu! — dodał zwracając się do Jania.
— Słucham ojca...
— Biednie ubrany bo jesteś... zaniedbujesz się. Powiedz mi z łaski swojej, czy masz swoją garderobę tu, czy w Majdanie?
Janio spojrzał zdumiony.
— Na Majdanie — odrzekł — mam trochę i tu trochę. Dlaczego ojciec o to zapytuje?
— Chciałbym, żebyś mi towarzyszył; mam zamiar złożyć wizytę w sąsiedztwie.
Irenka przyniosła wino, p. Sylwester nalał w kieliszki.
— No, synu! — rzekł — napijmy się, ja dla wzmocnienia, a ty, dla kurażu... Irenko, każ powiedzieć Piotrowi, żeby pośpieszył. Cztery konie w lejc... on już wie. Panie Janie, racz się wybierać, pojedziemy razem...
— Dokąd ojcze?..
— Zobaczysz. Dość już tej samotności na Majdanie, żyjesz jak pustelnik, trzeba się nareszcie ożenić, mój synu...
Janio zerwał się z krzesełka.
— Ojcze! — rzekł z wymówką — dlaczego ojciec wszczyna tę kwestyę? Przecież mówiliśmy już o tem, i wiadomo ojcu, jakie są moje zamiary...
— Tak, ale tobie nie wiadomo, jakie są moje zamiary. Jedziemy do Zawadek, i sądzę, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, jeżeli w twojem imieniu, poproszę p. Marcina Karpowicza o rękę panny Jadwigi. Tobie odmówiono, może ja będę szczęśliwszy...
Janio stał przez chwilę jak oszołomiony, a potem padł w otwarte ramiona ojca, który przytulił go do piersi w długim serdecznym uścisku.. Obaj łzy w oczach mieli, obaj uścisnęli się serdecznie, po raz pierwszy w życiu.
— Zwyciężyliście mnie — szeptał stary — zwyciężyli... Ja pokochałem tych ludzi, a tę twoją śliczną Jadwinię, jak córkę do serca przytulę...
— I ja również, mój Janiu — dodała matka — niech was oboje Bóg błogosławi, nie pragnę lepszej synowej...
— No, nie traćmy czasu, synu — rzekł pan Sylwester i chociaż dziś święcisz tryumf uczucia, nie zapominaj jednak nigdy o tej praktycznej zasadzie, że czas to pieniądz, i zawsze stosuj ją w życiu.
Irenka zbliżyła się do ojca.
— Proszę ojczulka — rzekła, składając ręce błagalnie, ja w powozie wiele miejsca nie zabiorę...
— I ty chcesz jechać z nami?
— Tak ojcze, pragnę pierwsza ucałować moją drogą siostrzyczkę Jadwinię...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W następnym roku, gdy pora żniw nadeszła, stanął już na Majdanie dom nowy, gospodarski, wygodny.
Wybrano dla niego miejsce najwyższe i najsuchsze, a tuż za domem kilka morgów ziemi, na założenie ogrodu przeznaczonych, okopano rowami, otoczono wysokim parkanem.
Jesienią będą w nim drzewka, jesienią też zasadzą młode lipki, mające zdobić dziedziniec. Uprzątnięto już resztki drzewa, cegieł i wiórów pozostałych po budowie, oznaczono bielonemi kamieniami duże koło na gazon, zasypano doły po wapnie, a tę chałupkę starą, po gajowych, w której Janio mieszkał, rozebrano, zniesiono.
Śladu z niej już nie ma. Czyściutko tu dokoła, porządnie i ładnie.
Janio po dawnemu pracuje wytrwale, gorliwie, chętniej jeszcze niż dawniej, a gdy z pola do domu powraca, wita go uśmiechem i pieszczotą Jadwinia, piękniejsza jeszcze niż wprzódy, promieniejąca szczęściem i miłością. Na jej twarzy róże zdrowia kwitną, piosnka z ust koralowych nie schodzi...
Krząta się w swoim domku, w gospodarstwie swojem, zadowolona z losu, szczęśliwa. Odwiedzają ją nieraz rodzice, siostry, Ludwik, Irenka, ale najczęstszym w Majdanie gościem bywa... p. Sylwester.
Nie chcąc się przyznać, że go serce do syna i synowej ciągnie, wymyśla najrozmaitsze interesy do Jania: to go prosi o książkę, to mu chce jakieś projekta opowiadać, to niby przejazdem, wypadkowo, wcale nieumyślnie, wstępuje; a za każdą bytnością dłużej siedzi, ustępując niby to prośbom Jadwini, która jako młoda gosposia honory domu mu robi.
Stary człapak tak już zna drogę do Majdanu, że podczas najciemniejszej nocy każdy kamień, każdy dołek ominie; a gdy p. Sylwester przyjechawszy zejdzie z siodła i cugle na kark mu rzuci, to nie czeka jak zwykle ze łbem spuszczonym, lecz wlecze się do stajni, jakby do własnej, bo wie, że odpocznie, i że go nie prędko przed ganek przyprowadzą.
Pan Sylwester nie mówi już z żoną o projekcie wywiezienia Irenki do Warszawy i wydania jej za mąż za fabrykanta. Ucichło o tem zupełnie, bo po cóż aż tak daleko szukać, kiedy w blizkiem sąsiedztwie, prawie obok, jest ktoś, komu panna widocznie sprzyja i ten ktoś, co drugi, trzeci dzień do Piotrowic zagląda, zawsze mile i serdecznie witany? O małżeństwie mowy jeszcze nie było, bo p. Ludwik nie bardzo w swoje szczęście chce wierzyć, i nie może się na krok stanowczy zdecydować, ale milczące porozumienie już jest, a w Piotrowicach jak za członka rodziny go uważają.
Nie ulega kwestyi, że z czasem nabierze odwagi i poprosi o rączkę, która go zawsze na powitanie szczerem ściśnięciem darzy, że wyczyta słówko zachęty z oczu, tak słodko i wymownie patrzących.
Dodać też trzeba, że w ogóle w piotrowickim dworze temperatura się podniosła — i już nie wieje w nim ów chłód przykry, który tam panował niegdyś, chociaż słońce żarem piekło, a gorące powietrze lipcowe przez otwarte okna wpadało.
Kurosz, o ile mu czas pozwala wymyka się z miasta. Na Majdanie bywa, w Piotrowicach też wizytę złożył, ale najwięcej i najchętniej u Ludwika w miasteczku gości... Przyjeżdża wesoły, żartów pełen, a wraca zamyślony, smutny, wzdychający... Panna Florentyna jest przedmiotem tych westchnień... czy beznadziejnych — pytanie? Wszakże piękna dusza, a serce poczciwe może się także podobać...
Bywają takie zdarzenia...
Starzy państwo Karpowiczowie są bardzo szczęśliwi szczęściem dzieci i spokojem, który po długich latach utrapień i przeciwności zagościł już stale w ich domu. Po króciutkiej, zachwytów pełnej wiośnie życia, okropne mieli lato, ciężką jesień, aż dopiero zima starości ukojenie im i wypoczynek przyniosła.
Siedzą spokojnie w Zawadkach, na tej roli chudej, skąpej, a przecież ukochanej, chociaż o każdy kłos męczyć ją potrzeba — i przesiedzą do śmierci, bo już im nikt wywłaszczeniem nie grozi... nawet Wigdor.
On teraz całkiem swoje plany zmienił. Nie ma zamiaru kupować folwarku, bo co mu po takim ambarasie? Chce siedzieć w karczmie jak przedtem, gotów nawet dzierżawę podwyższyć. Na co mu się ruszać? na co przeprowadzać? on nie jest do takich zmian przyzwyczajony. Lubi siedzieć na miejscu, zna piękne przysłowie o kamieniu i chce trochę porosnąć... jak kamień.
Co to komu przeszkadza? dla czego on nie ma porosnąć?
Wigdor przychodzi nieraz do p. Marcina Karpowicza. Przychodzi bez żadnego interesu, tak sobie, na pogawędkę. Wigdor bardzo lubi gawędzić; taką już ma naturę. Przynosi wieści z miasteczka, ceny zboża, czasem o politykę zawadzi, bo Wigdor z rodu polityk. Jego stryjaszek bogaty był kupiec, handlował w swoim czasie zbożem i na własne oczy widział w Gdańsku Bismarcka! samego Bismarcka, na własne swoje oczy! I myślałby kto, że wtenczas ów Bismarck taki był jak dziś, pierwsza osoba! Chowaj Boże, całkiem zwyczajny niemiec, mówił jak wszyscy niemcy, po niemiecku, palił pruskie cygara i lubił, podobno bardzo lubił — piwo!
Wigdor nieraz winszował p. Marcinowi dzieci.
Było też czego winszować.
Wigdor mówił:
— Dobre dziecko to majątek! U nas stoi: że syn mądry, to radość ojca, a głupi, to smutek matki; że koroną starców są ich synowie, a najbardziej synowie mądrzy, bo mądrość, o czem też stoi w Piśmie, umacnia człowieka więcej niż dziesięć książąt, którzy są w mieście. Pan dobrodziej doczekał się korony ze swego syna, pociechy z dzieci...
Pan Marcin przyznawał słuszność Wigdorowi.
Nieraz wieczorem po całodziennej pracy, gdy się już dość po polach nachodził, z ludźmi naujadał, dawał starym kościom wypoczynek i zasiadał pod lipą.
Chłodziła mu skronie noc letnia, pachniał wietrzyk z nad łąk biegnący, śpiewały słowiki w gaju, a starowina siedział i dumał, i rozrzewniał się, i modlitwę dziękczynną szeptał:
— Za wszystkie smutki i bóle, za łzy wypłakane i za noce niespane, za niepokoje i trwogę, za cierpienia i żale, za ukojenie i spokój w starych latach...
Rozśpiewany słowik modlitwę starca głuszył, ale przecież słyszał ją Ten, do Którego najmniejsze nawet szmery ziemi dochodzą.


KONIEC.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.