Pod wodę/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pod wodę
Podtytuł Obraz z życia wiejskiego
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
tom IV
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1892
Druk A. Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


I.

Ktoby chciał zasięgnąć wiadomości o panu Sylwestrze Załuczyńskim, właścicielu Piotrowic, a jął przepytywać ludzi w okolicy, usłyszałby rozmaite zdania, ogólnie biorąc — dodatnie, ale niedopowiedziane, niedokończone. Brakowało w nich czegoś.
Jedni chwalili go, że dobry gospodarz; drudzy mówili, że człowiek rozumny i myślący; inni znów podziwiali jego pracowitość i energię; ale pochwały te były wypowiadane na zimno, z pewną rezerwą, z wahaniem. Mówiono o nim, jakby o kimś bardzo dalekim, o odludku, a przecież człowiek ten odludkiem nie był. Ukazywał się na wszelkich zebraniach i naradach, brał czynny udział w sprawach swego kątka, bywał członkiem rad familijnych, uczestniczył w sądach polubownych, gdy go o to proszono.
Od sąsiadów nie stronił, witał się z każdym niby serdecznie, podawał dłoń do uściśnięcia i twarz do pocałunku, ale rękę miał zawsze chłodną, a pocałunki składał na powietrzu.
Gdy się ukazał na zebraniu, wnosił z sobą chłód dziwny; wszyscy do pewnego stopnia tracili kontenans, a nie jeden Demostenes powiatowy wstrzymywał się z oracyą, w obawie, że spojrzenie pana Sylwestra zmrozi cały jej zapał i zwarzy najpiękniejsze kwiaty retoryki.
Mógłby kto pomyśleć, że ów pan Sylwester ma na swej przeszłości jakąś plamkę, na sumieniu cudzą krzywdę, lub coś podobnego... Gdzież tam! Przeszłość jego bez skazy, sumienie spokojne; krzywdy, choćby najmniejszej, nie uczynił nikomu; zobowiązania spełniał z rzadką akuratnością, uczciwie. Pod tym względem nikt zrobić mu nie mógł najmniejszego zarzutu.
Był dzieckiem okolicy, w której mieszkał. Piotrowice do rodziny Załuczyńskich oddawna należały. Wziął je drogą spadku po ojcu, tak jak ojciec po dziadku, a dziadek po pradziadku. Wziął obdłużone i zniszczone, a doprowadził do stanu kwitnącego. Z wielkiego obszaru ziemi część odprzedał, z trzech folwarków zrobił dwa, ale długi pospychał, siostrę, która była za mąż wyszła, spłacił i dziś do zamożniejszych ludzi w powiecie go liczą. Choćby kto najtroskliwiej badał całą jego przeszłość, dzień po dniu, godzina po godzinie, nicby w niej nagannego nie znalazł.
Pan Sylwester objął na siebie Piotrowice przed laty, powróciwszy z Niemiec, gdzie wykształcenie swoje uzupełniał. Niebawem też ożenił się. Żonę wziął z Warszawy, córkę fabrykanta, czy przemysłowca. Na konkury czasu wiele nie stracił, bo w ogóle liczyć się z nim umiał; wszystkiego trzy, czy cztery razy do swej bogdanki jeździł, ale żyli i żyją z sobą dobrze, dochowali się syna i córki... Przysporzyli fortuny. Piotrowice należą do pana, a posag pani zabezpieczony jest na nich hypotecznie. Mówią ludzie, że pan Sylwester małżonce swej procent punktualnie co pół roku wypłaca, a ona za te pieniądze listy kupuje. Czy rzeczywiście tak jest, nie wiem; ale nieprawdopodobieństwa w tem nie masz, gdyż właściciel Piotrowic w sprawach pieniężnych odznacza się wielką akuratnością.
Pani kubek w kubek do pana pod względem charakteru i zachowania się podobna. Czy się tak szczęśliwie, jakby w korcu maku szukając, dobrali, czy mąż ją tak urobić potrafił, dość, że myślą oboje jednakowo, i nie masz kwestyi, w którejby się różnili. Mówią z sobą bardzo niewiele, ale rozumieją się wybornie. Widują się zwykle trzy razy dziennie: przy śniadaniu, obiedzie i kolacyi. Po zaspokojeniu głodu, pani z córką znika w swoich apartamentach, pan wynosi się w pole, na folwark, lub do swej kancelaryi.
Ta kancelarya nie ma w sobie nic a nic wiejskiego i gdyby nie lipa, gałązkami do okna zaglądająca, gdyby nie widok na szeroki trawnik rozpościerający się przed dworem, możnaby mniemać, że to kantor fabryki, tak w nim jakoś sztywno i chłodno. Ani kwitnącej roślinki na oknie, ani obrazka na ścianie, nic coby tę stancyę choć trochę ozdabiało i rozweselało. Dębowy stół założony księgami, dębowe szafy, para stołków dębowych, oto całe umeblowanie.
Oficyaliści piotrowiccy nazywają ten pokój „łaźnią“ i nie bez zasady, gdyż dobrze napocić się muszą, gdy przyjdą tam sprawę z czynności swoich zdawać. Pana Sylwestra boją się jak ognia, chociaż nie unosi się gniewem, nie krzyczy. Dobre, czy złe wiadomości przyjmuje z jednakowym spokojem, który go nigdy nie opuszcza, i z tym samym spokojem nakłada kary, wymawia posady winnym.
Chłód, jaki w kancelaryi wieje, panuje i w całym domu, nie dlatego, żeby go opalać czem nie było, bo do Piotrowic należy blizko dwadzieścia włók prześlicznego lasu... Panuje chłód, chociaż małe kaflane hermetyczne piece grzeją, a termometr piętnaście nad zero wskazuje... Chłód nie znika nawet i wtedy, gdy letnią porą przez okno otwarte, słońce ognistem wejrzeniem zagląda. Gdy wchodzisz, oziębia cię wnet, opanowywa, opędzić mu się nie możesz. Wieje z kątów, z błyszczącej jak szkło, albo jak lód posadzki, z paradnych mebli, ustawionych symetrycznie, z powietrznych pocałunków pana domu, z uprzejmego uśmiechu pani. Wszedłeś i radbyś już uciec jak najprędzej; proszą cię żebyś został, mimowolnie dreszcz cię przechodzi; siadasz do stołu zastawionego obficie — i marzniesz.
Radbyś co najprędzej uciec, i jeżeli ci do domu daleko, wpaść na rozgrzewkę do biedulusa jakiego, który na ganek z powitaniem wybiegnie, wyściska cię serdecznie, za stołem niewykwintnym posadzi i zaraz całą duszę przed tobą na oścież jak stodołę otworzy; wyjęczy się, z trosk własnych wyspowiada, o twoje nawzajem wypyta, o deszczu, o wymokłym jęczmieniu się rozgada, wszystkich żydów w pień wyklnie, o politykę zawadzi i puścić cię z domu nie zechce... A gdy się uprzesz koniecznie, gdy zaprzysięgniesz, że czasu nie masz, że się śpieszysz, to cię na próg wyprowadzi, na bryczkę wsiąść pomoże...
Pana Sylwestra szanowano ogólnie, ale nie kochał go nikt, i on też kochania tego nie szukał i nie pożądał, w zażyłości blizkiej z nikim nie pozostawał, żył w swoim światku odosobniony, nie unikając ludzi, ale też i towarzystwa ich nie poszukując.
Żydzi odzywali się o nim niechętnie. Mówili, że to taki człowiek, co nie jest ani gorzki, ani słodki, a ktoby chciał pożywić się przy nim, musiałby wstać bardzo rano. Nie bez pewnego żalu spoglądali oni na Piotrowice, gdzie było zawsze i zboże do sprzedania, i okowita, i rok rocznie poręba lasu na sprzedaż... Pachniał im też młyn i karczma i pacht, ale cóż z tego? Twarde zęby musiałby mieć ten, ktoby z Piotrowic co ukąsił — wszystko tam inaczej szło niż u ludzi.
Syna pan Sylwester także po swojemu chował. Nikt nie widział, żeby się kiedy uśmiechnął do niego, żeby go pocałował, popieścił. — Odkąd chłopiec mówić zaczął, już był traktowany surowo. Może matka rozczuliła się nad nim kiedy, ale chyba pod wielkim sekretem i na osobności, bo nikt objawów tego rozczulenia nie widział. Sześć lat miał Janek, gdy go do systematycznej zaprzęgnięto nauki. Guwerner nie odstępował go ani na krok. Dzieciak miał wyznaczone godziny nauki, zabawy, spoczynku i godzin tych najściślej pilnować się musiał. Ojciec od najmłodszego wieku usiłował w niego wszczepić zamiłowanie, a raczej przyzwyczajenie do systematyczności, pracy i porządku. Ruszało się dziecko w zakreślonem kółku jak automat, nie zdradzając pragnień, ani woli własnej. Dziwiono się temu systemowi wychowania, a jedna złośliwa sąsiadka twierdziła, że gdyby Janiowi dwie wskazówki na czole przylepić, byłby z niego zegarek bardzo regularny.
Gdy chłopczyk skończył lat dziewięć, oddano go do szkół publicznych... Pan Sylwester wyszukał dla swego jedynaka stancyjkę jak najtańszą, gdzie żywiono dzieci licho, a trzymano w karbach rygoru ostro. Miała to być dla Jania szkoła biedy i niedostatku, którą winien był przejść, dlatego aby umiał szanować majątek. W tej też myśli zapewne, oraz aby nie nabrał wady próżności i nie pysznił się z ojcowskiego majątku, ubierano go w mundurek z najlichszego materyału, musiał chodzić w łatanych butach, a z kilku rubli pozostawionych na drobne wydatki przez ojca, prowadzić drobiazgowy rachunek.
Tym sposobem syn pana Sylwestra przechodził za jednym zamachem kilka szkół: szkołę klasyczną, będącą kluczem do czytania Homera w oryginale i do otwarcia drzwi uniwersytetu w przyszłości, szkołę niedostatku uczącą poszanowania dóbr doczesnych i szkołę oszczędności. Zapominał tylko p. Sylwester, że po za temi szkołami była tam jeszcze szkoła koleżeństwa, towarzyszów i tej przyjaźni, co na szkolnej zawiązana ławce, trwa długo, długo, nieraz aż do grobu...
Na tej samej stancyjce biednej, nie z zasady zapewne, lecz z konieczności, umieścił swego syna niejaki p. Karpowicz, właściciel niewielkiego folwarczku, o parę mil położonego od posiadłości p. Sylwestra.
Ów Karpowicz, chcąc synowi dać wykształcenie, robił nadludzkie wysiłki, bo mająteczek był obdłużony, w glebie nieosobliwej, ciężary na nim duże, a rodzina liczna.
Ludwiś Karpowicz od razu się z kolegą Załuczyńskim zaprzyjaźnił, ciągle byli razem, w szkole siedzieli na jednej ławce, w domu uczyli się lekcyj wspólnie, grywali w piłkę na podwórzu, odsiadywali kozę za zbytki, — w doli i niedoli nierozłączni. Gdy mizernego Jania który chłopiec chciał pobić, Ludwik przybiegał na pomoc, i nawzajem gdy Ludwik pocił się nad arytmetyką, bieglejszy w rachunkach Janio go ratował. Tak przebyli z sobą razem, prawie nierozłącznie aż do skończenia kursu.
Ileż im wspomnień miłych z owych czasów zostało! Janio wyrósł na ładnego chłopca, ale był małego wzrostu i delikatny, o twarzy bladej, kiedy niekiedy tylko zabarwianej rumieńcem. Twarz ta wydawała się jeszcze bledszą przy włosach czarnych i dużych, pełnych wyrazu oczach. Ludwik zupełnie inaczej wyglądał: rumiany, pełny na twarzy, rozrósł się ogromnie, płowa czupryna spadała mu na czoło, niebieskie oczy jaśniały blaskiem wesołości.
Janio zdobył patent bez wielkiego wysiłku, Ludwik z trudem. Wykuwał, jak to mówią, lekcye, przesiadywał nad książkami po nocach, a podczas egzaminów nie sypiał prawie, ale powiedział sobie, że zwycięży i zwyciężył.
Był to chłopak z charakterem. Wiedział, że ojciec całą na nim opiera nadzieję i postanowił nadzieję tę spełnić. Od klasy piątej utrzymywał się o swoich siłach, uczył drugich, korepetycyami, przepisywaniem zarabiał. Siły miał niespożyte. Inny nie zniósłby tylu nocy niespanych i pracy; on pomimo żywienia lichego nie pomizerniał nawet. Rumieńce nie schodziły z jego pełnej twarzy, wesoły uśmiech nie opuszczał ust, pełnych i czerwonych jak wiśnie. Gdy siedział nad książką, płowa czupryna, niepokorna, niedająca się ułożyć, gęsta, spadała mu na oczy; on ją energicznym ruchem głowy odrzucał i kuł dalej Odysseę, lub zamaszystym, dużym charakterem, nudny jaki kontrakt przepisywał.
Gdy w święto, wolnym czasem, za miasto z Janiem wyszedł, gdy powietrzem świeżem odetchnął, zobaczył zieleń, pola szerokie, wtenczas budziła się w nim cała energia sił i zdrowia, więziona w godzinach ślęczenia...
Duży, barczysty wyrostek dzieckiem się wtedy stawał. Śmiał się, śpiewał, biegał, gonił za motylami, przeskakiwał przez rowy, dopóki się nie umęczył... Wtedy oddychając szybko, robiąc piersiami jak miechem, ocierał pot z czoła i rzucał się na trawę jak długi...
Janio siadał przy nim i zaczynała się rozmowa. Temat tych gawęd najrozmaitszy bywał, przeważnie jednak dotyczył wiosek rodzinnych, czasów dzieciństwa, przeszłości. O tem mówili najchętniej, czasem przez kilka godzin, do zmroku, przypominającego że czas do miasta powracać.
Niekiedy jednak rozmowy przyjaciół przybierały charakter ogólny, a myśli ich na szersze wybiegały horyzonty.
Częstokroć do ich towarzystwa przyłączał się także kolega i rówieśnik, Marcin Kurosz, chłopak niepokaźny, ułomny trochę i brzydki.
Na pierwszy rzut oka wrażenia dobrego nie robił; miał coś złośliwego w małych, zawsze przymrużonych oczach i w sarkastycznym uśmiechu, który nigdy z ust jego nie schodził. Przy bliższem poznaniu dopiero zyskiwał.
Kurosz pochodził z Litwy, rodzice jego mieszkali w głuszy wiejskiej, w zaścianku i pracowali na niewielkim kawałku roli. Matka umarła, ojciec ożenił się powtórnie i ze szczupłego mienia, jakie po pierwszej żonie pozostało, dawał synowi fundusz na utrzymanie i na edukacyę. Właściwie mówiąc, marne to były pieniądze, ale dla Marcinka wystarczały, tak, że nawet corocznie po kilkanaście rubli odkładał. Mieszkał na poddaszu u szewca, u tegoż szewca się stołował, na ubranie wiele nie wydawał, jeden mundurek starczył mu na lat kilka.
Czasem pozwalał sobie na zbytek: kupował stare książki, jeśli tanio się nabyć trafiło; a kupiwszy, zamykał się w swojej izdebce na poddaszu i studyował je pilnie. Zdolności umysłowe miał duże, ale uczył się średnio, tak tylko, aby co rok z klasy do klasy przechodzić. Nie wyrywał się naprzód i nie zostawał w tyle; koledzy niebardzo go lubili, gdyż stronił od nich i na uboczu się trzymał — wyjątek tylko robił dla Ludwika i Jania, z którymi w ściślejszych zostawał stosunkach.
Nieraz towarzyszył im w wycieczkach zamiejskich, brał udział w rozmowach, i zawiązała się pomiędzy nimi przyjaźń na długie czasy, na zawsze.
Po ukończeniu szkół, koledzy rozstali się na krótko. Janio pojechał do zimnego dworu w Piotrowicach, Ludwik do Zawadek, do których tęsknił tak w szkołach, a Kurosz, spakowawszy swoje stare książki, udał się do ojcowskiego zaścianka, boćwinę i kołduny jeść i z ojcem się nacieszyć.
W przeddzień wyjazdu trzej młodzi przyjaciele wyszli za miasto, aby raz jeszcze, może ostatni już w życiu, zobaczyć okolicę, w której tyle przyjemnych chwil wspólnie spędzili, krętą rzeczkę, lasek, co się po obydwóch stronach szosy rozciągał. Było to ulubione miejsce uczniowskich spacerów. W rzeczce można się było kąpać, las dawał jagody, a na polance, która się wśród niego rozciągała, bawiono się w piłkę i gry różne.
W lesie, tuż przy szosie znajdowała się austerya, którą utrzymywał niejaki Miller, niegdyś stróż gimnazyalny. Kiedy jeszcze bram szkolnych i porządku na korytarzu pilnował, żona jego sprzedawała uczniom bułki, pierniki i serdelki... Dorobili się trochę grosza i z fundusikiem tym wzięli w dzierżawę ową oberżę pod lasem. Dla uczniów Miller zawsze zachowywał sympatyę; gdy przyszli, witał ich z uśmiechem, za mleko i bułki nie obdzierał, a o profesorów, o sprawy szkolne z wielką ciekawością zawsze dopytywał.
Trzej przyjaciele postanowili Millera pożegnać, i dzień zakończenia roku szkolnego, ostatni dzień pobytu w mieście, wspólną biesiadą upamiętnić.
Janio miał trochę zaoszczędzonych pieniędzy, Ludwikowi ojciec na drogę przysłał, a Kurosz wydobył z ukrycia swoje oszczędności.
Właściwie on to był inicyatorem pożegnalnej uczty.
— Raz w życiu trzeba takoż pohulać, — rzekł ze śpiewnym, przeciągłym akcentem, którego nie mógł się pozbyć. — Dotąd byliśmy zwyczajni nieuczkowie, teraz patentowani, a to insza kategorya! Jak sobie chcecie, a taki wypadek uroczyście trzeba obchodzić.
Poszli żwawo, weseli, uśmiechnięci, prócz jednego Ludwika, który się do humoru towarzyszów swych nie mógł jakoś dostroić i wzdychał.
Posiliwszy się u Millera, weszli w las, usiedli na obalonem drzewie i zaczęli rozmawiać, ma się rozumieć, o przyszłości. Czy się też kiedy spotkają? Pokazało się że oprócz na krótki czas wakacyjny, nie rozłączą się wcale, gdyż każdy z nich do uniwersytetu w Warszawie ma wstąpić.
Janio nie był jeszcze zdecydowany, na jaki wydział ma chodzić, Kurosz miał zostać prawnikiem. Takie było marzenie jego ojca, który w rzędzie antenatów swoich kilku palestrantów liczył, a umiejętność prowadzenia procesów za szczyt mądrości uważał.
Marcinek zgadzał się na to chętnie, wiedząc, że wykształcenie prawnicze daje byt niezależny i nieprzeszkadzający oddawać się zbieraniu i czytaniu ksiąg starych. Wiedział, że w Warszawie będzie miał dostęp do bibliotek i znajdzie wiele okazyj do zadowolenia tej swojej słabostki.
Ludwik milczał. Nagabywany przez kolegów, wyznał, że ma chodzić na medycynę, i że przedmiot ten nie nęci go wcale. Wolałby dać za wygranę wszelkim wysokim aspiracyom i pójść na praktykę gospodarską, a potem ukończywszy ją, za dwa, trzy lata, powrócić już na zawsze do swoich ukochanych Zawadek i razem z ojcem pracować na własnym zagonie. Niemożliwe to wszakże. Zawadki małe, odłużone, nie wystarczą dla dość licznej rodziny. Ojciec szarpie się, bokami robi, pracuje, zabiega, ze skóry wyłazi, aby jeszcze przez kilka lat przeciwnościom się opierać i przy zagonie wytrwać przez kilka lat, dopóki syn edukacyi nie skończy i owoców jej zbierać nie zacznie.
W tym synu cała nadzieja. On się szybko dorobi, on ojcu dopomoże, całą rodzinę podźwignie, Zawadki z długów oczyści, siostry wyposaży... byle tylko edukacye skończył i owoce jej całemi garściami zbierać zaczął.
Pójdzie na medycynę, zostanie lekarzem sławnym, znakomitym, rozgłośnym, a wtenczas wszystko będzie inaczej. Tylu się fortun dorabia, tylu karetami jeździ; dla czegóżby Ludwisia taki los nie miał spotkać?
Spełni on te marzenia, a wtenczas ojciec odetchnie, spokojny o Zawadki; o los pięknej Florci, piękniejszej jeszcze Jadzi i najmłodszej Anielki, siostr Ludwisia.
Wprawdzie Ludwiś do medycyny nie ma wielkiego pociągu, lęka się jej ogromu i słabych sił swoich, ale ponieważ takie jest życzenie ojca, więc je spełni. Przeraża go ogrom pracy, ale stanie do walki. Zresztą pięć lat nie wieczność; wytrzymują ludzie dłużej i w cięższych opałach.
Postanowili, że w Warszawie razem mieszkać będą. Kurosz stawi się tam pierwszy i wynajdzie pokoik odpowiedni, on też, jako najpraktyczniejszy, będzie gospodarzem i kasyerem.
Ułożyli sobie cały program, postanowili wspierać się i pomagać sobie nawzajem.
Potem rozmowa na ogólne, weselsze weszła tory, powrócili z piosnką na ustach, późnym już wieczorem do miasta, a nazajutrz udali się każdy w swoją stronę, Janio do Piotrowic, Ludwik do Zawadek, Marcin do zaścianka na Litwę.
Po upływie dwóch miesięcy zjechali się w Warszawie na wspólną dolę i niedolę, bo czekało ich ciężkie życie: praca nad nauką i troska o chleb.
P. Sylwester, zasadom swoim wierny, Jania bardzo skąpo wyposażył na drogę, zaleciwszy mu o lekcye się starać i z tego źródła część potrzeb niezbędnych zaspakajać. Ojciec Kurosza klęskę poniósł, gdyż pożar zniszczył mu budowle w zaścianku. Od podwaliny z nowego wszystko trzeba było stawiać, więc też synowi wiele udzielić nie mógł, tak, że Marcinek z bardzo szczupłym zapasem w Warszawie się znalazł. Ludwiś najbiedniejszy był z całej trójki. Ojciec jego, zadłużony, w interesach, w kłopotach, w ciągłej z wierzycielami walce, od jednego pożyczając, drugiemu oddając, ledwie że mógł uporać się z podatkami i robocizną. Synowi tyle tylko dał, co na drogę i na pierwsze kilka dni pobytu było niezbędne.
Ucałował go, przy pożegnaniu uściskał, rozpłakał się i zapewnił, że jak tylko co wpadnie, to zaraz, nie zwłócząc, nadeśle. Kombinacye swoje opierał na życie, na jęczmieniu, na przychówku z inwentarza, na wszystkich możliwych dochodach. Ludwik skłonił głowę w milczeniu, ucałował ręce rodziców i rumiane buziaczki siostr, i odjechał z silnem postanowieniem, że walczyć i z losem borykać się będzie, że i głód i chłód zniesie, byle ojcu ciężarem nie być i na człowieka się wykierować.
Trzej koledzy w umówionym terminie znaleźli się w Warszawie i spotkali w gmachu uniwersyteckim. Kurosz oświadczył, że mieszkanie już znalazł i wynajął, i że mogą się natychmiast sprowadzać.
Była to stancyjka maleńka na trzeciem, czy czwartem piętrze, na Starem Mieście. Wchodziło się po ciemnych żelaznych wschodach jak po drabinie, ale nowi lokatorowie byli z niej kontenci. Gospodyni w wielkiej uprzejmości dała im stół i kilka krzeseł i sofkę, dokupili dwa łóżka żelazne i mieli umeblowanie kompletne. Kurosz, który się całem gospodarstwem zajmował, kupił samowarek blaszany, herbaty, cukru, węgli; Ludwik rozwiązał paczkę z wiktuałami, w którą zaopatrzyły go siostry, i trzej przyjaciele wyprawili sobie pierwszą ucztę na nowem mieszkaniu.
W przyszłość spoglądali pełni nadziei. Znajdą zaraz lekcye, ma się rozumieć, korzystne; wezmą się do pracy i żyć będą, śpiewając. Zawsze tu lepiej aniżeli w gimnazyum, większa samodzielność, swoboda, no, a przytem student, to już przecież człowiek, nie zna wielkich rygorów, nie pilnuje się dzwonka, może otwarcie i jawnie palić papierosy, chodzić do teatru. I to coś warto. Młodzi ludzie obiecywali sobie jedwabne życie, i nawet Janio, zawsze zamyślony i smutny, ożywił się i humoru nabrał.
Nazajutrz poszli na kursa i rozpoczęli pogoń za lekcyami.
Janio zapisał się na wydział przyrodniczy, Kurosz na prawo, a Ludwik zgodnie z wolą ojca na medycynę, choć nie uśmiechała mu się ona.
Lekcyj nie znaleźli łatwo. Trzeba było nieraz i z głodu przymierać. Janio dzielił się z kolegami ostatnim groszem i musiał na suchym chlebie z herbatą poprzestawać. Kurosz, kiedy był głodny, miewał najlepszy humor i plótł niestworzone rzeczy. Najciężej było Ludwikowi; ten kolos potrzebował dużo, mógł zjeść na posiedzeniu kilka funtów chleba i jeszcze głodnym się czuł.
Początki zazwyczaj są trudne, przebyli je przecież. Kurosz, zawsze praktyczny i przewidujący, porobił znajomości ze sklepikarzem i nawet z samą panią rzeźniczką, osobą posiadającą własny skład wędlin i pucołowatego synka w gimnazyum. U niej trafiła się pierwsza lekcya. Honoraryum było bardzo niewielkie, ale pani rzeźniczką proponowała obiady i gratyfikacye w towarze, zapewniając, że na tym punkcie szczodrość jej jest niewyczerpana.
Po naradzie, na ten ważny posterunek odkomenderowano Ludwika, raz że był ze wszystkich najbiedniejszy i najbardziej zarobku potrzebował, a powtóre, że miał nienasycony apetyt. Dla Jania znalazła się także lekcyjka, a Kurosz, nie amator belferki i niemający do niej wcale powołania, wkręcił się do kancelaryi jakiegoś obrońcy sądowego, i tam za liche wynagrodzenie godziny popołudniowe na przepisywaniu przepędzał.
Żyli jakoś — i uczyli się — Janio i Kurosz z łatwością, Ludwik w pocie czoła... Dniami i nocami przesiadywał w prosektoryach, lub nad książkami, a żelazny jego organizm wytrzymywał te próby, i nie znać było na nim śladów zmęczenia i niespanych nocy.
Od czasu do czasu mogli sobie pozwolić. Bywało to wówczas, gdy pan Sylwester przysłał Janowi pensyjkę, lub gdy rzeźniczka wręczyła Ludwikowi kilka zatłuszczonych banknotów. W takich uroczystych chwilach życia wybierali się do teatru, zawsze we trzech i zawsze na paradyz. Stawiali się punktualnie na godzinę przed rozpoczęciem widowiska, ażeby zdobyć miejsce. Ludwik potężnemi ramionami rozpychał tłum i torował drogę dla Jania, Kurosz czasem z ułatwienia tego korzystał, ale w ogóle niewiele o nie dbał. Umiał on sobie radzić: w tłumie prześlizgał się jak piskorz, i zawsze tam się znalazł, gdzie być chciał. Teatr był ich jedyną rozrywką; chodzili też niekiedy do cukierni, aby przeczytać gazety; na święta i wakacye wyjeżdżali do domów i znowuż wracali do tego samego, jednostajnego trybu życia.
Tak im przeszło lat cztery; Janio i Marcin ukończyli kursa, Ludwik miał jeszcze rok pracy przed sobą. Nie mógł nawet na wakacye pojechać, bo musiał klinik i szpitali pilnować.
Kurosz, ledwie egzamina skończywszy, musiał na Litwę podążyć, gdyż złe wiadomości ztamtąd go doszły. Ojciec umarł i trzeba było na pogrzeb śpieszyć, a potem interesa regulować. Była scheda po matce, należało coś z nią zrobić, sprzedać czy wydzierżawić, pomódz też macosze i opiekę nad dziećmi ustanowić. Pojechał więc, pożegnawszy się z kolegami, przyrzekłszy, że pisywać będzie i że w przyszłości, gdy adwokatem zostanie, osiedli się w okolicy tej gubernii, w której leżą Piotrowice i Zawadki. Nie sposób się rozłączać zupełnie i na zawsze, po tylu latach wspólnej pracy i koleżeństwa. Przy pożegnaniu Kurosz, ten złośliwy, cięty i sarkastyczny Kurosz, miał w czarnych oczach łzy, a wargi mu drgały nerwowo, jak gdyby miał głośnem łkaniem wybuchnąć...
Odprowadzili go koledzy na kolej, pożegnali, wycałowali serdecznie.
Na drugi dzień Janio miał odjechać.
— Smutno mi będzie bez was — mówił Ludwik — smutno bez przezornego Kurosza, a bardziej jeszcze bez ciebie, mój Janiu...
— Bo też jedź na wakacye...
— Nie mogę; nie wolno mi czasu tracić. Tyle lat przebiedowałem, przemęczyłem się, to i ten rok przetrzymam... Do ciebie prośbę mam wielką...
— Czemże ci mogę służyć?
— Bądź ty, proszę cię, w Zawadkach u nas... Bądź, przypatrz się, wybadaj co się tam dzieje, i donieś szczegółowo z detalami wszystkiemi.
— Co się ma dziać osobliwego? Zapewne po dawnemu wszystko...
— Otóż widzisz, mam niejakie wątpliwości pod tym względem... Obawiam się...
— Ależ czego?
— Nie wiem, poprostu boję się. W przeczucia nie wierzę, a jednak prawie pewien jestem, że tam, u nas, niedobrze się dzieje...
— Z czego to wnosisz?
— Z listów ojca i sióstr. Niby wyraźnie nic złego nie donoszą, ale jest w nich tam jakiś szczególny żal, czy smutek, coś nieokreślonego, a niewymownie przykrego...
— Może tak ci się zdaje?
— Oni coś ukrywają przedemną...
— Mój Ludwisiu — rzekł Janio — przywiduje ci się. Jesteś spracowany, znużony do najwyższego stopnia, dopiero co przeszedłeś piekło egzaminowe, przepędziłeś tyle nocy bezsennych, jesteś zdenerwowany, więc też tworzysz sobie urojone zmartwienia i trujesz się niemi. Gdybyś był zdrów zupełnie, podobne myśli nie przychodziłyby ci wcale do głowy.
— I to być może, ale w każdym razie pojedź do Zawadek, zobacz własnemi oczami co się tam dzieje, i napisz do mnie niezwłocznie. Twój list uspokoi mi nerwy, czy... serce.. Przyrzecz, że pojedziesz.
— Przyrzekam. Na drugi, najdalej na trzeci dzień po przyjeździe do domu, wybiorę się do was.
— Tam cię serdecznie przyjmą, mój Janiu. Ojcu memu sprawisz swoją bytnością nieopisaną radość. On cię tak kocha...
— A, boś mu naplótł o mnie dziwnych dziwów i starowina wyobraża sobie, że ja istotnie coś nadzwyczajnego zrobiłem... Tymczasem ja tobie daleko więcej zawdzięczam...
— Co o tem mówić, mój Janiu! Kochamy się i kochać będziemy przez całe życie. Od dzieci prawie szliśmy razem, pójdziemy i nadal ręka w rękę, i Kurosz przyłączy się do nas. Mamy dużo do zrobienia, prawda Janiu? Ale ja wracam do swego... będziesz u nas?
— Wszak przyrzekłem ci. Nie wierzysz mi?
— Wierzę, i obawiam się tylko, czy czas znajdziesz; rodzice nie puszczą cię tak łatwo, zechcą się tobą nacieszyć.
Janio westchnął.
— Powtarzam, że spełnię twe życzenia jaknajprędzej — odrzekł.
— A proś także Florki i Jadzi, niech pisują jaknajczęściej; proś, bo widzisz, mnie tu będzie bardzo smutno... Jeszcze póki wy byliście, pół biedy; teraz...
— Cóż znowu! Rok nie wieczność.
— Prawda! Masz słuszność, ale cóż zrobić, kiedy ja jestem taki, no... taki dzieciak?..
To rzekłszy, dzieciak olbrzym, pochwycił Jania w ramiona i ucałował go serdecznie. Poczem odwrócił się szybko, ażeby ukryć łzy.
Przyjazd Jana nie zmienił w niczem zwykłego trybu życia w Piotrowicach. Pan Załuczyński przywitał jedynaka po swojemu, złożył pocałunek w powietrzu nad jego głową i rzekł:
— Pokój dla ciebie przygotowany; rozgość się...
Matka przyjęła Jana serdeczniej, siostra z radością. Większą część dnia z niemi przepędził, gdyż ojciec był w polu, zkąd dopiero przed wieczorem powrócił.
Po herbacie, pan Sylwester poprosił Jania do siebie. Udali się do owej kancelaryi, czy kantoru.
— Siadaj — rzekł ojciec, wskazując mu krzesło. Sam zajął miejsce przy biurku.
— Skończyłeś więc kursa? — zapytał.
— Tak.
— Patent masz?
— Mam, proszę ojca.
— To dobrze.
— Powiedz mi, ile też zaoszczędziłeś z funduszów, które przesyłałem ci na utrzymanie?..
Janio ramionami wzruszył.
— Przecież nie sposób, żebyś wszystko wydał...
— Dawałem lekcye, i zarobek, jaki miałem z tego źródła, razem z pieniędzmi, które ojciec był łaskaw mi przysyłać, zaledwie wystarczał na bardzo skromne utrzymanie.
Pan Sylwester głową pokręcił.
— Widocznie — rzekł — różnimy się w pojęciach o skromnem utrzymaniu... Więc nie zaoszczędziłeś nic?
— Ani grosza.
— Powiedz mi, cobyś robił, gdybyś nie miał dość zamożnego ojca i nie liczył na pomoc z jego strony?
Janio zarumienił się.
— Zrobiłbym to — odrzekł — co wszyscy w podobnem położeniu, pracowałbym.
— Proszę! Nie ma co, pięknie mówisz, tylko nie wyobrażaj sobie, że pracę można łatwo znaleźć.
— Jednak, proszę ojca, kto szuka, ten znajdzie. Mieszkałem właśnie z dwoma biedakami, a znałem podobnych setki. Nie zginęli.
Mówiąc to, spojrzał ojcu wprost w oczy, a w spojrzeniu tem był wyraz stanowczości. Pan Załuczyński mógł pomyśleć, że Janio w razie potrzeby zdobyłby się na energię i poszedł by w świat o własnych siłach.
I ojcu i synowi myśl ta jednocześnie przez głowę przebiegła.
— Cóż będzie dalej? — zapytał pan Sylwester, już z łagodniejszym brzmieniem w głosie.
— Dalej — odrzekł syn — nim na to pytanie odpowiem, chciałbym usłyszeć, jakie jest życzenie ojca, i o ile to będzie w mojej mocy, zastosować się do niego.
— Posłuszeństwo warunkowe! Niechże i tak będzie. Chcesz poznać moją wolę? Dlatego właśnie wszcząłem z tobą rozmowę. Kiedyś, w przyszłości, Piotrowice staną się w połowie twoją własnością, a może nawet i w całości, gdyż oprócz ziemi odziedziczysz jeszcze i kapitał, którym będziesz mógł siostrę spłacić. Czeka cię więc zawód rolnika. Skończyłeś wydział nauk przyrodniczych, masz więc pewne pojęcia i wiadomości teoretyczne, które ci się przydadzą, ale to jeszcze mało. Trzeba kilkoletniej praktyki; trzeba się nauczyć tego czego szkoła nie daje: wstawania o świcie, pracy bez wytchnienia, umiejętności postępowania z ludźmi, kierowania nimi, radzenia sobie w trudnych okolicznościach, słowem tysiącznych rzeczy, nie mówiąc już o praktyce czysto zawodowej. Zapewne podzielasz moje zdanie.
— Najzupełniej.
— I masz chęć zostać rolnikiem?
— Zawsze marzyłem o tem.
— To bardzo dobrze. W takim razie trzeba nie tracąc czasu, rozpocząć praktykę.
— Czy ojciec zechce mnie gdzie wysłać w tym celu?
— Myślałem o tem, ale po bliższem zastanowieniu zmieniłem projekt. Na co cię mam posyłać między obcych, kiedy tu w Piotrowicach gospodarstwo jest wzorowe. Niejednokrotnie już byłem nagabywany o przyjęcie praktykantów, lecz odmawiałem stanowczo. Nie znoszę paniczów, wymagam bezwarunkowego posłuszeństwa i roboty, do której żaden laluś karku nie nagnie. Mojem zdaniem, w gospodarstwie respublika nie ma racyi bytu, powinien być jeden dyktator i wszyscy winni go ślepo słuchać. Oto dlaczego praktykantów-paniczów nie przyjmuję. Dla ciebie zrobię wyjątek. Chcesz?
— Proszę o to.
— Winienem cię jednak uprzedzić, że u mnie szkoła twarda. Nie oszczędzam nikogo... Nawet ciebie...
— I dotychczas nie stąpałem po różach...
— Więc przystajesz?
— Przystaję...
— Dobrze. Przez trzy miesiące będę cię trzymał tu w Piotrowicach; co wieczór otrzymasz dyspozycyę, co masz robić. O świcie wstaniesz i, z wyjątkiem czasu obiadu, wciąż jesteś na służbie. W święto pół dnia należy do ciebie. Jeżeli będziesz miał jakie wątpliwości, albo zechcesz objaśnienia, możesz mnie zawsze zapytać wieczorem, po załatwieniu rachunków, które odtąd prowadzić będziemy wspólnie. Przez pierwsze trzy miesiące masz pracować darmo, a właściwie nie darmo, albowiem będziesz miał utrzymanie. Dalej, jeżeli zobaczę, żeś się czego nauczył i że można ci zaufać, wyniesiesz się na Majdan, ten mały folwark pod lasem i będziesz nim zarządzał za wynagrodzeniem. Jest to folwarczek oddzielny, sam w sobie, nowo założony, właśnie dla młodego człowieka, bo praca duża tam potrzebna i energia. Kopanie rowów, oczyszczenie stawu i sadzawek, karczunki. Złote jabłko można z niego zrobić, i chcę żebyś je zrobił dla siebie. Jeśli potrafisz pracować, to z czasem puszczę ci ten folwarczek w dzierżawę i nie drogo. To zresztą kwestya przyszłości, zależnej od ciebie... Cóż zgadzasz się?..
— Zgadzam — odrzekł Janio...
— A zatem rzecz skończona, zaczynamy od jutra...
— Przepraszam ojca, jeszcze słowo.
— Cóż?
— Od jutra zacząć nie mogę. Muszę pojechać do Zawadek, i właśnie chciałem prosić ojca o konie. Pojutrze stawię się do służby, jak umówiliśmy się punktualnie o świcie.
Pan Sylwester brwi zmarszczył.
— Cóż za interes masz do Zawadek?
— Zlecenie od kolegi, który został w Warszawie.
— Od pana Ludwika?
— Tak.
— Hm... Powiadasz, został w Warszawie; po cóż on tam został? Bąki zbijać na bruku?..
— Został, bo musiał; przeszedł teraz na piąty kurs medycyny, praca duża i ta go zatrzymała.
Pan Sylwester wstał i przeszedł się kilkakrotnie po pokoju, trąc czoło. Wreszcie zatrzymał się przed synem i rzekł:
— Dobrze, jedź, konie masz do dyspozycyi, ale proszę w przyszłości wizyt tych nie ponawiać.
— Nigdy?
— To byłoby podobno najlepiej, ale jeżeli ze względu na koleżeństwo z panem Ludwikiem musisz utrzymywać te stosunki, to bywaj jak najrzadziej. Bardzo cię o to proszę...
— Czy wolno zapytać, dlaczego?
— To nie dla ciebie towarzystwo i nie chciałbym, żeby ten dom w ogóle wpływał w czemkolwiek na twoje usposobienie, przekonania, sposób myślenia... Słowem, im dalej od nich, tem lepiej...
— Co ojciec im zarzuca?.. Nieuczciwość, próżniactwo, złe życie?..
— Nie.
— Więc?..
— Musiałbym ci to długo tłomaczyć.
— Ale ogólnie przynajmniej. Skoro mam się wystrzegać, niechże wiem, co mi zagraża?..
Pan Sylwester popatrzył na syna. Zdawało mu się, że w jego słowach brzmi jakaś ironiczna nuta. Janio wytrzymał to badawcze spojrzenie i powtórzył pytanie.
— Ogólnie — rzekł ojciec — no, ogólnie... Karpowicz bankrut jest, zgubiony. Nie za rok, to za dwa, za trzy najdalej, wyrzucą go z Zawadek i pójdzie na bruk, powiększyć zastępy tych ludzi niezaradnych i do niczego niezdatnych, których mamy taką obfitość po miastach.
— A czy z własnej winy znajduje się w tem położeniu?..
— Zapewne, że nie z mojej, ani z twojej... Nie umiał się rządzić, nie umiał liczyć; w długi brnął, no... i konsekwencya taka, że zginie. Niestety! nie on jeden taki, większość jest w podobnem położeniu... Tu urwie, tam załata, i pociesza się nadzieją, że w przyszłości lepiej będzie. Tymczasem przyszłość jest zazwyczaj rezultatem przeszłości, jak w tym razie, łatwym do przewidzenia. Wada to nasza powszechna, że liczyć nie umiemy i ztąd zguba. Rachunek! tylko rachunek zbawić nas może; pracujmy, dorabiajmy się, bądźmy bogaci — oto najrozumniejszy, a bodaj czy nie jedyny program. Wrócimy jeszcze kiedy do tego przedmiotu, a teraz dobranoc ci, ja idę spać. Jutro bardzo wcześnie muszę być na nogach, a z czasem trzeba się liczyć równie skrupulatnie, jak z pieniędzmi... Dobranoc!
Janio skłonił się w milczeniu i wyszedł. Chciał jeszcze pomówić z matką, lecz ta również się przed chwilą na spoczynek udała, bo w tym domu szło wszystko jak w zegarku z pedantyczną ścisłością, z jednostajnością zabójczą...
Westchnął i zabierał się już do odejścia, gdy siostra zabiegła mu drogę.
W ręku trzymała lampę. Bujne czarne włosy rozpuściła na ramiona. Była to smukła, dość wysoka dzieweczka, o rysach twarzy drobnych i dość regularnych, oczach czarnych, pełnych życia.
Podobieństwo pomiędzy nią a Janiem było uderzające.
— Przecież skończyła się ta konferencya! — zawołała z radością — myślałam, że już nie zobaczę cię dzisiaj. Mama miała także chęć pomówić z tobą, ale... przyzwyczajenie, to podobno druga natura. O dziewiątej zaczęła oczy przecierać, o wpół do dziesiątej ziewnęła, a teraz zasypia snem sprawiedliwego... Czekałam na ciebie Janiu... Czy możesz mi chwilkę czasu poświęcić?
— Także pytanie!
— Chodź do mnie, złóż wizytę siostrze. Uważałam, żeś dziś prawie nic nie jadł i byłeś w sztywno uroczystym nastroju. Powetujesz to sobie u mnie. Chodź, pogwarzym, pogawędźmy trochę... Och! żebyś wiedział, jak tęskniłam do ciebie i żebyś wiedział, jak ja cię kocham... Tak, kocham cię, mój drogi braciszku, kocham... Chodź...
Janio poszedł za siostrą.
Miała ona dla siebie dwa pokoiki nieduże, z oknami na ogród, tuż obok mieszkania, które zajmowała matka.
— Siadaj — rzekła, stawiając lampę na stole. — Możemy mówić głośno i śmiać się, mama nie usłyszy... Widzisz, jak wystąpiłam! Podziwiaj! Masz tu kurczę i pół butelki wina. Musi być bardzo wspaniałe, bo ojciec częstował niem jakiegoś dygnitarza z Warszawy... Nie dajże się prosić.
Janio objął siostrę i ucałował jej zarumienioną twarzyczkę.
— Moja Irenko — rzekł — moja siostrzyczko, widzę, że zawsze mnie kochasz.
— Czy wątpiłeś o tem? niedobry!
— A czy tylko mnie jednego kochasz? — zapytał, siadając do stołu.
— Tylko ciebie — odrzekła z uśmiechem. — Jest to cnota z konieczności: u nas prawie nikt nie bywa, oprócz poważnych panów, mówiących o machinach, gorzelniach, oprócz kupców targujących się o zboże. Możesz być pewien, że ci szanowni mężowie nie odbiorą ci serca siostry...
— Więc tu się nic nie zmieniło?
— Nic, a nic. Wszystko jak przed laty, z tą tylko jak dla mnie różnicą, że noszę już długą suknię i że jako dorosła panna, nie mam guwernantki. Natomiast jestem główną pomocnicą mamy i krzątam się razem z nią po całych dniach w kuchni i na folwarku. Oto wszystko. Ojciec zawsze zajęty, mało kiedy odzywa się do mnie; mama, jeżeli mówi, to tylko o sprawach domowo-gospodarczych, jednem słowem żyjemy tu pod jednym dachem, ale każde oddzielnie. Nasz dom jest to niby coś w rodzaju fabryki: każdy ma swój warsztat i wyrabia kółeczka, jakie mu przeznaczono. Z zewnątrz nie przychodzi nic, coby mogło rozweselić, rozerwać... Ludzi prawie nie widzimy, jedyna moja rozrywka, to fortepian, kilka pism peryodycznych i trochę książek — a jedyna radość list od ciebie.
Janio zamyślił się.
— Nie wyobrażam sobie — rzekł po chwili — jaka będzie twoja przyszłość w takich warunkach.
— To już rzecz prawie ułożona — rzekła, kładąc rękę na ramieniu brata.
— Ułożona?
— Dowiedziałam się o tem wypadkowo i pomimowoli. Było to w jakieś święto, o szarej godzinie. Usiadłam w zielonym pokoju na fotelu i zadumałam się... Myślałam o tobie, bo akurat tego dnia rano list z poczty przywieźli. Z zadumy zbudził mnie szelest sukni i czyjeś kroki. Właśnie ojciec wszedł z mamą. Mówili o mnie. Mama dowodziła, że trzeba wyjechać na karnawał do Warszawy i wydać mnie za mąż, za jakiego przemysłowca, bo, jak wiesz, mama z tej właśnie sfery pochodzi i ma dla niej wielką sympatye.
— A ojciec?..
— Odpowiedział, że nie ma nic przeciwko temu, ale zarazem dodał, że będzie na to dość czasu za dwa lata. Ponieważ od chwili owej rozmowy upłynęło już pół roku, przeto, znając punktualność naszego domu, mogę być pewną, że za półtora roku zostanę panią fabrykantową...
— Ciekawym, jakie jest też twoje zdanie o tych zamiarach?..
— Nikt mnie o to nie pytał, i przypuszczam, że pytać nie będzie. Zresztą, wszak to jeszcze półtora roku.
— Przecież w takim wypadku twoja wola będzie decydującą.
— To wielka kwestya... Kto tu u nas ma wolę, prócz ojca?..
— Przesadzasz, Irenko; jestem prawie pewien...
— A ja nie — rzekła przerywając. — Wiem, że każą mi pojechać do Warszawy, i zrobią jak zechcą. Ostatecznie nie miałabym nic przeciwko temu, ale niech by mi się przynajmniej ów przez rodziców wybrany konkurent podobał, niechbym go pokochała... Wiesz Janiu! — dorzuciła śmiejąc się — to już dziś druga kontrabanda.
— Kontrabanda? Cóż to ma znaczyć?..
— Tobie powiedziałam, że cię kocham, i wyraziłam życzenie pokochania mego przyszłego męża — a w naszym słowniku domowym wyraz kochać nie istnieje... Ech! co tam! dajmy pokój tej kwestyi; mów mi o sobie, o swojem życiu w Warszawie, o kolegach. Toż to moi przyjaciele.
— Nie widziałaś ich nigdy w życiu.
— Cóż mnie ich powierzchowność obchodzi! Ach Janiu! jak ja ci zazdroszczę, że jesteś chłopcem! Tego ci tylko zazdroszczę. Miałeś towarzyszów, przyjaciół, życie może trochę ciężkie, ale pomimo tego ruchliwe i wesołe, jednem słowem, życie! My dziewczęta na wegetacyę skazane jesteśmy...
Długo rozmawiali. Janio opowiadał jej o Warszawie, o kolegach, o dalszych swoich zamiarach, o rozmowie z ojcem; Irenka zwierzała się ze swych smutków. Westchnieniami i śmiechem przeplatana była ta serdeczna pogawędka brata z siostrą...
Gasnąca lampa przypomniała im, że już bardzo późno.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.