Perykles (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Perykles
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VII
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. Pericles, Prince of Tyre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


AKT TRZECI.
(Wchodzi Gower).

Gower.  Skończone święto; w zamku całym głucho,
Tylko chrapanie przylatuje w ucho,
A tem głośniejsze, że piersi chrapiące
Rozgrzało wino wesela gorące.
Kot z błyszczącemi jak węgiel oczyma
Nad myszy jamą czujną wartę trzyma;
W kominie świerszcze ćwierkają radośnie
Na znak, że radość ich z gorącem rośnie;
W ślubną małżonków wwiódł Hymen komnatę,
Tam, przez dziewictwa narzeczonej stratę
Kształtuje dziecię. Teraz, mych słuchaczy
Niech wyobraźnia czas przeskoczyć raczy
Pełny wypadków, a ciemne obrazy
Mym widzom moje objaśnią wyrazy.

Pantominy.

Przez jedne drzwi wchodzą Perykles i Symonides z Orszakiem; spotyka ich Posłaniec, klęka i oddaje list Peryklesowi, który go pokazuje Symonidesowi; klękają przed nim Panowie. Wchodzi Taiza z dzieckiem i mamką Lichorydą. Symonides pokazuje córce list, na ten widok raduje się Taiza, a razem z Peryklesem żegna ojca i oddala się.

Gower.  Bez wypoczynku, przez góry, pustkowie
Za Peryklesem biegają panowie,
Przez cztery rogi świata za nim spieszą
To na okrętach, to konno, to pieszo,
Aż po mozołach i zawodach wielu
Wieść ich nakoniec przywiodła do celu.
Na Symonida dwór z Tyru przynoszą
Peryklesowi listy, te donoszą,
Że Antyoch długo nie grzeszył bezkarnie,
Że z córką swoją razem zginął mamie;
Króla koronę tyryjscy panowie
Na Helikana złożyć chcieli głowie;
Starzec odmówił, bunt w zarodku zdławił,
I z odpowiedzią tą panów odprawił:
Gdy król nie wróci, a rok cały zbiegnie,
On woli panów tyryjskich ulegnie
I skronie swoje uwieńczy koroną.
Takie nowiny z Tyru przyniesiono.
Gdy się po mieście rozbiegły nowiny,
Po całej ziemi krzyk zagrzmiał jedyny:
„Znajdujem króla w przyszłym naszym królu;
Komu się o tem śniło w Pentapolu?“
Do Tyru, swego miasta teraz dąży,
Królowa pragnie śpieszyć z nim, choć w ciąży.
Ktoby się oparł pięknej pani woli?
Nie chcę rozstania opisywać boli;
Mamka z nią razem Lichoryda płynie.
Ślizga się nawa po morskiej głębinie;
Zbiegła pół drogi po państwach Neptuna,
Kiedy się nagle zmieniła fortuna.
Surowa północ w nagłym gniewu szale
Ryczącą burzą plunęła na fale;
Nawa, jak kaczka, co pragnie ujść żywa,
To nurka daje, to na wierzch wypływa;
Strwożona księżna, pośród wichrów wycia,

Na świat niemowlę wprowadza do życia.
Co się w tej strasznej burzy potem stało,
Własną źrenicą rzecz ujrzycie całą.
Tu powieść kończę. Dalsze wydarzenie
Łatwo się może rozwinąć na scenie,
Jam opowiedział, co się wprzód zdarzyło.
Teraz, słuchacze, wyobraźni siłą
Patrzcie na okręt, słyszcie wichry w zwadzie,
A Peryklesa widźcie na pokładzie. (Wychodzą).


SCENA I.
(Wchodzi Perykles na pokładzie okrętu na morzu).

Perykles.  Mórz nieskończonych panie, poskrom fale
Obmywające niebiosa i piekło!
Ty, Boże wichrów, od mokrych przepaści
W spiżowym lochu zamknij powołane!
Ucisz głuszące, groźne twe pioruny!
Szybkie, siarczyste zgaś twe błyskawice! —
W jakim królowa stanie? — Lichorydo! —
Wszystkie trucizny czy wypluć chcesz, burzo?
Świst kapitana, jak szept w ucho śmierci,
Niedosłyszany ginie. — Lichorydo! —
O, ty Lucyno, ty boska patronko,
Ty miłosierna dla położnic pani,
Zstąp na nasz okręt burzą kłopotany
I połóż koniec żony mej cierpieniom!
He, Lichorydo! (Wchodzi Lichoryda).
Lichoryda.  Oto jest stworzenie,
Za młode, żeby w takim mieszkać domu,
A które, gdyby tylko rozum miało,
Chciałoby umrzeć, jak ja pewno zrobię.
Weź w twe ramiona tę królowej resztkę.
Perykles.  Co? Lichorydo!
Lichoryda.  Królu, bądź cierpliwy!
I nie pomagaj burzy. Oto wszystko,

Co nam po twojej zostało królowej —
Mała córeczka; dla jej więc miłości
Pokaż się mężem, królu, utul boleść.
Perykles.  O, bogi! czemu, gdyście w sercach miłość
Do waszych pięknych obudziły darów,
Zaraz je potem srogo wydzieracie?
My tu na ziemi darów nie cofamy
Z większą od waszej ducha szlachetnością.
Lichoryda.  Cierpliwość, królu, choć dla tej niebogi!
Perykles.  Bodaj twe życie spokojnie płynęło!
Nikt bowiem nie miał burzliwszych urodzin.
Niech będzie cichy duch twój i łagodny!
Bo nigdy dziecię królewskie tak szorstko,
Na świat przychodząc, nie było witane.
Bodaj szczęśliwe dni twe były przyszłe!
Bo urodzinom twoim, biedna córko,
Towarzyszyły wszystkie razem burze
Ognia, powietrza i wody i ziemi.
Już u bram życia straty poniesionej
Nikt ci i nigdy nie zdoła nagrodzić.
Niech Bóg nad tobą czuwa miłosierny!

(Wchodzi dwóch Majtków).

1 Majtek.  Gdzie twoja odwaga, panie? Niech cię Bóg zachowa!

Perykles.  Dość mam odwagi, nie lękam się burzy,
Już krzywdy zrobić nie może mi większej,
Ale przez miłość tego niemowlęcia,
Co po raz pierwszy żegluje po morzu,
Pragnąłbym, żeby cisza nam wróciła.

1 Majtek.  Hej tam! Popuść rabandy! Hę, co, czy nie chcesz? Dmij, dmij, aż pękniesz!
2 Majtek.  Byle okręt miał się gdzie zawiesić, niech sobie piana i bałwany całują księżyc, kpię z tego.
1 Majtek.  Ale królowę musimy, panie, w morze rzucić; woda kipi, wicher głośno wyje i nie ucichnie, aż okręt pozbędzie się trupa.
Perykles.  To wasz zabobon.
1 Majtek.  Przebacz nam, panie, ale to zawsze był nasz obyczaj na morzu. Wiatry pędzą nas na nadbrzeżne skały, więc ją nam oddaj bez korowodów, bo musim rzucić ją w morze, a to natychmiast.

Perykles.  Róbcie, jak chcecie. — O, biedna królowo!
Lichoryda.  Tu spoczywa jej ciało, panie.
Perykles.  O, droga, jakże straszny połóg miałaś!
Bez światła, ognia; zapomniały ciebie
Srogie żywioły, i ja czasu nie mam
Twe ciało złożyć w grobie poświęconym;
Muszę je nagle w morskie rzucić błoto,
Gdzie za jedyny pomnik na twych kościach,
Za lampy wieczne przy nich gorejące,
Lub pryskający wieloryb, lub morskie
Fale szumiące twój trup będą gniotły,
Śpiący na łożu z muszli usypanem. —
O, Lichorydo, nakaż Nestorowi,
By przyniósł balsam, atrament i pióro
I me klejnoty; co prędzej Nikander
Niech atłasową przyniesie tu skrzynię.
Złóż na wezgłowiu tymczasem niemowlę.
Spiesz się, kobieto, a ja, zanim wrócisz,
Moje pobożne dam jej pożegnanie.

2 Majtek.  Mamy tu, panie, pod pokładem skrzynię już utkaną i smołą wylaną.
Perykles.  Dziękuję ci. Powiedz mi, majtku, co to za wybrzeże?

2 Majtek.  Jesteśmy w blizkości Tarsu.
Perykles.  Tam, nie do Tyru nawę twoją kieruj.
Kiedy tam możesz przybyć, dobry majtku?
2 Majtek.  Ze świtem, byle wiatr się ukołysał.
Perykles.  Płyń więc do Tarsu. Odwiedzę Kleona,
Bo dziecię długiej nie zniesie żeglugi,
Tam ją troskliwej mamki oddam pieczy.
Idź, dobry majtku, kierować okrętem,
A ja tymczasem ciało jej przyniosę.

(Wychodzą).

SCENA II.
Efez, Pokój w domu Cerymona.
(Wchodzą: Cerymon, Sługa i kilku Rozbitków).

Cerymon.  Hej, Filemonie! (Wchodzi Filemon).
Filemon.  Co pan mój rozkaże?
Cerymon.  Zapal im ogień, daj jeść tym biedakom.
Noc to niesforna i burzliwa była.
Sługa.  Niejednąm widział, ale takiej nocy
W mem życiu całem jeszczem nie był świadkiem.
Cerymon.  Przed twym powrotem twój pan ducha odda;
Niema lekarstwa, któreby zdołało
Wrócić mu zdrowie. (Do Filem). Ponieś to natychmiast
Aptekarzowi, a powiesz mi skutek.

(Wychodzą wszyscy prócz Cerymona. — Wchodzi dwóch Szlachciców).

1 Szlach.  Dzień dobry.
2 Szlach.  Panie, dzień dobry ci życzę.
Cerymon.  Co was tak rano zbudziło, panowie?
1 Szlach.  Mieszkania nasze stoją na wybrzeżu,
Chwiały się jakby wśród trzęsienia ziemi,
Trzeszczały belki, zdało się co chwila,
Że wszystko runie; strach wygnał mnie z domu.
2 Szlach.  To, a nie miłość rannego wstawania
Powodem naszych niewczesnych odwiedzin.
Cerymon.  Pojmuję łatwo.
1 Szlach.  Ale ja się dziwię,
Że ty, mój panie, co miałeś nad głową
Dom niezachwiany, o tak rannej porze
Z ócz twoich złoty sen już otrząsnąłeś;
Bo czy nie dziwi, że człek bez przymusu
Za przykrościami goni dobrowolnie?
Cerymon.  Zawsze, mym sądem, cnotę i naukę
Ceniłem wyżej nad ród i bogactwa;
Zły bowiem dziedzic skarby może strwonić,
Blask rodu zaćmić, ale nieśmiertelność
Jest towarzyszką cnoty i nauki;
One człowieka na Boga zmieniają.

Z dawnam natury tajemnice śledził,
A własną pracą i mędrców powagą
Na służbę moją zdołałem obrócić
Błogosławione naciągi, ukryte
W żyłach kamieni, metali i roślin.
Mogę tłómaczyć, jak czasem natura
Nieład sprowadza, jak potem go leczy,
A to mi żywszą, czystszą daje rozkosz,
Niż gdybym łaknął za chwiejnym honorem,
Lub skarb zamykał mój w workach jedwabnych
Na korzyść głupców i na śmierci radość.
2 Szlach.  Twe miłosierdzie rozlało się, panie,
Na cały Efez; tysiące też ludzi
Uratowanych przez ciebie, twojemi
Mienią się teraz, panie, stworzeniami.
Ale nietylko twa mądrość, twa praca,
Lecz i szkatuła twa zawsze otwarta
Cerymonowi zbudowały pomnik
Chwały tak wiecznej, że nigdy czas żaden —

(Wchodzi dwóch Sług ze skrzynią).

Sługa.  Dobrze, tu ją złóżmy.
Cerymon.  Co to takiego?
Sługa.  Morze tę skrzynię na brzeg wyrzuciło,
Pewno rozbitej nawy jakiej resztkę.
Cerymon.  Tu ją postawcie; co to jest, zobaczmy.
2 Szlach.  To coś jak trumna.
Cerymon.  Cobądż to być może,
Dziwnie to ciężkie. Odbijcie co prędzej.
Jeśli żołądek morski przeciążony
Złotem, to dobrze zrobiła fortuna,
Że nam je wypluć burzą przymusiła.
2 Szlach.  Zgadzam się na to.
Cerymon.  Patrzcie, jak jest szczelnie
Smołą zalana i utkana skrzynia!
Czy wyrzuciło ją morze?
Sługa.  O, panie,
Nigdym większego nie widział bałwana,
Niż ten, co nam ją cisnął na wybrzeże.

Cerymon.  Odbijcie wieko. Powoli! Powoli!
Co za woń słodka!
2 Szlach.  Jak rozkoszny zapach!
Cerymon.  Nic podobnego jeszcze nie wąchałem.
Dobrze; otwórzcie! Wszechmogący Boże!
Co widzę? Trupa!
1 Szlach.  Dziwne wydarzenie!
Cerymon.  Owity w płachty kosztownych jedwabiów,
Balsamowany worami pachnideł!
I jakieś pismo; naucz mnie, Apollo,
Jak je przeczytać. (Czyta).
„Niechaj to pismo ludziom wytłómaczy,
(Jeżeli trumna brzeg kiedy zobaczy)
Że król Perykles złożył tutaj ciało
Swej żony, droższej mu nad ziemię całą.
Uczcijcie grobem, o wy, co znajdziecie
Królewską żonę i królewskie dziecię,
A prócz złożonych tu skarbów w zapłacie
Błogosławieństwo Boże otrzymacie“.
Jeżeli jeszcze żyjesz, Peryklesie,
Serce twe teraz pęka się z boleści!
Czy się to stało tej nocy?
2 Szlach.  Tak myślę.
Cerymon.  O, niewątpliwie, bo patrzcie, jak świeża.
Kamienne serce musieli miec ludzie,
Co ją rzucili falom na igraszkę.
Rozpalcie ogień, a z mojej pracowni
Co prędzej wszystkie poznoście pudełka.
Długie godziny zawładnie czasami
Śmierć nad naturą, ogień jednak życia
Zapala znowu przynękane duchy;
Jak to słyszałem, mąż jeden egipski
Przez dziewięć godzin jak umarły leżał,
A znowu ożył przy mądrej pomocy.

(Wchodzi Sługa z serwetami i ogniem).

Właśnie co trzeba: ogień i serwety.
Muzyka nasza, choć licha i smutna,
Niechaj się ozwie. Daj mi to pudełko.

Czy się poruszysz martwy dotąd klocu?
Dalej, muzyko! Odświeżyć powietrze!
Wierzcie, panowie, królowa ożyje.
Powraca ciepło, natura się budzi.
Letarg jej nie trwał dłużej niż pięć godzin.
Patrz, jak się kwiatem życia znów rumieni!
1 Szlach.  Niebo przez ciebie nowe cuda sprawia,
Na wieczne czasy stawę twą utwierdza.
Cerymon.  Żyje! Spojrzyjcie, żyje! Jej powieki,
Drogi pokrowiec niebieskich klejnotów,
Które Perykles stracił, zaczynają
Z czystego złota fręzle swe otwierać;
Najkosztowniejszej wody dyamenty
Świat się nasz zdają podwójnie bogacić.
O, żyj! a losów twych smutną powieścią
Łzy nam wyciskaj, piękne ty stworzenie,
Cudzie nad cuda!
Taiza  (porusza się).O, droga Dyano!
Gdziem jest? Gdzie pan mój? Co za świat przede mną?
2 Szlach.  Czy to nie dziwy?
1 Szlach.  Dziwy niesłychane!
Cerymon.  Cicho, sąsiedzi! Pomóżcie mi teraz,
Do tej poblizkiej ponieśmy ją izby.
Największą teraz baczność mieć należy,
Bo rocydywa byłaby śmiertelną.
Idźmy! Na pomoc przybądź, Eskulapie! (Wychodzą).


SCENA III.
Tarsus. Pokój w domu Kleona.
(Wchodzą: Perykles, Kleon, Dyoniza, Lichoryda i Maryna).

Perykles.  Zacny Kleonie, muszę się oddalić:
Już rok mój ubiegł, w niepewnym pokoju
Miasto me żyje; przyjmij z twoją panią
Najserdeczniejsze moje dziękczynienia,
Za waszą dobroć niech wam Bóg zapłaci!
Kleon.  Strzały fortuny, co ciebie raniły,

Odbite nas też boleśnie dotknęły.
Dyoniza.  O, czemuż srogi los ci nie pozwolił
Drogiej królowej z sobą przyprowadzić,
By jej widokiem mój wzrok uszczęśliwić!
Perykles.  Musimy niebios poddać się wyrokom.
Choćbym szalony ryczał jak to morze,
W którego falach ciało jej spoczywa,
Takby się wszystko jak teraz skończyło.
Córkę mą, której imię jest Maryna
(Bo światło dzienne ujrzała na morzu),
Powierzam pieczy waszej, raczcie, błagam,
Dać jej księżniczki godne wychowanie,
By odpowiedział rodowi obyczaj.
Kleon.  O, bądź spokojny, panie; twoją dobroć,
Gdy mych poddanych twym żywiłeś chlebem,
(Za co do nieba modły ślą za ciebie)
Przynajmniej w twojej córce ci odpłacim.
Gdybym sam nawet nikczemnie zapomniał
Moich przyrzeczeń, lud mój, łask twych pomny,
Do powinności mejby mnie przywołał;
Lecz jeśli w sprawie tej mojemu sercu
Ostrogi trzeba, sprawiedliwe niebo
Niech mści się za to na mnie i na moich
Do ostatniego mego pokolenia.
Perykles.  Wierzę ci, panie. Honor twój i dobroć
Bez twych mi przysiąg twoją są rękojmią.
Póki ma córka nie pojmie małżonka,
Przez wszystkim świętą ślubuję Dyanę,
Mojego włosa nie dotkną nożyce.
Żegnam was teraz, a ty, dobra pani,
Troskliwą pieczą nad mojem dziecięciem
Szczęście mi zapewń!
Dyoniza.  Ja mam także córkę,
Nie będzie ona sercu memu droższą
Od twojej, panie.
Perykles.  Przyjmcie moje dzięki!
Kleon.  Jeszcze cię, panie, na brzeg poprowadzim,
Oddamy pieczy zwodnego Neptuna

I tchnieniom wszystkich pomyślnych ci wiatrów.
Perykles.  Ofiarę waszą z wdzięcznością przyjmuję.
Więc idźmy, pani. Nie płacz, Lichorydo,
Bądź tylko wierną małej twojej pani,
A rachuj na jej wdzięczność. — Idźmy, panie.

(Wychodzą).

SCENA IV.
Efez. Pokój w domu Cerymona.
(Wchodzą: Cerymon i Taiza).

Cerymon.  To pismo, pani, i drogie klejnoty
Zamknięte były w jednej z tobą skrzyni;
Wszystko to składam w twoje teraz ręce.
Czy znasz to pismo?
Taiza.  Ręka mego męża.
Pamiętam dobrze, jak wsiadłam na okręt,
Gdy się dzień zbliżał mego rozwiązania;
Lecz czy tam dziecię moje dzień ujrzało,
Bóg mi jest świadkiem, powiedzieć nie mogę.
Skoro mojego króla, mego męża
Oko już moje więcej nie zobaczy,
W Westalki odzież ciało me oblokę,
Wszystkich rozkoszy świata się wyrzeknę.
Cerymon.  Jeśli jest taka wola twoja, pani,
W blizkości leży świątynia Dyany,
Gdzie strapień wszystkich doczekasz się końca.
Jeśli pozwolisz, moja synowicą
Tam wierną twoją będzie towarzyszką.
Taiza.  Przyjmij me dzięki, to skarb mój jest cały,
Wielka jest dobra wola, choć dar mały.

(Wychodzą).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.