Perykles (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Perykles
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VII
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. Pericles, Prince of Tyre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


AKT DRUGI.
(Wchodzi Gower).

Gower.  Już widzieliście, jak była skalana
Córka przez ojca, potężnego pana;
A potem książę wystąpił przed wami,
Wzór cnoty czystej słowem i czynami,
Bądźcież cierpliwi, jak mężom przystało,
Aż nieszczęść swoich próbę przetrwa całą.
Patrzcie, jak cnota pod cierpień koroną
Zyskuje góry za słomkę straconą.
Mąż ten cnotliwy (daj mu Boże zdrowie!)
Jeszcze jest w Tarsus, a cokolwiek powie,
Lud zgromadzony w swojej dobrej wierze
Za pismo święte każde słowo bierze.
Na jego chwałę, dla wiecznej pamięci,
Złoty mu posąg wdzięczny naród święci.
Lecz się zbliżają sprawy innej treści,
A widzom mojej nie trzeba powieści.

Pantominy. (Wchodzi jednemi drzwiami Perykles, prowadząc Kleona i Orszaki, drugiemi Szlachcic z listem do Peryklesa. Perykles pokazuje list Kleonowi, daje posłańcowi nagrodę i pasuje go na rycerza. Jednemi drzwiami wychodzi Perykles, drugiemi Kleon).

Gower.  Dobry Helikan w Tyrze zostawiony
Nie, żeby obcą pracą wyrobiony
Pić miód jak truteń, lecz by w czoła pocie,
Plenić występki a pomagać cnocie,
Wierny przysiędze wysłał panu listy,
Tyryjskich dziejów obraz rzeczywisty:
Jak przybył Taliard w grzesznem przedsięwzięciu
Sztyletu ostrzem życie wydrzeć księciu,
Jak dłuższy pobyt w Tarsus niebezpieczny,
Jak śpieszny odjazd jego jest konieczny.
Posłuszny książę puszcza się na wody,
Gdzie trudno ludziom żeglować bez szkody.

Jakoż okrutne zawyły już burze,
Przepaść na dole a piorun na górze,
Aż biedny okręt rozdąsane fale
Rozbiły wkońcu na podwodnej skale.
Cnotliwym księciem, jakby dla igrzyska,
Szalona burza w wszystkie strony ciska;
Wszystko zginęło przez nawy rozbicie,
Za skarb jedyny zostało mu życie,
Aż go bałwany, sprawą bożej łaski,
Rzuciły wkońcu na wybrzeżne piaski.
Gower zamilcza, co się potem stało,
Bo sami sprawę zobaczycie całą. (Wychodzi).

SCENA I.
Pentapolis.
(Wchodzi Perykles zmoczony).

Perykles.  Uśmierzcie dąsy, gniewne niebios gwiazdy,
Pomnijcie wichry, deszcze i pioruny,
Że wam się oprzeć człowiek nie jest zdolny;
Ja też, jak mojej przystoi naturze,
Waszej się woli poddaję. Niestety!
Morze mnie gniewne rzuciło na skały,
Na to mi tylko zostawiając duszę,
Bym lepiej śmierci blizkiej czuł katusze.
Waszej potędze niech dość na tem będzie,
Że księciu całe wydarłyście mienie;
Dziś was o jedną tylko łaskę proszę,
Niech umrę na tych wybrzeżach w pokoju.

(Wchodzą trzej Rybacy).

1 Rybak.  Hola! ho! Serdelko!
2 Rybak.  Przybywaj zabrać sieci.
1 Rybak.  Czy wiesz ty co, Gaciłacie!
3 Rybak.  Co takiego, panie majstrze?
1 Rybak.  Ruszaj mi się tylko, albo ci batem dodam ducha.

3 Rybak.  Bo to widzicie, panie majstrze, myślałem o biedakach właśnie w naszych oczach rozbitych.
1 Rybak.  Ach, biedne niebożątka! Krwawiło mi się serce, gdym słyszał miłosierne ich do nas krzyki, aby ich ratować, kiedy my sami ledwo mogliśmy ujść z duszą.
3 Rybak.  A czy nie przepowiedziałem tego, panie majstrze, kiedym widział morświna przewracającego koziełki? Powiadają, że to pół ryby a pół mięsa. Morowa na nie zaraza! Nie mogą się pokazać, żebym nie czekał na wymycie. Rzecz to jednak dziwna, panie majstrze, jak ryby żyją w morzu.
1 Rybak.  Jak ludzie na lądzie: wielkie jedzą małe. Z niczem nie mogę lepiej porównać naszych bogatych skąpców jak z wielorybem; igra i koziołkuje, pędząc przed sobą biedny drobiazg, który nakoniec jednym kąsem pożera. Słyszałem ja o takich wielorybach na lądzie, które nie zamkną gęby, póki nie połkną całej parafii z kościołem, dzwonnicą, dzwonami i wszystkiem.
Perykles  (na str.). Piękna moralność.
3 Rybak.  Ale, panie majstrze, gdybym był dzwonnikiem, tobym tego dnia nie opuścił wieży.
2 Rybak.  A to dlaczego?
3 Rybak.  Bo i mnieby także połknął; a jakbym był w jego brzuchu, tobym tak bił w dzwony, że nicby nie miał pilniejszego jak wypluć dzwony, dzwonnicę, kościół i parafię. Ale gdyby dobry król Synionides jak ja myślał —
Perykles  (na str.). Symonides?
3 Rybak.  Oczyścilibyśmy kraj z tych trutni, co wykradają miód pszczołom.

Perykles  (na str.). Jak w łuskowatych morskich fal mieszkańcach
Ludzkie słabości odkryli rybacy,
I z morskich głębin dostali niewodem,
Co pochwał ludzkich lub nagan powodem!
(Głośno). Pokój wam w pracy, uczciwe rybaki!

2 Rybak.  Uczciwe, braciszku? Co to się znaczy? Jeśli to jaki święty po twojej myśli, wyskrob go z kalendarza, a nikt się o to nie upomni.
Perykles.  Na brzegi wasze rzuciło mnie morze.

2 Rybak.  Co za pijany hultaj było to morze, rzucając cię tak na naszą drogę.

Perykles.  Mąż, którym wiatry i morskie bałwany
Jak piłką jaką bawiły się długo,
Błaga was teraz o litość. Żebrakiem
Jest waszym człowiek, co nigdy nie żebrał.

1 Rybak.  Czy, przyjacielu, naprawdę nie możesz żebrać? Znam ja tu w naszej Grecyi ludzi, co zarabiają więcej żebraniną, niż my naszą ciężką pracą.
2 Rybak.  To przynajmniej możesz ryby łowić?
Perykles.  Nigdy tego nie praktykowałem.
2 Rybak.  To możesz być pewnym głodnej śmierci, bo żyjemy teraz w czasach, w których nie dostaniesz, czego nie ułowisz.
</poem> Perykles.  Czem byłem dawniej, o tem zapomniałem, Czem jestem, myśleć przymusza mnie bieda; Skostniały zimnem, w odrętwiałych żyłach Ledwo mam dosyć żywotnego ciepła, By język zdołał prosić was o pomoc. A jeśli żywy nie znajdę litości, To umarłego choć pogrzebcie kości. </poem> 1 Rybak.  Umarłego, mówisz? Uchowaj Boże! Mam ja tu dobry kożuch, zarzuć go i rozegrzej się. Patrzcie tylko, to mi chłopak jak lalka! Pójdziesz z nami do naszej chałupy, a tam znajdziemy kawałek mięsa na święta, ryby na post, a do tego miskę prażuchy albo jajecznicy. Rachuj na dobre przyjęcie.
Perykles.  Dziękuję ci, panie.
2 Rybak.  Ale słuchaj, przyjacielu, mówiłeś, że nie możesz żebrać.
Perykles.  Błagałem tylko.
2 Rybak.  Błagałeś tylko? To i ja usiądę na rzemiośle błagania, a ujdę chłosty.
Perykles.  Czy wszyscy u was żebracy dostają chłostę.
2 Rybak.  O, nie wszyscy, mój przyjacielu. Gdyby wszystkich chłostano tu żebraków, to nie pragnąłbym lepszego urzędu od batożnika. Ale czas już, panie majstrze, wyciągnąć sieci. (Wychodzą dwaj Rybacy).
Perykles.  Jak ta uczciwa rubaszność pracy ich przystoi.
1 Rybak.  Słuchaj, panie, czy wiesz ty, gdzie jesteś?
Perykles.  Nie bardzo.
1 Rybak.  To ja ci powiem: Kraj ten nazywa się Pentapolis, a naszym królem jest dobry Symonides.
Perykles.  Nazywasz go dobrym królem Symonidesem?
1 Rybak.  Tak go nazywam, bo zarobił sobie na to przezwisko przez swoje spokojne panowanie i dobre rządy.
Perykles.  Król to szczęśliwy, który zarobił sobie u poddanych na przezwisko dobrego przez swoje rządy. Jak daleko jest dwór od tych wybrzeży?
1 Rybak.  Pół dnia drogi, mój panie, a powiem ci jeszcze, że urodną ma córkę, a jutro jej urodziny; zjeżdżają się tam książęta i rycerze ze czterech rogów świata, żeby turniejować dla jej miłości.
Perykles.  Gdyby moja fortuna dorównała mojej żądzy, chciałbym znajdować się w ich liczbie.
1 Rybak.  Ach, mój panie, rzeczy być muszą, jak być mogą, a czego człowiek sam nie może zyskać, to musi drugim zostawić, jak naprzykład duszę swojej żony.

(Wchodzą dwaj Rybacy ciągnąc sieć).

2 Rybak.  Dopomóż, panie majstrze, dopomóż! Zahaczyła się ryba w sieci jak w matni praw biednego człowieka słuszna sprawa: Ha! do kroćset beczek! Mam ją nakoniec; a pokazuje się, że to zardzewiała zbroja.

Perykles.  Zbroja, powiadasz? Pokaż mi ją, proszę.
Dzięki, fortuno, że po tylu klęskach
Dajesz mi wkońcu naprawy ich sposób.
Zbroja ta cząstką mego jest dziedzictwa,
Mam ją po ojcu; na śmiertelnem łożu
Z tym ją surowym wręczył mi nakazem:
„Chowaj ją, synu, ona mnie od śmierci
Broniła nieraz“, a ten naramiennik
Wskazując, potem rzekł: „w ciężkiej potrzebie
On mnie ocalił, chowaj go, niech tobie
Równą da pomoc w równej konieczności“.
I odtąd nigdy z nią się nie rozstałem,
Aż mi ją morze wszystkim równo srogie,
W swojej wściekłości wydarło, a teraz
Udobruchane wraca mi ją znowu.

Dzięki mu za to! Za nawę rozbitą
Zwrot mi tej zbroi płacą jest sowitą.
1 Rybak.  Co chcesz powiedzieć, panie?
Perykles.  Przyjacielu,
Chcę was o zbroję tę kosztowną prosić,
Bo jak ze znaku tego wnosić mogę,
Tarczą wielkiego była niegdyś króla,
Który mnie kochał; dla jego miłości
Chciałbym ją zabrać jak drogą pamiątkę;
Prosiłbym potem, byście mnie powiedli
Na dwór, gdzie pragnę, zbroją tą odziany,
Wystąpić w innych rycerzy orszaku,
A jeśli uśmiech fortuny tem zyszczę,
Z dziś zaciągniętych długów się uiszczę.
1 Rybak.  Chcesz dla urodnej pani turniejować?
Perykles.  Chcę moje cnoty pokazać rycerskie.

1 Rybak.  To weźże ją sobie, a daj ci z nią Panie Boże szczęście!
2 Rybak.  Ale słuchaj, przyjacielu, myśmy uszyli ci tę szatę w twardym surowego morza warsztacie, a były przy tej robocie pewne kłopoty i niedogodności. Spodziewam się, panie, że jeśli urośniesz, przypomnisz sobie, komu co winieneś.

Perykles.  Że nie zapomnę, możecie mi wierzyć.
Dzięki wam jestem w stal teraz odziany,
A mimo całej morza złośliwości,
Klejnot ten na mem trzyma się ramieniu.
Godnego ciebie dosiądę rumaka,
Który rozkosznem swoich nóg zbieraniem
Zachwyci wszystkich widzów swoich oczy;
Jeszcze mi tylko dwóch brak nagolennic.

2 Rybak.  Znajdziemy na to lekarstwo; dam ci moją najlepszą sukmanę, abyś sobie z niej zrobił parę nagolenników, a potem sam cię poprowadzę do dworu.

Perykles.  Więc idźmy! Honor hasło me jedyne;
Dzisiaj urosnę lub na zawsze zginę. (Wychodzą).


SCENA II.
Pentapolis. Publiczna droga lub taras prowadzący do szranków. Z jednej strony pawilon na przyjęcie króla i księżniczki.
(Wchodzą: Symonides, Taiza, Panowie i Służba).

Symonid.  Czy do turniejów gotowi rycerze?
1 Pan.  Gotowi, królu, i tylko czekają
Twego przybycia, ażeby wystąpić.
Symonid.  A więc niech wejdą, jesteśmy gotowi,
I córka nasza, której dzień urodzin
Uczcić gonitwy te mają, zasiadła,
Piękności dziecię zesłane na ziemię
Zachwycać blaskiem swoim ludzkie plemię.

(Wychodzi jeden Pan).

Taiza.  Królu i panie, słowa twoje dały
Biednym zasługom bogate pochwały.
Symonid.  Tak być powinno, bo królów niebiosa
Na podobieństwo kształtowały swoje:
Jak chwałę traci klejnot zaniedbany,
Tak król swą godność nieuszanowany.
Dziś tobie, córko, należy się honor
Kolejno godła rycerskie tłómaczyć.
Taiza.  Pragnę honoru tego stać się godną.

(Wchodzi Rycerz, przechodzi scenę, a Giermek pokazuje jego tarczę Księżniczce).

Symonid.  Co to za rycerz pierwszy się pokazał?
Taiza.  Spartański rycerz; czarny Etyopczyk
Na jego tarczy wskazuje na słońce;
Godło: Lux tua vita mihi.
Symonid.  Czule cię kocha rycerz, co od ciebie
Życie swe bierze.

(Przechodzi drugi Rycerz).

Kto ten drugi rycerz?
Taiza.  To macedoński jest książę, mój ojcze,
Na jego tarczy godłem zbrojny rycerz
Przez swoją damę zwyciężony; napis
W hiszpańskiej mowie: Piu por dulzura que por fuerza.

(Przechodzi trzeci Rycerz).

Symonid.  Kto trzeci?
Taiza.  Trzeci rycerz z Antyochii,
Rycerski wianek godiem jego tarczy,
A napis: Me pompae provexit apex.

(Przechodzi czwarty Rycerz).

Symonid.  Kto jest ten czwarty?
Taiza.  Na czwartego tarczy
Jest wywrócona płonąca pochodnia,
I napis: Quod me alit, me extinguit.
Symonid.  To znak, że piękność włada nim jedynie,
Gdy przez nią żyje i gdy przez nią ginie.

(Przechodzi piąty Rycerz).

Taiza.   Na piątej tarczy ręka skryta w chmurach
Złota probierczym doświadcza kamieniem,
A napis: Sic spectanda fides.

(Przechodzi szósty Rycerz).

Symonid.  Co mówi szósta i ostatnia tarcza,
Którą sam rycerz tak wdzięcznie przedstawił?
Taiza.   Rycerz ten, zda się, z obcej przybył ziemi,
A tarczy jego godłem uschła gałąź,
Której się tylko wierzchołek zieleni;
Jego dewizą: In hac spe vivo.
Symonid.  Myśl to jest piękna: z swego poniżenia
Jego nadzieją, odkwitnąć przez ciebie.
1 Pan.  Bardzo mu trzeba, by wewnętrzna wartość
Była zewnętrznych braków nagrodzeniem,
Bo z pośniedziałych wnosiłbym pozorów,
Że częściej robił biczyskiem niż kopią.
2 Pan.  Dziwny to rycerz, bo przynajmniej w szranki
W dziwnych przyborach wstąpi niewątpliwie.
3 Pan.  Z umysłu przyniósł zbroję tutaj rdzawą,
By ją turniejów oczyścić kurzawą,
Symonid.  Człek to niemądry i nierzadko błądzi,
Który z pozorów wartość ludzką sądzi.
Ale już pora na krużganku zasiąść,
Rycerze bowiem idą w szranki wstąpić. (Wychodzą).

(Głośne krzyki za sceną: Niech żyje biedny rycerz!)

SCENA III.
Uroczysta sala. Przygotowana biesiada.
(Wchodzą: Symonides, Taiza, Panowie, Służba i Rycerze z turniejów).

Symonid.  Nie potrzebuję mówić wam, rycerze,
Z jaką radością wszystkich tu was witam;
Na czynów waszych księdze wypisywać,
Jak na tytule, dzielność waszych ramion,
Byłoby więcej niż żądacie sami
I jak przystoi, gdyż każda zasługa
Własną wartością światu się zaleca.
Cieszcie się! Radość biesiadom przystoi.
Panowie, gośćmi jesteście moimi.
Taiza.  Lecz ty, rycerzu, i mym jesteś gościem,
Tobie odaję ten wianek zwycięstwa,
Głoszę cię królem tego dnia radości.
Perykles.  Więcej w tem szczęścia, pani, niż zasługi.
Symonid.  Zwiej to, jak zechcesz, lecz dnia jesteś królem,
A tu, jak myślę, nikt ci nie zazdrości.
Kształcąc artystów wolą jest natury,
By w tłumie dobrych jeden stał u góry;
A ty jej uczniem jesteś wyborowym.
Królowo święta (bo jesteś nią, córko),
Zasiądź, a potem każdy z was, rycerze,
Wedle godności niech miejsce swe bierze.
Rycerze.  Wielki nam robisz zaszczyt, Symonidzie.
Symonid.  Wasza obecność dni nasze weseli;
Czczę honor, bo kto honorem się brzydzi,
Ten i w niebiosach bogów nienawidzi.
Marszałek.  To twoje miejsce.
Perykles.  Są przecie godniejsi.
1 Rycerz.  Zajmij je, panie, bo jesteśmy szlachtą,
A serca nasze dwóch nie znają gości:
Pogardy małym a wielkim zazdrości.
Perykles.  Wielka uprzejmość wasza.
Symonid.  Zasiądź, proszę.

Perykles.  Przez króla myśli, Jowisza! myśl o niej
Zabiła we mnie wszelki dziś apetyt.
Taiza.  Przez ludzkich małżeństw królowę, Junonę!
Wszystko mi dzisiaj niesmaczne, jedyną,
On mi potrawą. Ha, dzielny to rycerz!
Symonid.  To tylko prosty szlachcic na zagrodzie;
Więcej od innych rycerzy nie zrobił,
Dwie lub trzy kopie skruszył, na tem koniec.
Taiza.  On mi się zdaje wśród szkieł dyamentem.
Perykles.  Król mi ten ojca mego wizerunkiem;
W takiej żył chwale i ojciec mój niegdyś,
W koło miał książąt niby gwiazd koronę,
A on był słońcem, czci wszystkich przedmiotem;
Ktobądź nań spojrzał, jak mniejsze światełko
Przed jego blaskiem chylił się w pokorze.
Dzisiaj syn jego jak świetlik połyska
Wśród nocy, gaśnie, gdy słońce blask ciska.
Postrzegam teraz, że czas ludzi królem,
On rządzi nami, a gdy się rodzimy,
Co chce, nam daje, a nie co my chcemy,
Symonid.  No, jakże, czy wam wesoło, rycerze?
1 Rycerz.  Ktoby się w takiem nie radował kole!
Symonid.  Puhar ten pełny szlachetnego wina
(Jak serca wasze uczuć dla kochanek);
Wychylam wasze zdrowie.
Rycerze.  Dziękujemy.
Symonid.  Ale czekajcie. Rycerz tamten siedzi
W melancholicznych utopiony myślach,
Jakgdyby dworu naszego zabawy
Na jego baczność nie zasługiwały.
I ty, czy tego nie widzisz, Taizo?
Taiza.  Cóż mnie to może obchodzić, mój ojcze?
Symonid.  Słuchaj mnie, córko; królowie na ziemi
Bogów w niebiosach winni naśladować;
Bogi każdemu szczodrą dają ręką,
Który należny przyszedł hołd im złożyć;
Za tym przykładem nie idące króle
Są jak komary, które głośno brzęczą,

Ale zabite dziwią swą małością.
By mu osłodzić smutki jego, powiedz.
Za jego zdrowie że spełniam ten kielich.
Taiza.  Niestety! śmiałość ta mi nie przystoi,
Mój ojcze, z obcym, nieznanym rycerzem;
Bo zwykle mężczyzn surowe wyroki
Bezwstydem zowią pierwsze niewiast kroki.
Symonid.  Zrób, co ci każę, lub gniew mój rozbudzisz.
Taiza.  (na str.). Nie mógł milszego zrobić mi nakazu.
Symonid.  Dodaj, że chcemy od niego usłyszeć,
Kto on, skąd przyszedł, kto jego rodzice.
Taiza.  Ojciec mój twoje pił zdrowie, rycerzu.
Perykles.  Dzięki mu.
Taiza.  Życząc, aby w twoich żyłach
W krew się zmieniła każda wina kropla.
Perykles.  Dzięki wam składam, a odpijam zdrowie.
Taiza.  A przy tem pragnie usłyszeć od ciebie,
Skąd i kto jesteś, kto twoi rodzice?
Perykles.  Tyr mą ojczyzną, me imię Perykles;
W sztukach i wojnie młodość mą kształciłem;
Szukając czynów i sławy po świecie,
Wśród burzy statki straciłem i ludzi,
Rozbitek, byłem na ten brzeg rzucony.
Taiza.  Dzięki ci składa; zowie się Perykles;
Tyr mu ojczyzną; na burzliwem morzu
I nawy swoje i ludzi swych stracił,
Był na te brzegi rzucony.
Symonid.  Przez Boga,
Nad jego ciężkim lituję się losem,
I w jego czarnych pocieszę go smutkach.
Dalej, panowie, czas tracim na fraszkach,
Kiedy nas inne wołają uciechy.
Zbroje, któremi jesteście odziani,
Najlepiej pląsom rycerskim przystoją.
Nie będzie żadnem dla was tłómaczeniem,
Że to za szorstkie tony dla dziewicy:
Mąż jest jej miły w zbroi jak w łożnicy.

(Rycerze tańczą).

O co prosiłem, pięknie wykonane.
Dalej, rycerzu, mamy tutaj damę,
Któraby chciała pokręcić się trochę,
A wiem, że wasi tyryjscy rycerze
Wiedzą, co trzeba, by skakały damy,
I sami w skokach są niepospolici.
Perykles.  Jeżeli w sztuce tej byli ćwiczeni.
Symonid.  To coś ma minę, jakbyś chciał odmówić
Uprzejmej prośbie. (Rycerze i Barny tańczą).
Dość tego na teraz.
Wszyscyście pięknie sprawili się w tańcu,
(Do Perykl.). Lecz ty najpiękniej. — Zapalcie pochodnie,
Pazie, do komnat prowadźcie rycerzy.
A ty najbliższym mym będziesz sąsiadem.
Perykles.  Wola twa, królu, jest dla mnie rozkazem.
Symonid.  Za późno teraz o miłości mówić,
A wiem, książęta, że to celem waszym.
Idźcie więc spocząć, a z jutrzejszym rankiem
Zobaczym, szczęsnym kto będzie kochankiem.

(Wychodzą).

SCENA IV.
Tyr.
(Wchodzą: Helikanus i Eskanes).

Helikanus.  Wierzaj, Eskanes, Antyocha dusza
Była skalana kazirodztwa grzechem.
Wszechwładne bogi nie chcąc dłużej zwlekać
Kaźni na taką zbrodnię czekającej,
Na dumy jego i na chwały szczycie,
Właśnie, gdy zasiadł z córką na rydwanie
Niezmiernej ceny, spadł ogień niebieski,
Ciała ich zmienił na zgnilizny kupę;
I ci, co wprzódy na ich widok drżeli,
Obrzydłych resztek pogrzebać nie chcieli.
Eskanes.  Dziwne zrządzenie!
Helikanus.  Tylko sprawiedliwe.

Król to był wielki, ale grzeszne skronie
Niebieski piorun znajdzie i na tronie.
Eskanes.  To prawda. (Wchodzi trzech Panów).
1 Pan.  Widzisz, że nikogo więcej
Do zażyłości swojej nie przypuścił,
Ni do rad państwa.
2 Pan.  Tak zostać nie może
Bez skarg.
3 Pan.  Przeklęty, kto skarg tych nie poprze!
1 Pan.  Więc idźmy. Jedno słowo, Helikanie.
Helikanus.  Ze mną? Najchętniej. Z radością was widzę.
1 Pan.  Nasz żal do szczytu swojego już wezbrał
I z swych się brzegów wylewa nakoniec.
Helikanus.  Wasz żal? Dlaczego? Nie krzywdź twego księcia,
Którego kochasz.
1 Pan.  Ty, szlachetny panie,
Samego siebie przestań także krzywdzić.
Jeśli król żyje, powiedz, którą ziemię
Swoim oddechem uszczęśliwia teraz,
A my pobiegniem, aby go pozdrowić;
Jeśli śpi w grobie, i tam go znajdziemy,
Ale stanowczo musimy dziś wiedzieć,
Czy żyje, aby znowu nami rządził,
Czy umarł, byśmy płakali zgon jego,
A potem wolny księcia mieli wybór.
2 Pan.  Śmierć jego, sądem naszym, zda się pewna.
Gdy więc królestwo to nasze bez głowy,
Jak mury gmiachów wspaniałych bez dachu,
W gruzy się wali, wiedząc z doświadczenia,
Że ty, szlachetny panie, wiesz najlepiej,
Jak rządzić krajem, jak ludźmi kierować,
Chylimy głowy przed naszym — monarchą.
Wszyscy.  Niechaj szlachetny żyje Helikanus!
Helikanus.  Słuchajcie głosu honoru, czekajcie,
Czekajcie, jeśli Perykles wam drogi;
Jeśli do waszych życzeń się przychylę,
Trosk kupię lata za radości chwilę.
Bok jeszcze jeden błagam was, panowie,

Znieście cierpliwie króla nieobecność;
Jeśli z dwunastym nie wróci miesiącem,
Poddam się jarzmu z starca cierpliwością.
Jeśli tej laski od was nie otrzymam,
Idźcie, jak wiernej przystoi to szlachcie,
Wśród niebezpieczeństw szukać Peryklesa.
Jeśli zdołacie znaleźć go i skłonić,
By do nas wrócił, będziecie jaśnieli
Jak dyamenty na jego koronie.
1 Pan.  Szalony, mądrej kto nie słucha rady;
Skoro więc takie Helikana zdanie,
W świat się puszczamy szukać Peryklesa.
Helikanus.  Ściśnijmy sobie dłonie na znak zgody:
Gdzie panów jedność, kwitną tam narody.

(Wychodzą).

SCENA V.
Pentapolis.
(Wchodzą: Symonides, czytając list. Rycerze).

1 Rycerz.  Dzień dobry, królu!
Symonid.  Dostojni rycerze,
W imieniu córki mojej wam oświadczam,
Ze o małżeńskich nie chce ślubach myśleć,
Nim rok upłynie; dla jakich powodów,
Ona wie jedna, a wyznać ich nie chce.
2 Rycerz.  Czyli nie raczy dać nam posłuchania?
Symonid.  Nie myślcie o tein; wzbroniła przystępu
Wszystkim do swojej samotnej komnaty.
Rok jeszcze nosić Dyany chce barwę,
To ślubowała na Dyany oczy,
To na dziewiczą czystość swą przysięgła.
3 Rycerz.  Więc z bolejącem żegnamy cię sercem.

(Wychodzą Rycerze).

Symonid.  Już odprawieni. A teraz list córki:
Lub będzie mężem jej rycerz tułaczy,
Lub dnia i nocy więcej nie zobaczy.

To dobrze; w zgodzie z moim twój jest wybór.
Tylko w jej liście co za rezolutność,
Na moją wolę co za obojętność!
Lecz w każdym razie wybór jej pochwalam
I nie chcę jego spełnienia odwlekać.
To on. Utaić jeszcze sprawę muszę.

(Wchodzi Perykles).

Perykles.  Szczęście i radość Symonidesowi!
Symonid.  I tobie szczęście! Panie, przyjm me dzięki
Za twą rozkoszną pieśń ostatniej nocy;
Uszy się moje nigdy nie karmiły
Milszą potrawą harmonijnych dźwięków.
Perykles.  Nie mej zasłudze, lecz twojej dobroci
Za tę pochwałę dziękuję.
Symonid.  Mistrz z ciebie
W kunszcie muzyki.
Perykles.  Uczeń jej najlichszy.
Symonid.  Pozwól mi jedno pytanie ci zrobić:
O mojej córce co myślisz, rycerzu?
Perykles.  Że najcnotliwszą księżną jest.
Symonid.  I piękną;
Nieprawda?
Perykles.  Piękną jak jasny dzień lata!
Symonid.  I ciebie córka ma wysoko ceni;
O, tak wysoko, że chce cię za mistrza,
Że uczennicą twoją pragnie zostać.
Perykles.  Nie jestem godny, panie, być jej mistrzem.
Symonid.  Nie jej to zdanie. Przeczytaj to pismo.
Perykles  (na str.). Co widzę? List jej, a w nim oświadczenie,
Że pokochała tyryjskiego męża!
To podstęp króla na życie jest moje.
(Głośno). Nie szukaj, panie, jak w sidła ułowić
Nieszczęśliwego, obcego szlachcica,
Co nigdy oczu nie wzniósł tak wysoko,
By śmiał twą córkę kochać, dość mu było
Czcić ją, jej służyć.
Symonid.  Tyś ją oczarował,
Chytry nędzniku.

Perykles.  Nie, Bóg mi jest świadkiem!
O tej obrazie nigdym nie pomyślał,
Nigdym nie zrobił kroku, by zarobić,
Z twoją obrazą, na miłość twej córki,
Symonid.  Zdrajco, ty kłamiesz!
Perykles.  Zdrajco?
Symonid.  Tak jest, zdrajco!
Perykles.  Ktoby się ważył (gdyby nie monarcha)
Zdrajcą mnie nazwać, potwarcze to kłamstwo
Tą szablą moją w gardłobym mu wtłoczył,
Symonid  (na str.) Odwadze jego z serca poklaskuję.
Perykles.  Moje uczynki jak myśl ma szlachetne
I szlachetnego godne były rodu;
Na dwór twój szukać przyszedłem honoru,
Nie przeciw jego buntować się prawom,
A kto inakszy o mnie sąd wydaje,
Że jest, dowiodę szabli mej żelazem,
Wrogiem honoru i potwarcą razem,
Symonid.  Nie! Ale widzę, córka ma się zbliża.
Ona me słowa swem stwierdzi świadectwem,

(Wchodzi Taiza).

Perykles.  Ty, coś jest równie piękną jak cnotliwą,
Gniewnego ojca twego wywiedź z błędu,
Powiedz, czy kiedy język mój rzekł słowo,
Jedną sylabę ręka napisała
O mej miłości.
Taiza.  A gdyby tak było,
Kogóż to gniewa, coby mnie cieszyło?
Symonid.  Ho, mościa panno, śmiało rzecz rozstrzygasz.
(Na str.). A to radością serce me przepełnia.
(Głośno). Do posłuszeństwa potrafię cię zmusić.
Jakto? Bez mego chcesz więc pozwolenia
Kochać obcego, nieznanego męża?
(Na str.). Który, o ile domyślać się mogę,
Krwi szlachetnością mnie samemu równy.
(Głośno). Słuchaj, panienko, lub bądź mi posłuszną,
A i ty, panie, lub spełń me rozkazy,
Albo z was zrobię, na znak mego gniewu —

Męża i żonę.
Niech wasze usta i ręce to stwierdzą.
Dobrze. Na nowy smutek wam dodaję
Moje przekleństwo: błogosław wam Boże!
Powiedzcie, czy was cieszy to oboje?
Taiza.  Tak jest, jeżeli ty kochasz mnie, panie.
Perykles.  Jak moje życie, jak krew, co je karmi!
Symonid.  Więc zgoda?
Oboje.  Jeśli taka twoja wola.
Symonid.  Taka ma wola, że bez czasu straty,
Chcę was do ślubnej prowadzić komnaty.

(Wychodzą).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.