Pan Damazy/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Ogród; po lewej stronie altana, w niej stół i krzesła; po prawej ławka; w głębi mur albo sztachety z furtką pośrodku.

SCENA I[edytuj]

PAN DAMAZY chodzi z fajką, MAŃKA stoi z oczyma spuszczonymi i rękoma splecionymi; potem HELENA.

DAMAZY

Hm hm, nic nie wiedziałem, panie mości dzieju. Przyznaję, że mi z głowy wywietrzało. Od czasu tego głupiego ożenienia się brata nie byłem u niego ani razu. Więc powiadasz, że cię trzymano z daleka.

MAŃKA

Krzywdy nie miałam, ale pani obchodziła się ze mną jak z obcą.

DAMAZY

(opryskliwie)
Pani, pani, dlaczegoż ty jej mówisz: pani? Przecież to ona twoja wujenka. co prawda nie wiem, w którym stopniu, ale zawsze wujenka. Przecież ja i mój nieboszczyk brat byliśmy ci. czekaj no. Anzelm ożenił się, panie mości dzieju, z ciotką Balbiną, a kiedyśmy ją nazywali ciotką, no toć musiała być ciotką. Siostra rodzona Anzelma. zaraz! Siostra Anzelma poszła, panie mości dzieju, za Paterkowskiego, a wszakże to był twój ojciec?

MAŃKA

Takie noszę nazwisko.

DAMAZY

A no, to widzisz jest kuzynostwo, nawet dosyć bliskie. Mówże mi: wuju, proszę cię, moja. jakże ci na imię?

MAŃKA

Mańka.

DAMAZY

Co to jest „Mańka”? nie rozumiem.

MAŃKA

Maria.

DAMAZY

No to Marysia, a wreszcie Marynka, panie mości dzieju, a nie jakaś Mańka. Także cię przezwali! (gładząc ją) Więc powiedzże mi, moja Marychna. a brat nieboszczyk jak z tobą wychodził?

MAŃKA

On był dobry, ale. tylko jakeśmy byli sami; przy pani.

DAMAZY

(tupnąwszy nogą)
Przy wujence!

MAŃKA

Przy wujence udawał obojętnego, ale mi nigdy nic złego nie powiedział.

DAMAZY

Słaby szlamazara pantofel!

MAŃKA

Owszem, brał nieraz moją stronę.

DAMAZY

(opryskliwie)
Cóż, katowała cię. biła?

MAŃKA

Nie, ale była ze mną zawsze tak zimną, tak odpychającą.

DAMAZY

No, muszę ja w to wejść, panie mości dzieju, koniec końcem jesteś naszą siostrzenicą, i kwita.

MAŃKA

Jaki pan dobry!

DAMAZY

(ostro)
Wuj. powtórz!

MAŃKA

Jaki wuj dobry!

DAMAZY

I przyzwyczajaj się do tego. Wstyd, hańba, żeby nasza krewna, panie mości dzieju, była traktowaną jak popychadło z kredensu, Mańka jakaś. tfy!

HELENA

(wchodzi z prawej strony, nucąc i układając bukiet)
Tra la la la! La la! co za róże, co za róże! (zrywa z krzaka)

DAMAZY

Heluś, pójdź no tu!

HELENA

Patrz, tatuńciu, jaki będzie prześliczny bukiet. tra la la!

DAMAZY

Dla kogóż to?

HELENA

(śpiewając)
Dla stryjenki, dla stryjenki.

DAMAZY

Hm! (niecierpliwie) Pójdźże! (popychając ją do Mańki) Pocałujcie się!

HELENA

(nie rozumiejąc spogląda na niego)
Cha! cha! cha! tatuńcio.

DAMAZY

Cóż, nie potrafisz?

HELENA

(niby urażona)
Proszę! (z zabawnym dygiem, sznurując usta, całuje ją na powietrzu) Czy tak?

DAMAZY

Nie tak. serdecznie. bo to twoja siostra.

HELENA

Siostra! Ach, to co innego. (rzuca się na szyję i całuje) Ja tak lubię całować! Całowałabym wszystkich. i tatuńcia także, dobrze? (rzuca mu się na szyję)

DAMAZY

No no, bez tych.

HELENA

(do Mańki)
Jeszcze raz! (całuje ją)

DAMAZY

Dosyć, dosyć zostaw też trochę na później. (opryskliwie) Wy, kobiety, to wszystko tak. bez umiarkowania. hm. hm. Bawcież się tu sobie i poznajcie się bliżej.

(odchodzi na lewo, Helena odprowadza go i szepce na stronie, po czym wraca)

SCENA II[edytuj]

MAŃKA, HELENA.

MAŃKA

(na stronie)
Czyż to nie jest szyderstwem losu, mój Boże. znaleźć siostrę w tej, która nam zadaje najboleśniejszą ranę. (znękana) Serce mi pęka.

HELENA

(wracając w podskokach i biorąc jej ręce)
Więc ty jesteś moją siostrą. ach, jak to dobrze. jaka jestem kontenta, że mam z kim rozmawiać poufale; nigdy nie miałam towarzyszki, przyjaciółki. U nas, powiadam ci, jak w klasztorze, z nikim nie żyjemy i gdyby nie Dziubalska. ale cóż. bardzo dobra kobieta, ale taka zabawna. wiecznie kładzie kabałę dla mnie. ja jestem dama kierowa, a król kierowy mój przyszły mąż! (śmieje się) I tak zawsze, wyobraź sobie, poszachruje, że ten król wiecznie przy mnie.

MAŃKA

(smutnie)
Toteż wywróżyła ci.

HELENA

Ho ho, to jeszcze może być rozmaicie. trzeba się powzdragać. Słuchaj no, czy ty lubisz kwiaty? Pomożesz mi ułożyć bukiet? Pójdź. (zrywają) Ach, jakie śliczne dwa motylki gonią się. czekaj. czekaj czekaj. usiadłszy, nie spłosz ich. (czai się) Jeden pan Antoni, drugi pan Seweryn. Który się da złapać, tego będę wolała. (śmieje się) Ach, uciekły obadwa, dobryś!

MAŃKA

(złośliwie)
Zwykłe następstwo uganiania się za dwoma.

HELENA

Cóż to szkodzi? Jeden ładny i drugi ładny.

MAŃKA

(jak wyżej)
Ale podobno jednego tylko wolno wybrać.

HELENA

(figlarnie)
Motylka?

MAŃKA

Albożeś o motylkach myślała?

HELENA

(zawstydzona)
Jakaś ty szkaradna!

MAŃKA

Wszak jeden miał być pan Antoni, drugi pan Seweryn.

HELENA

Otóż widzisz, kiedyś ty moja siostra, to mam ochotę zwierzyć ci się, powiedzieć ci coś w wielkim sekrecie, tylko mnie nie wydaj. Siadaj no. (sadza ją przy sobie) Nie ma tu kogo? Nie podsłucha nas kto?

MAŃKA

Nie ma.

HELENA

Wiesz naturalnie, że pan Antoni mieszka niedaleko nas, w sąsiedztwie, jeszcze nieboszczyk stryj wziął dla niego niewielką dzierżawkę, na której podobno dosyć dobrze mu idzie. Otóż zaczął bywać u nas i podobno myśli o mnie.

MAŃKA

(patrząc jej w oczy)
A ty za to cierpieć go nie możesz.

HELENA

Cóż ty znowu pleciesz?

MAŃKA

Więc kochasz go?

HELENA

Zdaje mi się, że go bardzo lubię. (po chwili, naiwnie) Słuchaj no, czy to może się zdawać?

MAŃKA

(ironicznie, chcąc wstać)
Samo to pytanie.

HELENA

(przytrzymując ją)
Czekaj no, posłuchaj. On taki poczciwy, u nas nikt a nikt prawie nie bywa, a on zagląda prawie co drugi dzień. przywozi mi książki do czytania. takie śliczne, powiadam ci. Czy ty czytujesz książki?

MAŃKA

Nie mam czasu, rzadko kiedy.

HELENA

O, tak żałuj. nie uwierzysz, jak to przyjemnie. to takie ciekawe rzeczy.

MAŃKA

Więc cóż pan Antoni?

HELENA

Bywa bardzo często. Dziubalsia, w której ma wielką przyjaciółkę, powiada, że on kocha się we mnie.

MAŃKA

Czy to wiesz tylko od niej?

HELENA

(spuszczając oczy)
Naturalnie. (po chwili) Ach, żebyś wiedziała, jak mi serce biło, gdy się oświadczył.

MAŃKA

A więc oświadczył się!

HELENA

Tak. na wpół. ojciec nawet nie wie o tym, wstydziłam się powiedzieć, tobie pierwszej się przyznaję. A powiadam ci, jaki był wzruszony! Cały drżał, mnie zaś jakby kto gorącą wodą oblał. Wyobraź sobie, tak się zmieszałam, że nie wiedziałam, co z sobą zrobić. a jednak tak mi było przyjemnie, tak jakoś błogo. Czy tobie oświadczył się kto kiedy?

MAŃKA

W moim położeniu. uboga sierota, czyż mogę marzyć o tym?

HELENA

O, tylko nie przesadzaj. a ja czyż jestem milionerką? Jeżeli Antoni mnie kocha, to przecie z interesu tego nie robi.

MAŃKA

(gorąco)
A ty nawet nie cenisz tego przywiązania!

HELENA

Kiedy, widzisz, od wczoraj. jakeśmy tu przyjechali. tylko, moja droga, nie mów o tym nikomu. ojciec jakoś, co był widocznie przychylny Antoniemu i nieraz, gdy był w dobrym humorze, dokuczał mi dwuznacznikami, teraz jakby się zmienił. inaczej mówi. (po chwili) Po prostu. nie wiem. ale zdaje mi się, że życzy sobie pana Seweryna.

MAŃKA

I cóż ty na to?

HELENA

Ja? Boże drogi! Czy ja wiem sama, co robić. Podobno stryjenka pragnie, żebyśmy się pobrali.

MAŃKA

(na stronie)
Boże, Boże!

HELENA

Oddaje nam jakąś część majątku; ojciec, niby nic wyraźnie nie mówiąc, daje do zrozumienia, że tym sposobem nastąpi zgoda familijna. Teraz sama nie wiem, co począć.

MAŃKA

Poradź się serca, jeżeli ono przemawia za panem Antonim.

HELENA

Naturalnie, ale jak nie będą na to uważać?

MAŃKA

Przecież niepodobna, żeby cię zmusili.

HELENA

Ach, ja się tego okropnie boję. Ten projekt zdaje się tak cieszyć ojca i stryjenkę.

MAŃKA

(wstając, wzruszona)
A gdyby też ten, którego ci przeznaczają, kochał inną?

HELENA

(wstając)
Ach, jakby to było dobrze! Czy wiesz co o tym?

MAŃKA

Mogę ci powiedzieć, że tak jest.

HELENA

No proszę! Jakżeż to można! E, to chyba nic takiego po cóż by ta komedia.

MAŃKA

Będzie ją odgrywał z woli ciotki, udając starającego się. O, patrz mu dobrze w oczy, bo gdy będzie mówił, że cię kocha skłamie, zgotowałabyś sobie męczarnie na całe życie — ostrzegam cię!

HELENA

Ach, w jakim ja strachu jestem!

MAŃKA

Najlepiej by było powiedzieć wyraźnie ojcu odkryć mu swoje uczucia.

HELENA

Czyż ja się odważę? Żeby tak matce, to co innego. tacio zacznie drwić ze mnie, dwuznaczniki mówić, chociaż kocha mnie, bardzo kocha!

MAŃKA

Toteż tym łatwiej ci pójdzie.

HELENA

Ale, tak ci się zdaje. chociaż to tacio, ale zawsze mężczyzna, jakże mu tak po prostu powiedzieć, na przykład: „Kocham pana Antoniego” ach, dlaboga, ja bym się spaliła ze wstydu.

MAŃKA

(obejrzawszy się)
Patrz, to on, przekonamy się zaraz. (odchodzi w głąb)

HELENA

Ach, nie odchodź. gdzie ty idziesz? (wchodzi Seweryn; ona udając, że go nie widzi, zrywa kwiaty, zbliżając się powoli ku wyjściu)

SCENA III[edytuj]

MAŃKA ukryta, HELENA, SEWERYN; później ANTONI; później DAMAZY.

SEWERYN

(wchodząc z prawej strony, przystaje i spogląda na Helenę, robiąc gest lekceważący; po chwili na stronie)
Myślałem, że to rzecz prosta ożenić się z pierwszą lepszą, byle się oswobodzić. zapomniałem o małej rzeczy, to jest o konieczności odgrywania roli konkurenta. żadna nić sympatyczna nas nie wiąże. ha! trudno! (głośno) Dzień dobry pannie Helenie.

HELENA

(zajęta kwiatami)
Dzień dobry panu.

SEWERYN

Pani wyszła na spacer?

HELENA

Tak, panie.

SEWERYN

Pani się nie spodziewała mię tu zastać?

HELENA

Nie, panie.

SEWERYN

(na stronie, powtarzając)
Tak, panie nie, panie. (po chwili, głośno) Jakże się pani tu podobało u nas?

HELENA

O, bardzo!

SEWERYN

(ze sztucznym uniesieniem)
Ach, jak mię to uszczęśliwia!

HELENA

Dlaczego?

SEWERYN

Dlaczego? (na stronie) Co jej powiedzieć? (głośno, roztargniony) I pani się pytasz?

HELENA

Naturalnie.

SEWERYN

Nie! Ja się tu robię idiotą. (po chwili, głośno) A ja byłbym ciekawy, dla kogo przeznaczony ten prześliczny bukiet, tym piękniejszy, że te rączki go układały. (na stronie) No, jakoś poszło!

HELENA

Dla stryjenki, mój panie!

SEWERYN

Czy mógłbym prosić o jedną chociaż z niego różyczkę?

MAŃKA

(która się zbliżyła, bardzo wzruszona)
Ja panu wybiorę. (Seweryn zmięszany)

HELENA

(podsuwając bukiet, wesoło)
Patrz, tę. (Seweryn bierze machinalnie z rąk Mańki) Widzisz pan, jaka przepyszna. Mania własną ręką ją zerwała.

SEWERYN

A! (na stronie, nie wiedząc, co z różą robić) Miła sytuacja ani słowa.

MAŃKA

(wzruszona, cicho, podczas gdy Helena usunęła się)
Czy panu przykrość zrobiłam? (drżąc, ze łzami w głosie) Jeżeli masz rzucić, to oddaj mi. schowam jako pamiątkę, że była w twoim ręku.

SEWERYN

(cicho)
Wiesz, że dla tego samego powodu ma cenę dla mnie. (po chwili) Ale walczyć z koniecznością, gdy jest nieubłagana, nie podobna. Mańka! Zaklinam cię, panuj nad sobą!

MAŃKA

(z boleścią)
Ach! (powstrzymuje łzy) (Z prawej strony wchodzi Antoni, zbliża się do Heleny i gestem podziwia bukiet)

HELENA

(dając mu wąchać)
Pochwal pan! (przechadzają się w głębi, rozmawiając)

ANTONI

Prześliczny! (po chwili) Jak to my na wszystko patrzymy przez szkiełka zabarwione według własnego widzenia. Dom ciotki był mi zawsze obojętnym, atmosfera tutejsza ciężyła mi; dziś, gdy pani w nim bawisz, stał mi się rajem.

HELENA

(dając mu różę, żartobliwie)
Masz pan za komplement.

ANTONI

Dziękuję za kwiatek, ale oponuję przeciwko definicji. Czyż to był komplement?

SEWERYN

(zbliżając się do nich)
O czymże państwo?

ANTONI

Cóż ci przyjdzie z tego? Choćbyś wiedział. nie zrozumiałbyś nas.

SEWERYN

A to dlaczego?

ANTONI

(znacząco)
Masz pewne uprzedzenia. a przeciwko tym trudno walczyć. To, co dla jednego jest świętością, drugiemu może się wydawać czymś śmiesznym.

SEWERYN

A, przepraszam. (na stronie) Oboje będą mi przeszkadzać fatalne położenie, (oddala się i rzuca niechętnie na ławkę; z drugiej strony w altanie siadła Mańka oparłszy głowę na ręku)

DAMAZY

(przechodząc w głębi z fajką, z lewej strony ku prawej, zatrzymuje się i pykając patrzy przez kilka chwil na Helenę i Antoniego)
Ho, ho, cóż to za interesująca, panie mości dzieju, rozmowa.

HELENA

Ach, tacio! (biegnie ku niemu)

DAMAZY

Coś mi się panna zanadto puszczasz.

ANTONI

(nieco zmięszany, nadrabiając humorem)
Rozmawialiśmy właśnie o.

DAMAZY

(nie patrząc na niego)
Chodź no asińdźka ze mną na sprawę. (wychodzą na prawo)

ANTONI

(patrzy za nimi; po chwili, niespokojny)
Co to znaczy? Nie spojrzał na mnie. Zaczynam się obawiać. Od wczoraj już uważam u pana Damazego jakąś zmianę. Mój Boże, ja ją tak kocham! Czyżbym się łudził na próżno? (idzie z wolna za nimi)

SCENA IV[edytuj]

MAŃKA, SEWERYN. Ta scena powinna być graną bardzo żywo.

SEWERYN

(wstaje, idzie do Mańki i prowadzi ją gwałtownie na przód sceny)
Mańka! słuchaj mnie.

MAŃKA

Słuchałam, niestety, może zanadto i teraz za to pokutuję.

SEWERYN

Wszak wytłumaczyłem ci, o co chodzi.

MAŃKA

(chwytając się za skronie)
Ja nic nie wiem. nic nie rozumiem. rób ze mną, co chcesz, ale nie żądaj, abym własną ręką wydarła to, co tam utkwiło tak głęboko.

SEWERYN

Ależ. nie rozumiesz mnie! Ja cię zawsze kocham!

MAŃKA

(gorzko)
Kochasz?

SEWERYN

Kocham, szalona, wiesz dobrze o tym; przez to właśnie, że chcę się poświęcić, daję najlepszy dowód, czym jesteś dla mnie.

MAŃKA

(unosząc się)
Za co mnie masz? Za co? Powiedz!

SEWERYN

(porywając jej rękę)
Za istotę, do której jakieś złe duchy przywiązały mnie. Ja bym nie wyżył bez ciebie. ja cię mieć muszę. dla siebie, stworzyć ci życie, o jakim nie marzyłaś. (gwałtownie) Nie płacz, bo mię doprowadzisz do ostateczności!

MAŃKA

Czyż może być większa, jak kazać mi słuchać podobnych słów.

SEWERYN

Więc cóż począć? Wiesz, że nie mam nic swojego, a gdy się ożenię podług woli ciotki, da mi majątek. to wszystko będzie twoim!

MAŃKA

(z płaczem)
I on nawet nie widzi całej potworności tego, co mówi! To trzeba być bez sumienia!

SEWERYN

Ależ któż winien temu wszystkiemu? Powiedz! Ja nie!

MAŃKA

Tym mniej ja. Któż tu kogo złudził i oszukał?

SEWERYN

Tyś winna. (chwytając ją w objęcia i patrząc namiętnie w oczy) Po cóż w tych oczach siedzi jakiś szatan, który mię kusi, odbiera rozum i z człowieka robi idiotę. Widziałaś! Ja przy tej gąsce języka nie mogłem odnaleźć, plotłem jak żak.

MAŃKA

(uwalniając się z jego objęć)
Nie, ja tego pojąć nie mogę, to niegodziwość.

SEWERYN

(unosząc się, grozi jej pięściami)
Mańka!

MAŃKA

Mówię ci, wybij mnie, skatuj! Do nóg ci padnę. (z mocnym płaczem) ale nie depcz, nie pomiataj!

SEWERYN

(znękany)
Ha, to oszaleć przyjdzie! Więc co robić? Co? Mów! Radź. Jakiż jest środek? (biorąc ją znowu w objęcia, czulej) Daj mi miliony, a dziś pójdę z tobą do ołtarza.

MAŃKA

(po chwili, popatrzywszy mu w oczy, kładąc głowę na jego piersiach)
Cóż nam po milionach?

SEWERYN

(ogląda się niespokojnie; na stronie)
Jeszcze nas kto podpatrzy.

MAŃKA

(usuwając się, z łagodnym wyrzutem)
Boisz się. wstydzisz uczuć, które mi zaprzysięgałeś.

SEWERYN

(tonem perswazji)
Zastanów się! Cóż by to za życie było. miłość o głodzie. weź na rozum.

MAŃKA

Nie miałam go, gdym słuchała twoich zaklęć. dziś go już nie odnajdę, sam temu winieneś.

SEWERYN

(zaciskając pięści)
Och!

MAŃKA

(z krzykiem, porywając się za głowę)
Ja oszaleję!

SEWERYN

Cicho, na Boga! (ogląda się) Nie unośże się, nie rób scen, (chce wziąść jej rękę, ona się usuwa) wszakże wiesz, że co robię, to tylko dla ciebie, że po prostu poświęcam się. Mojego serca nikt ci nie odbierze, nawet żona. (Mańka robi gest głową) Znowu się unosisz, posłuchaj. sam wiem, że to jest może niegodziwością, że oszukuję ją, że zdradzam rodzonego brata, ale to właśnie dowód ślepej namiętności ku tobie. Mańko, nie utrudniaj mi i tak już ciężkiego zadania, raz zrozumiej dobrze nasze położenie. byle tylko raz wyzwolić się, potem się z nią rozwiodę.

MAŃKA

Ja się jeszcze boję Pana Boga; może mnie doprowadzisz do tego, że o Nim zapomnę, ale dotychczas jeszcze nie.

SEWERYN

Mańka!

MAŃKA

Już i tak zrobiłeś ze mnie przewrotną obłudnicę, muszę się kryć, grać komedię, kłamać, lecz przynajmniej mogę się jeszcze czymś usprawiedliwić. Ale potem jakim ja czołem przyjęłabym co od ciebie, jakim czołem oszukiwałabym tę, która do wszystkiego tego będzie miała prawo, tak do majątku, jak do ciebie samego. (z płaczem) Ach, ja bym co chwila obawiała się kary boskiej.

SEWERYN

Ale nie przesadzaj, nie poetyzuj. (na stronie) Jak jej to wybić z głowy? (głośno) Tyle ludzi żeni się bez przywiązania, i to na całe życie, a ja mówię ci, że się rozwiodę, powiem, że nasze usposobienia nie zgadzają się. Toż to prosta rzecz, winuj o to ciotkę, która pod pozorem dobrodziejstwa frymarczy nami. (mocniej) Ja mam prawo zresztą do tego majątku, prędzej czy później. to moje!

MAŃKA

(z obawą patrzy mu w oczy)
Więc słuchaj, choć będę szła jak na stracenie, padnę jej do nóg i wyznam wszystko. może nam co udzieli tymczasem, chociaż cokolwiek, a przy boskiej pomocy.

SEWERYN

(gwałtownie)
Czyś ty przy zdrowych zmysłach, czy szalona?

MAŃKA

(z bólem)
O mój Boże!

SEWERYN

(rzucając w nią różą, którą ciągle miał w ręku)
Chcesz mnie zgubić. (chodzi wielkimi krokami, nareszcie w poruszeniu odchodzi. Mańka chcąc podnieść różę przyklęka i tak pozostaje, nie widząc nikogo, osłupiała)

SCENA V[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY, TYKALSKA, REJENT, potem JAN.

TYKALSKA

(z pończochą, do Seweryna żartobliwie, zastępując mu drogę)
No no no, czegożeś się tak zaczupurzył. zaczekaj no!

SEWERYN

(opryskliwie)
O, dajże mi ciotka pokój! (wychodzi)

TYKALSKA

Co to, Mańka aż padła na ziemię, co się tu porobiło?

REJENT

(na stronie)
Zaczynają się skandaliczne sceny, to dobrze.

TYKALSKA

(podnosząc ją)
Manieczko, co ci? Czyś ty zasłabła?

MAŃKA

(śmiejąc się z wysileniem)
Cha! cha! cha! Nie!

TYKALSKA

A czegoż klęczysz? Czyście się tu przemówili?

MAŃKA

(jak wyżej)
Nie! Upuściłam różę i chcąc ją podnieść. przyklękłam.

TYKALSKA

A Seweryn co tu robił?

MAŃKA

Nie wiem. przechodził tędy.

TYKALSKA

(kiwając głową)
Hm, hm, hm. ejże, tu między wami coś było. (przygląda się jej) płakałaś. ale co tam, otrzyj oczki. nie kłopocz się. (do ucha) kto się lubi, ten się czubi. Poprztykaliście się, to się i pogodzicie, ja ci powiadam. (całuje ją w głowę, Mańka ją w rękę)

REJENT

(do odchodzącej Mańki)
Brawo, brawo! Trzymać się f e r m, bronić swoich praw.

MAŃKA

(zatrzymując się)
Nie rozumiem pana.

REJENT

Najgorsza broń w ręku kobiety powolność i zbytek poświęcenia. Nic prędzej nie znudzi i nie odstręczy.

MAŃKA

Pan widocznie żartujesz ze mnie. (odchodzi)

JAN

(spotykając się z nią przy wyjściu)
Proszę panienki.

MAŃKA

(zirytowana)
Czego chcesz?

JAN

Pani kazała nakryć do śniadania tu, w altanie.

MAŃKA

(jak wyżej)
Więc cóż, to nakrywaj.

JAN

Ale pani kazała powiedzieć, żeby. (idąc z nią, mówi cicho)

MAŃKA

(na stronie, przyciskając ręką czoło)
Ach, Boże, Boże! (wychodzą)

SCENA VI[edytuj]

REJENT, TYKALSKA, potem MAŃKA, JAN.

REJENT

(na stronie)
Żeby też jedna powiedziała to, co myśli. Jeżeli ona nie zrozumiała, to ja nie jestem rejentem, i to jeszcze Bajdalskim.

TYKALSKA

(z westchnieniem)
Biedaczka!

REJENT

Kto?

TYKALSKA

A któż by? Ta sierotka. (robiąc pończochę siada na ławce) Już to muszę powiedzieć, że póki żył nieboszczyk, było jakoś inaczej. kochał ją jak własne dziecko.

REJENT

A może też rzeczywiście. e. e. e.

TYKALSKA

(zgorszona)
A mój panie, fe. fe!

REJENT

(siada obok niej)
Ale cóż tak dziwnego, ludzie są ludźmi, dobra pani.

TYKALSKA

Ale cóż znowu.

REJENT

Ładna panienka. (po chwili) Pan Seweryn. e. e. e.

TYKALSKA

(patrząc mu w oczy)
Co pan Seweryn? Mój panie, dlaczego pan przytykasz do niej Sewerynka? Ciekawam bardzo.

REJENT

Tak mi jakoś przyszło na myśl.

TYKALSKA

Nieładnie. (po chwili) Chociaż żebyś pan wiedział to, co ja wiem. ho ho. tylko, że nie mogę powiedzieć.

REJENT

Jak to? Tajemnica?

TYKALSKA

A nie inaczej. Powiadają, że kobiety mają długie języki, ale to bajki, mój panie, niejeden mężczyzna większy papla niż dziesięć kobiet.

REJENT

I to się trafia, dobra pani.

TYKALSKA

Już nie trzeba jak mój Tobunio nieboszczyk, co to była za poczciwa dusza, powiadam panu. ale taki baba, że niech Bóg broni! Jak co wiedział, to zachorowałby, żeby w ten moment nie wypaplał. Ja bym panu zresztą powiedziała, ale gdzież to!

REJENT

(ironicznie)
Jeżeli sekret, nie narzucam się wcale. e. e. e. Bądź co bądź, kobieta umiejąca dochować tajemnicy jest rzadkością, którą umiem uszanować!

TYKALSKA

Kiedy tak, to panu powiem, bo wiem, że nikomu nie powtórzysz. (po chwili, tajemniczo) Trzeba panu wiedzieć, że Seweryn z Mańką mają romans.

REJENT

(udając zdziwienie)
Pfiu! Proszę!

TYKALSKA

Jakem poczciwa! Oho, mnie nie oszukają. tylko cicho. na miłość boską. bo jakby to doszło do siostruni.

REJENT

Pani Żegocina ma zapewne inne plany?

TYKALSKA

Nie mówię nic na to, że zapewne wszystko mu zapisze, bo to gagatek, mój panie. niech sobie ma. i owszem! Ale właśnie cóż by to szkodziło, żeby się niebożątka pobrali. powiedz pan sam.

REJENT

Już to panie lubicie swatać, to rzecz wiadoma.

TYKALSKA

Ładnie patrzeć, jak się takich dwoje dzieciuchów kochają. (po chwili) Ja poszłam za Tobunia tylko z przywiązania i nie skarżyłam się nigdy, chociaż był goły jak kapucyn. bieda była taka, żeby siekierką nie urąbał.

REJENT

Dobra pani, wzajemna miłość to skarb największy; miałem żonę, to wiem.

TYKALSKA

Jeżeliby siostrunia nie chciała o nich wiedzieć, to ja jednak znajdę na to sposób. znajdę, jakem poczciwa!

REJENT

Miałabyś pani zasługę przed Bogiem, ale jakiż to sposób?

TYKALSKA

O mój panie, co tam będę się legitymować. (więcej do siebie) Kiedy powiadam, że znajdę, to znajdę. Co miało być dla samego Anteczka, to podzielę na dwoje.

REJENT

Czy pani masz jakie kapitały?

TYKALSKA

Może i mam. (zamyśla się i uśmiecha do siebie)

REJENT

(na stronie, wstając)
Domyślałem się, że baba gra komedię. ów kapucyn. Tobunio musiał jej zostawić coś grosza. procenciki sobie ciuła, a siostruni siedzi na karku. (głośno) Nie wkradam się w zaufanie pani, ale zwrócę uwagę, iż może fundusze jej są źle ulokowane, niepewne. jako prawnik, a z zasady człowiek, bez przechwałek, bezinteresowny, mógłbym może dać jaką radę.

TYKALSKA

Nie, nie, mój panie, ślicznie dziękuję, to tam nie warto nawet mówić o tym, to się nie da.

REJENT

(na stronie)
Babska natura! Jak wypaplać co na kogo, to język świerzbi, a jak chodzi o to, żeby się nie wygadać, co ma zaszyte gdzieś w spodnicy, to zaciśnie zęby. (po chwili, patrząc na zegarek) Genia tylko patrzeć. pociąg już musi być na stacji.

(przed końcem tej sceny weszła Mańka z Janem, który pod jej nadzorem zastawia stół w altanie)

SCENA VII[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY, ŻEGOCINA pod rękę z HELENĄ, PAN DAMAZY, po chwili ANTONI.

ŻEGOCINA

(do Rejenta, do którego zbliżyła się, puściwszy Helenę)
Cóż, rejencie. pójdzie to. jakże ci się zdaje? Mówiłeś z nim od siebie?

REJENT

Z wolna, z wolna, dobra pani, przygotowuję grunt. O, w interesach tego rodzaju przede wszystkim cierpliwości. pośpiech może zgubić wszystko.

ŻEGOCINA

Polegam na panu. mnie dotychczas dosyć się udaje. moje insynuacje przyjął bardzo dobrze. (do Damazego, który stanąwszy przy stole spogląda na zastawione jedzenie) Brat patrzysz, że taka skromna zastawa.

DAMAZY

Wolne żarty, panie mości dzieju. dziesięciu głodnych by się najadło.

ŻEGOCINA

Bo to tylko maleńka przekąska. z apetytami schowajcie się, panowie, na obiad. (stojąc za stołem) A tymczasem proszę na to, co jest. (oglądając się) Ale gdzież to jest Sewerynek? (do Heleny, która pozostawszy w głębi rozmawia z Antonim) Heleńciu, prosimy.

DAMAZY

(idąc po nią)
Moja kochana, nie chowajże się po kątach. siadaj tu razem.

HELENA

Tatunieczku, kiedy ja wcale nie głodna, jak tatuńcię kocham.

DAMAZY

To nie racja, siedź tu. Cóż to znowu? (poruszenie Antoniego)

HELENA

(z dąsem)
Och, Boże! (siada obok Żegociny)

DAMAZY

(spostrzegłszy Mańkę stojącą na boku)
A Marynka?

ŻEGOCINA

Kto taki? (nieukontentowana, widząc, że pan Damazy idzie po nią) A, ona ma zatrudnienie.

DAMAZY

(przyprowadza ją)
Siadaj także. (sadza ją obok Heleny. Żegocina wzrusza ramionami; do Tykalskiej która, przechadzając się z pończochą, zbliżyła się do stołu robiąc jej miejsce) Proszę.

TYKALSKA

Dziękuję, mój panie. (wraca na ławkę) Ja o tej porze nie jadam.

(zasiedli w tym porządku; z lewej strony Rejent, w głębi za stołem Żegocina, Helena, Mańka, z prawej strony pan Damazy)

ŻEGOCINA

Ale panowie zwykliście przed jedzeniem pić wódkę. (niecierpliwie oglądając się) Gdzież się podział Seweryn?

DAMAZY

Tak niby, gwoli zalania robaka, panie mości dzieju.

ŻEGOCINA

Janie, idź poproś pana Seweryna, nie wiesz, gdzie jest?

JAN

W swoim pokoju. (odchodzi)

ANTONI

Jeżeli ciotka pozwoli, ja go tymczasem zastąpię. (nalewa, do Damazego) Czy można do pana?

DAMAZY

W niezawodne ręce, panie mości dzieju.

ŻEGOCINA

(do Rejenta, który oparłszy łokcie na stole, złożywszy ręce, spogląda pożądliwie po talerzach)
Cóż pan rejent tak się zamyślił?

REJENT

Mnie, dobra pani, widok tego, co jej podobało się nazwać przekąską, nasunął sporą wiązkę uwag filozoficznych.

DAMAZY

(przed wypiciem do Rejenta)
W ręce acana dobrodzieja!

REJENT

(dziękując schyleniem głowy)
I gdybym miał talent nieboszczyka biskupa warmińskiego, napisałbym bajeczkę pod tytułem „Ludzie i wilcy”. (bierze kieliszek) Kiedy zgłodniały wilk porwie barana albo cielę, oburzenie nie ma granic. (wypija, szukając oczyma przekąski) robią obławy, ścigają go, trują, bez względu, że jest w swoim prawie, bo natura nie stworzyła go trawożernym.

ŻEGOCINA

Może kawałek pasztetu?

REJENT

(nakładając na talerz)
Całuję rączki. Ale gdy ten sam człowiek, mając chleb na zaspokojenie głodu, dla zbytku morduje cielęta, prosięta, ściga po barbarzyńsku zwierzynę na to, żeby z tego zrobić w ostatku ot taki pasztet, to nikt mu tego nawet nie weźmie za złe.

DAMAZY

Przyznam się acanowi dobrodziejowi, że ja pierwszy.

JAN

(wchodząc)
Pan Seweryn słaby, powiada, że nie przyjdzie.

ŻEGOCINA

Słaby? Cóż mu się stało? Mańka, proszę cię, idź, dowiedz się.

TYKALSKA

(wstając)
Ja pójdę. (na stronie) Ta siostrunia to nie ma zastanowienia. jakżeż można! (wychodzi)

DAMAZY

(do Mańki)
Ale czyś i ty nie słaba, kolory wystąpiły ci na twarz.

MAŃKA

(cichym głosem)
Głowa mnie boli. (kładzie dłoń na czole)

REJENT

(bardzo zajęty jedzeniem)
Na przykład czy państwo nie znacie „Pana Tadeusza” Mickiewicza?

DAMAZY

Tadeusza? Ja znałem, ale Marka, panie mości dzieju.

HELENA

Ale, tatuńcio! Pan mówi o poemacie Mickiewicza, przecie czytałam taci wątki. (ze spojrzeniem na Antoniego) Pan Antoni mi przywiózł.

DAMAZY

A prawda, bodajże cię! No, przepraszam. (do Rejenta) Tam jest także rejent.

REJENT

Więc państwo znacie i jego Zosię.

DAMAZY

Tak, jest i Zosia.

REJENT

Czy uwierzycie mi, że widząc na wystawie w Warszawie obraz, przedstawiający tęż Zosię, jak (deklamuje) Czerpie z sita i sypie na skrzydła i głowy Ręką jak perły białą gęsty grad perłowy. ja w tej sielance dostrzegłem najkrwawszy dramat!

ANTONI

(który stoi za nim, oparty o kulisę, wpatruje się w siedzącą naprzeciw Helenę)
A to jakim sposobem?

REJENT

(obejrzawszy się nań)
Jakim sposobem? Bardzo prostym. Na pozór jest to scena najidealniejsza. (z pełnymi ustami) te gąski, kury, kaczęta, wszystko to prześliczne słyszymy, jak ta Zosia woła: tiu tiu tiu, taś taś taś. Ale wniknąwszy głębiej w sytuację umysłem filozofa. (wypija kieliszek wina) w jakimże celu owa sielankowa Zosia sypie im ziarna? Żeby je utuczyć. e. e. e. a utuczywszy, tym samym białym paluszkiem skazać najpiękniejsze swoje faworytki pod nóż. i to tak sobie, z zimną krwią, jakby jej dał kto prawo do tego!

DAMAZY

Jak to? Więc nie mam prawa, panie mości dzieju, zabić wołu, kiedy go utuczę? To ładnie! Po diabłaż bym mu dawał osypkę.

REJENT

(z uśmiechem wyższości)
Panie łaskawy. na to nie mam mu co odpowiedzieć.

DAMAZY

Spodziewam się. (spogląda nań z politowaniem)

ŻEGOCINA

(do Antoniego, którego uważała, niecierpliwie)
Mój Antosiu, kiedy zastępujesz Seweryna, to bądźże uważniejszym. Uplasowałeś się umyślnie tak, żeby oczkować z Mańką.

DAMAZY

(spojrzawszy na Antoniego)
Hm, hm! (Mańka spogląda na nią zdziwiona)

ŻEGOCINA

A nie uważasz, że rejent ma talerz próżny.

REJENT

(któremu Antoni podał talerz)
Rzodkiewka, o nie! Ślicznie dziękuję, ja jestem mięsożerny. jeżeli łaska, kawałek majonezu. (nabiera)

DAMAZY

(na stronie)
Teraz znowu ta się zaczerwieniła. (głośno) Heluś, co ci to?

HELENA

(na stronie)
Ach, Jezus Maria z tacią! (podnosząc się, do Mańki) Wstańmy.

ŻEGOCINA

Nic nie jadłaś.

HELENA

Dziękuję stryjeneczce. (całuje ją w rękę i odchodząc od stołu, na stronie) Byłabym się pod ziemię schowała. przecież on na mnie patrzał, nie na Manię. (przykładając rękę do twarzy) aż mię twarz pali.

ŻEGOCINA

No to nie przeszkadzajmyż tym panom. (odchodzi od stołu, dając znać Antoniemu, żeby nalał kieliszek Rejentowi)

ANTONI

(do Rejenta, z ironią, nalewając)
W samej rzeczy, poglądy pańskie są wielce oryginalne i tak głębokie.

REJENT

We mnie, panie, leży. bez przechwałek. e. e. e. ogromny materiał na reformatora społeczeństwa, dobroczyńcę ludzkości. (nabiera jeszcze raz)

ANTONI

Nie tylko ludzkości. a gęsi, kaczki, cielątka.

REJENT

Żart żartem, ale gdybym tak miał lżejsze pióro.

ANTONI

(odchodząc po nalaniu)
A cięższą głowę. (idzie do Heleny)

REJENT

Tak jest. (po chwili zastanowienia) Jak to? (na stronie) „Cięższą głowę” to zakrawa na kpiny.

ŻEGOCINA

(na stronie)
Goni za nią wyraźnie, a Seweryna nie ma. (do Antoniego, biorąc pod rękę Helenę) Pan Antoni zanadto sobie pozwala, zapomina, że jest w domu ciotki i że ten pan jest jej gościem.

ANTONI

Nie wiedziałem, że to obowiązuje do cierpliwego słuchania bredni.

ŻEGOCINA

Za młody jesteś, żebyś poprawiał ludzi. (do Heleny) Pójdź, Heleńciu, przejdziemy się po ogrodzie. (do Antoniego) Proszęż tu spełniać zastępstwo gospodarza przyzwoicie.

(odchodzą na prawo)

DAMAZY

(który oglądał się za nimi, wypija spiesznie kieliszek)
idę i ja, panie mości dzieju.

(wychodzi za nimi)

ANTONI

(na stronie)
To wyraźna jakaś manifestacja przeciwko mnie. nie dadzą mi się do niej zbliżyć.

REJENT

(wypija wino, zapala cygaro; na stronie)
Z takimi smarkaczami to nie warto się poufalić. a gdybym ja też był prędki? (wychodzi na prawo, rzucając na Antoniego pogardliwe spojrzenie)

SCENA VIII[edytuj]

MAŃKA, ANTONI; JAN sprząta.

ANTONI

Nie jestem awanturnikiem, a szukałbym z każdym zaczepki. nie cierpię deklamacji, a deklamowałbym całe tyrady o przewrotności ludzkiej. (chodzi) Oni popsują w głowie temu dziecku!

MAŃKA

(gorączkowo do Jana)
Sprzątaj prędzej. (siada zamyślona)

ANTONI

(siada machinalnie przy niej, po chwili)
Panno Mario, zdaje mi się, że możemy sobie wzajemnie winszować: na jednej drodze, a raczej bezdrożu jesteśmy.

MAŃKA

(budząc się z zamyślenia)
Co pan mówisz?

ANTONI

Wspólne nam grozi niebezpieczeństwo, nasze serca.

MAŃKA

(wstając)
Daj mi pan pokój, ja nie wiem już sama, czy mam serce.

ANTONI

Masz pani, masz. dowodem to, że odczuwasz.

MAŃKA

To, co odczuwam, jest w stanie podobno wyrwać ze szczętem wszystko, co tam tkwi. (po chwili, stając przed nim) Powiedz mi pan, czy kochając prawdziwie, można stłumić w sobie uczucie?

ANTONI

Trzeba na to bardzo wzniosłych celów; dla mężczyzny podobnym celem jest sprawa ogółu, dobro ojczyzny, (z ironią) dla kobiety świetna partia.

MAŃKA

Fałsz!

ANTONI

(z gorzkim uśmiechem)
Fałsz?

MAŃKA

Jesteś pan zbyt stronnym sędzią, abyśmy się mogli zrozumieć.

ANTONI

(chodząc także)
Pani mówiłaś o miłości prawdziwej; chodzi o to, jakie są cechy, po których można by ją poznać.

MAŃKA

Jak na przykład nazwać, gdy mężczyzna przysięga jednej, przemawia do niej namiętnie, a sięga po rękę innej?

ANTONI

Egoizmem. To najlepszy dowód, że nie kocha żadnej. Pożycie z osobą obojętną, wówczas gdy w sercu panuje inna, byłoby męczarnią nie do zniesienia.

MAŃKA

Kochając nie odważyłby się na to.

ANTONI

Nie przypuszczam.

MAŃKA

Nie zdeptałby, nie sponiewierał uczucia, które natchnął.

ANTONI

Miłość bez delikatności jest paradoksem.

MAŃKA

Zwłaszcza gdyby był bardzo kochanym.

ANTONI

To mu wszystko jedno.

MAŃKA

(po chwili)
Na taki zawód jakież lekarstwo?

ANTONI

Zapomnieć.

MAŃKA

A czy pan znasz co okropniejszego jak myśl, że to, co nam przepełnia serce, ma być złudzeniem, które się rozwieje?

ANTONI

Prawda, ale ta myśl jest lekarstwem uzdrawiającym.

MAŃKA

Jeżeli nie zabije.

ANTONI

I to się trafia, ale w powieściach. ludzie są wytrzymali.

MAŃKA

(do siebie)
Więc nie kocha!

ANTONI

W każdym razie im wcześniej, tym lepiej. mniejsza doza wyleczy.

MAŃKA

(do siebie)
O, nienawidzę go! (dobywa zza gorsu różę i po chwili walki rzuca ją)

ANTONI

W co się też obrócą moje marzenia? Wszystko podobno jest bańką mydlaną. tyle szczęścia, co się przemarzy!

SCENA IX[edytuj]

GENIO, MAŃKA, ANTONI.

GENIO

(wchodząc głębią, z parasolem i okryciem zawieszonym na ręku)
Tu przecie znajduję kogoś. (przystępuje) Jakaś parafianka i młody szlagon. Że nie kochankowie, idę w zakład, bo nie patrzą na siebie; więc albo brat z siostrą, albo mąż z żoną. (po chwili) Nie widzą mnie.

MAŃKA

(po chwili, otrząsając się z zamyślenia)
Panie Antoni!

GENIO

Hm hm.

MAŃKA

Ach!

GENIO

Szczególny zbieg okoliczności zmusza mnie do zaprezentowania się samemu. (na stronie) Bardzo ładna. (głośno) Jestem Eugeniusz Bajdalski, przybywam umyślnie.

ANTONI

Genio! Bajduś! Patrzę, patrzę, cóż u licha, żem cię od razu nie poznał.

GENIO

Pii. Antoś. a wiesz, że to dobre. jak się masz?

ANTONI

Jak się masz? (ściskają się)

GENIO

(do Mańki)
Koledzy szkolni z jednej ławki, łaskawa pani.

ANTONI

Ale skądżeś się tu wziął, w domu mojej ciotki?

GENIO

A, to my tu jesteśmy, u twojej cioci? Nic nie wiedziałem. (na stronie) Mocno ładna. (głośno) Wystaw sobie, przybywam prościusieńko koleją, jak śledź pocztowy.

ANTONI

Skąd?

GENIO

No z Warszawy, naturalnie.

MAŃKA

Jeżeli tak, to pan zapewne głodny?

GENIO

Ach, jak pani umiesz czytać w moim. w mojej. (na stronie) Zbajałem się, ale mniejsza o to. (głośno) Rzeczywiście, jeżeli mi wolno prawdę powiedzieć.

MAŃKA

W tej chwili każę przygotować. (odchodzi)

GENIO

(na stronie)
Ananasik, jak sobie dobrze życzę.

SCENA X[edytuj]

GENIO, ANTONI.

ANTONI

Więc przybywasz z Warszawy?

GENIO

A jakże, w nader ważnym interesie, wszak tu jest podobno mój stary?

ANTONI

Jaki stary?

GENIO

No, fater.

ANTONI

Jak to? Aha to rejent Bajdalski jest twoim ojcem?

GENIO

I na odwrót, ja jestem jego synem.

ANTONI

Tak?

GENIO

Czy cię to dziwi? Cóż w tym nadzwyczajnego?

ANTONI

Któż powiada.

GENIO

Chociaż rzeczywiście na oko nikt by nie przypuścił. stary zapleśniał na prowincji. A ty co porabiasz? (z politowaniem) Pleśniejesz także.

ANTONI

Mam gospodarstwo, pracuję.

GENIO

Pracuję, pracuję. Oni są dobrzy z tą swoją pracą na wsi, byle nam imponować. Bartek zorze, Bartek zasieje i samo tak sobie potem rośnie. i to się nazywa praca. Daj buzi.

ANTONI

Zawsze byłeś i jesteś bajduś.

GENIO

Bajduś z bajdusiów, chlubię się z tego. a zresztą, cóż ty sobie myślisz? Bajdalscy to stara szlachta, tak stara, że nie ma ich już nawet w herbarzach.

ANTONI

Sowizdrzale!

SCENA XI[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY, REJENT.

REJENT

(zadyszany)
Kiedyżeś ty przyjechał, żem nic nie słyszał? Jak się masz?

GENIO

(całując go w ramię)
Jak się mam? Przede wszystkim głodny jestem jak pies, ale znalazło się już bóstwo opiekuńcze, które ukazało mi promyk nadziei.

REJENT

(do ucha)
Odebrałeś telegram?

GENIO

(podobnież, drwiącym tonem)
Nie.

ANTONI

Panowie zapewne mają z sobą do pomówienia nie przeszkadzam. (odchodzi)

REJENT

Jak to? Nie odebrałeś?

GENIO

Ojciec odzwyczaił się, widzę, od kategorycznego myślenia. a gdzież logika? Skądżebym się wziął, gdybym nie odebrał telegramu?

REJENT

(niecierpliwiąc się)
Tylko, proszę cię, nie błaznuj. Od tego, widzę, już się nie odzwyczaisz.

GENIO

Ależ ojciec wyraża się nieparlamentarnie.

REJENT

(jak wyżej)
Słuchaj, schowaj raz do kieszeni wszystkie twoje koncepta. to dobre w waszych knajpach, ale nie tu i nie w chwili, gdzie idzie o rzeczy pierwszorzędnego znaczenia. (po chwili, oglądając się) Czy wiesz, po co cię tu sprowadziłem?

GENIO

Wiem.

REJENT

(zdziwiony)
Wiesz, a to skąd?

GENIO

(śmiejąc się)
Znowu ojca złapałem.

REJENT

(niecierpliwie)
Nie błaznuj. jak cię kocham. nie błaznuj!

GENIO

No, więc słucham o cóż idzie?

REJENT

(ogląda się)
Jest tu panna posażna.

GENIO

Wiem, wiem.

REJENT

Już i to wiesz?

GENIO

To jest wiem, że jest panna, ale że posażna, nie wiedziałem. tym lepiej.

REJENT

(niecierpliwie)
Ale skąd wiesz? Skąd? Gadaj.

GENIO

Widziałem ją. cudo!

REJENT

Co ty pleciesz? Gdzie ją widziałeś? Dopiero zostawiłem ją w ogrodzie.

GENIO

No to muszą być dwie, bo tu była przed chwilą jedna i.

REJENT

Głupcze, ta się nie rachuje.

GENIO

O, za pozwoleniem! A to dlaczego?

REJENT

Ta jest goła i sierota jakaś, podrzutek.

GENIO

Cóż to ma do tego? Przesądy! Fi nie poznaję ojca.

REJENT

(płaczliwie)
Co ten plecie! Co ten plecie!

GENIO

Jeżeli są dwie, to mój wybór już zrobiony. chyba gdyby mi się tamta więcej podobała, co watpię.

REJENT

(pogardliwie)
I ty jesteś pozytywistą! Tfy!

GENIO

Czystej wody, tatku. przed niewodem ryb nie łapię i gdym głodny, mam wstręt do dysertacyj! O, widzę tam jakieś towarzystwo. (wychodzi na prawo)

REJENT

(idąc za nim)
Ale czekaj no, wariacie. e. e. e. on pozytywista!

Z a s ł o n a   s p a d a