Pan Damazy/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Scena przedstawia pokój; drzwi główne w głębi do przedpokoju; boczne po obu stronach; z lewej strony, nieco na przodzie, kanapa, poza nią biurko itd.; po prawej zwierciadło stojące i okno.

SCENA I[edytuj]

SEWERYN leży na kanapie, z książką w ręku, i pali papierosa. ANTONI, także z papierosem, wygląda oknem.

SEWERYN

(po milczeniu)
Dobrze się bawimy, co?

ANTONI

(budząc się z zamyślenia, żartobliwie)
Hm, napadło nas jakieś grobowe milczenie.

SEWERYN

Co u ciebie jest rzeczą fenomenalną.

ANTONI

Co tam! No, słuchaj, mieliśmy iść na kaczki, zabieraj się.

SEWERYN

Nie chce mi się.

ANTONI

(biorąc dubeltówkę stojącą w głębi)
A niech cię też! Jaką z ciebie babę zrobili, daję słowo. Boisz się nóg zamaczać, czy co?

SEWERYN

E, nie plótłbyś.

ANTONI

Nic innego, zapewne ciotka zabroniła swemu beniaminkowi polowania z obawy, aby się nie zakatarzył albo nie okaleczył, bo ona spazmów dostaje na sam widok broni. (Seweryn, nie odpowiadając, czyta; po chwili) Ja wyrzekłbym się i wszystkich dobrodziejstw pod takimi warunkami. być jak dziecko w powijakach. fe! No więc stanowczo nie idziesz?

SEWERYN

(ironicznie)
Gdyby nas tu kto słyszał, wziąłby cię za zapalonego myśliwego, gotowego na skręcenie karku dla jednego kszyka albo dubelta, a tymczasem zamiast po polu łazisz już trzeci dzień najprozaiczniejszym gościńcem, upatrując innej zwierzyny. Myślisz, że nie wiem?

ANTONI

Może wiesz, ale nie wszystko. Pójdź ze mną, a dopowiem ci resztę.

SEWERYN

Wszakże to tym gościńcem ma przyjechać pan Damazy Żegota z Heleną? Aha? rumienisz się?

ANTONI

Nie myślę taić, że wyglądam ich przybycia z upragnieniem.

SEWERYN

Aha! zgadłem.

ANTONI

Ale zgadłeś, zgadłeś. (ogląda się) I jeżeli pragnąłem, abyś mi towarzyszył w pole, to dlatego, że chciałem, korzystając z paru godzin wolnych, wywnętrzyć ci się. Bo widzisz, braciszku, potrzebuję twego zdania i porady.

SEWERYN

A wiesz, że zaciekawia mię ten twój romans. Więc jakże tam daleko zaszło z tą gąską? Stary nie domyśla się niczego?

ANTONI

(żywo)
Cóż to znowu za ton! Masz, widzę, najfałszywsze wyobrażenie o naszym stosunku. Ja kocham Helenę, rozumiesz, kocham i ożenię się z nią. naturalnie, jeżeli mi ją dadzą.

SEWERYN

Ach! dlaboga, z pocałowaniem ręki. (wstając) Aleś ty bzika dostał.

ANTONI

(jak wyżej)
Sewerynie!

SEWERYN

Świetna partia, tobyś zrobił dobry interes!

ANTONI

Partia. partia. Ja nie szukam partii, tylko żony. (siada i zwija papierosa)

SEWERYN

Najprzód, nieładna. (Antoni śmieje się głośno) Ale pozwól no, niby w szczegółach, pojedynczo biorąc, nie można jej nic zarzucić, ale dla mnie ma coś antypatycznego.

ANTONI

Nawet?

SEWERYN

Daję słowo. na serio. Dalej, jak powiedziałem, gąska parafialna. tak na krótki stosuneczek nie mówię, ale na żonę. A ojciec! bój się Boga. szlagon ordynaryjny. co on mógł jej dać za wychowanie?

ANTONI

Poczciwe, i kwita! A zresztą pozwól sobie powiedzieć, że wyrokujesz na domysł. Czyż ty ją znasz tyle, żebyś mógł sądzić? Może nawet nie mówiłeś z nią nigdy.

SEWERYN

Przyznaję, żem się o to nie ubiegał. Raz jeden byłem u nich z ciotką, w przejeździe naturalnie, bo wiesz, że ona nie ma do nich nabożeństwa; toteż dziwi mię, skąd jej się wzięło ni stąd, ni zowąd zapraszać ich.

ANTONI

I ja tego nie pojmuję. Ale cóż? Odstępujesz od rzeczy.

SEWERYN

Więc znaleźliśmy się przypadkiem. Cóż to za dom! Parafiańszczyzna! Nie można kichnąć, żeby ci nie życzono setnych lat!

ANTONI

(z komiczną powagą)
A któż kicha przyjechawszy z wizytą.

SEWERYN

Bądź co bądź, jako gość, czułem się obowiązanym bawić pannę. Ale cóż. rozmowa nie szła i nawet nie wiedzieć, o czym było gadać. zacząłem o literaturze, ani rusz.

ANTONI

To już kłamiesz.

SEWERYN

No, liznęła tam coś ale co to znaczy! Napomknąłem o Warszawie nie była tam nigdy. Więc wszcząłem traktat o prosiątkach, o gąskach, o hodowaniu kurcząt i zdejmowaniu im pypcia, ale papie się to nie podobało i tak znacząco zaczął mrugać i krząkać, jakby się obawiał, żebym nie palnął jakiegoś ekiwoku.

ANTONI

Musiałeś ty tam swoim zwyczajem palnąć co?

SEWERYN

Ale nie, jak cię kocham. mówiliśmy najprzyzwoiciej. Po śniadaniu proponowano przechadzkę, a że tam nie ma ogrodu, więc poszliśmy do obory, z panną naturalnie. i z Dziubalską, zdaje mi się, czy jak się tam nazywa. (śmiejąc się) Znasz ty ją?

ANTONI

Najpoczciwsza w świecie kobieta, Helenkę wypiastowała.

SEWERYN

Więc czy uwierzysz, że Dziubalsia kazała poodsadzać cielątka osobno od krów, zapewne żeby widok ssącego potomstwa nie wzbudził w pannie jakich zdrożnych myśli. Pokazuje się, że nawet dobrą gospodynią nie będzie. Nie wiem, na co ją chowają.

ANTONI

Pleciesz jak na mękach. Gdybyś ją znał bliżej, tak jak ja, przekonałbyś się, co to tam za brylańciki umysłu i serca mieszczą się pod tą parafiańską, jak nazywasz, powłoką.

SEWERYN

(szyderczo)
Aj. aj!

ANTONI

(niecierpliwie, wstając)
A zresztą kocham ją, no i dosyć. a że, jak się spodziewam, wyczerpałeś już całą serię zarzutów.

SEWERYN

Zachowałem na ostatek najważniejszy.

ANTONI

Na przykład?

SEWERYN

Goła!

ANTONI

Och!

SEWERYN

(przedrzeźniając)
Och! Dobre sobie to „och”! Powiadam: romantyk jesteś, my się nigdy nie zrozumiemy, zanadto się różnimy w pojęciach.

ANTONI

Nie moja wina, jeżeli zamiast serca masz w piersiach kawał mięsa.

SEWERYN

(wstając)
Mój drogi, czy mam, czy nie mam serca, o tym nie możesz sądzić. kto wie, czy też w gruncie nie jestem innym, jak się wydaję.

ANTONI

Więc maskujesz się, czy co?

SEWERYN

Wiesz, że zależę od ciotki i że za obietnicę zapisania mi majątku należy jej się coś ode mnie.

ANTONI

Więc cóż, to jakoś niejasno dla mnie.

SEWERYN

Gdy stanę na pewnych nogach, wtenczas i dla serca może się coś znaleźć, a tymczasem.

ANTONI

A tymczasem, ponieważ to, co nazywasz sercem, libertynie, jest po prostu temperamentem, masz dla rozrywki Mańkę rozumiem!

SEWERYN

(oglądając się)
Cicho! Co ty gadasz?

ANTONI

Ej, ty będziesz miał na sumieniu tę dziewczynę.

SEWERYN

(z fanfaronadą)
Ale ładna, co?

ANTONI

(ironicznie)
Dobrą opiekę znalazła. a wszakże to nawet jakaś kuzynka podobno.

SEWERYN

(dowcipkując)
Ciotka ją zaniedbuje cokolwiek. ale za to we mnie ma.

ANTONI

Dobrodzieja.

SEWERYN

Zapewne! Myślę o jej przyszłości.

ANTONI

Żenisz się z nią?

SEWERYN

(śmiejąc się, jakby usłyszał coś potwornego)
Dobry sobie! Tylko słuchaj no, nie wygadajże się przypadkiem przed ciotką, bobyś tu narobił dopiero bigosu.

ANTONI

Ładne zamiary, z którymi potrzebujesz się taić.

SEWERYN

Cóż to? Nie znasz ciotki? I tak chciałaby jej się delikatnie pozbyć, namawia ją do szarytek. dziewczyna broni się pokusom, jak może, ale dosyć by było najlżejszego podejrzenia, aby padła ofiarą.

ANTONI

Wybierając z dwojga złego, skoro już zawsze ma być ofiarą.

SEWERYN

Dajże pokój, nie żartuj. Ale wracając do tego, o czym mówiliśmy poprzednio, jakiejże to rady chciałeś ode mnie?

ANTONI

E, nic już.

SEWERYN

Powiedz otwarcie, proszę cię.

ANTONI

Oto, ponieważ mają tu przybyć, chciałem prosić ciotkę, aby mię oświadczyła panu Damazemu, a że ty masz łaski u niej, sądziłem.

SEWERYN

Już to, jeżeli się spodziewasz, że wam co udzieli, tobie albo Helenie.

ANTONI

Widzę, że się dziś nie dogadamy. Do widzenia! (wychodzi głębią)

SCENA II[edytuj]

SEWERYN (sam, siada na kanapie) A, jaki drażliwy. (po chwili) Jednak przysiągłbym, że on rachuje na jakieś dobrodziejstwa ciotki. Cha! cha! grubo się myli. (po chwili) A zresztą, któż ma większe prawo do tego majątku? (wstaje) Gdy go otrzymam, powiedzą, że pieczone gołąbki same mi wpadły do gąbki. A czyż kto zrozumie, ile mię to kosztowało przymusu, pracy nad sobą? (szyderczo) On pracuje, powiadają, to się nazywa pracą! że gospodaruje i robi, co chce! Jeżeli to jest praca, to ja jestem umęczony. czyściec przechodzę za życia! (łamiąc ręce i zaciskając zęby) Dusić się pod maską, która cięży jak z ołowiu, całując rękę, którą by się gryzło do krwi! i dziwią się potem, gdy człowiek, który przeszedł taką szkołę, szuka odwetu na innych! (po chwili) Ktoś idzie! (kładzie się na powrót i bierze książkę)

SCENA III[edytuj]

SEWERYN, MAŃKA. MAŃKA wchodzi z prawej strony, następnie, udając, że nie widzi SEWERYNA, idzie do zwierciadła i nucąc, poprawia sobie włosy.

SEWERYN

(wstaje z kanapy, obejrzawszy się, zbliża się do niej)
Manieczko!

MAŃKA

(krzyknąwszy, z udanym przestrachem)
Ach!

SEWERYN

(odskakując)
Cicho! Na Boga!

MAŃKA

Brzydki, jakżeż można tak straszyć ludzi!

SEWERYN

(z daleka)
Tylko nie udawaj, proszę cię.

MAŃKA

Pokazałeś się pan w lustrze niespodzianie jak jaka mara!

SEWERYN

(przysuwając się ostrożnie)
Czyż wyglądam jak straszydło?

MAŃKA

Cha! cha! cha!

SEWERYN

Cicho, czegoż się znów śmiejesz?

MAŃKA

Mnie się zdaje, żeś pan jeszcze bardziej wystraszony niż ja. No, no, nie bój się pan. żadna z cioteczek nie zobaczy i nie usłyszy.

SEWERYN

(kwaśno)
Nie dowcipkuj.

MAŃKA

Obie są w ogrodzie z tym gościem, co dziś przyjechał. (w oknie) O, proszę patrzeć.

SEWERYN

(przysuwając się)
W ogrodzie? (bierze ją w pół i chce pocałować)

MAŃKA

(usuwając się, serio)
No, no, cóż to znowu?

SEWERYN

(z ogniem)
Mańka!

MAŃKA

Proszę się nie zapominać.

SEWERYN

Czego ty grasz komedię?

MAŃKA

(uwalniając się z objęcia)
Jak to?

SEWERYN

Przyszłaś, boś wiedziała, że mnie tu zastaniesz.

MAŃKA

(jak wyżej)
Proszę, szukałam pana może?

SEWERYN

Te raki o tym świadczą, zarumieniłaś się.

MAŃKA

(kryjąc się z twarzą)
Bardzo przepraszam.

SEWERYN

A teraz udajesz surowość znane sztuki.

MAŃKA

Udaję!

SEWERYN

(całując ją po rękach)
Udajesz! Czy twe oczy nie mówią mi to wyraźnie?

MAŃKA

Choćbyś pan czytał w nich jaką słabość dla siebie, to jeszcze nie upoważnia do traktowania mię w podobny sposób.

SEWERYN

Namiętność nie chce znać hamulca, a czyż nie wiesz, że cię kocham?

MAŃKA

Nie dałeś mi pan dotychczas żadnego dowodu.

SEWERYN

Ty to mówisz?

MAŃKA

Kto kocha prawdziwie, ten się nie boi białego dnia i nie potrzebuje otaczać się tajemnicą.

SEWERYN

Czyliżem ja winien, że nie chcesz zrozumieć naszego położenia?

MAŃKA

Rozumiem, że pan nie zależysz od siebie i jesteś pod kuratelą.

SEWERYN

Mańka! Nie rozdrażniaj mnie.

MAŃKA

Mówię, jak jest; czyż inaczej potrzebowałbyś się kryć z tym, co, jak powiadasz, czujesz do mnie?

SEWERYN

Ja się z tego położenia wyzwolę. muszę się wyzwolić. dla ciebie.

MAŃKA

I cóż będzie?

SEWERYN

Pójdę na swoje.

MAŃKA

I cóż dalej?

SEWERYN

Raj ci stworzę.

MAŃKA

Chyba w sekrecie przed ciotką, boby nas z niego wygnała.

SEWERYN

(rozdrażniony)
Mańka!

MAŃKA

O, daj mi pan spokój!

SEWERYN

Ja znajdę sposób pozyskania niezależności, to całe moje dążenie. (po chwili, ciszej) Czy wiesz, że ciotka chce mnie ożenić bogato, obiecując w takim razie przeznaczyć mi majątek i od siebie.

MAŃKA

(odpychając go i patrząc mu w oczy)
Co? Co?

SEWERYN

Ale dajże mi mówić! Ciebie tylko jedną kocham, bo tyś mię chyba oczarowała. (gwałtownie) Nie uciekaj! Nie drażnij mnie! Jednego całusa tylko. (na stronie, spostrzegłszy Antoniego) Ten znowu! (puszcza Mańkę)

SCENA IV[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY, ANTONI wchodzi głębią.

ANTONI

Zagadawszy się, zapomniałem ładunków. (bierze z krzesła w głębi; spostrzegając Seweryna i Mańkę) Aha! A ci państwo nie tracili czasu.

SEWERYN

(siadając)
Cóż, zabiłeś co?

ANTONI

Nigdy człowiek nie ma głupszej miny, jak kiedy się czuje gdzieś niepotrzebnym. ale stało się.

SEWERYN

Czy idziesz na powrót?

ANTONI

A naturalnie. (zbliżając się do Mańki) Ale korzystając ze sposobności, czuję się w obowiązku postawienia się na chwilę w roli moralizatora. (bierze jej rękę) Panno Mario, posłuchaj życzliwej rady, strzeż się pani słówek, których nie można powtórzyć przy świadkach.

MAŃKA

(spostrzegłszy wchodzących, usuwa rękę)
Dajże pan pokój. Idą. (odchodzi na lewo)

SCENA V[edytuj]

SEWERYN, ANTONI; TYKALSKA: ubranie skromne, pończocha w ręku; ŻEGOCINA w czarnej sukni, półżałoba; REJENT. Wchodzą głębią.

ŻEGOCINA

Śliczne rzeczy! Cóż to za nieprzyzwoite jakieś zaczepki? Miałam rację utrzymując, że pan Antoni był zawsze najgorszym przykładem dla Sewerynka; wykapany portret nieboszczyka ojca; ze swoją lekkomyślnością wyjdziesz jak on, przepowiadam ci.

ANTONI

(serio)
Prosiłem już cioci tyle razy, aby szanowała pamięć naszego ojca.

ŻEGOCINA

Doprawdy, więc nie wolno ciotce skarżyć młokosa, który dopuszcza się w jej domu nieprzyzwoitości.

ANTONI

(jak wyżej)
Owszem, wolno cioci upatrywać we mnie wszystkie złe skłonności, jak to zawsze robi, ale nie pomiatać pamięcią człowieka, którego wartości nie jest zdolny ocenić żaden rozum kobiecy.

ŻEGOCINA

(do Rejenta)
Słyszysz go pan?

SEWERYN

(na stronie)
Upiekło mi się. (szuka kapelusza)

TYKALSKA

(do odchodzącego Antoniego)
Anteczku, coś ty znowu zbroił, kanalio?

ANTONI

E, daj mi cioteczka pokój, bo się cały trzęsę. (wychodzi głębią)

TYKALSKA

(grożąc mu)
Oj, ty, ty, wisusie!

SCENA VI[edytuj]

SEWERYN, TYKALSKA, ŻEGOCINA, REJENT.

ŻEGOCINA

Szkaradny chłopiec, instynktowo nie lubiłam go od najmłodszych lat.

TYKALSKA

Anteczka! A to za co?

ŻEGOCINA

(tonem wyższości)
Moja Tykalska, tylko się nie odzywaj, proszę cię. już ty to taka jesteś łatwowierna.

REJENT

Pani musi być e. e. e. zbyt sercowa.

TYKALSKA

Mój panie, ja tam na serce nie choruję. nie znam żadnych palpitacyj.

REJENT

Podobne usposobienie często sprowadza nam e. e. e. zawody. Mogę to powiedzieć z własnego doświadczenia.

ŻEGOCINA

Jak z twarzy, tak całym charakterem Antoni przypomina szanownego mego szwagierka. Panie, odpuść mu tam jego grzechy.(do Seweryna, który wziąwszy kapelusz szedł ku drzwiom) Gdzie idziesz, Sewerynku?

SEWERYN

Zajrzeć do gospodarstwa.

ŻEGOCINA

(całując go w głowę)
To bo czysty obraz mojej Amelki, która padła ofiarą tego związku. Moje dziecko kochane, ty masz serce i nie będziesz takim, jak twój ojciec, nieprawdaż?

SEWERYN

(całując ją w rękę)
Staram się zawsze postępowaniem wywdzięczyć się cioci za jej przywiązanie do mnie.

ŻEGOCINA

Poczciwy chłopczyna; ty jesteś moją pociechą. Toteż myślę o twojej przyszłości i pragnę, aby twój brat przekonał się, że nie wolno lekceważyć łask ciotki, gdy ta ma w ręku środki do uszczęśliwienia tych, którzy ją potrafią szanować. Ty go nie będziesz naśladował. nieprawdaż?

SEWERYN

Niech ciocia będzie spokojną.

ŻEGOCINA

Pan Bóg ci pobłogosławi.

REJENT

(zażywając tabakę, na stronie)
Piu, piu! E. e. e. to ryba, panie.

TYKALSKA

(cicho do Seweryna, który wychodzi)
Fe, Sewerynku, wstydź się, złym bratem jesteś.

SCENA VII[edytuj]

CIŻ, bez SEWERYNA.

REJENT

Miły kawaler, bardzo miły. e. e. e. ale i tamten miły. obydwaj wcale e. e.e.

ŻEGOCINA

Ach, rejencie, bracia rodzeni, ale co za różnica! Jak dzień do nocy.

REJENT

Pani dobrodziejka, jako kobieta sercowa, możesz się uwodzić.

ŻEGOCINA

Ale nie, nie, serce nie błądzi!

REJENT

Dobra pani, bez przechwałek, mnie natura obdarzyła po macierzyńsku tym zbytkownym, że się tak wyrażę, e. e. e. meblem, więc znam się na tym troszeczkę. Serce, jak prawdziwy mebel, powinniśmy nosić. e. e. e. w pokrowcu, zdejmowanym tylko na uroczyste chwile. inaczej zszarza się.

TYKALSKA

(siedząca na boku, z pończochą)
Mój panie, co też pan pleciesz. serce w pokrowcu!

ŻEGOCINA

(z politowaniem)
Och! Tykalska. ona ma pretensję do dysputowania! (do Rejenta) Ależ nie każdy może mieć tyle mocy nad sobą.

TYKALSKA

(śmiejąc się)
Żeby chować do pokrowca.

REJENT

Ja, bez przechwałek, dzięki tej właśnie mocy wyrobiłem sobie pogląd filozoficzny na świat i ludzi. Z politowaniem patrzę na walki staczane codziennie w imię interesów, które. e. e. e. wobec wielkich zagadek nieskończoności. są. tyle, co. o! (dmucha w palce)

ŻEGOCINA

(nastrajając się do tonu rozmowy)
O! To prawda, zastanowiwszy się głębiej.

REJENT

Dobra pani. jako rejent. e. e. e. kapłan i stróż prawa, potrzebowałem tej filozofii. Co mię to kosztowało, pani się domyślisz. ale też człowiek z natury, bez przechwałek, sercowy. dziś w spełnianiu funkcyj mojego urzędu jestem bezstronny i nieugięty jako Kato!

ŻEGOCINA

Mój mąż nieboszczyk pokładał w panu całe zaufanie.

REJENT

I nie zawiódł się nigdy. Obecnie moim gorącym życzeniem jest, aby to przekonanie odziedziczyła jego małżonka. (całuje ją w rękę) Jako człowiek prawdomówny, wyznam otwarcie, że ta myśl. e. e. e. sprowadziła mnie tu. Sądzę, że w położeniu pani dobrodziejki, gdy pozostawioną jesteś samej sobie, rady człowieka, bez przechwałek, prawego i przyjaciela nieboszczyka męża mogą nie być do odrzucenia.

ŻEGOCINA

Ach, rejencie, uprzedziłeś moje życzenie. Nie uwierzysz, w jak stosowną chwilę przybyłeś.

REJENT

Jestem na usługi. (całuje ją w rękę)

TYKALSKA

Mój nieboszczyk Tobunio umierając nie zostawił mi nic, toteż nie potrzebowałam żadnych rejentów.

ŻEGOCINA

Moja Tykalska, pozwól nam też raz swobodnie pomówić o interesach. taka nudna jesteś. łazisz za nami jak cień.

TYKALSKA

Ale, moja siostruniu, nie wiedziałam, że wam przeszkadzam. Och, dlaboga. kiedy tak, to idę sobie. (wychodzi na prawo)

SCENA VIII[edytuj]

REJENT, ŻEGOCINA.

ŻEGOCINA

(ekstazując się często)
Ach, rejencie, wdowa to sierota! Pozbawiona w jednej chwili podpory, jaką miała w mężu, pozostawioną jest na łasce ludzi.

REJENT

(całując ją w rękę, znacząco)
Dobra pani, w jej e. e. e. sytuacji zapewne nie pozostaniesz długo osamotnioną.

ŻEGOCINA

Rejencie, co mówisz, nie widzisz mojej szaty?

REJENT

Ta szata jest tylko e. e. e. symbolem położenia przejściowego; we właściwym czasie zbolała dusza potrzebuje i ma prawo pożądać pociechy. To się jej należy.

ŻEGOCINA

Och, rejencie, ja o tym nie myślę.

REJENT

W tej chwili. w tej chwili pojmuję to.

ŻEGOCINA

Mam inne obowiązki. zadosyć im uczynić jest całym moim pragnieniem.

REJENT

Masz pani wszelką łatwość, nieboszczyk pan Żegota pozostawił żonę w pozycji zapewniającej jej niezależność; testament na przeżycie, który był zawsze jego ideą fiksą.

ŻEGOCINA

(żywo)
Nieprawdaż, to było zawsze jego życzeniem, pan sam jesteś świadkiem.

REJENT

Pojmuję delikatne skrupuły pani, dają one e. e. e. chlubne świadectwo o jej sercu. Po śmierci nieboszczyka męża brat jego, pan Damazy i p s o i u r e zagarnąłby cały niemal po nim spadek, a pani, jako bezdzietnej, przysługiwałoby tylko prawo do czwartej części.

ŻEGOCINA

(niespokojnie)
Więc rzeczywiście to tak jest?

REJENT

Dziwię się, dlaczego państwo nie zeznaliście tego aktu przede mną, bez przechwałek, dołożyłbym najpilniejszej uwagi, ażeby moc jego była niewzruszoną. Zapewne sporządziliście go państwo prywatnie, a nie znając go, nie mogę osądzić, o ile jest ważny. Dochodziły mię wieści, że pan Damazy.

ŻEGOCINA

Co? Co? Mów!

REJENT

Odzywał się w sposób przekonywający, że zna prawa, jakie miałby do spadku, gdyby testament na przeżycie nie był zrobiony, i. zarazem objawiał wątpliwość co do jego istnienia.

ŻEGOCINA

Ach, rejencie, zmiłuj się!

REJENT

O, nie obawiaj się pani, o ile będzie w mojej możności, wesprę ją moimi radami, tylko przede wszystkim otwartość i bezwarunkowe zdanie się na mnie. (całuje ją w rękę) Pani masz u siebie ten akt?

ŻEGOCINA

(płacząc)
Pan byłeś świadkiem naszego pożycia, poświęcenia, z jakim pielęgnowałam schorzałego starca, cierpliwości, z jaką znosiłam jego popędliwość i grymasy.

REJENT

Dobra pani, czyż potrzeba mi mówić o tym? Wiadomo było powszechnie, iż mimo znacznej różnicy wieku byłaś pani najlepszą, najwzorowszą e. e. e. małżonką.

ŻEGOCINA

Cierpienia wszystkie ofiarowałam Bogu w tej nadziei, że mi to policzonym będzie.

REJENT

I że nieboszczyk uzna te zasługi; jakoż e. e. e. dobre nigdy nie pozostaje bez nagrody. Jeszcze mi w uszach brzmią słowa, w których, bez przechwałek, pełen zaufania do mnie, komunikował mi swój projekt sporządzenia wzajemnego zapisu.

ŻEGOCINA

Pan mógłby świadczyć, nieprawdaż?

REJENT

Rzecz zupełnie zbyteczna, dosyć tylko będzie zaprodukować i ulegalizować ten akt. Zdaj się pani na mnie. (trzyma jej rękę)

ŻEGOCINA

(wybuchając płaczem)
Rejencie, ratuj mnie, Pan Bóg ci to wynagrodzi. (opiera głowę na jego ramieniu)

REJENT

(z pożądliwą ciekawością)
Czy przewidujesz pani jaką nielegalność? Przede wszystkim prosiłbym o testament.

ŻEGOCINA

(jak wyżej, tragicznie)
Nie ma go wcale!

REJENT

A, a! (uwalnia się z jej objęć i przechadza się poruszony)

ŻEGOCINA

(płacząc)
Niegodziwy! Po tylu zapewnieniach, przysięgach. Czyż nie zmarnowałam przy nim najpiękniejszych moich lat. Poszłam za niego, uwiedziona pozycją. i cóżem użyła? Skąpiłam, od ust sobie odejmowałam, byłam najlepszą żoną, siostrą miłosierdzia, mogę powiedzieć, i tak mnie zostawił!

REJENT

(zamyślony)
Hm! To zmienia postać rzeczy. Masz pani e. e. e. prawo tylko do czwartej części majątku. wszystko zabiera pan Damazy.

ŻEGOCINA

(gadatliwie)
Pan Damazy, który zawsze darł koty z nieboszczykiem mężem, który, gdy jego brat miał się żenić ze mną, nie wstydził się przez brudną interesowność odradzać mu tego związku, malując mnie najczarniejszymi kolorami, mnie, która, wychodząc za człowieka znacznie starszego od siebie, nie żądałam nawet żadnego zapisu.

REJENT

(jak wyżej)
Istotnie, bezinteresowność pani w tym razie.

ŻEGOCINA

(jak wyżej)
Szczęściem, że intrygi nie poskutkowały. Mój mąż poróżnił się z tego powodu z bratem, chociaż była już chwila, że uwiedziony jego radami, chciał zerwać i żądał ode mnie zwrotu podarowanych mi brylantów po pierwszej żonie. Ale zawiódł się pan brat! Uparłam się i brylantów nie oddałam.

REJENT

(ironicznie)
I tym sposobem małżeństwo przyszło do skutku.

ŻEGOCINA

Pomimo intryg braciszka. o. bo to intrygant! Nie uwierzyłbyś pan, jaki intrygant! A przy tym gbur. prosty szlachcic, gdzieś za piecem chowany; uszy zatykać, gdy zacznie dowcipkować po swojemu. Wystaw pan sobie, że nie był nawet na pogrzebie! I teraz ma się tłumaczyć, że odebrał list dopiero w tydzień po ceremonii. Czyż to moja wina? Niech sobie ma pretensje do poczty, że list szedł tak długo.

REJENT

Prawdę powiedziawszy. e. e. e. w takim wypadku należało dać mu znać umyślnym posłańcem.

ŻEGOCINA

Rejencie! Nie oskarżaj mnie. (z emfazą) W takiej chwili! Gdy ręka Boska dotknęła mnie tak okropnym ciosem! Mogłażem nie stracić głowy?

REJENT

Głowy nigdy tracić nie trzeba. (po chwili) Cóż pani teraz zamierzasz?

ŻEGOCINA

Siadaj, rejencie, i posłuchaj mnie, (siadają) a najprzód powiedz mi, czy mię uważasz za chciwą?

REJENT

Dobra pani. e. e. e. każdy pomimo przykazań boskich lepiej życzy sobie niż bliźniemu swemu. Jeżeli to jest wada. to wspólna wszystkim ludziom. Jednakże są wypadki.

ŻEGOCINA

Chcesz zapewne powiedzieć, że z tego, co mi prawo naznacza, mogę żyć wygodnie?

REJENT

Hm. wyobrażenie życia wygodnego zależy od wymagań, przywyknień.

ŻEGOCINA

Och! Rejencie, jeżeli kto, to ja jestem przywykłą do wygód i powinnam mieć wymagania. Mój mąż, kochając mnie szalenie, nie odmawiał mi niczego, pieścił, chuchał, psuł mnie. Pomimo to, jeżeli sądzisz, że mi chodzi o ten majątek dla siebie, to się bardzo mylisz. (rozrzewniając się stopniowo) Straciwszy najpiękniejsze lata obok człowieka, dla którego się poświęciłam, zestarzała przed czasem, poprzestałabym na najmniejszej schedzie i ofiarowawszy swoją krzywdę Panu Bogu, usunęłabym się od świata. Lecz idzie mi o mojego Sewerynka, o dziecię mojej rodzonej siostry.

REJENT

Czy e. e. e. ten drugi?

ŻEGOCINA

Muszę ci się wytłumaczyć z tej słabości. Moja siostra poszła z miłości za człowieka, który nie umiał jej szanować; chociaż na pozór kochał ją do zaślepienia, nie wahał się poświęcić jej dla urojonego obowiązku. Wszystkie jego czyny były szalone i nareszcie uciekł za granicę, przecinając sobie możność powrotu i zostawiając. (melodramatycznie) ach, rejencie, zostawiając żonę i dwóch synów prawie w nędzy. (dawnym tonem) Mój mąż, kochając mnie szalenie, był tak poczciwy, że zajął się moją rodziną. Gdy siostra wkrótce umarła, Antoniego oddał do szkół, a potem dopomógł do wzięcia dzierżawy; młodszego, Sewerynka, wzięliśmy dzieckiem na wychowanie.

REJENT

(obojętnie)
Czym bardzo e. e. e. chwalebny.

ŻEGOCINA

Jeżeli w przypuszczeniu, że przeżyję męża, pragnęłabym kiedy jego majątku, Bóg nie poczyta mi tego za grzech, bo to było dla tego chłopczyny, który mię kocha jak rodzoną matkę. (dramatycznie) Rejencie, zlituj się, jeżeli nie nade mną, to nad Sewerynkiem.

REJENT

(na stronie)
Sewerynek i Sewerynek. (głośno) Przyznam się pani, że e. e. e. gdybym znalazł jaki sposób, milej by mi było, bez przechwałek, zrobić, co się da, dla niej niż dla tego młodzieńca. Lecz nie rozumiem, co ja tu.

ŻEGOCINA

Ach, bo nie powiedziałam panu nic jeszcze. posłuchaj mnie pan pan Damazy ma córkę, jedynaczkę.

REJENT

A, ma córkę. (na stronie) Hm hm. Genio mógłby.

ŻEGOCINA

Tak jest; mój mąż, który pomimo niezgody miewał chwile słabości dla brata, nieraz objawiał życzenie, aby Sewerynek ożenił się z nią, tym sposobem majątek pozostałby w rodzinie.

REJENT

(zamyślony)
Niezła myśl! Jeżeliby ze strony obojga nie zachodziła e. e. e. żadna przeszkoda. bo co do przymusu.

ŻEGOCINA

Otóż liczę na pana. Staraj się utrzymać pana Damazego jak najdłużej w nieświadomości co do testamentu; to człowiek prosty, nie będzie wchodził w stan rzeczy i z pewnością przestanie na tym, gdy ofiaruję im dochód z pewnej części majątku, zapewniając resztę po mojej śmierci.

REJENT

(wstawszy, roztargniony)
Hm hm, mogę z nim pomówić, wybadać. pojadę umyślnie.

ŻEGOCINA

(wstając)
Nie potrzeba, tu się zobaczycie.

REJENT

Tu? Sądzę, że byłoby lepiej.

ŻEGOCINA

Zaprosiłam ich do siebie, robiąc pierwszy krok do zgody.

REJENT

(niespokojny)
Zaprosiłaś ich pani? O! (na stronie) To mi nie na rękę.

ŻEGOCINA

Powinni dziś przyjechać, bo posłałam konie jeszcze przed dwoma dniami.

REJENT

Dziś!

SCENA IX[edytuj]

REJENT, ŻEGOCINA, SEWERYN.

SEWERYN

(wchodząc głębią)
Jadą. karetę widać na grobli. (idzie do okna po prawej, z miną obojętną)

ŻEGOCINA

Ach, jadą! Rejencie, nie opuszczaj mnie w tej stanowczej chwili. posłuchaj no. (odprowadza go na bok i mówi do ucha)

SEWERYN

(na stronie)
Co oni za konszachty prowadzą to mi się nie podoba.

REJENT

Pani dobrodziejko, co do samej myśli, muszę ją. e. e. e. pochwalić. ale przyznam się, bez przechwałek, że chwile moje są drogie. To się nie da zrobić tak w dwóch słowach. notariat to moja rola. Mam dziś właśnie kilka czynności, do których mię zamówiono.

ŻEGOCINA

Nie puszczę cię! Pójdź pan, porozumiemy się wpierw, nim wyjdę do nich. ach, jak mi serce bije. (składając ręce) Rejencie, bez ciebie ja sobie nie dam rady. Ach! zajeżdżają!

REJENT

(na stronie)
Ha, będziemy manewrować. (głośno) Służę pani.

ŻEGOCINA

(do Seweryna)
Mój aniołku, przyjmij ich tu. niech się rozgoszczą. bądź grzeczny, proszę cię. wytłumaczę ci, dlaczego. o mnie powiedz, żem trochę słaba, że jak się ubiorę, wyjdę do nich. (wychodzi z Rejentem na lewo)

SCENA X[edytuj]

SEWERYN, po chwili DAMAZY, HELENA, ANTONI.

SEWERYN

W istocie, oni mają coś z sobą. (w oknie) Aha! Antoni przykonwojował tych państwa. wysadza swoją boginię. cha! cha! wyskoczyła jak koza. pewnie to nie jeździło karetą, jak żyje. (idzie do drzwi w głębi) Trzeba ich przyjąć.

ANTONI

(wprowadzając przybyłych)
Niech pan dobrodziej pozwoli, wezmę to okrycie. (do Heleny) i pani także. (pomaga jej zdjąć) A kapelusik? (odbiera go)

DAMAZY

(szlachcic łysy, z bujnym wąsem szpakowatym, zresztą ogolony, z fajką porcelanową w ręku)
Gdzież pani bratowa, panie mości dzieju?

SEWERYN

(kłaniając się)
Jest u siebie, nieco słaba.

DAMAZY

A, pan Seweryn, jeśli się nie mylę.

SEWERYN

(z pewnością siebie)
W istocie, nie mylisz się pan.

DAMAZY

Poznałem kawalera od razu, chociaż raz tylko widzieliśmy się, panie mości dzieju.

SEWERYN

(na stronie, urażony)
Kawalera!

ANTONI

(który rozmawiał z Heleną)
Jak to, ciotka zasłabła?

SEWERYN

Podobno. W tej chwili się dowiem i oświadczę o przybyciu państwa. (wychodzi na lewo)

HELENA

Tatuńciu, to pan Seweryn?

DAMAZY

Cóż, nie poznałaś go? Był przecie u nas.

HELENA

To już tak dawno.

ANTONI

(do Heleny)
Wyglądałem pani od samego rana, liczyłem minuty i z niecierpliwości wyszedłem aż naprzeciw pod pozorem polowania.

HELENA

Żebyś pan wiedział, jak mi serce biło, gdyśmy dojeżdżali.

ANTONI

(półgłosem)
Tak jak mnie, gdym z daleka państwa ujrzał.

HELENA

A ja, spostrzegłszy pana, uspokoiłam się zaraz. (żarliwie) Jakoś pod taką opieką nabrałam śmiałości.

ANTONI

(jak wyżej)
Ach, pani droga!

HELENA

Cicho! Cóż to znowu. tacio usłyszy. (zagadując) Jak tu ładnie jest u stryjenki.

DAMAZY

(który czesał łysinę, daje jej grzebień)
Na, masz, popraw sobie włosy, bo wyglądasz jak czupiradło.

HELENA

(do Antoniego, z uśmiechem)
Czy to prawda? Nie patrzże się pan na mnie. proszę się odwrócić! (idzie do zwierciadła)

ANTONI

Nie przeszkadzam. (biorąc okrycia) Zaniosę to tymczasem do pokojów państwa i zobaczę, czy tam wszystko przygotowane. (wychodzi na lewo)

SCENA XI[edytuj]

DAMAZY, HELENA.

DAMAZY

Nie wiem, panie mości dzieju, skąd się pani bratowej zebrało na takie czułości, że nas zaprosiła do siebie i przysłała po nas z taką paradą.

HELENA

To kareta, tatuńciu, prawda?

DAMAZY

Pal ją tam szlag i karetę, bylibyśmy tak samo przyjechali i własną bryczką. ale to się w tym coś święci. to nie na darmo.

HELENA

(w oknie)
Jaki tu śliczny ogród!

DAMAZY

Więcej parady niż pożytku, panie mości dzieju. Wolałbym sad.

HELENA

Dlaczego?

DAMAZY

(niecierpliwie)
Dlaczego? Dlatego, że sad.

HELENA

Ale tu tak ładnie, takie klomby. co tu musi być słowików na wiosnę!

DAMAZY

A jej! Tego nie brak; jak się zaczną po nocy drzeć jeden przez drugiego, panie mości dzieju, to zasnąć nie dadzą.

HELENA

Ach, tatuńciu, jakże można tak mówić! Słowiczek tak ślicznie śpiewa, ja bym go słuchała całe życie. (tuli się do niego)

DAMAZY

Bo ci pstro w głowie.

HELENA

Kiedy to tak miło, tak miło! Och, Boże!

DAMAZY

(spoglądając spod oka i krząkając dla ukrycia wzruszenia)
Hm, hm, istny portret matki. (po chwili, gładząc ją) Nabiegałaś ty się po tych klombach jeszcze małym dzieciakiem.

HELENA

Toteż ledwo jak przez sen pamiętam.

DAMAZY

Od czasu jak twój stryj ożenił się drugi raz, wszystko się skończyło. urwały się nasze wizyty.

HELENA

Dlaczego, mój taciu?

DAMAZY

(opryskliwie)
O, boś nudna z tymi pytaniami. Wszystko dlaczego, dlaczego? Wiesz dobrze dlatego właśnie, że się ożenił.

HELENA

Czy naprawdę stryjenka taka zła?

DAMAZY

O, jak chce, to do rany ją przyłożyć, słodka jak miód, ale utłuc ją, panie mości dzieju, w moździerzu na proszek, toby tym wytruł połowę ludzi.

HELENA

(śmiejąc się)
Och, tatuńcio.

DAMAZY

No cóż „tatuńcio”? Tatuńcio zna ludzi, i koniec. Ho ho! Jest to ziółko, zawojowała całkiem męża, panie mości dzieju. Co on miał z nią, niech Pan Bóg nie da; jeszcze też trzeba mu było głupstwa, że zrobili zapis na przeżycie, chociaż był ze dwadzieścia lat starszy. Gdyby nie to, ten cały majątek na nas by przypadł, bo nie mieli dzieci. (po chwili) Ale co tam gadać, (chodzi, do siebie) jeżeli mi żal, to tylko dla tej sieroty.

HELENA

Dlaczego tacio tak posmutniał?

DAMAZY

Dajże mi pokój, proszę cię. znowu dlaczego. (po chwili ostro) Słuchaj no, tylko zaprezentujże mi się dobrze, niech nie powiedzą, żeś za piecem wychowana. Śmiało, głowa do góry. ot tak, ze stryjenką grzecznie, ale bez żadnych uniżoności, panie mości dzieju. Gotowa by sobie pomyśleć, że ledwie palcem kiwnęła, przylecieliśmy tu w widoku jakich dobrodziejstw z jej strony. Przydać by się przydało, ale jeżeliby miała pretensję, żeby ją po łapach za to całować, to dziękuję. Ale! Antoni tu się znalazł, coś mi w głowę zajechało, że kto wie, czy to nie jego robota te zaprosiny.

HELENA

(zmięszana)
Wątpię. skądżeby znowu.

DAMAZY

(patrząc na nią)
Co, nie zdaje ci się? Ej, Hela, nie udawaj.

HELENA

(bardzo zmięszana)
Alboż ja udaję?

DAMAZY

Daj no pokój! Ja stary, słuchaj no, to mnie nie zwiedziesz. (ostro) Więc jakże ty z nim jesteś? Co? (widząc, że milczy, ostrzej) Chciałbym wiedzieć! Bywa prawie co dzień, wysiaduje i ani tak, ani siak. To mi się nie podoba! Gadaj mi wyraźnie, czujesz co do niego?

HELENA

(na stronie)
O Jezus! Tacio się znowu gniewa!

DAMAZY

Lubisz go, czy nie?

HELENA

Pana Antoniego?

DAMAZY

(zniecierpliwiony)
Masz tobie, a o kogoż się pytam!

HELENA

(zawstydzona)
Boże mój, alboż ja wiem.

DAMAZY

(jak wyżej)
Jak to? Nie wiesz, to idźże się spytaj kogo!

HELENA

Ja kocham tylko tatunieczka.

DAMAZY

Tylko mi nie basuj, proszę cię, ja tego nie potrzebuję. do czego to podobne.

HELENA

Tacio się zaraz tak unosi.

DAMAZY

(łagodnie)
Ale bo jakże się nie unosić, kiedy z tobą to jak z dzieckiem, zbywasz mnie ni tym, ni owym, a ja przecie (patrząc jej w oczy) uważałem, żeś mu rada zawsze, jak przyjedzie.

HELENA

No jakżeż, proszę taci, on taki wesoły, miły.

DAMAZY

(biorąc ją pod brodę)
I jak go długo nie widać, to ci markotno, co? Prawda?

HELENA

(zakłopotana)
Och, Boże, ja sama nie wiem, tatunio mnie tak wyciąga na słówka.

DAMAZY

A wiecie państwo, że ona dobra sobie! (niecierpliwie) Powiedz mi, jakże się to nazywa, że ile razy spodziewasz się go, to chodzisz od okna do okna i wyglądasz? widziałem to nieraz.

HELENA

(oczy spuszczone)
Jeżeli się kto obiecuje na obiad, to nie powinien dawać na siebie czekać aż do wieczora.

DAMAZY

No więc oczywiście tęsknisz za nim, i kwita, co tu gadać!

HELENA

(z płaczem prawie)
Ale gdzież znowu! zaraz tam tęsknić. tacio tak mnie prześladuje.

DAMAZY

(chodząc, do siebie)
E! to jeszcze głupi dzieciak, sama nie wie, jak się ma. trzeba podobno zaczekać! Jeszcze jej też czas nie przyszedł.

SCENA XII[edytuj]

SEWERYN wchodzi z lewej. DAMAZY przechadza się. HELENA w oknie, zadumana.

SEWERYN

No więc ja się mam brać do tej dzierlatki. to dobre, ja, co przyganiałem Antoniemu. jak to pójdzie, sam nie wiem. najgorzej, co on na to powie? ha. trzeba brnąć. (głośno) Ciotka w tej chwili będzie służyć. ale może byście państwo woleli udać się wprzód do swoich pokojów.

DAMAZY

Mnie wszystko jedno, ale Helusia. (cicho) Może byś zmieniła sukienkę, bo ta ci się jakoś pognietła. Trzeba im się tu jakoś pokazać, żeby nas, panie mości dzieju, nie wzięli na języki. Ogarnijże mi się, słyszysz! Prosty kołek ociesać, to przecie szykowniejszy. (do Seweryna) Gdzież to te pokoje?

SEWERYN

Zaprowadzę państwa. (do Heleny, podając jej ramię) służę pani. (ona się wzdraga)

HELENA

(do ucha ojcu)
Tatuńciu, on mnie chce wziąść pod rękę.

DAMAZY

(cicho)
Moja kochana, nie róbże mi wstydu.

SEWERYN

(na stronie)
Odskoczyła, jakbym ją sparzył.

DAMAZY

No, idźcież naprzód. (na stronie, zadowolony) Jednak to znać szkołę, dziewczyna wymusztrowana jak.

SCENA XIII[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY, ŻEGOCINA, REJENT. Wchodzą z lewej strony.

ŻEGOCINA

(wsparta na Rejencie, wchodzi z wolna, z chustką na oczach; zbliżywszy się do Damazego, opiera głowę na jego ramieniu; z płaczem)
Bracie! mój bracie!

DAMAZY

(na stronie)
Masz babo redutę! (zakłopotany) A to mnie zajechała!

ŻEGOCINA

Nie spodziewałam się, żeby twoje przybycie, widok twój tak mi żywo przedstawił na oczy stratę, jaką poniosłam.

DAMAZY

(całując ją w rękę)
No, toż nie moja wina, panie mości dzieju.

ŻEGOCINA

Ach, czyż ja to mówię! Owszem, wdzięczną bratu jestem. takie łzy, to pociecha.

DAMAZY

Hm hm.

ŻEGOCINA

Tyle lat przeżyliśmy razem. zeszły nam jak jeden dzień. bo nieboszczyk kochał mnie szalenie.

DAMAZY

Hm hm. (Seweryn, zamieniwszy z Helenką kilka słów ceremonialnych, wychodzi na lewo)

ŻEGOCINA

Ach, przytomną mi jest zawsze ta chwila, gdy na łożu boleści, konający już, kłopotał się o moją przyszłość. nie mógł już mówić, a oczami żegnał mnie. Ach, tego wzroku nie zapomnę!

DAMAZY

(wzruszony)
Czy bardzo cierpiał?

ŻEGOCINA

W ostatnich kilku tygodniach szczególniej. Starałam się osładzać mu te cierpienia, jak mogłam. (po krótkim milczeniu, z emfazą) Ale dajmy już temu pokój, nie kładźmy piętna smutku na tę chwilę naszego zbliżenia. (do Heleny) Miło mi odnowić znajomość i bliższe, daj Boże, stosunki z Heleną. (całuje ją) Jak ślicznie wyrosła. Pragnęłabym, kochanie, aby ci tu było tak dobrze, żebyś nie tęskniła za domem. (zwracając się do Rejenta i Damazego) Panowie się znacie zapewne.

DAMAZY

Nie mam, panie mości dzieju, przyjemności.

REJENT

(kordialnie, podając rękę)
Jak to! Rejent Bajdalski!

DAMAZY

Coś niby tego. ale nie przypominam sobie.

REJENT

Przyjaciel, bez przechwałek, nieboszczyka pańskiego brata.

DAMAZY

Od dawna nie komunikowaliśmy się z bratem. chyba bardzo rzadko, chociaż nie z mojej winy, panie mości dzieju. (Żegocina na stronie rozmawia z Heleną)

REJENT

Ale pomimo to my się znamy e. e. e. Wszak pan szanowny sprzedawałeś kiedyś wełnę Mortkowi w Tatarowie?

DAMAZY

Ja jemu co rok sprzedaję.

REJENT

To właśnie byłem przytomny jednej takiej transakcji, która się odbywała w sklepie u Icka. Jeszcze potem wypiliśmy butelkę wina.

DAMAZY

(usiłując sobie przypomnieć)
A prawda, prawda, (ściskają się) ale jaką to pan masz lokalną pamięć, panie mości dzieju, bo ja sobie nic a nic nie przypominam.

REJENT

O, ja, szanowny panie, gdy raz kogo widzę, to już nie zapomnę.

DAMAZY

(na stronie)
Kiedy to było? W łeb strzel, nie pamiętam.

(wchodzi Mańka i szepcze Żegocinej do ucha; obie z Heleną patrzą na siebie ciekawie)

ŻEGOCINA

Dobrze, dobrze. (do Damazego) Niech pan brat będzie łaskaw ze mną. Po podróży musicie się rozgościć, spocząć. Chodź, Helusiu. (bierze ją pod rękę)

DAMAZY

Służymy. (do Rejenta, zatrzymując się przed drzwiami) Ale przepraszam acana dobrodzieja, teraz jakbym sobie przypomniał. (stanowczo) To nie pan byłeś wtenczas u Icka.

REJENT

Nie ja?

DAMAZY

Był nasz rejent okręgowy, Głowacz. więc to musiało być kiedy indziej.

REJENT

Może być, detalicznie sobie nie przypominam. ale wiem, że się znamy. Tylko że widać moje pospolite rysy nie utkwiły szanownemu panu w pamięci.

DAMAZY

Owszem, panie mości dzieju, takie rysy, jak pan masz, nie zapominają się. to nie są rysy pospolite. toteż tym mi dziwniej.

REJENT

Pan mi pochlebiasz. (u drzwi) Proszę.

DAMAZY

Ale gdzie tam, pan masz coś w fizjonomii. (ceremoniując się) Niechże pan będzie łaskaw.

REJENT

Panie, ja tu jakby domowy.

DAMAZY

Za pozwoleniem, a czy to nie było czasem w Kołkowicach na jarmarku. kupowałem wtenczas woły.

REJENT

Właśnie, właśnie.

DAMAZY

A widzi pan, ja jednak wiedziałem, że to nie było u Icka. (wychodzą na lewo)

SCENA XIV[edytuj]

MAŃKA, potem SEWERYN.

MAŃKA

(ze smutnym uśmiechem)
A mnie jakby nie było; jakbym dla nich nie istniała. (po chwili) Nie wiem, dlaczego czuję jakąś obawę, serce mi się ściska, tak jakby z przybyciem tych gości czekało mnie coś przykrego. Przed chwilą, zszedłszy się z Sewerynem, zagadnęłam go. nie odpowiedziawszy przeszedł. Widocznie udał, że mnie nie widzi. Co mu się stało? A, to on. (Seweryn wchodzi głębią, nie widząc Mańki, zamyślony chodzi po scenie; Mańka zbliżając się i badawczo spoglądając mu w oczy) Cóż to za chmura na czole?

SEWERYN

(bierze jej ręce, po chwili)
Nadeszła chwila.

MAŃKA

(niespokojna)
Jaka chwila?

SEWERYN

Chwila, w której potrzebujemy męstwa. Mańka, powiedz, czy ty mnie kochasz?

MAŃKA

(jak wyżej)
Skądże to pytanie?

SEWERYN

Czy ty wierzysz, że ja chcę dla ciebie jak najlepiej? Mów!

MAŃKA

(z goryczą)
Alboż ja wiem, skądżeż ja mogę być pewną, kiedy pan sam nim nie jesteś.

SEWERYN

(z ogniem)
Dziewczyno, gdybym był ograniczony, uwierzyłbym z pewnością, że wzięłaś w pomoc czary. Ja bez ciebie wyżyć bym nie mógł, czuję to teraz dopiero.

MAŃKA

Dlaczegóż teraz dopiero?

SEWERYN

Mańka, słuchaj mnie i zastanów się dobrze nad tym, co powiem. My możemy być szczęśliwi do pozazdroszczenia, gdybyś tylko chciała zrozumieć swoje i moje położenie i nie miała nierozsądnych skrupułów.

MAŃKA

(zdziwiona)
Skrupułów?

SEWERYN

Gdybyś się otrząsła z tych jakichś rojeń niepodobnych do urzeczywistnienia.

MAŃKA

Cóż ja roję? Roję o twoim sercu, czyżbym się zawiodła?

SEWERYN

O, to serce twoim jest i będzie.

MAŃKA

Więc cóż?

SEWERYN

(po chwili)
Całe nasze szczęście zawisło od naszej swobody, od wyzwolenia się spod tej opieki, która mnie przygniata. a na to. jest tylko jeden sposób. (po chwili) Mańka! Ja muszę się żenić.

MAŃKA

(nie pojmując)
Jak to? Z kim?

SEWERYN

Domyśl się.

MAŃKA

Ach! (po chwili, z nienaturalnym śmiechem) Cha! cha! cha!

SEWERYN

Ty się śmiejesz?

MAŃKA

(pasując się z płaczem)
Cóż mam robić?

SEWERYN

Manieczko!

MAŃKA

Nie, ty mnie doświadczasz, próbujesz. przyznaj się.

SEWERYN

Moje dziecko, miej rozum.

MAŃKA

(wybuchając płaczem)
Ja tego nie przeżyję!

SEWERYN

Jest! Już płacz, beki.

MAŃKA

Nie płaczę, nie. (chwyta się za piersi) Ale serce, serce!

SEWERYN

Maniu, Manieczko! Ja ci przysięgam na wszystko, co mam najświętszego, że ciebie jedną tylko kocham i że będziesz najszczęśliwszą.

MAŃKA

Ach! (tłumi płacz) Jak się pan Boga nie boisz, mówiąc to. (odsuwa się od niego)

SEWERYN

Mańka! Nie przyprowadzaj mnie do ostateczności. (Rejent wchodzi z lewej strony) Słyszysz! nie płacz, będziesz panią. ja dla ciebie niczego nie poskąpię.

MAŃKA

Daj mi pan spokój! Nie masz litości. (wychodzi na prawo)

SEWERYN

Mańka! (wychodzi za nią)

SCENA XV[edytuj]

REJENT sam, potem SEWERYN.

REJENT

(śpiewającym tonem)
Hm hm hm! Hm hm hm! Powiadają, że ze wszystkich bydląt sam człowiek ma duszę, reszta tylko e. e. e. instynkt. kto wie, co lepsze? Instynktu słucha każde bydlę. a człowiek? Ani instynktu, ani tego głosu. e. e. e. wewnętrznego, który zwą głosem duszy. Ho ho. paniczu, za pozwoleniem, chcesz zrobić szelmostwo. Z tamtą cię chcą żenić, a tę bałamucisz. i ja mam do tego przykładać rękę? O nie! Jestem człowiek uczciwy, chodzący prostymi drogami. Telegrafuję natychmiast do Genia. musi zaraz jutro tu się stawić. Panna posażna; bo cokolwiek ta baba mówi, pan Damazy ma prawo do majątku. (siada przy biurku) Piszę telegram. Genio pozytywista, to zrozumie rzecz praktycznie i da sobie radę. (po chwili) Ale może to tak sobie tylko żarciki. Nie wiem, jak daleko są z sobą zaawansowani. (idzie do drzwi, którymi wyszli, i patrzy przez dziurkę od klucza; w tej chwili drzwi otwierają się nagle, uderzając go w nos; wchodzi Seweryn, bardzo poruszony)

SEWERYN

(gwałtownym tonem, nagle stanąwszy)
Co pan tu robiłeś pode drzwiami?

REJENT

(trzymając się za nos)
E. e. e.

Z a s ł o n a   s p a d a