Ostatni Mohikanin/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VI

W DRODZE DO CELU

Posiliwszy się nieco i odpocząwszy po trudach walki, ruszyli nasi podróżni w dalszą drogę. Siostry dosiadły koni, mężczyźni wzięli broń do ręki i Sokole Oko, stanąwszy na czele karawany poprowadził ją wąską ścieżką. Obok sióstr postępowali major i Gamut, a obaj mohikanie zamykali niewielki pochód. Posuwano się naprzód z zachowaniem wszelkich środków ostrożności.
Droga była długa i męcząca. Wiodła ona naszych wędrowców po części przez równinę piaszczystą, po części przez gąszcz leśny. Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Sokole Oko zatrzymał pochód.
— Znajdujemy się w miejscu, gdzie Wielki Wąż delawarów i ja walczyliśmy ongi z makwasami — rzekł strzelec wskazując przed siebie. — Było to w czasach naszej młodości. Zbudowaliśmy tu wówczas blokhauz z pni drzewnych, aby ocalić swoje skalpy. Jeśli znaki, które czyniłem sobie, nie mylą mnie, to musimy znajdować się blisko tej drewnianej twierdzy. Być może, że jest ona jeszcze o tyle dobra, iż znajdziemy w niej schronienie.
Bystre oko strzelca nie myliło się. Wśród nieprzeniknionego gąszczu znajdowała się chata zbudowana z grubych pni drzewnych, której strzecha, zrobiona z kory, już od bardzo dawna uległa wpływom niepogody, ale ściany były jeszcze mocne i mogły służyć jako ochrona na wypadek napaści. Obaj towarzysze dawnych walk pierwsi weszli do wnętrza blokhauzu. Stare wspomnienia owiały ich odrazu i w myślach ich ożyły minione czasy.
— Bardzo niewielu ludzi wie o istnieniu tęgo blokhauzu — rzekł strzelec do majora, gdy ten pomagał paniom zsiąść z koni. — Możemy nie obawiać się żadnej niespodzianki. Byłem jeszcze młody, kiedy stoczyliśmy tu walkę, i żywiłem różne piękne uczucia. Pogrzebałem poległych nieprzyjaciół i usypałem im ładną mogiłę, którą pan widzi przed blokhauzem.
Dreszcz przebiegł dziewczęta, które słyszały słowa strzelca i z wielkiem wahaniem weszły one do wnętrza chaty, w której mohikanie przygotowali dla nich posłanie z suchych liści. Wyczerpanie i potrzeba odpoczynku zrobiły jednak swoje i młode kobiety zapadły w głęboki sen.
Major ofiarował się wartować, podczas gdy inni będą spoczywali, ale strzelec, który sam ułożył się w trawie dla spoczynku, wskazał gestem na Czingaszguka i rzekł:
— Oczy białego człowieka nie są dość bystre, aby mogły wartować w tych stronach. Wódz delawarów będzie naszym szyldwachem. Unkas odpoczywa już sobie na mogile poległych dawniej przeciwników, a nauczyciel śpiewu także ułożył się do snu. Niech pan idzie ich śladami.
Heyward usłuchał tego wezwania i usadowił się przed wejściem do blokhauzu opierając się plecami o ścianę. Pomimo uporu, z jakim postanawiał czuwać, sen zmógł go ostatecznie. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego jak długo spał, gdy zbudzony został dotknięciem czyjejś ręki.
— Kto to? — zawołał zerwawszy się major.
— Przyjaciel — odpowiedział Czingaszguk cicho. — Księżyc świeci, odległość do fortu bladych twarzy daleka, huroni śpią, czas ruszyć w drogę.
— Dobrze, wodzu. Zbudź swoich przyjaciół i okiełzaj konie, a ja zbudzę panie.
— My już dawno nie śpimy, panie majorze — odezwał się srebrzysty głos Alicji z wnętrza blokhauzu. — Odpoczęłyśmy doskonale i pragniemy jak najszybciej ruszyć stąd.
Zanim jednak major zdołał odpowiedzieć, uwagę jego zwrócił cichy okrzyk Czingaszguka i czujna postawa Unkasa.
— Mohikanie czują zbliżanie się nieprzyjaciela — szepnął Sokole Oko, podnosząc się z ziemi. Teraz dźwignęła się z ziemi także wysoka postać Dawida Gamuta, który wydał okrzyk przerażenia.
— Wprowadź konie do wnętrza domu, Unkasie — ciągnął dalej strzelec — a wy, przyjaciele, schrońcie się do wnętrza domu. Chociaż jest bardzo stary, to jednak może posłużyć jako dobra ochrona przed kulami. Nie chciałbym przelewać krwi w tem miejscu, ale jeśli zajdzie potrzeba, to trudna rada.
Usłuchano wskazówek strzelca i zaledwie wszyscy znaleźli się w ukryciu, gdy dały się słyszeć jakieś kroki i głosy nawołujących się ludzi. Niebawem w okolicy domu ukazały się ciemne postacie hurońskich wojowników. Przed starą budowlą, która w tej chwili oświetlona była światłem księżyca, zatrzymali się dwaj dzicy. Rozmawiając z sobą, wojownicy zbliżyli się niezdecydowanie ku blokhauzowi, a jeden z nich, stanąwszy na mogile, pochylił się nad nią, aby ją zbadać.
Sokole Oko przygotował swój nóż do ciosu i zniżył lufę strzelby przestrzegając majora, aby zachowywał się ostrożnie i swą zapalczywością nie zdradził ich obecności. Najlżejszy ruch koni musiałby zdradzić huronom obecność naszych wędrowców i niebezpieczeństwo wykrycia groziło w każdej chwili. Wtem jeden z wojowników powiedział półgłosem kilka słów do swego towarzysza i obaj oddalili się śpiesznie, oglądając się trwożnie, żali duchy zabitych nie idą za nimi. Niebawem cały las był znowu pogrążony w zupełnej ciszy i nasi wędrowcy odetchnęli z uczuciem ulgi. Czingaszguk skradał się przez chwilę za uchodzącymi, a gdy powrócił, oświadczył, że nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Po tem oświadczeniu gromadka uszykowała się i wyruszyła w drogę przy słabym blasku księżyca.
Pochód prowadził, jak i poprzednio, Sokole Oko, jednak teraz brakło mu pewności siebie, gdyż okolica była nieznana; musiał się często zatrzymywać i badać puszczę. Po kilku godzinach uciążliwej wędrówki, odbytej poczęści dla ukrycia śladów w łożysku strumienia, podróżni dotarli do niewielkiej zalesionej doliny, gdzie zatrzymali się, aby odbyć naradę.
— Qui vive? — rozległ się nagle głos francuskiego wartownika.
— Przyjaciele króla Francji! — odpowiedział przytomnie major.
— Skąd i dokąd? — pytał dalej żołnierz.
— Wracamy z patrolu, w czasie którego pojmaliśmy w lesie córki pułkownika Munro, które wieziemy obecnie do generała Montcalma.
— O, moje panie — odpowiedział francuz — bardzo mi was żal. Ale losy wojny są zmienne. Nasz generał jest, jak się panie o tem przekonają, dzielnym i dobrym człowiekiem.
— Spodziewamy się tego — odpowiedziała Kora — i życzymy panu dobrej warty.
Po tej krótkiej rozmowie, karawana ruszyła dalej w kierunku fortu Williama. Po chwili Sokole Oko ze zdziwieniem zauważył brak Czingaszguka, lecz cichy jęk i łoskot padającego ciała wyjaśnił mu wkrótce wszystko. Wódz delawarów nie mógł spokojnie minąć ufnego wroga i teraz wracał z jego skalpem u pasa. Wydarzenie to zrobiło okropne wrażenie na majorze, który ze smutkiem myślał o wesołym, młodym żołnierzu.
— Znajdujemy się na terenie nieprzyjacielskich placówek — rzekł Sokole Oko szeptem. — Fort Williama musi leżeć zupełnie blisko. Przez łańcuch placówek udałoby się nam przebić, gdyby nie trzeba było zwracać uwagi na panie. Proponuję przeto, abyśmy się cofnęli ku górom na zachodzie, gdzie znam kryjówki, w których mogę zapewnić bezpieczeństwo wszystkim.
Propozycja strzelca została przyjęta bez dyskusji. Niebawem droga stała się bardzo uciążliwą. Kamienie i złomy skalne utrudniały posuwanie się naprzód, rozpadliny i doły uniemożliwiały marsz. Droga prowadziła coraz bardziej wzwyż i była coraz stromsza. Wędrowcy minęli gromadę karłowatych sosen i znaleźli się wreszcie na grzbiecie wyżyny płaskiej i skalistej, porosłej mchem. Jaśniejąca na wschodzie smuga wskazywała, że nadchodzi nowy dzień i wszystkie przedmioty zaczęły wynurzać się stopniowo z mroku, w którym dotychczas były pogrążone.
Strzelec wezwał panie, aby zsiadły z koni, a ponieważ nie można było korzystać z nich dalej, przeto odpędził je od gromadki wędrowców. Potem zaprowadził Heywarda i obie siostry na wschodnią krawędź płaskowyża. W głębi jakichś tysiąca stóp w nieznacznej odległości od brzegu rozległego jeziora widać było liczne budowle, mury i wały fortu Williama. Na zachód od fortu, na rozległej płaszczyźnie między jeziorem a górami, znajdował się obóz armji francuskiej liczącej conajmniej dziesięć tysięcy żołnierzy. Baterje francuskie rozpoczęły właśnie kanonadę. Widać było jak granat oderwał kawał muru z gmachu komendantury, w której mieszkał pułkownik Munro.
— Przybyliśmy o godzinę zapóźno — rzekł strzelec. — Lasy są pełne przeklętych irokezów.
— Straszne jest, że w godzinie niebezpieczeństwa nie możemy być przy boku naszego ojca — westchnęła Alicja płacząc.
— Udajmy się do Montcalma — zawołała Kora. — Jest to przecie żołnierz, który nie odmówi nam pozwolenia udania się do naszego ojca.
— Być może, że nie odmówi, ale zanim dostanie się pani do Montcalma, straci pani naprzód skalp... — rzekł strzelec. — Zresztą kanonada skończy się przecie kiedyś. Oto nadciąga mgła, która dzień zamieni w noc. Teraz możemy zaryzykować. Proszę ze mną.
To mówiąc zaczął pośpiesznie zbiegać ze stromego zbocza wdół. Major ujął obie siostry za ręce i podążył z niemi za strzelcem. To samo uczynili obaj mohikanie i Dawid Gamut.
— Gdyby mi się coś stać miało, to trzymajcie się wskazówek mohikan — zawołał strzelec, jeszcze raz obracając się do idących za nim towarzyszy wyprawy.
Całe towarzystwo biegło szybko ze zbocza góry i niebawem nasi wędrowcy znaleźli się śród gęstej, białej mgły, pozwalającej widzieć zaledwie na odległość kilku kroków. W połowie drogi między górami a fortem, z pośród mgły odezwało się nagle wołanie:
— Qui vive?
— Dalej, naprzód! — szepnął strzelec, zwracając się bardziej na lewo.
Kilkanaście głosów powtórzyło wezwanie.
— Ja — odpowiedział Dunan, pociągając za sobą śmiertelnie przerażone dziewczęta.
— Głupiec — zawołał jakiś głos z pośród mgły. — Co to znaczy „ja“?
— Przyjaciel Francji.
— Chyba wróg Francji — odpowiedział głos. — Ognia, koledzy!
Pięćdziesiąt strzałów huknęło jednocześnie. Na szczęście wszystkie kule minęły uciekających, których uratowała gęsta mgła.
W tej chwili Sokole Oko zatrzymał się.
— Odpowiedzmy na ten ogień — poradził szeptem — wówczas francuzi pomyślą, że mają do czynienia z wycieczką z fortu i cofną się, albo będą czekali na posiłki.
Plan był niezawodnie dobry, ale nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Ledwo nasi wędrowcy dali ognia, gdy cała równina przed nimi zaroiła się i ożywiła. Muszkiety trzaskały ze wszystkich stron, od brzegów jeziora, aż do lasu.
— Naprzód! — zawołał major drżąc ze strachu o życie powierzonych mu sióstr, które znowu ujął za ręce.
Wszyscy pobiegli na chybił trafił w gęstą mgłę. Wtem zagrały armaty fortu. Od wystrzałów i spowodowanego niemi wstrząśnienia powietrza mgła zaczęła się rwać w strzępy i unosić ku górze.
— Zmyliliśmy drogę! — zawołał Sokole Oko, zwracając się ponownie na prawo. — Biegnijmy w kierunku wystrzałów.
Przyspieszonym biegiem dążyli wędrowcy naprzód, gdyż tuż za sobą słyszeli wyraźnie kroki prześladowców.
— Strzelać! Strzelać! — krzyknął jeden z francuzów.
Ale z niewidzialnej wysokości odpowiedział potężny głos:
— Stójcie śmiało moi dzielni żołnierze z sześćdziesiątego pułku! Gdy nieprzyjaciel się zbliży przyjmcie go celnym ogniem.
— Ojcze, ojcze! — zawołał przenikliwy głos dziewczęcy z pośród mgły. — To jestem ja, twoja córka Alicja! Ratuj nas, ratuj.
— Stój! — huknął ostrym głosem angielski dowódca, a w głosie tym drżała jednocześnie wielka trwoga i niepokój. — To moje dzieci! Dalej, otwierajcie bramę! W pole żołnierze sześćdziesiątego pułku! Niech żaden nie strzela, abyście mi nie pozabijali moich piskląt! Odrzućcie francuskich napastników bagnetem!
Major usłyszał zgrzyt zardzewiałych zawiasów bramy, z której wylała się w mgłę ciemna masa żołnierzy. Był to sześćdziesiąty pułk i major stanął na jego czele powitany okrzykiem żołnierzy i poprowadził ich do ataku. Alicja i Kora znalazły się w objęciach kochającego ojca, pułkownika Munro, który przyciskał je do piersi, podczas gdy łzy radości spływały mu na poorane policzki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.