Ostatni Mohikanin/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VII

RZEŹ W FORCIE WILLIAMA

Położenie oblężonych było bardzo trudne. Ogień artylerji wyrządził wielkie szkody w umocnieniach fortu, a zapasy żywności i amunicji miały się ku końcowi. W tej ciężkiej sytuacji, zdecydował się pułkownik Munro posłać do generała Webba gońca z zawiadomieniem, że dłużej fortu o własnych siłach nie utrzyma i prosi generała, aby ten pośpieszył z całą swą armją na pomoc. Trudną misję przedarcia się przez pierścień wojsk francuskich, powierzył pułkownik, na prośbę Heywarda, Sokolemu Oku.
Piątego dnia po południu wysłał Montcalm parlamentarza do twierdzy i zaproponował jej komendantowi krótkie zawieszenie broni, na co pułkownik przystał chętnie. Major Heyward skorzystał z zawieszenia broni i udał się na wał jednego z bastjonów, aby odetchnąć świeżem powietrzem. Doszedłszy do bramy wypadowej, ujrzał dwóch mężczyzn, zbliżających się do fortu od strony obozu francuskiego. Jednym z nich był Sokole Oko, drugim oficer francuski. Twarz strzelca była blada i zatroskana; szedł bez broni z rękami związanemi na plecach.
Majora zabolał widok ten niewymownie. Pośpieszył tedy natychmiast do pułkownika Munro, aby dowiedzieć się czegoś o wieściach jakie przynosił strzelec. Dowódcę zastał w sztabie twierdzy. Stary szkot był bardzo wzburzony i długiemi krokami przechadzał się po pokoju.
— Przybywa pan jak na zawołanie, panie majorze — zwrócił się do wchodzącego oficera. — Chciałem właśnie zaprosić pana do siebie. Natty Bumppo, czyli Sokole Oko, jak go powszechnie nazywają w puszczy, został pojmany w drodze powrotnej przez francuzów wraz z pismem generała Webba. Obecnie generał Montcalm odesłał mi jeńca, aby mógł poświadczyć autentyczność pisma.
— Cóż zawiera te pismo?
— Otóż to... Generał Webb dał naszemu wysłańcowi pismo, które Montcalm zdołał przejąć. Nie będę ukrywał przed panem, że położenie nasze jest fatalne. Zresztą wie pan o tem równie dobrze jak i ja. Wie o tem i Montcalm. Przez parlamentarza zaprasza on mnie na rozmowę osobistą na gruncie neutralnym między fortem a obozem jego wojsk. Chce mi osobiście wręczyć list generała Webba, a zarazem chce mi zakomunikować coś ważnego. Pragnę aby pan, panie majorze, pojechał za mnie. Niech pan się przygotuje i za kwadrans wyruszy.
Major natychmiast udał się pod ochroną białego sztandaru w stronę obozu francuskiego, gdzie został przyjęty przez generała Montcalma. Mimo serdeczności, jaką wódz francuski okazał młodemu oficerowi, odmówił on stanowczo okazania listu generała Webba, zaznaczając, że może go wręczyć jedynie dowódcy fortu Williama. Major zdziwiony tym warunkiem i przeczuwając coś złego, kryjącego się w postępowaniu francuskiego generała, wrócił natychmiast do fortu i zdał pułkownikowi raport z przebiegu pertraktacji. Munro po chwilowym namyśle zdecydował się ostatecznie udać osobiście na spotkanie z generałem francuskim, aby wyjaśnić sytuację.
O określonej godzinie otworzyła się brama i komendant fortu Williama w towarzystwie majora Heywarda oraz kilku innych oficerów wyszedł na równinę. Generał francuski kroczył na jego spotkanie otoczony wspaniałą świtą. Przed obu dowódcami wojsk niesiono białe flagi. Wodzowie przywitali się bardzo uprzejmie. Montcalm był człowiekiem w średnim wieku i ani wzrostem ani szerokością ramion nie dorównywał swemu szkockiemu przeciwnikowi, pułkownikowi Munro. Skłoniwszy się przed siwowłosym komendantem fortu oddał mu list generała Webba, oczywiście, już otwarty.
Oczy pułkownika Munro błądziły po karcie papieru a twarz jego, jeszcze przed chwilą taka poważna i surowa, zbladła i przybrała wyraz bolesny. Usta zadrgały staremu żołnierzowi, głowa osunęła bezradnie na pierś, a list wypadł z ręki. Heyward podniósł list z ziemi i przeczytał go pobieżnie. Najwyższy wódz wojsk angielskich wzywał pułkownika w słowach suchych i twardych, aby poddał fort nieprzyjacielowi, gdyż na pomoc nie może mu posłać ani jednego żołnierza.
— Mistyfikacja jest zupełnie wykluczona — szepnął major, blednąc również. — List jest autentyczny. Znam pismo generała.
— Jaki wstyd sprowadza ten człowiek na moje siwe włosy — zawołał Munro. — Spotyka mnie najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się oficerowi.
— Nie! Nie! Panie pułkowniku — krzyknął Heyward głosem stanowczym. — Jeszcze jesteśmy panami twierdzy i wróg drogo zapłaci za jej zdobycie.
— Dziękuję ci, mój synu! — zawołał pułkownik — za te mężne słowa. Nie mamy tu nic do czynienia. Umrzemy z honorem!
— Panowie — powstrzymał ich generał francuski. — Nie znacie zupełnie Ludwika de St. Veran, markiza de Montcalm, jeśli uważacie, że byłby zdolny wyzyskać ciężkie wasze położenie i upokorzyć dzielnych żołnierzy. Słuchajcie, jakie wam zaproponuje warunki poddania fortu.
— Słuchamy — odpowiedział pułkownik spokojnie.
— Skuteczna obrona na dalszą metę jest wykluczona — mówił Montcalm. — Interesy mego monarchy wymagają, aby fort Williama został zniszczony i ten obowiązek muszę spełnić, ale waszym dzielnym żołnierzom będzie przyznane wszystko, co można przyznać zwyciężonemu przeciwnikowi.
— Nasze sztandary? — zapytał Heyward.
— Zabierzcie je ze sobą do Anglji i pokażcie je swemu królowi.
— A broń?
— Zatrzymacie ją. Nikt od was nie jest godniejszy zachowania broni.
— A warunki poddania i odwrotu?
— Jedno i drugie odbędzie się tak, aby honor wasz nie był w niczem dotknięty.
Munro, któremu słowa Francuza przetłumaczono, był bardzo wzruszony. Zwracając się do majora, rzekł:
— Idź, mój synu, z generałem i ułóż się co do wszystkich warunków poddania fortu. Dzisiaj dowiedziałem się o czemś, czego nie uważałbym za możliwe. Widzę Anglika, który obawia się pośpieszyć z pomocą towarzyszowi broni i Francuza, który jest tak szlachetny, że nie chce wyzyskać ciężkiego położenia przeciwnika.

Po tych słowach pożegnał się z generałem i smutnie opuściwszy głowę udał się w drogę powrotną.
∗             ∗

Nad jeziorem, nad lasami, górami i nad całą twierdzą leżała milcząca noc. Ciszę panującą dokoła przerywały jedynie nawoływania wart.
W tym czasie rozchyliły się zasłony namiotu generała Montcalma i postać otulona od stóp do głów w ciemny płaszcz wyszła nazewnątrz. Postać przeszła niemal przez cały obóz i zbliżała się powoli ku wałom twierdzy. Na okrzyki wartowników tajemniczy mąż rzucał w odpowiedzi hasło „zwycięstwo“, poczem warty przepuszczały go swobodnie. Niebawem człowiek ów znalazł się nad jeziorem i tu zatrzymał się w cieniu drzewa, przyglądając się wałom angielskiego fortu. Blask księżyca pozwalał widzieć dość jasno wszystkie przedmioty dokoła.
Na jednym z wałów ukazała się wysoka i barczysta postać pułkownika Munro. Siwowłosy żołnierz spoglądał to na obóz rozciągający się u stóp fortu, to na niebo, na wschodniej stronie którego różowił się nowy dzień, mający być bolesnym dniem poddania się nieprzyjacielowi.
Człowiek w ciemnym płaszczu, którym był sam generał Montcalm, nie chcąc być zauważony przez swego szlachetnego przeciwnika, cofnął się w cień drzewa, gdy wtem usłyszał jakiś podejrzany szmer i odwróciwszy się ujrzał skradającą się do wału postać dzikiego.
W nikłem świetle księżycowem widać było wyraźnie, jak skradający się podnosi strzelbę i celuje do pułkownika Munro. Generał Montcalm szybkim ruchem odchylił lufę karabinu i schwytał dzikiego za ramię.
— Co to ma znaczyć? — zapytał surowo generał. — Czy Przebiegły Lis nie wie, że anglicy i jego kanadyjski ojciec zakopali siekierę wojenną?
— To nic nie obchodzi huronów — odpowiedział dziki łamaną francuszczyzną. — Blade twarze zawierają pokój i godzą się z sobą, a czerwoni wojownicy nie zdobyli ani jednego skalpu.
— Magua jest wielkim wodzem — odpowiedział Montcalm. — Niech tego dowiedzie i pouczy swój lud, jak zachowywać się trzeba względem naszych nowych przyjaciół.
— Dlaczego wódz kanadyjski przyprowadził młodych wojowników do tych lasów, dlaczego wymierzył swoje wielkie rury ogniste przeciwko owemu domowi z ziemi? — pytał indjanin.
— Aby go zdobyć. Mój król wysłał mnie, twego ojca, abym zajął ten kraj. Teraz, gdy anglicy zgodzili się odejść, nie są już naszymi wrogami.
— Magua wykopał swój tomahawk, aby go ubarwić krwią. Siekiera jego jest jeszcze czysta. Gdy zostanie zabarwiona krwią, to Magua zakopie ją ponownie.
— Magua zobowiązał się, że nie pokala francuskiego sztandaru. Nieprzyjaciele wielkiego króla za wielkiem jeziorem są jego nieprzyjaciółmi, ale wszyscy przyjaciele króla muszą być przyjaciółmi Magui.
— Niech mój ojciec mi poda rękę swoją — rzekł dzikus głosem stłumionym.
Po pewnem wahaniu generał uczynił zadość życzeniu czerwonoskórego. Magua ujął rękę generała i palce jej położył sobie na dużej bliźnie na piersi.
— Czy mój ojciec wie, co to jest? — zapytał tonem triumfującym.
— Któryż to żołnierz nie zna śladów, jakie pozostawia kula? — odparł generał.
— A to? — zagadnął dzikus, przesuwając rękę generała po plecach swoich.
— O, mój synu — rzekł generał, — zostałeś sromotnie obity. — Któż to uczynił?
— Magua miał twarde łoże w angielskich wigwamach, a kije pozostawiły ślady — odpowiedział dzikus z ponurym śmiechem. — Lis Przebiegły już wie, co powie swoim wojownikom.
Rzekłszy to, zwrócił w stronę dalekiego lasu i oddalił się śpiesznie od generała.
Montcalm, trapiony przykremi przeczuciami i pełen dziwnego smutku, udał się w stronę powrotną do swego namiotu.
Rankiem dnia następnego w obozie francuskim odzywały się radosne dźwięki trąb i łoskot bębnów, obwieszczających zwycięstwo. Inaczej było w forcie Wiliama! Po pobudce zaczęto czynić przygotowywania do opuszczenia fortu. Bez słowa, w nastroju ponurym, stawali żołnierze w szeregach i brali na ramię nienabite karabiny. Kobiety i dzieci przebiegały z miejsca na miejsce, aby pozabierać ze sobą wszystko, co przedstawiało dla nich jakąkolwiek wartość a jednocześnie aby znaleźć dla siebie opiekę mężczyzn podczas wędrówki przez puszczę.
Pułkownik Munro stanął na czele swoich żołnierzy w smutnym nastroju. Zdawał się być jeszcze starszym, niż był w istocie. Troskę o córki pozostawił majorowi Heywardowi.
Ponieważ jednak Dunkan miał jako dowódca 60 pułku wiele zajęcia, przeto starał się znaleźć dla sióstr opiekuna, który nie opuszczałby ich ani na chwilę. Należało zabezpieczyć je przed wszelkiemi możliwemi przygodami, szczególnie przed możliwem natręctwem żołnierzy. W tym momencie przyszedł mu na myśl Gamut. Odszukawszy Dawida major w kilku słowach wyłuszczył mu swą prośbę, którą nauczyciel przyjął z zadowoleniem. Dawszy mu instrukcje, jak ma postępować w wypadku jakiegoś napadu, major pożegnał się z Alicją i Korą, obiecując powrócić natychmiast, gdy tylko pozwolą na to jego obowiązki.
Sygnał do wyruszenia z fortu rozległ się ponuro i w ślad za jego dźwiękami smutny pochód ruszył w drogę, przebywając bramę, obsadzoną już przez białych grenadjerów Montcalma, nad którą w porannym wietrze powiewał sztandar z liliami francuskiemi.
Kora i Alicja ręka w rękę, szły obok siebie w tłumie kobiet i dzieci, odbierając ukłony oficerów francuskich, którzy kłaniali się młodym dziewczętom z głębokim szacunkiem i szczerem współczuciem. Większość kobiet i dzieci musiała odbywać wędrówkę pieszo, ponieważ wozy nie wystarczyły nawet dla zabrania wszystkich rannych i chorych. Niejeden stary inwalida musiał wędrować o kulach, dźwigając przytem tobołek, w którym mieścił się cały jego skromny dobytek.
Pochód zwyciężonych posuwał się bardzo powoli po równinie wzdłuż szpaleru wojsk Montcalma, które przepuszczały obok siebie pokonanego przeciwnika. Anglicy skierowali się ku lasowi, na którego skraju widać było wielkie gromady czerwonych wojowników, będących pomocniczemi wojskami francuskiemi.
Gdy uchodźcy przechodzili obok dzikich wojowników, jednemu z nich spodobała się czerwona chusta jakiejś biednej kobiety, dźwigającej dziecko. Dziki podskoczył do niej z zamiarem odebrania jej tej chustki, lecz przerażona kobieta zawinęła w nią swoje małe dziecko i przytuliła je do piersi. Rozwścieczony indjanin wyrwał dziecko z rąk matki i chwyciwszy je zażądał okupu. Zrozpaczona kobieta ofiarowała dzikiemu wszystko co miała, lecz część okupu a wraz z nią i chustkę pochwycił inny huron. Widząc to, wściekły napastnik roztrzaskał głowę dziecka i skrwawione zwłoki rzucił oniemiałej z bólu kobiecie pod nogi. Okrzyk zgrozy i przerażenia przebiegł przez tłum kobiet i dzieci na widok tego okrutnego czynu.
W tej właśnie chwili Magua dał hasło do napadu. Wycie tak straszne, jakgdyby pochodziło z samych piekieł, było odpowiedzią na jego okrzyk. Więcej niż dwa tysiące dzikich wyskoczyło z gąszczu leśnego i rzuciło się na tłum bezbronnych kobiet i dzieci. Śmierć w swojej najohydniejszej postaci zbierała obfite żniwo. Opór budził tylko tem większą wściekłość dzikich. Nawet zwłoki pomordowanych szarpano, przebijano dzidami i krajano nożami. Krew płynęła strumieniami, a niejeden czerwonoskóry oszalały jej widokiem, przypadł do ziemi i pił chciwie z tego okropnego strumienia.
Nieliczne oddziały straży tylnej próbowały zachować porządek i w zwartych szeregach bronić kobiet bagnetem, ale przewaga dzikich była tak wielka, że anglicy nie byli w stanie stawić dłuższego oporu.
Pułkownik Munro zrozumiał odrazu beznadziejność sytuacji i rzucił się w stronę obozu francuskiego, aby prosić Montcalma o pomoc.
Alicja i Kora, otoczone tłumem oszalałych ze strachu kobiet i dzieci, widziały ojca, przebiegającego obok nich; głosem rozpaczy wzywały ratunku, ale pułkownik nie słyszał ich.
Dawid Gamut pamiętał o swoich powinnościach i nie oddalił się od obu sióstr ani na krok. Potężnym głosem rozpoczął nagle śpiew psalmów.
Pobożne słowa pieśni słychać było mimo wrzasku, zgiełku i krzyków towarzyszących rzezi. Huroni, znajdujący się w pobliżu przerwali swą krwawą pracę, usuwając się śpiesznie, gdyż wzięli Gamuta za umysłowo chorego, a dzicy z zabobonnym lękiem traktują szaleńców, jako ulubieńców i wybrańców Manitu. Dźwięk pieśni doszedł wreszcie do uszu Magui, który szybko zbliżył się do Dawida, wydając okrzyk dzikiej radości, gdy obok śpiewaka ujrzał swoje niedawne branki. O nie chodziło mu przedewszystkiem i dla nich przeszukiwał całe pole tej straszliwej rzezi.
— Pójdź za mną — rzekł do Kory, kładąc na jej ramieniu rękę powalaną krwią, — wigwam huronów stoi dla ciebie otworem. Jest on lepszy, niż to miejsce.
— Precz łotrze — zawołała Kora, ze wstrętem odwracając się od zdrajcy. — Ta rzeź jest twoim dziełem.
Indjanin roześmiał się wzgardliwie na całe gardło, a potem rzekł, podsuwając jej pod oczy zakrwawioną rękę:
— Magua jest wielkim wodzem. — Czy teraz pójdzie czarnowłosa do jego wigwamu?
— Nigdy! Zabij mnie zaraz i dokonaj swego piekielnego dzieła, bo żywą nigdzie za tobą nie pójdę.
Przebiegły lis rozmyślał przez chwilę, a potem, porwał zemdloną Alicję i rzucił się z nią do lasu.
— Stój! — wołała Kora, biegnąc za dzikusem. — Stój, nędzniku, co chcesz uczynić z tem biednem dzieckiem?
Magua nie odpowiedział. Coraz szybszym krokiem oddalał się od miejsca walki. Zrozpaczona Kora biegła za nim.
— Wstrzymaj się, lady, — słyszała za sobą głos Dawida — wstrzymaj się!
Gamut, widząc, że jego nawoływanie było daremne, pobiegł za Korą i nanowo zaczął śpiewać psalm, a prawicą podniesioną nadawał takt samemu sobie. Niejeden dzikus podniósł już broń na Korę, ale widok tego wysokiego człowieka, który śpiewał przy zgiełku bitewnym, wywierał na dzikich wrażenie szaleńca, i pełni strachu usuwali się z jego drogi w lesie. Tutaj odnalazł Magua konie dziewcząt, które schwytali jego wojownicy. Na jednym z nich umieścił zemdloną Alicję, na drugim Korę, poczem ujął konie za lejce i poprowadził w głąb lasu.
Wierny Gamut, na którego dzikus nie zwracał najmniejszej uwagi, powlókł się w las za obiema siostrami, postanawiając dotrzymać swego przyrzeczenia, że nie opuści ich w żadnem położeniu.
Długo jeszcze do uszu podróżnych dochodziły straszne odgłosy rzezi, która przeszła do historji jako „rzeź na forcie Williama“, kładąc krwawą plamę na karjerze generała Montcalma, który swoją bezczynnością umożliwił huronom wykonanie jej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.