Oliwer Twist/Tom II/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.

Szczególne odwiedziny, wynikłością przeszłego rozdziału będące.

Było to wielkiém szczęściem dla dziewczyny, iż Sikes pieniędzy dostał, i przez to cały dzień następny jedzeniem i piciem był zajęty, co taki wpływ pomyślny na ułagodzenie jego zwykłego nie bardzo miłego usposobienia wywarło, że ani czasu, ani też skłonności najmniejszéj niemiał do wglądania i ścisłego rozbierania jéj postępowania i czynności.
Jéj wzięcie bowiem, jéj postępowanie całe tak było dziwne, szczególne, jakby krok jakiś nadzwyczaj ważny i niebezpieczny uczynić zamierzała, który niemało namysłu i rozwagi wymaga, nim się do podjęcia go skłoniemy; gdyby jéj przyjaciel bystrooki, Fagin to pomięszanie i niespokojność w niéj był spostrzegł, byłby się z pewnością natychmiast czegoś domyślał, lecz Sikes, któremu na téj bystrości umysłu do tego potrzebnéj zupełnie zbywało, w którem nigdy nic najmniejszego podejrzenia lub nieufności obudzić nie zdołało, chyba to, co do jego zwykłego rubasznego obejścia się z każdym dostateczny powód dać mogło, będąc nadto pod ów czas w nadzwyczaj miłém i przyjemném usposobieniu, jak już o tém niedawno nadmieniono, nic szczególnego i zadziwiającego w jéj zewnętrzności nie spostrzegł, i tak mało się nawet o to troszczył, żeby jéj niespokojność z pewnością jego podejrzenia nie była pobudziła, gdyby widoczniejszą jeszcze była jak teraz.
Gdy wieczór nadchodził, niespokojność wewnętrzna dziewczyny jeszcze bardziéj wzrastała, a gdy wieczór już zapadł, a ona przy łóżku usiadła, oczekując z niecierpliwością téj chwili, w któréj zbójca spity i snem znużony, zaśnie, taka bladość nadzwyczajna lica jéj pokrywała, a oko takim żarem podejrzanym płonęło, że nawet sam Sikes to spostrzegł i niewypowiedzianie tém się zdziwił.
Sikes, którego znaczna gorączka do łoża przykuła, zapijał właśnie wódkę z wodą, aby ogień gorączkowy, wnętrze jego palący uśmierzyć, i podał szklankę swoję dziewczynie, aby ją po trzeci czy czwarty raz zapełnić, gdy mu te oznaki w oczy wpadły i mocno go uderzyły.
— Niech mię piorun trzaśnie! — zawołał, zrywając się z łóżka, tak że na rękach wsparty na niém usiadł, i wlepił wzrok swój w oblicze dziewczyny. — Wszakże ty wyglądasz jak trup, który na powrót do życia przychodzi. Cóż ci to jest?
— Co mi jest? — odparła dziewczyna; — nic mi nie jest. Czegóż się tak ostro we mnie wpatrujesz?
— A to co za szaleństwo? — zawołał zbójca, chwyciwszy ją za ramię, i szarpnąwszy niém gwałtownie. — Co ci to jest? Co to ma znaczyć? O czém rozmyślasz, dziewcze? ha, co?
— O wielu rzeczach, Billu! — odpowiedziała dziewczyna, dreszczem na wskróś przejęta, a gdy to wyrzekła, rękoma oczy zakryła. — Ale na Boga? cóż już robić?
Ten wyraz wesołości wymuszonéj, z jakiém te ostatnie słowa wyrzekła, zdawał się na Billa daleko większe i nieprzyjemniejsze wrażenie robić, jak owe dzikie i obłąkane wejrzenie, które poprzód uwagę jego na siebie ściągnęło.
— Ja ci powiem, co to jest? — rzekł Sikes; — jeżeliś się odemnie gorączką niezaraziła, i ta się teraz w tobie niepojawia, to się w tém coś innego zupełnie święcić musi i to coś bardzo niebezpiecznego. Przecież niechcesz z tąd uciec i.. nie, nie, niech mię piorun trzaśnie, to być nie może.
— Co takiego? — zapytała dziewczyna.
— Nie, to być niemoże! — powtórzył Sikes, wlepiając w nią swój wzrok, i mrucząc to do siebie samego, — niema w świecie drugiéj dziewczyny tak wiernéj i przywiązanéj, jak ona, inaczéj byłbym już od trzech miesięcy ją był zadusił. Zapewnie gorączka,.... oto rzecz cała!
Pocieszając się sam tém zapewnieniem, Sikes szklankę sobie podaną aż do dna wychylił, i najokropniejsze przekleństwa potém miotając, o lekarstwo swoje zawołał.
Dziewczyna z wielkim pośpiechem się zerwała, lekarstwo co tchu przyrządziła, i natychmiast mu podała, z twarzą jednak od niego odwróconą, i trzymała mu tak długo filiżankę, dopokąd niewypił.
— A teraz, — rzekł zbójca, — chodź i siadaj przy mnie i pokaż mi twoję twarz zwyczajną, inaczéj ci ją tak naznaczę, że jéj potém sama niebędziesz poznać mogła, gdy jéj będziesz potrzebowała.
Dziewczyna usłuchała natychmiast jego woli, a Sikes, uchwyciwszy jéj rękę, opuścił głowę na poduszki, trzymając jednak oczy ciągle na nią zwrócone.
Niebawem jednak to je zamknął, to znów otworzył: i znowu je zaniknął i znów otworzył, wytrzeszczył; zbójca z niecierpliwości położenie swoje zmienił, i zasypiając kilkakrotnie na kilka minut, i zrywając się potém zawsze ze zgrozą, oczyma szeroko rozwartemi, któremi w sennym obłędzie po izbie dziko potoczył, zasnął nakoniec nagle snem mocnym, głębokim zdjęty. Ręka jego straciła siłę i nie uściskała więcéj ramienia dziewczyny, ramie wyprężone osłabło i padło na pościel bezwładne, a on leżał podobien do człowieka zachwytem uniesionego.
— Przecież raz opium skutek swój zdziałało, — ozwała się szepcąc po cichu dziewczyna, gdy się ze swego siedzenia przy łóżku podniesła. — Byle tylko już za późno nie było.
Spiesznie kapelusz na głowę wzięła i chustkę na siebie zarzuciła, obglądając się co chwila z przerażeniem naokoło, jakby jeszcze i teraz, pomimo ten sen głęboki Billa obawa ją dręczyła, czyli się Sikes ze swego snu nie zerwie, a ona jego silnego, ciężkiego uściśnięcia ręki nieuczuje; nachyliwszy się potém po cichutku nad łóżko, złożyła pocałunek na ustach zbójcy, i otworzywszy i zamknąwszy za sobą pokój z największą ostrożnością, wypadła śpiesznie z domu.
Stróż nocny wywoływał właśnie pół do dziesiątéj, gdy do ciemnéj, wązkiéj uliczki dobiegła, przez którą jéj koniecznie przejść wypadało, jeżeli się do celu swéj wycieczki dostać chciała.
— Czy już dawno wpół do dziesiątej wybiło? — zapytała z trwogą dziewczyna.
— Za ćwierć godziny dziesiątą obwoływać będę, — odpowiedział stróż, podnosząc latarnię, aby się jéj przypatrzeć.
— A ja dopiero za godzinę zaledwie tam się dostać będę mogła! — mruknęła Nancy, wyminąwszy go szybko, i puściwszy się pędem ulicą.
Wiele kramów i sklepów stało już zamkniętych w tych wązkich ulicach i przechodnich sieniach, przez które przebiedz musiała, aby się z Spitalfields na zachodnią stronę Londynu dostać. Na zegarze godzina dziesiąta wybiła, a niecierpliwość jéj wzrastała.
Lotem strzały goniła ciasnym brukiem tych ulic, roztrącając łokciami ludzi wspólnie idących na wszystkie strony, przemykając się przed łbami biegnących koni, krocząc śmiało przez ulice błotniste, gdzie gromady ludzi czekały na sposobność pomyślną, aby się przez nie dostać.
— Ta kobieta musi być szalona, — rzekł lud, zwracając głowę za nią, gdy mimo niego przebiegła.
Gdy się nakoniec do zamożniejszéj części miasta dostała, ulice były już w porównaniu bardziéj puste, nie tyle zwiedzane, a tutaj bieg jéj szybki wzbudzał daleko więcéj ciekawości i uwagi pomiędzy przechodniami, jak gdzieindziéj. Nie jeden z przechodzących za nią się udał, jakby się chciał przekonać, dokąd ona takim pędem niezwykłym pośpiesza, i niejeden potém ustał, głowę zwrócił, i za nią spoglądał zdziwiony, iż ciągle biegnie a biegnie krokiem zawsze równym, nic niezwolnionym, a tak jeden za drugim od niéj odpadał i ustawał, a gdy w końcu do celu swego dobiegła, była sama.
W okolicy spokojnéj, cichéj, lecz bardzo pięknéj niedaleko Hyde-park, stał pałac ładny.
Jedynasta godzina właśnie wybiła, gdy latarnia nade drzwiami wisząca, wchodzącéj na schody pod wystawę tego pałacyku przyświecała.
Na kilka kroków przed domem się wstrzymała, wahając się niejako, czy ma wejść lub nie, lecz uderzenie zegaru wszelką odwagę jéj wróciło, a ona do przysionku weszła.
W loży odźwiernego niebyło. Spojrzała naokoło z pewną niespokojnością i zbliżyła się do schodów.
— Do kogóż to chcesz iść, moja panno? — zawołała schludnie i czysto ubrana niewiasta, spoglądając za nią przez drzwi na pół uchylone.
— Do pani, która w tym domu stanęła, — odpowiedziała dziewczyna.
— Pani! — odpowiedziano z gniewliwém wejrzeniem. — Jakiéj pani? jakże się nazywa?
— Pani Maylie, — odpowiedziała Nancy.
Owa niewiasta, która dotąd z Nancy rozmawiała, nierzekła ani słowa więcéj do dziewczyny, rzuciła na nią tylko spojrzenie cnotliwéj pogardy, i zawołała na sługę domu, aby się z nią rozmówił. Jemu to Nancy pytanie swoje powtórzyła.
— Kogóż mam zapowiedzieć? — zapytał sługa.
— Po prostu, nieznajoma, więcéj niepotrzeba, — odpowiedziała Nancy.
— Niepotrzeba, ani też po co? — powtórzył sługa.
— Nie, niepotrzeba, — odparła dziewczyna; — proszę tylko powiedzieć, że z panną koniecznie pomówić muszę, to dosyć!
— Doprawdy? nic z tego niebędzie! — zawołał sługa wypychając ją za drzwi. — Ruszaj sobie, czy słyszysz?
— Strzeżcie się, i niezaczepiajcie mnie! — zawołała dziewczyna gwałtownie, — mogłabym wam takiego tutaj figla narobić, żebyście się niezaraz opamiętali. Czy niema tu nikogo, — dodała, spoglądając naokoło, — coby chciał małą usługę takiéj biednéj dziewczynie jak ja uczynić i owéj pani mię zapowiedzieć?
Ta odezwa sprawiła pomyślne wrażenie na poczciwego, dobrodusznie wyglądającego kucharza, który wraz z kilkoma służącemi przez drzwi wyglądał, i teraz naprzód się wysunął, aby dziewczynie przyjść w pomoc.
— Cóż, czy niemożesz tego dla niéj uczynić, Jakubie? — ozwał się do owego sługi.
— Na cóż to się zdało? — odparł sługa; — czyż niewidzisz, że ta panna którego z nas raczéj odwiedzić pragnie, co?
Ta przymówka do życia podejrzanego Nancy, wywołała całą burzę wstydliwości cnotliwéj i skromnéj w piersiach przysłuchujących się wszystkiemu kobiet służących, które z zapałem na to się srożyły, że ta dziewczyna jest zakałą ich płci, i na tém koniecznie obstawały, aby ją za drzwi wyrzucono i do kanału wtrącono.
— Zróbcie potém ze mną, co chcecie, — odparła dziewczyna, zwracając się jeszcze raz do owego sługi, — lecz uczyńcie to, o com was najprzód prosiła; a błagam was raz jeszcze, i zaklinam na miłość Boga, abyście żądanie moje dopełnili.
Kucharz, człowiek miękkiego serca, połączył swe prośby z jéj błaganiem, a wypadkiem tego było, że ów sługa, który się najpierw był pojawił, życzenie jéj spełnić postanowił.
— Cóż mam powiedzieć? — zapytał, stojąc jedną nogą już na schodach.
— Proszę powiedzieć, iż młoda dziewczyna koniecznie o to prosi, — rzekła Nancy, — aby z panną Maylie samą na osobności pomówić mogła, a gdy panna pierwsze tylko słowo od niéj usłyszy, będzie się mogła natychmiast przekonać, czyli ją ma daléj wysłuchać, lub też za drzwi jako oszusta wypchnąć kazać.
— To wyrok bardzo surowy, — odrzekł na to sługa. —
— Zanieś tylko to poselstwo, — odpowiedziała dziewczyna stale, — i przynieś mi odpowiedź!
Sługa wbiegł po schodach do góry, a Nancy blada, bez tchu prawie została w sieni, i słuchała z drżącemi usty tych głośnych przekleństw i nazw pogardliwych, których skromne niewiasty służebne domu w oburzeniu swojém cnotliwém wcale nie szczędziły. Bladość jéj się coraz bardziéj powiększała, aż nareszcie sługa ów się napowrót zjawił i rzekł, ażeby dziewczyna na górę się udała. —
— Na cóż się człowiekowi w świecie zdało być uczciwą! — rzekła pierwsza służąca.
— Mosiądz bardziéj ceniony jak złoto, co próbę ogniową przebyło, — dodała druga.
Trzecia poprzestała skromnie na okazaniu tego zadziwienia jedynie: „z czego te panny są lepszego?“ a czwarta zabrała głos pierwszy w tym kwartecie: „to wstyd!“ na czém te niewinne Diany zakończyły.
Niezważając wcale na te złośliwe wybuchy gniewu,.... gdyż coś daleko ważniejszego na sercu jéj ciężyło, — Nancy się udała za sługą, drżąc na całém ciele, do małego przedpokoju, oświeconego lampą wiszącą u stropu, gdzie ją tenże opuścił, a ona się sama na kilka chwil została.
Prawda, że ta dziewczyna całe swoje życie na ulicach, lub téż w najohydniejszych pieczarach zepsucia, zdrożności i zbrodni Londynu przepędziła, lecz pomimo to w sercu jéj zawsze jeszcze mała iskierka pierwotnego znamienia kobiecości pozostała; a gdy się wkrótce stąpanie leciuchne słyszeć dało, zbliżające się ku drzwiom przeciwnym od tych, przez które weszła, a ona o téj różnicy pomyślała i nadzwyczajnéj sprzeczności tych osób, które ten mały pokoik wkrótce obejmować miał, uczucie własnego wstydu niesłychanym ciężarem do ziemi ją przygniatało, a ona się cała wzdrygnęła, jakby jéj trudno przyjść miało znieść obecność téj dziewczyny młodéj, którą przecież o kilka chwil potajemnéj rozmowy prosić kazała.
Lecz duma,..... ta wada ogólna ludzi najwyżéj i najniżéj czy to w cnocie, czy w zbrodni lub zaszczytach stojących,.... zwalczyła w niéj to chwilowe wzburzenie lepszych uczuć.
Nędzna towarzyszka złodziei i złoczyńców wszelkiego rodzaju,.... nikczemny mieszkaniec najniższych, najpodlejszych jam, — wspólniczka wyrzutu najgorszego więzień i galarów,..... ta istota, która się sama szubienicy obawiać musiała,...... nawet ta hańbą, i wstydem pokryta istota za nadto wiele dumy w sobie czuła, aby okazać miała choć najmniejszą iskierkę kobiecości uczucia, które w oczach jéj słabością było; a jednak ono tylko jedno z ludzkością całą jeszcze ją łączyło, któréj ślady i oznaki wszelkie życie wszeteczne, rozpustne, zdrożne z powierzchowności jéj zupełnie wytarło.
Podniesła oczy o tyle, aby spostrzedz, iż ta postać, która weszła téj chwili, była to postać dziewczyny młodéj, smukłéj, ładnéj; potém je na dół spuściła, głową z udaną obojętnością wstrzęsła i rzekła:
— Było to bardzo trudno dobić się do panny i wyjednać sobie u niéj rozmowę. Gdybym tak bardzo drażliwą była, byłabym się mogła obrazić i odejść, coby każda inna na mojém miejscu zrobiła, a tegobyś panna była kiedyś pożałowała i to nie bez przyczyny.
— Bardzo mnie to boli, jeżeli się kto z tobą, moja dziewczyno, niegrzecznie i rubasznie obszedł, — odpowiedziała Rózia. — Proszę o tém nie pamiętać i powiedzieć mi, dla czegoś ze mną widzieć się pragnęła. Ja jestem tą samą osobą, któréjś pragnęła.
Głos miły dziewczyny, przyjacielski, z jakim tę odpowiedź wyrzeczono, grzeczność w całym jéj układzie rozlana, brak wszelkiéj dumy, wyniosłości lub przykrości, zdziwieniem i podziwieniem biedną Nancy przejął, tak że się rzewnie rozpłakała.
— Ach panno! panno! — zawołała, załamała ręce z boleścią, i zakryła sobie twarz niemi — gdyby więcéj tobie podobnych na świecie było, byłoby daleko mniéj podobnych do mnie,...... o niezawodnie! —
— Proszę usiąść, — rzekła Rózia serdecznie; — mowa twoja mnie wzrusza i rozczula. Jeżeli ubóstwo, niedostatek, lub smutek, troski cię nękają, powiedz śmiało, a ja się będę starała ci je ulżyć, jeżeli siły moje na to wystarczą,...... bądź tego pewną. Proszę usiąść. —
— Proszę mi stać pozwolić, panno! — odpowiedziała dziewczyna, płacząc; — proszę tak mile, tak łagodnie do mnie nie przemawiać, dopokąd mnie panna bliżéj nie poznasz. Już późno, bardzo późno! czy te drzwi zamknięte?
— Zamknięte, — rzekła Rózia, cofając się w tył o parę kroków, jakby nieco bliżéj pomocy być pragnęła na przypadek, gdyby potrzeba jéj wypadła. — A to dla czego?
— Dla tego, — odpowiedziała dziewczyna, — iż życie moje własne, i życie wiele innych osób w ręce twoje panno oddać zamyślam. Ja to jestem tą samą dziewczyną, która małego Oliwera schwytać i do starego Fagina napowrót sprowadzić pomogła owego dnia, kiedy go z Pentonville z poleceniem i pieniędzmi do miasta wysłano.
— Ty! — zawołała Rózia Maylie.
— Tak jest, ja, moja panno, — odpowiedziała dziewczyna. — Ja to jestem tą nikczemną istotą, o któréj ci opowiedziano,.... żyjącą pomiędzy złodziejami, rabusiami, a która jeszcze nigdy lepszego życia nie zaznała, odkąd zmysłami swojemi przytomnie władnąć się nauczyła, a oczy jéj ulice Londynu zobaczyły, ani téż miłego, przychylnego słówka od nikogo nie słyszała, jak mi Bóg miły! prócz tych, któremi mię towarzysze moi witali. Nie wzdrygaj się wcale, moja panno, ze zgrozą na mnie spoglądać!...... Ja jestem młodszą, jakbyś z pozoru mojego sądzić mogła, lecz śród występku i rozpaczy się podstarzałam przed czasem. Kobiety najuboższe, najnędzniejsze oddalają się odemnie i unikają mego spotkania, jeżeli przez najludniejsze nawet ulice się przeciskam.
— Jakie życie okropne!
Zawołała Rózia, oddalając się od niéj jeszcze bardziéj mimowolnie.
— Dziękuj Bogu codziennie na klęczkach, moja panno, — ciągnęła dziewczyna, — żeś znalazła przyjaciół, którzy w dziecieństwie twojém staranie koło ciebie mieli i cię pielęgnowali, i żeś nigdy tak jak ja od kolebki mojéj chłodem i głodem nękana, zepsuciem, zdrożnością, zbrodnią i czémś jeszcze gorszém od tego wszystkiego,.... zewsząd otoczona nie była. Ja to śmiało powiedzieć mogę, gdyż najlichsze ulice i jamy najokropniejsze były mojém codzienném łożem, i łożem śmierlelném z pewnością także będą.
— Twój los litość szczerą we mnie wzbudza! — rzekła Rózia głosem drżącym. — Słysząc cię, serce mi się kraje.
— Niech cię Bóg błogosławi za twoję dobroć, droga panno. — odpowiedziała dziewczyna. — Gdybyś wiedziała co się we mnie czasami dzieje, jakie uczucia sercem mém miotają, tobyś się z pewnością mocno nademną litowała. Musiałam się pokryjomu wykraść od tych ludzi, którzyby mię z pewnością natychmiast zamordowali, gdyby się o tém dowiedzieli, żem tutaj przyszła wyjawić ci to wszystko, com od nich podsłuchała. Czy pannie znajomy jest człowiek, imieniem Monks?
— Nie, — odpowiedziała Rózia.
— Ale on cię zna, droga panno, — odpowiedziała dziewczyna, — i wie o tém także, iż tutaj jesteś, gdyż to od niego o tém mieszkaniu się dowiedziałam, któregobym inaczéj nigdy nie była znalazła.
— Jeszczem tego nazwiska nigdy nie słyszała, — odpowiedziała Rózia.
— Musi to być zatém nazwisko przybrane, które w naszém towarzystwie jedynie nosi, czego się już dawniéj domyślałam, — odparła dziewczyna. — W kilka dni po owym wypadku, kiedy Oliwera do mieszkania pani nocą przez okienko wsunięto, aby dom okraść, podsłuchałam rozmowę pomiędzy nim a Faginem w ciemności,.... mając go już dawno w wielkiém podejrzeniu. Wtedy to dowiedziałam się z tego, co do siebie mówili, że Monks, — ten człowiek, o którym pannie poprzód wspomniałam,.... panna wie...
— Wiem, wiem, pamiętam..... — odpowiedziała Rózia. —
— ..Że Monks, — ciągnęła daléj dziewczyna, — Oliwera w towarzystwie kilku innych chłopców owego dnia zobaczył, kiedy go po raz pierwszy z domu wypuszczono, i natychmiast go poznał, że on jest tym samym chłopcem, na którego już od tak dawna czatował, lubo tego żadną miarą odgadnąć nie mogłam, dla czego? Monks zrobił z Faginem, owym Żydem, ugodę, że ma wiele za to zapłacić, jeżeli Oliwera jakim sposobem będzie mógł napowrót do siebie dostać, a więcéj jeszcze za to, jeżeli go na złodzieja wykieruje, co dla tego Monksa ważną i pożądaną rzeczą być się zdawało. —
— Lecz w jakim celu? — zapytała Rózia skwapliwie. —
— Tegom już słyszeć nie mogła, gdyż oni cień mój na ścianie spostrzegli, kiedym pode drzwiami stała, aby ich podsłuchać, — odrzekła dziewczyna, — a przekonana jestem, żeby nie wiele takich się znalazło, którzyby wtedy tak zręcznie ukryć się byli umieli, aby ujść ich prześladowaniu, gdy na to odkrycie z izby wypadli i za mną wszędzie szukali. Lecz ja uciekłam, i nie słyszałam nic więcéj o nim, dopiero wczoraj.
— A cóż się wtedy wydarzyło?
— Zaraz ci to opowiem, droga panno. Wczoraj wieczór on znowu przyszedł. I teraz obaj do innéj izby na drugie piątro razem się wynieśli, a ja się także za nimi udałam, i tak ostróżnie do drzwi przytuliłam, że mię spostrzedz niemogli, i znowum ich podsłuchała. Pierwsze com z ich rozmowy usłyszała, były słowa następne: „Tak więc ostatnie świadectwa i dowody jego rodu leżą na dnie rzeki, a ta stara czarownica, która je matce jego umierającéj skradła, gnije teraz w swéj trumnie.“ — Obaj się potém serdecznie rozśmiali, i rozmawiali o szczęśliwém uskutecznieniu tego przedsięwzięcia, a Monks, mówiąc jeszcze daléj o tym chłopcu, rzekł z niewypowiedzianą wściekłością, że lubo teraz majątek tego przeklętego chłopca bez wszelkiéj obawy do niego należy, wolałby go był na inny sposób dostać; gdyż on tego nawet określić nieumie, jaką rozkoszą by to dla niego było, gdyby testament ojca przez to był mógł wywrócić, iżby tego chłopca z więzienia do więzienia włóczono, i w końcu za jaką zbrodnię wielką przed sąd stawiono, na śmierć lub wywiezienie z kraju osądzono, coby Fagin z łatwością był mógł uskutecznić, ciągnąc przytém z niego korzyść tak długo, jakby się tylko było dało.
— Co to wszystko ma znaczyć?....co to jest? — zawołała Rózia.
— Prawda, panno, szczera, ista prawda, lubo z ust moich wychodzi, — odpowiedziała dziewczyna. — A potém dodał, zionąc przekleństwa, do których ucho moje przyzwyczajone, lecz twojem panno zupełnie są obce, nieznane, żeby chętnie życie chłopcu odebrał dla zaspokojenia swéj nienawiści i zemsty, byle tylko bez niebezpieczeństwa dla swego własnego gardła to mógł uczynić; ale żeby to na teraz rzeczą bardzo niebezpieczną dla niego być mogło, więc oka od niego ani na chwilę nie odwróci, wszędzie za nim czatować, wszędzie go prześladować będzie, co z łatwością uczynić zdoła, jeżeli owe wydarzenia, które go dotąd spotkały, zręcznie na korzyść swoję użyć zechce. „Mówiąc słowem Faginie! — dodał, — jakkolwiek jesteś Żydem, to ani wyobrażenia niemasz o tych podstępach, których użyć zamyślam, aby tego małego braciszka mojego Oliwera zgnębić i zgubić!“
— Jego brata! — zawołała Rózia, załamując ręce.
— Tak przynajmniéj powiedział!
Odparła Nancy, obglądając się z trwogą naokoło, jak to zwykle dotąd czyniła, nim rozmowę swoję z Rózią rozpoczęła, gdyż cień groźny Billa ciągle przed oczyma jéj stawał.
— I coś więcéj jeszcze. Kiedy o tobie panno i twéj opiekónce czcigodnéj mówił, i rzekł, iż się niebo lub piekło przeciwko niemu sprzysiądz musiało, że się Oliwer do was dostał, rozśmiał się szydersko, mówiąc, że i w tém wielka jeszcze pociecha dla niego leży, gdyż on wie dobrze ilebyś tysięcy i stotysięcy funtów za to panno chętnie dała, gdybyś się tylko dowiedzieć mogła, kto jest ten twój ulubiony piesek dwunożny.
— Spodziewam się, iż niechcesz utrzymywać, — odpowiedziała Rózia, zbledłszy jak chusta, — że on to szczerze powiedział?
— On to szczerze mówił, tak szczerze, jak człowiek jemu podobny tylko mówić może, — odparła dziewczyna, wstrząsnąwszy głową. — Jest to człowiek, który żartować nie lubi, jeżeli nienawiść sercem jego miota. Ja znam bardzo wielu, którzy nie jedną zbrodnię większą popełnili, ale ja bym wolała stokrotnie chętniéj z nimi, jak z tym człowiekiem mieć do czynienia. Ale już bardzo późno w nocy, a ja do domu powrócić muszę niewzbudziwszy najmniejszego podejrzenia, iż w tym celu tak daleko chodziłam. Muszę jak najprędzéj do domu pośpieszać.
— Cóż ja jednak uczynić mogę? — zawołała Rózia, — na cóż mi się ta cała wiadomość zda bez ciebie, moja dziewczyno! Chcesz powracać! Czyż możesz tęsknić za towarzyszami, którycheś mi w tak ciemnych i okropnych barwach dopiero co odmalowała? Jeżelibyś tę wiadomość powtórzyć chciała pewnemu panu, którego natychmiast z przyległego pokoju przywołać mogę, tobyśmy cię potém najdaléj za pół godziny w miejsce bezpieczne odesłać mogli.
— Lecz ja chcę do siebie powrócić, — odparła dziewczyna; — ja muszę nawet do siebie powrócić, dla tego że,.... lecz czyż mogę ucho takiéj niewinnéj dziewczyny podobném wyznaniem razić?.... dla tego że pomiędzy owymi ludzi, o których pannie już wspominałam, znajduje się jeden, i najniebezpieczniejszy z wszystkich, którego mi opuścić niepodobna; nie.... nie.... nawet i wtedy nie, gdybym się przez to od tego życia, którem dotąd wieść była zmuszona, wybawić i oswobodzić mogła.
— Twoja gorliwość i troskliwość o dobro tego drogiego chłopczyny, — rzekła na to Rózia, — twoje do mnie przybycie bez względu na wszelkie niebezpieczeństwa ci grożące, aby mi to opowiedzieć, coś o nim słyszała; twoje całe wzięcie, przekonywujące mię o prawdzie tego coś mi doniesła,... twój żal widoczny, skrucha i uczucie wstydliwości, to wszystko mi jasno dowodzi, żebyś się jeszcze poprawić, i życie inne rozpocząć była w stanie. O! — zawołała ta dziewczyna, złożywszy ręce, a łzy czułéj litości po licach jéj płynęły; — o usłuchaj błagania i prośby istoty, do twéj własnéj płci należącéj;.... pierwszéj,... tak jest pierwszéj może, która do ciebie z tém uczuciem szczeréj litości i współczucia przemawia. Usłuchaj méj prośby;.... daj się namówić,.... i przezemnie życiu lepszemu uzyskać.
— Ach panno, — zawołała dziewczyna padając na kolana, — droga, miła, dobra, anielska panno! tak jest, ty jesteś pierwszą, która mnie kiedykolwiek takiemi słowy szlachelnemi, zbawiennemi jak te, uszczęśliwiła; a gdybym je była przed kilku laty jeszcze pierwéj usłyszała, byłyby może życie moje od grzechu, występku, zbrodni odwiodły, odwróciły;.... ale teraz już późno,.... za nadto późno!
— Na żal i pokutę nigdy nie jest zapóźno! — odparła Rózia.
— Lecz nie dla mnie! — zawołała dziewczyna, załamawszy ręce w okropnéj rozpaczy. — Ja go teraz opuścić niemogę;.... niemogę się stać przyczyną jego śmierci.
— A to jakim sposobem? — zapytała Rózia.
— Nicby go zbawić niemogło, — odpowiedziała dziewczyna; — gdybym to przed innymi wyjawiła, com téj chwili tobie panno powierzyła, i więzienie przez to na niego sprowadziła, nicby go wtedy od śmierci zbawić niemogło. Jest on najśmielszym z wszystkich i nie jedno okrucieństwo już popełnił!
— Czy to być może? — zawołała Rózia, — ażebyś dla takiego człowieka wszelkiéj nadziei na przyszłość wyrzec się miała, wszelkiéj pewności rychłego wybawienia i prowadzenia życia lepszego, swobodniejszego? To prawdziwe szaleństwo!
— Ja niewiem wcale co to jest? — odpowiedziała dziewczyna, — ja tylko o tém wiem, że tak jest w istocie, a to nie tylko ze mną jedną tak się dzieje, ale i z tysiącem innych, niemniéj zepsutych i nikczemnych odemnie. Lecz ja koniecznie powrócić muszę. Niewiem, czy to nie jest skutek Bożego gniewu na mnie za to złe, które uczyniłam, ale ja czuję, że mię pomimo wszelkie plagi i złe obejście, coś nieprzezwyciężonego do niego ciągnie, któremu bym wtedy nawet uledz musiała, gdybym przekonaną była, że z jego ręki jeszcze zginę.
— Cóż mam więc czynić? — zarzuciła Rózia; — właściwie niepowinnabym cię puszczać.
— Nie, nie, panno,.... tego uczynić niemożesz, i ja wiem że nieuczynisz, abyś mię tutaj zatrzymać miała, — odpowiedziała dziewczyna podnosząc się z ziemi. — Ty mię wolno wypuścisz dla tego, żem twojéj dobroci zaufała, i żadnego przyrzeczenia od ciebie poprzód nie żądała, cobym bardzo łatwo była uczynić mogła.
— Na cóż się mi więc zda ta wiadomość, którąś mi przyniosła? — odparła Rózia. — Tę tajemnicę musimy koniecznie rozświecić; inaczéj niewidzę, jaka korzyść by z twego doniesienia dla Oliwera wypaść mogła, którego jak widzę szczerze zbawić pragniesz?
— Musisz panna mieć zapewnie jakiego dobrodusznego i usłużnego przyjaciela, który tę tajemnicę wysłucha i potém ci poradzi, co uczynić wypadnie? — odpowiedziała dziewczyna.
— Gdzież cię jednak będę znaleść mogła, na przypadek gdyby mi cię koniecznie potrzeba było? — spytała Rózia. — Ja się niechce wcale dopytywać, gdzie owi okropni ludzie mieszkają, jabym jedynie wiedzieć chciała, gdzie się o pewnym, oznaczonym czasie znajdować, lub też którędy przechodzić będziesz?
— Czy mi panna przyrzecze, że tajemnicy mojéj ściśle dochowasz, i sama tylko na ową schadzkę przyjdziesz, a przynajmniéj w towarzystwie jednéj tylko osoby, któréj to wszystko będzie wiadome, i że nikt na mnie czatować lub za mną śledzić niebędzie? — spytała dziewczyna.
— Przyrzekam ci to uroczyście, — odpowiedziała Rózia.
— Każdéj niedzieli pomiędzy jedynastą a dwunastą godziną w nocy będę się przechodzić po moście Londyńskim, jeżeli przy życiu zostanę, — rzekła wtedy dziewczyna bez wahania.
— Jeszcze jedno słówko! — zawołała Rózia, widząc że się dziewczyna ku drzwiom zwraca. — Pomnij jeszcze raz dobrze na swoje własne położenie, i tę sposobność, która ci się nastręcza wybawienia się od tego okropnego życia. Uzyskałaś sobie pewne prawo do mojéj pomocy; nie tylko dla tego, żeś mi tak ważną wiadomość przyniosła, tak wielką tajemnicę wyjawiła, ale i jako kobieta na wieki już prawie stracona. Czy chcesz koniecznie do tych ludzi okropnych, tych zbójców i owego groźnego człowieka powracać, kiedy jedno słówko twoje zbawić cię może? Jakiż to urok cię do nich na powrót ciągnie i do tego życia w nędzy, niedostatku i występku nęcić może? O! czyż niema żadnéj strony słabéj w twojém sercu, w którąbym uderzyć mogła?.... czyż niema w niém żadnego uczucia, które bym przeciwko temu postanowieniu twojemu okropnemu w pomoc wezwać mogła?
— Jeżeli tak młoda, dobra, i piękna kobieta jak ty, panno, — odparła dziewczyna stanowczo, — serce swoje kochankowi odda, miłość ono do wszystkiego zdolném czyni,.... zwłaszcza jeżeli do ciebie panno jest podobną, co masz krewnych, przyjaciół, licznych wielbicieli,.... i posiadasz zatém coś, czém ono zapełnić możesz. Lecz jeżeli kobieta taka jak ja, która żadnego przytułku nieposiada, chyba grób, żadnéj strzechy własnéj, chyba wieko od trumny, żadnego przyjaciela lub pocieszyciela w chorobie, chyba dozorczynię w szpitalu, serce swoje gnijące jakiemu mężczyźnie odda, i pozwoli mu w niém zapełnić miejsce rodziców, krewnych, przyjaciół, lub też to, które przez cały czas naszego haniebnego życia, miejscem próżném, pustém było, któż się może spodziewać nas wyleczyć? O lituj się,.... lituj nad nami panno, żeś my tylko jedno jeszcze uczucie kobiece zachowali, a że i to uczucie w skutek kary ciężkiéj nieba zamiast być naszą pociechą i dumą, owszem przekleństwem i źródłem nowych cierpień, nowych udręczeń się staje.
— To przynajmniéj chciéj przyjąć odemnie jaką pomoc małą, — rzekła Rózia po chwili, — któraby ci bez hańby żyć dozwoliła, przynajmniéj tak długo,..... dopokąd się powtórnie z sobą nie zobaczemy?
— Nieprzyjmę ani grosza! — odpowiedziała dziewczyna, skinąwszy ręką.
— Niezamykaj twego serca na moje porady, na moje ofiary, aby ci pomódz, — rzekła Rózia postępując grzecznie ku niéj. — Ja sobie szczerze życzę w czémkolwiek ci usłużyć.
— Najlepiéj mi usłużysz, największe dobrodziejstwo wyświadczysz, droga panno, — odpowiedziała dziewczyna, załamując ręce, — jeżeli mi to życie odebrać możesz; gdyż ta myśl: czém jestem, daleko większą boleść dzisiejszego wieczora sercu memu sprawiła, jak ono kiedykolwiek już doznało, a byłoby to dla mnie wielką pociechą w tym piekle nieumierać, w którym dotąd mieszkałam. Niech cię Bóg błogosławi, droga, luba panno, i niech tyle szczęścia na ciebie zeszle, ile ja hańby na siebie ściągnęłam!
Z temi słowy, śród łkania płaczu boleśnego, ta istota nieszczęśliwa, litości godna, z domu się oddaliła, a Rózia Maylie, przygnieciona tą szczególną rozmową, mającą więcéj podobieństwa do sennego marzenia płochego, jak prawdziwego zdarzenia, padła na krzesło, i zaczęła myśli swoje zbierać, aby przytomność i pamięć odzyskać.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.