Odyseja (Homer, tłum. Siemieński, 1895)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Homer
Tytuł Odyseja
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Lucjan Siemieński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

Odyseja.

Wszyscy uczestnicy wyprawy trojańskiej dawno już wrócili do domu, tylko Odysej marnieje w niewoli u nimfy Kalipso, która chce go koniecznie zatrzymać przy sobie, biorąc za małżonka. Tymczasem na wyspie Itace okoliczni panowie, pewni, że Odysej już nie żyje, zalecają się natrętnie wiernej jego żonie Penelopie i, nie zważając ani na nią, ani na dorastającego jej syna Telemacha, gospodarzą swawolnie w domu królewskim, dopóki jednego z nich nie wybierze za męża. Wreszcie lituje się nad Odysejem Atena i, korzystając z nieobecności Posejdona, nieprzejednanego wroga jego, prosi Zeusa, żeby się ujął za nieszczęśliwym jeńcem. Zeus przychyla się do prośby córki, czem zachęcona Atena pośpiesza do Itaki, namawia Telemacha do wyruszenia na poszukiwanie ojca i pod postacią Mentora towarzyszy mu w podróży. Telemak odwiedza Nestora w Pylos i Menelausa w Sparcie; Menelaus powtarza mu opowieść Proteusza, według której ojciec jego siedzi zapewne w niewoli u nimfy Kalipso na bezludnej wyspie Ogigii. Zalotnicy, zauważywszy nieobecność Telemacha, dowiadują się, co uczynił, i postanawiają zgładzić go, gdy będzie wracał, i w tym celu urządzają na morzu zasadzkę. Pod ten czas Odysej, uwolniony na rozkaz Zeusa przez nimfę, buduje sobie tratwę, a gdy powiał wiatr pomyślny, puszcza się na morze.

I tak dni siedemnaście pruł bezbrzeżne tonie:
W następnym ujrzał góry feackie w oddali,
Gdyż Feacy najbliżej tych tam stron mieszkali —
I te góry on widział jak tarczę zamgloną.
Właśnie od Etyopów, gdzie go tak raczono
Wracający Posejdon ze Solymskiej góry
Ujrzał, jak Odys płynął — i wnet gniewu chmury
Wybiegły mu na czoło, wstrząsł się, i sierdziście:
„Oho! — rzekł — coś innego bogi oczywiście
Myślą zrobić z Odysem; znać, żem nie był z niemi!
Bo już się do Feaków zbliża, gdzie z długiemi
Nędzami swych przeznaczeń kończąc, do Itaki
Wróci; lecz czekaj, jeszcze dam ci się we znaki!“
Rzekł, i bałwany wzruszył; chmur zgromadził nawał,
Trójzębem rozkaz wiatrom, jakie są, wydawał,
Aby dęły zaciekle; w tuman ląd i morze
Gęsty obwinął — że się stała noc na dworze;
Zerwał się i dął Eurus, Not, toż Zefir wściekły,
Toż mrożący Boreasz — i przestwór wód siekły.
A w Odysie zadrżało serce, drżą kolana:
Westchnąwszy, w sobie rzekła dusza niezłamana:
„Biada mi! czegoż ja tu nie dożyję jeszcze!
Nimfy słowa, jak widzę, sprawdzają się wieszcze:
Gdy przed powrotem do dom, mówiła, że w biédzie
Będę wielkiej na morzu. Ot do tego idzie!
Cóż tu chmur na niebieskie stropy Zews napędza;
Jak morze wzdyma; a jak wicher każdy, by jędza
Szaleje! — Teraz pewnie kres mój ostateczny.
Trzy, czterykroć szczęśliwy każdy Grek waleczny,
Co legł pod Troją, walcząc za swoje Atrydy.
Czemużem nie legł z nimi; czemu ostrzem dzidy
Nie przepędził mię który, kiedym bronił trupa
Pelida, a mnie grotmi parła Trojan kupa!
Byłbym pogrzeb miał piękny, w Achai — bym słynął —
Gdy teraz tak nędzną śmiercią będę ginął!“
Mówił to — wtem spiętrzony bałwan się nań rzucił
Wściekle, z góry w łódź lunął, zakręcił, przewrócił...

A i jego z pomostu zmiotło; ster mu z pięści
Wyrwało; a masztowe drzewo na dwie części
Zgruchotane, runęło wichrem, co szaleje
I co jednym podmuchem zdarł żagle i reje...
Długo nurzał się w głębi Odys, choć co siły
Chciał wzbić się ponad wały, które go topiły.
Lecz darmo! Od Kalipsy suknie dane darem,
Nasiąknięte, ciągnęły na dno swym ciężarem.
Przecież wybił się na wierzch: morską wodę usty
Wypluł — z czaszki się lała całemi upusty.
Wżdy w tej trwodze o tratwie nie zapomniał wcale:
Dopadł do niej, przez wzdęte przebiwszy się fale,
I od śmierci niechybnej był uratowany.
Tam i sam statkiem jego miotały bałwany;
Jak Boreasz w jesieni suche osty miecie
Polem, a to splątane trzymają się przecie.
Tak i tratwą wichura tu i owdzie miota:
Boreasz ją na pastwę posyła do Nota,
Eur cisnął Zefirowi, by ją ścigał dalej....

Po niejakiej chwili znowu

Lądowstrzęsca Posejdon słał nań wał spiętrzony,
Ogrom jego rósł nad nim i lunął nań z góry —
A jako wicher plewy rozmiata i wióry
Z kupy, i tu i owdzie po polu je pędzi —
Tak rozmiótł jego tratwę. Odysej krawędzi
Belki uczepion, siedział jak na koniu na niéj.
Z darowanych przez nimfę wyzuł się ubrani...
Potom w nurt skoczył, fale rozcinał ramieniem
I raźnie płynął. — Widzi to morskich bóg toni,
Chmurnie głową potrząsa i te słowa roni:
„Płyńże, płyń! przez te wały przebijaj się w trudzie,
Póki się nie dostaniesz między zbożne ludzie —
Myślę, że ci tą biedą dałem się we znaki!“
To rzekłszy, biczem zaciął grzywiaste rumaki
I do Egeów przybył, gdzie miał gmach wspaniały.
Wtem Atenę już inne myśli podleciały.
Nagle wiatry, co dęły, naraz w kluby bierze,
Ucisza je i każe iść na swoje leże;
Li Boreasza pędzi, by wiał jego drogą
I fale łamał przed nim, póki na ląd nogą
Feacki on nie stąpi, ocalon z rozbicia.
Tak przez dwa dni, dwie straszne noce broniąc życia
Od fal napaści, z morzem bił się bez ustanku;
Aż gdy w dniu trzecim zorza zeszła o poranku,
Naraz wiatr ucichł; niebios pogodne błękity
Odbijała wód szyba — a on falą wzbity
W górę, mógł już wyraźnie brzeg lądu rozpoznać.

Radość to, jakiej dziatwa może tylko doznać,
Gdy jej ojciec, gorączką śmiertelną trapiony,
Już-już kona, okrutnie męczon przez demony...
Naraz wraca do zdrowia; niebo gwoli dzieci
Uzdrawia go — taż radość w oczach mu zaświeci,
Gdy ujrzał ląd i lasu rąbek. Więc dołoży
Rąk i nóg, by do brzegu dobił się tem skorzej.

Wydostawszy się na ląd, Odysej znajduje gościnny przytułek u Alkinoja, króla Feaków. Alkinoj na wiecu postanawia odesłać rozbitka do domu, a tymczasem wyprawia dla niego ucztę, na której ślepy pieśniarz domowy Demodok opiewa spór Odyseja z Achillesem. Alkinoj dostrzegł wzruszenie gościa i zaproponował biesiadnikom szermierki gimnastyczne.

Rzekł i wyszedł, a za nim wyszła gości rzesza.
Keryks dźwięczną formingę na kołku zawiesza,
A pieśniarza za rękę wyprowadza z sali,
Wiedzie drogą, po której kniaziowie zdążali,
Idący na szermierskie patrzeć się igrzyska.
I tak szli wśród wielkiego gminu zbiegowiska
Aż na plac. Tam w zapasy z sobą wystąpili
Co najprzedniejsi z paniąt. Zaraz się schwycili
Akroneos, Okialos, dalej Elatreus,
Nautej, Prymnej, Achialos, z nimi Eretmeus,
Anabezynoj, Pontej; Prorej wyzwał Tona,
Amfial, syn Polimeja, co zrodzon z Tektona,
I Euryal, waleczny jak Ares, bóg wojny;
Toż Naubolides, wzrostem, kształtem tak przystojny,
Jak żaden — chyba tylko Laodam jedyny.
Wreszcie Alkinoosa dziarskie, rosłe syny:
Laodamos, toż Kalios, Klitonej, w zawody
Spróbują, kto do mety dobiegnie z nich wprzódy.
Od miejsca aż do kresu wytknięto im gony.
Kopną się: i biegł z nimi polem kurz wzniecony,
Alić wszystkich Klitonej pozostawił w tyle;
Jak dwa muły sprzęg wołów prześcigną — o tyle
On swych braci przegonił i przypadł do celu.
W twardych zapasach siłę sterało tam wielu;
Zaś Euryal szermierzy co najlepszych pobił;
Amfialos najbujniejszy skok ze wszystkich zrobił;
W miotaniu kręgiem jeden Elatrej miał szczęście;
Laodamos najkrzepszy z wszystkich był na pięście.
Gdy widok tych tam igrzysk serca już nasycił,
Syn Alkina Laodam te słowa pochwycił:
„Sam tu moi! Spytajcie ot gościa, czy zna się
Na szermierce? czy szermierz? kształtem zacny zda się;
Bo te lędźwie, te łydy, te żylaste bary,
Kark gruby, pierś wypukła mówią, że chłop jary
I ognisty; lecz widać, że zjadła go nędza;
Woda morska to ponoś najzjadliwsza jędza

I najtęższego chłopa naraz z nóg obala“.
Na to wyszła odpowiedź ta z ust Euryala:
„Trafnieś rzekł, Laodamie; jeśliś tak ochoczy,
Idź sam do niego, powtórz mu to samo w oczy“.
Więc gdy syn Alkinoja usłyszał zachętę,
Przedarł się do Odysa przez tłumy ściśnięte.
„Gościu! pójdź z nami, w szrankach spróbuj się — powiada —
Jeśli umiesz; lecz pewnie tyś szermierz nielada.
Jakaż piękniejsza sława człeka wyżej wzbije,
Jak gdy rąk i nóg siłą przeciwnika zbije?
Więc spróbuj i te myśli chmurno strząśnij z duszy.
Odeślem cię niebawem — okręt twój wyruszy
Przygotowan w przystani, czeladź też gotowa“.
Na to przebiegły Odys odparł mu w te słowa:
„Czemu mnie wyzywacie? czy z urągowiska?
Moje troski mi bliższe, niżli te igrzyska,
Bom się dużo nacierpiał i tak się wciąż biedzę,
Że jeśli w zgromadzeniu waszem tutaj siedzę,
To wciąż rwę się do domu i błagam w tęsknocie
Króla i lud, niech radzą o moim powrocie“.
Na to Euryal tak mu z przekąsem odrzecze:
„Zaprawdę, tobie z oczu nie patrzy, człowiecze,
Byś się znał na szermierskich, szlachetnych zabawach.
Z tycheś raczej, co żywot swój trawią na nawach.
Możeś patron okrętu, włóczęga kupczący,
Stróż ładugi, towary sam dozorujący
Łapigrosz! Wcale miny nie masz na szermierza“.
Odysej na to wzrokiem ukośnie go zmierza:
„Nie znam cię, lecz źle mówisz, jak młokos zuchwały!
Wiedz, że bogi nie wszystko naraz wszystkim dały,
Tak urodę, jak rozum, jak wymowę świetną;
Toż niejeden, co postać wziął lichą i szpetną,
Otrzymał z łaski bogów taki dar mówienia,
Że gmin się nim zachwyca, gdy bez zająknienia
Tnie wdzięcznie i poprostu — podziwia go mnóstwo;
Idącego przez miasto tłum wita jak bóstwo!
Inny znów, chociaż kształtem niebianom podobny,
Nie potrafi się w sposób wysłowić nadobny.
Toż i ty, taki śliczny, że nawet bogowie,
Piękniejszego nie stworzą — a pustki masz w głowie.
Głupiem słowem aż do dna rozdarłeś mi serce —
Choć mogę ci zaręczyć, żem nie fryc w szermierce,
Jakeś twierdził. Jam niegdyś z pierwszymi się mierzył,
Pókim młodości mojej i ramionom wierzył.
Dzisiaj troski przysiadły; cierpiałem zbyt wiele
W bitwach z ludźmi, toż morskie zjadły mię topiele.
Lecz i dziś niezłomnego znajdziesz zapaśnika
We umie, tak mię twa mowa boli i dotyka“.

Rzekł to — i jak był w chlenie[1], wstał i wziął do ręki
Krąg ciężki i nabity i nie tak maleńki,
Jak te, które Feakom służą do zabawy.
Zamłyńcował nim, cisnął szparko z ręki prawej,
Aż warknął — aż i głowy pochylą Feaki
Do ziem, te zawołane na morzach flisaki.
Tak głaz huczał i dalej poza metę padnie
Puszczon z ręki. Atena, gdzie upadł, znak kładnie
I przemieniona w człeka, ku niemu się zwraca:
„Cudzoziemcze! i ślepy, co rękami maca,
Znalazłby głaz twój; z wszystkich najdalej on leży
Niezmieszany z innemi. O, niech się nie mierzy
Nikt tu z tobą; zwycięstwo zawsze jest przy tobie!“

Zwycięstwem tem podbija sobie Odyseusz Feaków: w dowód uznania i czci składają mu kosztowne upominki. Podczas wieczerzy Odyseusz prosi Demodoka, aby zaśpiewał o koniu drewnianym,

a gęślarz boskiem nuż śpiewać natchnieniem,
Jak jedni, na burtowne wsiadłszy już okręty,
Odbijali, gdy obóz trawił pożar wszczęty;
Jak inni wraz z Odysem przesławnym Achaje
W koniu siedzą, przez Trojan oblężeni zgraje —
Bo wróg sam tego konia wciągnął był do grodu.
A tak, gdy wkoło mnóstwo radziło narodu
Nad tym koniem, trojakie dając o nim zdanie:
Raz, aby gmach wydrążny dać na porąbanie;
Znów, by z murów zamkowych strącić go na skały;
Lub dla bogów zachować pomnik okazały —
Co się też wkrótce spełnić miało w rzeczy samej,
Bo Troi przeznaczeniem runąć, jeśli w bramy
Swe wpuści konia, w którym tylu tam heroi
Greckich siedziało, skrytych na zagładę Troi.
Dalej śpiewał, jak Grecy po mieście hulali,
Gdy się z brzucha zdradnego konia wysypali:
Jak na mury zamkowe leźli ci i owi;
Jak Odys w Deifoba dworzec, Aresowi
Podobien, wpadł z Atrydą Menelem we dwójkę;
Jak twardą mu tam przyszło z wrogiem stoczyć bójkę;
Jak go zmógł, bo Atena wsparła go ramieniem.
Tak śpiewał boski piewca. Odys z rozrzewnieniem
Słuchał go; łzy mu z powiek lunęły nawałem —
Tak zawodzi niewiasta nad mężowskiem ciałem,
Zabitem pod murami, co je piersią bronił,
By dzień hańby od dzieci i miasta odgonił...
Ona widząc, jak z śmiercią męczy się, jak kona,
Obejmuje go, wyje... a tu rozjuszona
Kupa wrogów włóczniami plecy jej okłada,

I wlecze w jasyr, gdzie ją trud czeka i biada,
Gdzie ból rozpaczy krasę z lic kwitnących wyssie...
Taki ból łzy wyciskał i tobie, Odyssie!

Alkinoj pyta gościa o przyczynę wzruszenia, o jego nazwisko i koleje. Odyseusz wyjawia, kim jest, i opowiada swoje przygody od chwili, gdy wypłynął z pod zdobytej Troi. Zapędzony burzą na nieznane morze, miał ciężką przeprawę z dzikim jednookim cyklopem, którego przez ciekawość chciał poznać i w tym celu, wziąwszy z sobą dwunastu ludzi, zapas wina i żywności, wysiadł na ląd i wszedł do jego groty. Nie zastali w niej olbrzyma; snać trzodę pognał na pastwisko. Na widok ogromnych zapasów serów, mnóstwa jagniąt i koźląt towarzysze srodze się napierali,

Bym dał im nabrać serów i drapnąć. Znów drudzy
Chcą na okręt gnać z obór ten dobytek cudzy,
Potem rozwinąć żagle i umykać cwałem.
Puszczam to mimo uszu (czemuż nie słuchałem!)
Chciało mi się go poznać, być jak gość podjętym —
Lepiej było się nigdy nie spotkać z przeklętym!

Cyklop wrócił dopiero nad wieczorem, wpędził trzodę do jaskini i zawalił wnijście ogromnym głazem, którego nie udźwignęłyby dwadzieścia dwa wozy czterokołowe. Wreszcie spostrzegł przerażonych gości i srogim głosem spytał, co za jedni i skąd przybywają? Nie zrobiła na nim wrażenia odpowiedź, że są greccy zwycięzcy zpod Troi, ani napomknienie, że Zeus czuwa nad podróżnymi.

Jędzon milcząc jął oczyma strzelać
I ręce wyciągnąwszy tam, gdzie stała czeladź,
Dwóch pochwycił i o ziemię cisnął, jak szczenięty —
Aż z czaszek mózg na ziem bryznął rozpryśnięty;
On zaś w sztuki podarłszy ciała, na wieczerzę
Pożarł ich, jak lew górski; a nawet się bierze
Do trzewiów, szpik wysysa i ogryza kości.

Po takiej wieczerzy usnął, a Odyseusz w pierwszej chwili chciał go zabić, ale zaniechał tego zamiaru, gdy przypomniał sobie, że nie byłoby komu odwalić kamienia, którym było zawalone wnijście. Nazajutrz rano

Dwóch ludzi znów mi porwał, sprawił do śniadania,
A zżarłszy ich, swą trzodę z jaskini wygania.
Jak nic głaz ów odsunął i znowu zastawił,
Rzekłbyś, że się z przykrywką u kołczana bawił.
I wielkolud gwizdając poszedł z trzodą swoją
W góry... a mnie tysiączne zamiary się roją
Do zemsty; byle pomoc dała mi Pallada!
Z wszystkich jednak najlepszą ta zdała się rada:
Pod obórką znalazłem drzewo jakieś duże
Z oliwnika ucięte; snać, nim zeń wystruże
Maczugę, chciał wysuszyć i rzucił ten kawał...
Drąg ten długości masztu, grubości masztowej,
Uciąłem był na sążeń; zachęcając słowy
Mych ludzi, aby kół ten do gładka siekierą
Ociosali; do czego rączo się zabierą.
Jam zaś koniec zaciosał i w ognistym żarze,

Ażeby hartu nabrał, osmalić go każę.
Poczem ożóg ten w mierzwę przed wzrokiem cyklopa
Skryłem, albowiem mierzwy była pełna szopa.
Schowawszy, wzywam czeladź, by losem ciągnęła,
Którym z nich padnie ze mną zabrać się do dzieła
I ożóg wbić mu w ślepie, zawiercić co siły,
Gdy spać będzie; i losy na czterech trafiły,
Których sobie życzyłem; ja sam byłem piąty.
O zmroku wrócił cyklop w domowe zakąty...
Głaz uchylon, gdy z paszy wracały bydlęta,
Teraz spuścił i brama szczelnie już zamknięta.
Zasiadł więc i jął kozy i owce beczące
Doić, lub pod nie sadzać jagnięta ssać chcące.
Z pracą gdy się uporał prędko, znowu bierze
Dwu naszych i sporządza sobie z nich wieczerzę.
Widząc to, jam się zbliżył doń o kroków parę
I rzekłem, niosąc w ręku wina pełną czarę:
„Pij, cyklopie! po mięsie ludzkiem wino służy!
Pij duszkiem — tego wina miałem zapas duży
Na statku; lecz w rozbiciu dla ciebiem ocalił
Ten bukłak, abyś mojej biedy się użalił
I odesłał do domu. Lecz cóż! tobą miota
Gniew taki, że nikomu nie przyjdzie ochota
Z śmiertelnych, próg twej jamy przestąpić bezpiecznie.
Oj cyklopie! tyś ze mną obszedł się niegrzecznie!“
Tak rzekłem; on wziął czaszę, wychylił do spodu,
I smakując, o drugą prosił tego miodu:
„Nalej jeszcze i gadaj, jak cię zowią, brachu,
Abym wet za wet mógł cię ugościć w mym gmachu?“..
Tak mówił — a jam pełną podał mu ochotnie;
I tak trzykroć nalaną, pił głupiec trzykrotnie.
Lecz gdy mocniej ów napój jął mu łeb zawracać,
Zacząłem pochlebnemi słowy zlekka macać:
„Chcesz wiedzieć? więc ci powiem, jakie miano noszę;
Toż wzajem o gościniec obiecany proszę.
Nikt — to moje nazwisko; Niktem woła matka,
Woła rodzony ojciec i woła czeladka“.
Rzekłem — a na to jędzon odrzekł: „Słuchaj, bratku!
Nikt zjedzon będzie; jednak zjem go na ostatku.
A tych tam pierwej pożrę — ot masz podarunek!“
Ledwo rzekł, runął na wznak; powalił go trunek.
Grzbietem tarzał się w kurzu; sen ciężki kamieniem
Przygniótł go, z paszczy wino lało się strumieniem,
Mięs kęsy wycharkiwał gardłem pijaczysko.
Wraz toż kół wydobywszy, wsadziłem w ognisko
Ostrzem, i serca druhów krzepiłem, by który
W samej chwili działania nie wlazł gdzie do dziury.
Już też i kół oliwny, acz mokry, w tym żarze

Rozgrzał się i na ostrzu płomień się pokaże.
Więc wyciągam go szybko; przy mnie moje zuchy
Stali tuż i bóg jakiś dodał im otuchy:
Bo razem pochwyciwszy, cyklopowi w oko
Wbili go; jam na ożóg wdrapał się wysoko
I kręcił — tak jak świder okrętową belkę,
Gdy jeden nim kieruje, a drudzy za szelkę
Z dołu ciągną — on leci pędem wirującym —
Tak i my tym ożogiem, jak żar pałującym,
Wiercim w ślepiu, aż ostrze krwią się zakurzyło;
Rzęsy, brew szczotkowatą zarzewie spaliło,
Wszystkie włókna trzeszczały, skwarząc się w źrenicy...
Jako kowal siekierę, ukutą w kuźnicy,
Kładzie w wodę do hartu, straszny syk powstaje,
Przez co mistrz swej robocie trwałą dzielność daje —
Tak syczało cyklopskie oko pod ożogiem...
Srodze zawył, aż wyciem odtętniła srogiem
Pieczara. My ze strachu wleźli w kąt głęboko.
Cyklop z oka kół wyrwał zbryzgany posoką
I od siebie precz cisnął w zajadłej wściekłości
I jął na gwałt cyklopy wołać, co w blizkości
Mieszkali po pieczarach skał wietrznych. Ci, owi,
Usłyszawszy krzyk wielki, w pomoc cyklopowi
Przybiegli i jaskinię obiegłszy dokoła,
Pytali, co się stało i po co ich woła?
„Polifemie! co tobie, że w tej nocy ciemnej
Tak wyjesz i nam spędzasz z powiek sen przyjemny?
Czy ci jaki śmiertelnik skoty twoje kradnie?
Czy samego morduje gwałtem albo zdradnie?“
Polifem na to z jamy tak im odpowiada:
Nikt mnie zdradą morduje; to nie gwałt lecz zdrada“.
Oni na to: „Jeżeli ciebie tu w jaskini
Nikt zdradą nie morduje, ni gwałtu nie czyni,
Toś chory z Zeusa woli, nic ci nie pomożem —
Módl się do ojca twego, który włada morzem“.

Oślepiając Polifema, Odyseusz ratuje się od śmierci, ale ściąga na siebie gniew Posejdona. Teraz zaczyna się prawdziwa niedola. Eol, bóg wiatrów, rozkazuje Zefirowi pędzić statki Odyseusza do domu, a inne wiatry dał mu w miechu zamknięte; ale gdy już zbliżał się do Itaki, usnął znużony, a jego towarzysze, mniemając, że w mięchu znajdują się skarby, rozwiązują go, aby je obejrzeć... Wymykają się wiatry i odrzucają nawy napowrót do wyspy Eola. Odpędzony przez Eola, który poznał, że nad nim ciąży gniew bogów, dopłynął tułacz do kraju Lestrygonów; ci ludożercy zatapiają jego nawy prócz tej, na której znajdował się sam Odyseusz. Na wyspie Eei czarodziejka Kirke zamienia towarzyszów jego w wieprzki; na szczęście Odyseusz pozyskuje miłość czarodziejki, wyzwala swoich i po rocznym u niej pobycie udaje się do krainy zmarłych, żeby tam od wieszcza Tejrezyasza dowiedzieć się swojej przyszłości. Tu, u wnijścia do Erebu zarzyna dla uczczenia zmarłych kozła i barana; do ich krwi tłoczą się dusze, a Odyseusz poznaje w ciżbie swoją matkę, Agamemnona, Achillesa i t. d. Tejrezyasz oznajmia mu, że po wielu przygodach wróci do domu, ale sam jeden. Odyseusz widzi w głębi Hadesu sędzię Minosa, udręczenia Tytyosa, Tantala, Syzyfa, poczem wraca na wyspę Eeję, a stąd przepłynąwszy obok wyspy Syren, pomiędzy Scyllą i Charybdą, które mu porwały sześciu ludzi, zawija do wyspy Trynakii, na której pasą się woły, poświęcone Heliosowi. Pomimo przestróg Odyseusza czeladź zabija woły; to też zaledwie statek puścił się w dalszą drogę, burza go rozbija, wszyscy toną i tylko Odyseusz wydostaje się na wyspę Ogigię, na której lat siedm przesiedział w niewoli u nimfy Kalipso.
Wysłuchawszy tej opowieści, Alkinoj odsyła Odyseusza do Itaki. Tu Atena dla bezpieczeństwa przemienia go w żebraka, okrytego łachmanami. Odyseusz posuwa się zwolna w głąb wyspy, ku miastu i przybywa do zagrody swojego pastucha nierogacizny Eumeja. Ten przyjmuje wędrownego dziada gościnnie, ubolewa przed nim nad losem zaginionego pana i skarży się na karygodną swawolę zalotników; gdy zaś usłyszał z ust gościa, że Odyseusz może powrócić, odrzekł:

„Nie myśl, starcze, że żona albo syn uwierzy
W to, co o nim donoszą przybłędy podróżne;
Tacy bowiem za kłamstwa i pochlebstwa próżne
Chcą gościnne przyjęcie wyłudzić w swej biédzie.
Toż gdy który włóczęga do Itaki przydzie,
Prosto sunie do pani i bajki jej gada;
Ona go podejmuje, o szczegóły bada;
Wzdycha za każdem słowem, łzy jej strugą cieką,
Jak zwyczaj u żon, którym mąż zginął daleko.
I ty mógłbyś jej bajkę zanieść tak uwitą,
Za coby cię chitonem i chleną okryto.
Ależ on, jej małżonek, dawno już umarły,
A psy i ptaki ciało z kości mu obżarły,
Lub zjadły ryby morskie; a kilka piszczeli,
Na brzeg rzuconych, gdzieś tam na piasku się bieli.
Niema go! swych przyjaciół zostawił w żałobie;
Mnie w największej! bo gdzieżbym znalazł pana sobie
Tak dobrego?

Nazajutrz do zagrody pastucha, prosto z nawy, którą tylko co szczęśliwie z wycieczki powrócił, przybywa Telemach i wysyła Eumeja do matki, żeby ją uspokoił. Po odejściu Eumeja Atena przywraca Odyseuszowi własną jego postać i ten daje się poznać synowi.

Młodzianek w zachwycie
Do serca cisnął ojca, łez wylewał strugi.
Rozbolał się, rozrzewnił tak jeden jak drugi;
Obaj głośno szlochali, kwiląc jakby ptaki,
Jastrzębie albo sępy, kiedy im chłopaki
Z gniazd wydrą nieudolne do lotu pisklęta:
Tak kwilili zawodząc oba niebożęta,
Że i słońceby zaszło, oni nie przestali...

Wtajemniczony w plan przyszłej walki z zalotnikami, Telemach udaje się do dworca królewskiego, a wkrótce potem, przemieniony znów w dziada, podąża do niego i Odyseusz w towarzystwie Eumeja. Biesiadujący zalotnicy oburzają się na żebraka, łają go i potrącają. Odyseusz znosi to cierpliwie, a wieczorem po rozejściu się biesiadników, wezwany do Penelopy, ma jej zakomunikować wieści o mężu. Wierna mężowi Penelopa żali się przed nim na swoją dolę i przykre położenie wobec zalotników.

„Powiem ci, że woń cnoty, urodę bogatą
Wydarli mi niebianie odtąd, gdy pod Troję

Szli Argeje, a z nimi Odys, szczęście moje.
Niechby on był powrócił i żył razem ze mną,
Sławąbym zajaśniała nie taką nikczemną!
Dziś z tęsknoty usycham, a różnych klęsk mnóstwo
Wciąż zsyła na mnie jakieś nieprzyjazne bóstwo.
Ilu bowiem władyków mieszka w tej tu stronie
Na lesistym Zakincie, Samie, Dulichionie,
I tych, którzy w słonecznej Itace rej wodzą, —
Wszyscy drą się do ręki mojej i dom głodzą.
Przeto mało się troskam o biednych żebrzących,
Lub cudzych, lub heroldów ludowi służących —
Jedno pamięci męża łzy moje poświęcam
I ciągle się natrętnym zalotom wykręcam.
Aż niebo mię natchnęło myślą wybiegliwą,
Żem na krosnach w mej izbie cieniutkie przędziwo
Nałożyła, by utkać ogromną oponę. —
I tak rzekłam do gachów: Chcecie mieć za żonę,
Mnie, wdowę po Odysie, młodzi oblubieńcy!
To czekajcie ze ślubem ni dłużej, ni więcéj,
Aż się zwinę z zaczętą na krosnach robotą!
Przędza w niweczby poszła — a mnie idzie o to,
Aby miał piękny całun Laertes mój stary,
Gdy go w czarnej godzinie śmierć weźmie na mary.
Toż szydziłyby ze mnie achajskie kobiéty,
Gdyby pan taki wielki leżał nieokryty.
Tak rzekłam wybiegliwie — i zmiękły ich serca.
Odtąd dniem pracowałam około kobierca,
Prując nocą przy żagwiach, com za dnia utkała;
Tak-em ich przez trzy roki wciąż oszukiwała.

Lecz niepoczciwe sługi zdradziły tajemnicę gachom i Penelopa musi nareszcie wybór wśród nich uczynić. Odyseusz pociesza ją zapowiedzią, że mąż wkrótce powróci, bo wiadomo mu z pewnością, że teraz gości u Feaków.

Roztropna Penelopa odrzekła mu słowy:
„Oby się twe spełniły, gościu, obietnice!
A tak cię udaruję, przyjaźnią zaszczycę,
Że każdy, co cię spotka, zazdrością zapała.
Lecz już wiem, co się stanie, jakbym przeczuwała:
Ani Odys nie wróci, ni ciebie w twe strony
Odeślą — bo ten dom nasz już osierocony.
Niema w nim Odyseja! Gdy on gospodarzył,
I gościa przyjąć umiał i hojnie obdarzył.

Mimo to wzruszona pomyślnemi wiadomościami królowa każe Euryklei, niegdyś piastunce Odysa, umyć nogi tułaczowi.

A starka miednik wraz przyniosła śliczny
Do nóg mycia i wlała w niego zdrój kryniczny,
Przymieszawszy coś wrzątku. Odys przy ognisku

Usiadł, lecz się odwrócił w ciemność od połysku,
Bowiem pomyślał sobie, że przy tem nóg myciu
Blizna, jaką ma, łatwo podpadnie odkryciu...
Właśnie starka tę bliznę pod dłonią spotyka —
A poznawszy — jak miała nogę jego w ręku,
Tak puściła — ta w miednik upadła i brzęku
Narobiwszy, naczynie z wodą przechybnęła.
Ona trwogą zadrżała, radością spłonęła,
Głos jej zastygł, a łzy się cisną — lecz wzruszenie
Przeszło... i już podbródek głaszcząc mu pieszczenie,
Rzekła: „Synu! Tyś Odys; jam ciebie, mój panie,
Nie mogła pierwej poznać, aż ot po tej ranie“.
I w stronę Penelopy wzrok jej promieniący
Znać dawał, że to mąż jej, Odys wracający.
Lecz królowa na migi te nie uważała,
Gdyż Atena gdzieindziej myśl jej skierowała.

Na szczęście udało się królowi uspokoić Eurykleję i skłonić ją do zachowania tajemnicy. Nazajutrz Penelopa z natchnienia Ateny zjawia się w komnacie biesiadnej, z której Telemach uprzątnął już wszelki oręż, i oznajmia zalotnikom, że zdecydowała się przyjąć za męża tego z nich, kto naciągnie łuk Odyseusza i strzałę z niego przepędzi przez ucha dwunastu siekier. Propozycya zostaje przyjęta, ale nikt łuku napiąć nie może. Odyseusz ujmuje łuk i, napiąwszy go bez trudu, z popisu wychodzi zwycięsko. Wówczas, mając już zapewnioną sobie pomoc Eumeja i drugiego wiernego pastucha, daje znak Telemachowi, że nadeszła chwila stanowczej rozprawy. Telemach z mieczem zbliża się do ojca i staje obok niego w progu. Odrzuciwszy łachmany i wysypawszy strzały z kołczanu, Odysej wskoczył na próg i w Antynoosa puścił „gorzką strzałę“,

Właśnie gdy ten po czaszę złocistą, dwuuszną
Sięgał, i już ją ręką schwyciwszy posłuszną,
Chciał do ust podnieść; umrzeć ani mu się śniło.
Któżby myślał przy godach, gdzie ich tylu było,
By się tam ktoś odważył, choćby jak waleczny,
Zgotować mu los czarny i wtrącić w cień wieczny?
Lecz Odys weń zmierzywszy, trafił w samo gardło,
Że aż przez kark żeleźce nawskroś się przedarło,
Czasza z rąk się wyślizła, gdy padał ukosem;
I zaraz promień czarnej krwi buchnął mu nosem.
Precz od siebie kopnęły stół drgające nogi,
Że się wywrócił; misy zasłały podłogi,
Chleb i mięsiwo w kurzu brudnym się zwalało.
Widząc gachy, jak padał, krzykiem izbę całą
Napełnili, ze swoich zerwali się stołków,
I przebiegając izbę od kołka do kołków,
Szukali po wszech ścianach w zajadłym ukropie —
Lecz ani jednej tarczy nie było, ni kopje,
Więc grożąc, Odyseja karali słowami:
„Na złeć wyjdzie, włóczęgo, żeś śmiał zadrzeć z nami!
Ale sztuka do razu; pójdziesz wnet do ojców
Za zabójstwo pierwszego z itackich mołojców.
Żywot twój policzony; sępy cię tu zjedzą!“

Tak mu grozili w szale; bo iście nie wiedzą,
Czy zabił go umyślnie. Głupcy ani marzą,
Że skrzydła bliskiej śmierci nad nimi się ważą.
Na to Odys — i przebił ich źrenicą swoją:
„Psy jakieś, myśleliście, żem poległ pod Troją?
Że nie wrócę? Więc dalej rej wodzić po domu....
Jakby bogi nie mogły tych szaleństw ukrócić,
Jakby wam język ludzki mógł przepuścić płazem!
Lecz dosyć — wyrok śmierci padł na wszystkich razem“.
To rzekł; a blady przestrach ogarnął zbytniki;
Ten i ów radby umknąć z tej zabijatyki.
Sam tylko Eurymachos zdobył się na słowo:
„Jeśliś itacki Odys, wracający zdrowo,
Słusznie karcisz za gwałty te nasze Achiwy,
Za te w zamku i włościach wyprawiane dziwy.
Lecz sprawca tych bezeceństw przed tobą tu leży,
Antynoj — on nas ciągle kusił do grabieży.
Nie tyle o żeniaczkę widać mu chodziło,
Jak o większe, to z wolą Kronjona nie było.
Owóż chciał on sam królem zostać nad Itaką,
A syna twego sprzątnąć śmiercią ladajaką.
Ma już, na co zarobił! A więc zlitujże się
Nad nami; każdy chętnie, co porwał, odniesie;
Za to, cośmy najedli, napili z tych stołów,
Każdy ci przyprowadzi po dwadzieścia wołów,
A dla zgody dołożym, co chcesz: miedzi, złota,
Póki cię nie zjednamy — gniew twój nie dziwota!“

Odyseusz odrzuca zgodę i wszystkim zapowiada zagładę. Wówczas Eurymach zachęca towarzyszów do napaści na wroga

I zaraz dobył obosieczny, miedny
Koncerz, i z podniesionym na Odysa bieżał
Z srogim krzykiem; a Odys właśnie co wymierzał
Łuk swój i w same piersi celował pociskiem,
Że aż w głębi wątroby uwiązł mu ze wszystkiem.
Ręka miecz wypuściła — on sam runął krwawy
Przez stół i na podłogę pozrzucał potrawy
Z dwuuszną czaszą; wił się, czołem tłukł po ziemi,
W bólach konania kopiąc nogami obiemi,
Zwalił stołek i oczy nocą się powlekły.
Wnet też i Amfinomos wyskoczył jak wściekły
Przeciwko Odysowi z wzniesionym brzeszczotem,
By go z drzwi wyparować; lecz Telemach lotem
Zabiegł mu; w same plecy, pomiędzy ramiona
Wraził kopię.

Śmiertelna walka toczy się z obustronną zaciętością. Nareszcie Atena potrzęsła

Egidą ludobójczą i jakby ukropem
Zwarzyła serca gachów. Popłoch na nich pada;

Uciekają po izbie niby wołów stada,
Kiedy na nich rój bąków siądzie nielitośny
I tnie żądłem, co bywa w dniach przydłuższych wiosny;
Ci zaś jak krzywodziobe, szponiaste sokoły,
Gdy z gór lecą na ptastwo polować w padoły...
Tak i oni, te gachy goniąc w całej izbie,
Zabijali każdego; czasem tylko w ciżbie
Jęk był głuchy, gdy czaszka zgrzytnęła zrąbana,
A podłoga dymiła, krwi strugą zalana.

(Lucyan Siemieński).
Pokonawszy wreszcie zalotników i ukarawszy śmiercią niewierne służące, Odyseusz daje się poznać Penelopie, która za sprawą Ateny całą tę morderczą walkę przespała. Małżonkowie zwierzają się ze swych przygód i cierpień. Nazajutrz Odyseusz udaje się za miasto do sędziwego ojca Laertesa, który zwątpiwszy już o powrocie syna, zgnębiony jego utratą, resztę życia trawił w wiejskiej zagrodzie na pielęgnowaniu drzew owocowych. Gdy się obaj cieszą, tłum mieszkańców, zbuntowanych przez ojca Antynoosa, napada na zagrodę. Ale Odyseusz z garstką wiernych uderza na nich i wsparty przez Atenę, odnosi zwycięstwo; walka kończy się pojednaniem króla z swoim ludem.
(Całkowitych przekładów Odysei na język polski mamy cztery: Jacka Przybylskiego 1815, Klemensa Żukowskiego 1846, Antoniego Bronikowskiego 1859, Lucyana Siemieńskiego 1874, drugie wydanie 1877, trzecie wyd. 1882. Niektóre pieśni tłómaczyli Fr. Ks. Dmochowski, Wincenty Szmaczniński).

Przypisy

  1. Chlena — suknia wierzchnia, opończa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Homer i tłumacza: Lucjan Siemieński.