Odnowione rany

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Odnowione rany
Podtytuł Nowella
Pochodzenie Na dnie życia
Data wydania 1887
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ODNOWIONE RANY.
NOWELLA.


Ludzie szli na cmentarz, szedłem wraz z nimi. Po kilku latach tułaczego życia, znalazłem się znowu w Warszawie. Miejsce pobytu obchodziło mnie mało, bo tutaj jak i na całym świecie nie miałem żadnego serdecznego węzła.
Był to smutny, pochmurny dzień, pełen wilgoci i chłodu; na niebie rozpościerały się chmury, podobne do grobowego całunu, a ziemia czarna, błotnista, zdeptana, była jakby powleczona kirem. Drobny deszcz siekł w oczy niesiony wiatrem, który chwilami zadął mocniej, strącał z głuchym szumem gałęzie drzew na cmentarzu, otrząsał z nich liście uwiędłe, a te słały się zeschłym kobiercem na ścieżki i płyty grobowe. Ten cmentarz i te groby nie zajmowały mnie więcej niż zajmować mogą prochy obojętnych ludzi. Mogiły wszystkich moich burze losu rozproszyły po szerokim świecie, nie miałem komu zawiesić tutaj wieńca pamięci na krzyżu. W życiu mojem była pustynia wielka, a w sercu?...
Po co ja tutaj przyszedłem? Chyba dla tego, by srożej uczuć sieroctwo; ja nie miałem na własność nic, nic wcale, nawet kilku łokci ziemi, któraby zawierała prochy ukochanych, gdzie miałbym prawo wyryć drogie nazwisko, sadzić kwiaty i stawiać lampy w «Dzień Zaduszny.»
W koło mnie cmentarz wrzał ruchem. Ponury dzień jesienny szybko mienił się w mrok szary, coraz mniej wyraźnie rysowały się nagie szkielety drzew na ciemniejącem tle nieba, a wśród nich snuły się w milczeniu postacie żałobne i rojem obsiadały mogiły jaśniejące lampami.
Nie trzymało mnie tu nic. Mogłem odejść... a jednak ociągałem się. Nastrój mój harmonizował z tą smutną uroczystością i z myślami ludzi, którym ukochanych ugodził gorzki oszczep śmierci.
Błądziłem po cmentarzu gdy ujrzałem postać męzką, pochyloną przy smukłym krzyżu żelaznym, wznoszącym się nad płytą marmurową. Postać ta uderzyła mnie jakiemś nieokreślonem wspomnieniem. Zatrzymałem się i patrzyłem na niego.
Twarzy widzieć nie mogłem. Stał z czołem wspartem na ręku a boleść przygniatać się zdawała jego barki opuszczone i wstrząsane od chwili do chwili niemem łkaniem, które nie wybiegło mu na usta, lub zgłuszone było drzewami szumiącemi pod ręką wichru, jakąś dziką melodyą.
Wśród pomników, które coraz niewyraźniej rysowały się na tle wieczornej pomroki, podobnym był do figury grobowej odlanej ze spiżu.
Na płycie pomnika wyczytałem napis świeży jeszcze, wyryty błyszczącemi zgłoskami, na które padało światło lamp. Był to grób dziewczyny zgasłej w pierwszej lat wiośnie; napis mówił, iż miała lat ośmnaście, zmarła zaledwie przed kilku miesiącami: mogiła jej nie miała czasu porosnąć trawą, ani serca ludzkie zajść rdzą zapomnienia.
I zacząłem zadawać sobie pytanie, czy człowiek ten był jej ojcem czy bratem? albo też czy złożył w tym grobie serce i miłość swoję?
Długo bardzo pozostał nieruchomy, nie domyślając się, że wśród tego dnia smutku, były na cmentarzu oczy bez łez, które śledziły go ciekawie jak problemat. Aż wreszcie podniósł w górę czoło i przy świetle ujrzałem twarz jego. Wówczas nie potrzebowałem o nic pytać, bo jak błyskawica w jednem mgnieniu oka pokazuje wnętrza chmur czarnych, tak jedno spojrzenie pokazało mi burzę rozpaczy, szalejącą w duszy tego człowieka.
Była to jedna z tych twarzy, którą myśli i namiętne uczucia wyrzeźbiły dłutem swojem, potęga biła mu z szerokiego czoła, przewiędłe skronie, nosiły siady trosk palących, usta wyrobione, o delikatnych konturach, były ścięte wyrazem bólu, który targał widocznie jego piersią, usiłował wyrywać się krzykiem rozpaczy, a nad którym on panował siłą woli nieugiętej. Nie był to chrześcianin dźwigający mężnie krzyż, jaki mu przypadł w udziale, ani stoik negujący boleść i wyzywający ją do walki, przywodził on raczej na myśl spiorunowanego tytana, gdy z jasnem okiem, wlepionem w ołowiane, gorzkie, bezmiłosierne niebo, rozciągnięte nad jego głową, zdawał mu się wyrzucać nędzę swoję i pytać — dlaczego wolno śmierci wyrywać przed czasem nierozwinięte jeszcze kwiaty, wyrywać je z rąk tych, którzyby oddali za nie ostatnią krwi kroplę? Jakiem prawem umierają ci, co są kochani? W oczach jego błyszczała obojętność rozpaczy. Minął czas kiedy drżał patrząc na jego blednące lice, kiedy przyspieszone tętno pulsu budziło w nim szalone trwogi, w których jak liść jesienny chwiał się pod gorącem tchnieniem ust ukochanych. Dziś nie obchodziło go już nic na świecie, przez ciąg miesięcy kilku, dni kilku może, przeżył życie całe, wyczerpał nadzieje, a dziś pozostała mu ze skarbów bytu ta jedna mogiła.
Wszystko to wyczytałem wyraźnie z jego oblicza, gdy ze skrzyżowanemi ramionami, z okiem utkwionem w niebo, stał nieruchomy, oparty plecami o nagrobek, a migotliwe odblaski lamp padały mu na twarz.
Noc już była zupełna. Noc czarna i wietrzna, cmentarz się opróżniał, ale on na to nie zważał; lampy, któremi obstawiony był grobowiec, gasły jedna po drugiej, pod tchnieniem wzmagającego się wiatru szumiały głucho i gięły się drzewa, on był tutaj jakby zgubiony, zasłuchany w tej dzikiej melodyi, która zapewne wtórowała rozpacznym myślom jego.
A jam stał także jak przykuty. Zrazu zatrzymała mnie ciekawość tylko, potem urok wielkiego bólu, znoszonego z dumnem męztwem, a w końcu coś więcej jeszcze. Ja znałem tego człowieka. Znałem zanim spiorunował go los, kiedy ufny, szczęśliwy, a zawsze dumny i wyzywający wstępował w życie i zagarniał spokojnie pod władzę swoję wszystko, na czem zatrzymał wzrok i chęci.
Lata przeszły pomiędzy dniem, w którym rozstaliśmy się, w słoneczny poranek pierwszej młodości, a dniem co postawił nas znów naprzeciw siebie w tej smutnej, wietrznej, dżdżystej nocy jesiennej.
On był najpierwszym w gronie spółtowarzyszy moich, a ja, przyznaję, nieraz z zazdrością spoglądałem na jego słoneczną dolę. On posiadał wszystko czego człowiek zapragnąć może. Potężna inteligencya dawała mu przodownictwo na każdej drodze, siła uczucia podbijała serca, a wdzięk zewnętrzny, jaki jej towarzyszył, czyniły go miłym nawet oczom tych, co pierwszego ani drugiego ocenić nie byli zdolni. Ku niemu biegły myśli ludzi dojrzałych, serca towarzyszy i spojrzenia dziewicze. Mogłem mu nie zazdrościć ani uznania ani przyjaźni, ale te spojrzenia!...
A czy on zważał na nie przynajmniej, gdy z niedbałym uśmiechem na malinowych wargach, piękny jak sama młodość, stąpał po sercach, które mu się słały pod nogi.
Nie zapieram się tego, zazdrościłem mu. Zazdrość moja dochodziła do nienawiści. I jakżeż mogło być inaczej. Jedno spojrzenie jego zniweczyło całe szczęście moje, a on go nawet nie raczył wziąć dla siebie. Dość mu było pokazać się tylko, aby olśnić i unieść odemnie na zawsze jedno serce, które było mi wszystkiem.
Chwile te odżyły teraz... z całą piekielną goryczą uczułem znowu dawne serca bicia, szały dni dawnych zakipiały w myśli mojej, a war krwi wzburzonej zagłuszył naraz szum drzew wstrząsanych wiatrem; i byłem znowu młodym, rozkochanym, szalonym, jak to było kiedyś.
Wspomnienia uderzyły we mnie jak gromy, budziły przeszłość zamarłą i zobaczyłem ją przed sobą. Z pod białego czoła, z pod korony jasnych włosów zaświeciły mi znowu oczy zmienne, ogniste, oczy co miały władzę podnosić mnie w niebo lub strącać w otchłanie; znowu serce moje biło rozkoszą, znowu jak kiedyś kochałem, wierzyłem, że kochanym jestem. Mówiły mi to uściśnienia dłoni i przyciszone westchnienia i namiętny szept ust koralowych, a nadewszystko szczęście, które czułem w koło siebie i w sobie samym.
Tak, byłem szczęśliwy — dopóki nie ukazał się on, i nie zburzył od razu, nakształt pałacu z kart, całego gmachu szczęścia mojego. Obraz ten odfotografował mi się w mózgu ognistemi rysami.
Było to w górach. Letnia natura dyszała woniami i blaskiem, ożywcze tchnienie górskiego powietrza pobudzało bieg krwi, żywszemi czyniło bicia serca, malowało rumieńcem lica mojej ukochanej, skorszem czyniło słowo i śmielszem spojrzenie. Byliśmy oboje na stromym szczycie ponad leśną polanką, gdzie spoczywała reszta towarzystwa. Ona wspierała się na mojem ramieniu, czułem przez rękawiczkę bicie jej pulsu, widziałem jak pierś podnosiła się i opadała szybkim oddechem i tonąłem w niej oczami, i zdawało mi się, że na całym świecie jest tylko nas dwoje. A jeśli byli inni ludzie, cóż mnie oni obchodzili w tej chwili.
Nagle uczułem, że ręka jej odwiązywała się od mojej, że wzrok odrywał się od moich oczów, biegł poza mnie i spoczął na jakimś niewidzialnym mi przedmiocie. Odwróciłem się szybko i ujrzałem na tle ognistego nieba rysującą się sylwetkę mężczyzny, prostą i smukłą jak topola. Zbliżał się do nas gibkim krokiem samem czołem wzgórza, swobodny, niedbały, rzucając echom wdzięczną nutę znanej piosnki.
Poznałem go zaraz, poznałem po dumnem czole, po wdzięcznej postawie, po czystym głosie i po tym nieprzepartym czarze, który podbijał mu ludzi.
— Cezary — rzekłem bezwiednie prawie.
A ona wyrzekła jak echo:
— Cezary.
Potem nie mówiła już nic, ale usta jej poruszały się bez dźwięku. A ja byłbym przysiągł, że powtarzała w duchu:
— Cezary, Cezary, Cezary.
Przebiegł mnie dreszcz jakiś, jakbym czuł zbliżające się nieszczęście, przyszła mi nagła chęć uciec gdzieś, ukryć się z nią, jak gdyby to przed sercem własnem uciec można, lub skryć się przed dolą swoją.
Spoglądałem na nią, ale ona tego nie dostrzegła, bo wzrok jej spoczywał na nieznajomym, którego zakręty ścieżki ku nam wiodły, i tak jak na ustach jej drgało jego imię, tak spotkałem obraz jego w jej źrenicach olśnionych.
Zbliżył się, powitał mnie serdecznie jak brata; musiałem go jej przedstawić i we troje już zeszliśmy na polankę, i potem byliśmy częściej we troje niż we dwoje tylko.
Odtąd było już po mojem szczęściu.
A nie było to jego winą, bo kiedy przychodziłem sam, ona pytała się zaraz:
— A Cezary?
Jeśli zaś nie pytały usta, to oczy niespokojne, chciwe jego widoku, mówiły wyraźniej jeszcze: A Cezary?
Kiedy był pomiędzy nami, widziała tylko jego jednego, kiedy mówił, patrzyła zasłuchana, i już nie była w stanie rozróżnić innego ludzkiego głosu, i nie wiedziała sama co się z nią dzieje, i jak oczarowana byłaby szła za nim, byle tylko mieć w uszach dźwięk jego głosu, w oczach jego obraz.
A ja patrzyłem na to, patrzyłem i zaciskałem rozpaczliwie dłonie, i biłem głową o skały, bo cóż uczynić mogłem. Zacząłem uciekać od mojej ukochanej, żeby nie widzieć jak spoglądała na innego i powracałem jak ćma ciągniona światłem, by znów uciekać i znowu powracać.
Tak przemęczyłem się dni całe, a w nocy nie mogłem znaleźć spoczynku; ja także powtarzałem jedno tylko imię, Cezary, Cezary, a powtarzałem ze łzami rozpaczy, z wściekłością bólu. Zrywałem się z pościeli i biegłem o pierwszych promieniach świtu na góry świerkami obrosłe, myślałem, że chłód ranny uspokoi moję gorączkę, a rozpalone czoło ochłodzi rosa strząsana z gałęzi....
Raz spotkałem w takiej chwili Cezarego. Szedł lekki, swobodny, jak zwykle. Chciał się ze mną przywitać, alem ja nie mógł ani podać mu ręki, ani nawet wymówić jego imienia, które wypowiadałem przecież nieustannie wśród złorzeczeń.
Musiałem być blady, zapewne oczy moje zdradziły to, com czuł w tej chwili, bo patrzył na mnie długą chwilę, a we wzroku jego nie było śladu nienawiści, która w moim płonęła. Zrozumiał mnie, bo zawołał jakby broniąc się przed zarzutem, którego mu nie uczyniłem:
— Jam temu nie winien, nie, nie!...
Wówczas rozwiązały mi się usta.
— I cóż mi z tego — zawołałem — żeś nie winien; i piorun nie winien kiedy uderza, a przecież śmierć przynosi.
Jasne oczy jego spoczywały na mnie z tymże samym wyrazem spokoju i siły.
Długi bardzo czas milczał zamyślony, a potem odszedł powoli w stronę wioski.
— Cezary! — krzyknąłem gwałtownie — Cezary, tak dłużej być nie może.
Zatrzymał się i zwrócił ku mnie.
— Bądź spokojny — szepnął — wyjeżdżam.
Głos jego metaliczny dobiegł do mnie wyraźnie. Przecież nie odpowiedziałem nic. Robił co mógł, więcej żądać było niepodobieństwem, czułem jednak, że to było napróżno.
Wyjechał. Ale zabrał z sobą jej wesołość, jej myśli, jej serce. Odtąd patrzyła na mnie i nie zdawała się widzieć, gubiła się w marzeniach milcząca i blada, a ja rozumiałem, jakie imię było na jej ustach, kiedy wargi poruszały się bez dźwięku.
Czas jakiś miałem nadzieję, że potrafię wymazać z jej pamięci szaloną miłością moją te dni kilka, miałem nadzieję, że gdy cień jego usunie się z pomiędzy nas, wszystko będzie znowu tak jak wprzódy. Było to złudzenie. On się oddalił, ale cień jego trwał i walczył zwycięzko, był silniejszy niż obecność, niż wspomnienia chwil jakie nas łączyły, niż miłość moja, niż nadzieja, niż wszystko. Im dalej od niego, tem cień ten był wyraźniejszy, aż wreszcie stanął między nami jak niezwalczona zapora. Ileż razy widząc łzy na jej bladej twarzy i wzrok niepocieszony, posłany w dal mroczną, gryzłem do krwi wargi, by nie wybuchnąć i nie rzucić jej w oczy przekleństw lub śmiechu szaleństwa; to znowu brała mnie ochota unieść ją na te góry, gdzie tak szczęśliwi byliśmy we dwoje zanim on się ukazał, uklęknąć przed nią i błagać by miała litość nademną i nad samą sobą a czasem... czasem znów byłbym pobiegł za Cezarym i stawił go przed nią.
Ale wiedziałem, że to byłoby napróżno, on nie oglądał się za siebie, nie powracał do tego co porzucił, szedł naprzód, zawsze naprzód słoneczną drogą swoją. A jednak gdy ona ciągle nie miała dla mnie spojrzenia, ani słowa, gdy ciągle leżało jej na ustach to imię: Cezary, i gdy kiedyś bezwiednie wymówiła je przy mnie, rzucając echom leśnym dźwięki, które koniecznie usłyszeć pragnęła, porwałem się z miejsca, jakby palony ogniem. Tego było zawiele, cierpiałem zanadto, w końcu zapytałem samego siebie, dlaczego nie próbuję uleczyć się ja także, lub przynajmniej jeśli są rany nieuleczone, nie jątrzyć ich w chorobie.
— Cezary! powtórzyłem głosem, który w mojem własnem uchu brzmiał fałszywie, zdławiony namiętnością, złamany bólem, drgający nienawiścią, Cezary? Czy chcesz, ażebym go zapytał dla czego odszedł i przysłał go tu na moje miejsce!
Były to szalone słowa. Kiedym je wypowiadał miałem nadzieję, iż ona zaprzeczy mi, zawstydzi się, przemoże samę siebie lub przynajmniej usiłować będzie to uczynić.
I patrzyłem na nią, patrzyłem jak skazany na sędziego, w którego twarzy spodziewa się wyczytać ułaskawienie.
Była to ostatnia nadzieja moja. Twarz jej odjęła mi ją odrazu. Niebaczne słowa moje rozjaśniły ją, niby promień słońca chmurną pomrokę.
Powstała nagle z gorączkową siłą, pochwyciła mnie za ręce, pytała wzrokiem czy uczynię to naprawdę i nagliła, bym uczynił prędko. A ja czułem dobrze, iż od tej chwili, gdy on stanął pomiędzy nami, była to pierwsza, w której znaczyłem coś dla niej.
Przez minutę jeszcze stałem na miejscu i czekałem, czy nie ozwie się w niej chociaż iskierka innego uczucia. Czekałem daremnie. Wówczas bez skargi i bez pożegnania odwróciłem się powoli i odszedłem.
Długi czas błąkałem się jak szalony po górach i lasach, długo zapytywałem sam siebie, co mam uczynić? Bo czułem to jedno tylko, że dla mnie jest ona straconą tak niepowrotnie, jak gdyby leżała przyciśnięta płytą grobową.
Potem wyjechałem. Czy szukałem Cezarego, czy los sam postawił mi go znów na drodze? Ja nie wiem. Przez mózg mój przelatywało tyle szalonych chęci, że miotałem się jak chory, co w boleściach szuka ulgi i znaleźć jej nie może. A kiedym spotkał Cezarego, szedłem ku niemu nieprzytomny, nienawistny.
I spotkał mnie znowu jasny, niedbały uśmiech, który byłbym chciał w tej chwili kosztem życia spędzić z jego twarzy i zobaczyć jak ona wyglądałaby pod tchnieniem nieszczęścia.
Nie pytał mnie o nic, jakby odgadywał smutne dzieje moje w bruzdach czoła, w oczach zapadłych, w pognębionym wyrazie. On nie powrócił ani jednem słowem do przeszłości, alem ja nie chciał na tem poprzestać, ja powróciłem do niej sam, pierwszy, podobny do człowieka podżeganego pokusą, by dotknąć się cierpiącego miejsca i uczuć w niem ból palący.
Czekałem aż będziemy sami i wówczas zbliżyłem się do niego.
— Cezary — rzekłem przez zaciśnięte zęby.
Zapewne dorozumiał się o czem mówić chciałem, bo położył rękę na mojem ramieniu miękko, przyjaźnie.
— Chcesz czego odemnie? — zapytał.
Ale łagodny głos jego nie rozbroił mnie wcale.
— Cezary — odparłem — uchylając się z pod jego dotknięcia, możesz tam powrócić, bo ja... ja... ja nie zobaczę jej nigdy więcej.
I znów przez chwilę patrzył na mnie poważnie, wzrok ten biegł do głębi mego serca i była w nim jakaś dumna litość, której ja znieść nie mogłem.
— Czy sądzisz, — wyrzekł zwolna — że gdybym tego chciał, czekałbym na pozwolenie twoje lub kogobądź w świecie?
Miał słuszność, takim był zawsze, samowolny, nieprzeparty. Nie poprzestałem jednak na tej odpowiedzi i zawołałem:
— Ale tam czekają na ciebie, tam cię wzywają, tam cię pragną!
Przez chwilę stał z brwią ściągniętą, z czołem spuszczonem ku ziemi, jak gdyby rozmyślał lub badał sam siebie.
— I cóż ztąd, — wyrzekł znowu — jam temu nie winien, jam tego nie chciał.
— Chciałeś, czy nie, — mówiłem dalej — stało się, a ty za to odpowiedzialnym być musisz!
Uśmiechnął się tym razem nie z łagodną przyjaźnią, ale dumnie, uśmiechem, który znaliśmy wszyscy.
— Nie pojmuję musu, gdy niema obowiązku. Cudzą wolność uszanować trzeba, jeśli chcemy by naszę własną szanowano. Pamiętaj o tem.
Miał słuszność, przyznać to musiałem, bo koniec końców on zawsze miał słuszność. Wiedziałem w gruncie serca, że on memu nieszczęściu winien nie był, przecież to nie zmniejszało mojej nienawiści. Przeciwnie, byłbym wolał mieć co gryźć, co szarpać, czemu złorzeczyć. Niezmącony spokój jego był mi nieznośny. Zdaje mi się, że byłbym nienawidził go mniej, gdyby ją kochał. Byłaby to przynajmniej zwyczajna historya zdrady ukochanej i przyjaciela, a tak nie miałem nawet tej pociechy — nie zdradził mnie nikt. On nie obraził mię myślą nawet; ona od pierwszej chwili nie kryła się ze swoją miłością. Nie wiem co odpowiedziałem. Podobno rzuciłem mu w oczy przekleństwo i odszedłem od niego, jak odszedłem od niej.
Włóczyłem się potem po obcych krajach, szukałem chleba, szczęścia, choćby tylko zapomnienia pod śniegami północy i żarem południa. Myślałem, że zapomnę. Wszak pamięć ludzka jest jak woda, co zmącona na chwilę, znów wygładza swoję powierzchnię, znów odbija błękit nieba lub chmury, co po nim biegną. Zdarzały się dni, w których serce moje było jak ta woda. A przecież nie zapomniałem. Daremnie piękne usta uśmiechały się do mnie, nęciły oczy ogniste, miałem dla nich i ja także uśmiech i pocałunek, ale serce nigdy nie zabiło mi żywiej, nigdy nie owiał mię czar dawny. Dość mi było zamknąć oczy, by zobaczyć znowu te góry, tę lesistą polankę i ten szczyt stromy, gdzie rozegrało się w jednem spojrzeniu całe życie moje.
Od tej chwili nie widziałem więcej Cezarego, nie pytałem nawet co się z nim działo, a dziś spotykałem go tu niespodzianie wśród grobów, przykutego sercem do jednego z nich, jak gdyby się moje przekleństwo spełniło.
Widziałem go takim, jakim żądałem niegdyś w chwilach szału złamanego bólem, bez tego olimpijskiego spokoju, który draźnił mię we wspomnieniach nawet i doprowadzał do szaleństwa. I przez chwilę byłem jak dziki zwierz radujący się zdobyczą, spełnieniem krwiożerczych chęci, ale przez chwilę tylko. Bo gdy Cezary stał pochylony nad grobem, pomyślałem, że ten człowiek, który płacze i cierpi, jest jeszcze stokroć szczęśliwszym odemnie. On miał co opłakiwać przynajmniej: był kochany, stanął na zenicie ludzkiej doli, doznał możliwej szczęśliwości, jaką człowiekowi skosztować jest dane. A jeśli szczęśliwość ta była krótką, jak błysk wiosennego słońca, to i cóż ztąd... byt człowieka jest znikomy, dziś lub jutro skończyć się musi. Powinno mu wystarczyć, że wie jak szczęście wygląda, może on umrzeć bez żalu i nie powiedzieć, że życie przeszło daremnie.
Jemu przynajmniej szczęście to nie wysunęło się marnie z rąk nieudolnych, nie uleciało jak motyl niepochwytny, nie było marzeniem próżnem, ale uległo potędze, która króluje nad światem — śmierci! To nie tak jak ja, co mogłem wyzywać ją bezkarnie, bom nie miał kogo utracić, bo mogła uderzać na wsze strony, a mnie nie dosięgnąć nigdy — chyba we własnem istnieniu.
Tak, dola jego była jeszcze godną zazdrości — ja zazdrościłem mu tych łez, tego żalu i tej rozpaczy, która nie była zaprawną palącym jadem zawodu.
Powoli odzywała się we mnie nienawiść dawna, nieuśpiona, niewygasła, aż zawołałem z głębi serca:
— Cezary!
Imię to rozdarło mrok i ciszę zalegającą cmentarz, rozległo się wśród niej ponuro i zapanowało nad głuchym szumem drzew.
On obejrzał się i nie widział mnie, bo byłem ukryty w cieniu.
— Cezary! — powtórzyłem głośniej.
— Kto mnie woła? — zapytał jak człowiek senny.
Zrozumiałem, że tonął w pamiątkach szczęścia i krzyknąłem, przywiedziony do szaleństwa tem przeświadczeniem:
— Cezary! Cezary! Cezary!
Wyszedłem z cienia mówiąc te słowa, i zbliżając się do niego wstąpiłem w światłokręg lamp płonących na grobach.
Spotkałem znowu spojrzenie, które pamiętałem tak dobrze. Teraz otrząsało się ono z mrocznych obsłon, jak spojrzenie człowieka budzącego się z marzeń, i spoczęło na mnie jasne, chociaż obciążone bólem. Pomimo lat ubiegłych myśl jego nie zawahała się chwili, od razu poznał mnie i nazwać umiał, jak gdybyśmy rozeszli się wczoraj. Nie pamiętał nienawiści mojej, wielka boleść przeszła jak lawina po jego sercu i uniosła pamięć złych chwil życia. Wyciągał do mnie rękę jak dawniej, alem ja dotknąć jej nie mógł. Oczy moje musiały świecić jak oczy wilka w ciemności, bo zrozumiał wreszcie, że w nich była nienawiść.
— Oo! — zawołał — możesz mnie zabić, to byłoby szczęściem!
Widziałem, że był w mocy mojej, że jednem poruszeniem palca nie broniłby życia, gdybym na nie nastawał. Ale cóż mi było po jego życiu!
— Ty jeszcze teraz, — zawołałem namiętnie, jesteś szczęśliwszy odemnie!
Słowa te zdawały się jego boleści urągać, to też wywołały na usta jego coś, co byłoby uśmiechem, gdyby śmiertelnie smutna twarz uśmiechnąć się mogła.
Nie odpowiedział nic, ale ukazanie się moje zbudziło go widać do rzeczywistości; zobaczył, że noc zapadła zupełna, że cmentarz był pusty, i wolnym krokiem skierował się ku wyjściu.
Machinalnie szedłem przy nim, jak cień lub zły duch jego. Nie spieszył się ani ociągał, w pośród grobów dobrze świadomy był snadź drogi swojej, bo ani razu jej nie zmylił, ani razu się nie zawahał. Nie zamieniliśmy długo żadnego słowa. Tylko słychać było szum drzew i zeschłe liście szeleściały nam pod stopami. Ale we mnie wrzała ciągle myśl jedna, która wyrywała mi się jak krzyk boleści: ty jeszcze jesteś szczęśliwszy odemnie!
Zatrzymał się nagle.
— Czy jesteś w stanie, wyrzekł, zmierzyć uderzenia cudzego serca lub gorycz łez?
Było w jego głosie tyle spokojnej siły, iż mimowoli spuściłem wzrok.
A on mówił dalej.
— Człowiek ma zawsze dolę, na jaką zasłuży i szczęście, jakie sobie zdobyć potrafi. Nie chciałeś rozumieć tego nigdy. Zazdrościłeś innym uśmiechu wesela, szczęścia każdej chwili, a dziś doszedłeś do tego, że zazdrościsz łez wylanych na grobie. Nie stawałem na drodze twojej, przeciwnie, usuwałem się żeby zrobić ci miejsce. Czegóż mogłeś chcieć więcej.
Były to surowe słowa, pierwszy raz słyszałem podobne i uczułem gniew wielki. Chciałem odpowiedzieć. Ale cóż odpowiedzieć mogłem. Cezary miał słuszność, zawsze słuszność, bezmiłosiernie położył palec na ranach moich i wykazał, że nie miałem powodu szczycić się niemi. Nie był ani łagodny jak wówczas gdy, jak mówił, usuwał się z drogi, ażeby mi zrobić miejsce, ani szorstki jak później, gdy wyrzekł, iż nie pojmuje musu tam gdzie nie ma obowiązku. W tej chwili rzucał mi w oczy sąd, przeciw któremu powstać nie byłem w stanie.
— Cezary! Cezary! zawołałem tylko, łatwo ci potępiać, tyś był przynajmniej szczęśliwy. Byłeś kochany!
— Byłem kochany — zawołał — tak jest, nie zapieram się tego, ale może dlatego, że kochać umiałem.
— A ja! ja! — szepnąłem rozżalony.
— Kto nie umie przebaczać i rozumieć, ten nie kocha! — odparł z mocą.
Była chwila milczenia, czułem się pognębiony, jakaś przykra jasność rozpościerała się we mnie. A on mówił dalej.
— Nie potrafiłeś uszanować cudzego serca. Czy ta kobieta zwodziła cię, kłamała, czy obowiązaną była mieć wzrok dla ciebie jednego? Jeśli serce jej odwróciło się od ciebie, nie miałeś do niej prawa nienawiści, mogłeś cierpieć, nie powinieneś był przeklinać, ani stawać pomiędzy nią a szczęściem. Kiedym odjeżdżał, wówczas nie zapytałeś ani jej ani mnie, czyśmy cierpieli, poświęcałeś bez wahania drugich samolubstwu swemu.
— Jakto, zawołałem ugryziony w samo serce tą odpowiedzią, ty....
Ale nie było mi danem wiedzieć dokładnie co zaszło pomiędzy niemi, bo on odparł dumnie:
— Nie mówię o tem co było, ale co być mogło. A ona.... czy zatroszczyłeś się o nią kiedy?
— Cezary, Cezary! pytałem namiętnie, ty wiesz coś o niej, mów?
— Nie, odparł, wstrząsając głową. Ale ty! ty, coś ją zostawił wśród smutku i osamotnienia, nie masz prawa mówić o miłości. Miłość jest wierna, wytrwała, cierpliwa.
— Ona mnie nie kochała, ona kochała ciebie, któryś na nią nie zważał, zawołałem. Prawdziwie przystoi ci dawać mi nauki.
Wypowiedziałem to pod wpływem rozdrażnienia, chociaż czułem na sobie wzrok jego tak głęboki, że przenikał na wskróś moję istotę i obnażał z purpurowych zasłon, jakiemi ją duma przyoblekła.
Nie mogłem znieść tego wzroku, buntowałem się przeciw niemu, przeciw wpływowi tego człowieka, który przygniatał mnie miarą swoją. I zawołałem tknięty przewrotną myślą:
— Łatwo tobie mówić to wszystko, tobie coś nie doznał nigdy gorzkiego uczucia zawodu, coś nie patrzył na to jak odwracały się od ciebie myśl i serce ukochanej, ty co możesz spokojnie płakać jej umarłej, i masz na pociechę wspomnienie szczęśliwe. Ale pomyśl tylko, gdyby ona powstała zmartwych z inną miłością w sercu. — Słowa te uderzyły bezmiłosiernie w jego boleść. A ja spoglądałem mu w twarz, jakbym chciał przy bladem świetle księżyca, którego sierp zamigotał na niebie rozdarłszy zasłonę chmur, wyczytać wrażenie jakie na nim uczyniły, chciałem rozkoszować się bólem jaki mu sprawiałem.
Wrażenie było wielkie, widziałem jak przebiegł go dreszcz od stóp do głowy; przez chwilę stał milczący, z czołem spuszczonem, z ramionami skrzyżowanemi na piersi, jakby chciał uspokoić uderzenia szalonego serca.
Z razu nie odrzekł mi nic, tylko szedł dalej ciężkim, powolnym krokiem. Sądziłem, że zapomniał nawet obecności mojej, że obraziłem go tak ciężko, iż miał tylko dla mnie milczenie pogardy.
Po chwili zwyciężony bólem, zaczął mówić cicho, namiętnie, jakby zwracał się do nocnego wiatru, do gwiazd bladych, lub do tych pomników, które teraz przy mdłem świetle księżyca bielały gdzieniegdzie w pośród ogołoconych gałęzi.
— O moja najdroższa, gdybym cię zobaczył jeszcze chociażby raz tylko żywą, uśmiechnioną, szczęśliwą, chociażby uśmiechy twoje, spojrzenia i szczęście zwracały się w inną stronę, chociażby minąć mnie miała jak obcego, nie pragnąłbym nic więcej na ziemi. Gdybym cię mógł zobaczyć choć raz jeden tylko, choćby chwilę choćby mgnienie powieki.
Nie patrzył na mnie nawet; czemże ja byłem wobec niego; marnym prochem i gorzej jeszcze, prochem złośliwym; oddalał się zwolna, a gdym szedł za nim, usłyszałem jak powtarzał głosem podobnym do łkania:
— Choć raz! choć raz tylko.
— Cezary! wołałem, Cezary, daruj mi! Jesteśmy obaj równo nieszczęśliwi. Ale on już był daleko. Wiatr niósł do mnie jego słowa a moje od niego odpychał. Szedł nie odwracając się zatopiony w myślach, aż wysoka postać jego zniknęła mi z przed oczów w cieniach nocy....





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.