Nie miała szczęścia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Nie miała szczęścia
Podtytuł Nowella
Pochodzenie Na dnie życia
Data wydania 1887
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


NIE MIAŁA SZCZĘŚCIA.
NOWELLA.


Wszyscy przyznać musieli, że ona nie miała szczęścia. Przy urodzeniu utraciła matkę, w parę lat później ojca. I została sierotą na ludzkiej opiece.
Nie, ona nie miała szczęścia, chociażby dlatego, że pokochała taką dziką, niesforną, niepohamowaną naturę, jak moja, a pokochała tak, jak sierota kochać umie: tęsknotą niewypowiedzianą lat młodych, sercem zbolałem, rozmarzoną myślą, i wolą wreszcie, co w burzliwem morzu życia chciała znaleźć jaki stały grunt nadziei i szukała jej w mojem sercu.
Lata minęły od tego czasu, a pamiętam ją, pamiętam jakby to było wczoraj, jakby było dziś, a nawet pamiętam coraz lepiej, jakby to było przed chwilą, jakby za uchyleniem tej zasłony zwieszonej u drzwi wiejskiego saloniku, miała mi się ukazać jej drobna, wątła postać, z wielką błyskawicą w oczach czarnych jak noc, a smutnych jak sieroctwo; z poważną twarzą bez rumieńca, na której pod delikatną tkanką skóry, rysowała się sieć niebieskawych żyłek, z ustami bladoróżowemi, na których leżał czasem taki cierpliwy wyraz, a które czasem rozchylały się tajemniczo, jak usta dziecka, kiedy się przez sny uśmiecha, a niańki mówią, że z aniołem rozmawia. Bo też wówczas otaczały ją najpiękniejsze anioły ziemi: miłość — nadzieja.
— A ja, co miałem w mocy mojej to serce, ja, com mógł według wyrażenia poety obracać je oczyma, przymglić szczęściem jej źrenice lub wycisnąć z nich łzę palącą, wywołać na jej lice rumieniec lub bladość śmiertelną, ja — czym ją kochał?
Wyrwałem się z czaru, jaki na mnie rzuciła, miałem okrutną siłą ściąć boleścią te różane usta, zawieść to wierne poświęcone serce, zostawić ją bez skargi, bez łzy, skamieniałą cierpieniem. Nie kochałem jej widać.
A przecież, czas nie zatarł najdrobniejszego rysu jej postaci. Im dalej od niej, tem ją widzę lepiej, tem ją widzę częściej i obraz tej przeszłości sennej, realniejszym staje się dla mnie od rzeczywistości, jaka mnie otacza. Widocznie musiałem ją kochać.
Kochałem ją, kochałem niezaprzeczenie. Wiem to dzisiaj dobrze, kiedym ja także w życiu uczuł nieraz pod powieką gryzącą gorycz łzy, kiedym doświadczył jak serce szaleje, pierś rozrywa, jak są godziny dłuższe od lat i dnie niknące szybkością błyskawic i chwile, które mają gromowładną siłę... Tak jest, kochałem ją.
Ale czemże była dla mnie ta miłość swojska, półdziecinna, wykwitła pod dachem domowym, na progu życia, dla mnie, com wyciągał do innych ramiona, rozkipiały młodą nadzieją, mnie, któremu światu całego było mało, którego skrzydła rwały się do lotów olbrzymich, mnie com marzył... Marzeń moich opowiadać nie będę. Jeśliście mieli kiedy taką młodość, zajrzyjcie do wspomnień; jeśli macie ją teraz, zajrzyjcie do serca, a jeśli płacze tam jakie wspomnienie i świecą czyje oczy jak noc smutne, to wówczas zrozumiecie mnie może.
Miałem zaledwie lat dwadzieścia kilka, a ona, nie wiem, czy starszą czy młodszą była odemnie, bo twarz jej była jasną i nieświadomą jak niewinność, a czoło miało powagę nieszczęścia. W milczeniu i ciszy snuła się po domu, który nie był jej domem i gdzie nikt na nią nie zważał, spełniając to, co miała do czynienia.
Widywałem ją przez dni kilka przy obiedzie, śniadaniu, spacerze, obojętny jak wszyscy, oczy jej zwykle były spuszczone, głos zagłuszony przez wrzawę jaka mię otaczała, jakiej byłem częścią składową. Ona obchodziła mnie tak mało, jak portrety wiszące na ścianach jadalnej sali. Nie wiem nawet, czym zauważył ją kiedy.
Co nas zbliżyło? Wypadek, szalone serce moje, czy zły los, który ją ścigał. A jednak przysięgam, kiedy usta moje drżące mówiły «kocham», to nie było kłamstwem, kiedym patrzał na nią jak w jasną tęczę, drżał pod tchnieniem jej ust, szalał na jedne zmarszczenie jej brwi, na jedno surowe spojrzenie, kiedym snuł nić marzeń złotych jak miłość, długą jak życie, mówiłem to, com czuł jedynie.
Nie związał serc naszych żaden szczególny wypadek, nie rozdzielił nas żaden grom losu. A jednak, czy to zmniejszy ból lub winę moją, że na nikogo skarzyć się nie mam prawa?
Było to nad wieczorem. Po całym dniu gwaru i ruchu, czułem się zmordowany. Ogarnęło mnie nieokreślone uczucie niemocy i pragnień, pustki bytu i marzeń o czemś nieznanem, o czemś co mi los był winien, do czego rwała się gorąca młodość moja, a czego nie zakosztowałem jeszcze nigdy.
Może przyczyniała się do tego gorąca atmosfera lipcowego dnia, która działała rozemdlewająco i podniecająco razem, dość, że burza zbierała się w powietrzu i w głębi serca mego.
Szedłem na koniec ogrodu do altany, gdzie zwykle o tej porze nie było nikogo, trzymałem jakąś książkę w ręku; w tej chwili nie miałem ochoty spotkać nikogo z towarzystwa, które dom przepełniało.
Altana cała ocieniona była dzikim winem, którego upajające wonie mieszały się z mdłym zapachem lip kwitnących, które tworzyło wśród zwieszających się festonów, grotę zieleni, pełną tajemniczego półcienia.
Zbliżałem się po cichu, szelest moich kroków tłumiła murawa, w altanie było pusto. Tak sądziłem przynajmniej w pierwszej chwili. Dopiero kiedy oczy moje przyzwyczaiły się do półcieniu, jaki tu panował, dojrzałem jakąś postać opuszczoną na brzozowej ławeczce, stojącej w jej głębi.
Postać była nieruchomą, zbliżyłem się na palcach, wstrzymując oddech i — zobaczyłem ją. A chociaż widywałem co dzień, w tej chwili, przysięgam, spojrzałem na nią po raz pierwszy, i zauważyłem po raz pierwszy. A mogłem przypatrzeć jej się dowoli, bo znużona skwarem dnia czy strudzeniem, spała z głową w tył pochyloną opartą na rękach zaplecionych.
W tym śnie spokojnym jak sen dziecka, było coś tak miękkiego, bezwiednie kształty jej ułożyły się w tak harmonijne linije, iż zatrzymałem się jakby przykuty. I wówczas to dostrzegłem tę niezmierną delikatność drobnych rysów, którym zielonawy cień liści nadawał barwę kości słoniowej, lub paryjskiego marmuru.
Jakby z paryjskiego marmuru były dłonie jej drobne, o giętkich palcach, z atłasowem dotknięciem i stalową siłą, które teraz lekko zaplecione przytrzymywały kaskady czarnych włosów spadające w lśniących zwojach na czoło, szyję i ramiona; grzebień utrzymujący ich bogactwo wypadł na ziemię i leżał tuż koło nóżek, które obułby bez trudności trzewiczek kopciuszka.
Sen jej był niby jak sen bez marzeń; z ust różowych lekko rozchylonych wydobywało się tchnienie równe i czyste, a cień długich rzęs padał na policzki i powiększał jeszcze smutny i poważny wyraz, tkwiący na tej twarzy w sprzeczności z dziecinną okrągłością rysów.
Im dłużej patrzyłem, tem trudniej mi było wzrok oderwać. Zdawało mi się, że te blade usta mogłyby wypowiedzieć wiele słów boleści, że ciche cierpienie osiadło na tych rysach, że czytałem na nich dzieje sierocej doli znoszonej mężnie, bo wyglądała jak kwiat rzadki, wyhodowany bez słońca i światła, któremu dlatego zbywa na barwach żywych. I brała mnie szalona chęć wynieść ją na rękach z tego mroku i cienia na słoneczne promienie, i widzieć jakby krew krążyła w niej żywiej, rumieniła lice i alpejskie róże ust zamieniała w korale.
Wargi jej zadrgały, poruszyły się lekko i jakby spełniając myśl moją, rozkwitły gorącą barwą, zapewne pod wrażeniem snu jakiego. Była blizką obudzenia, nawet rączki wysunęły się z pod włosów i poruszyły ich jedwabne fale.
W tej chwili osa wleciała do altany, krętym lotem zbliżyła się do śpiącej i krążyła nad jej głową. Nie zważałem na to zapatrzony w jej rysach, które coraz wyraźniej wypowiadały mi tajemnice jej wewnętrznej istoty, tajemnice czyste, proste a bolesne, kiedy złośliwy owad brzęcząc na różowych siadł wargach. Pochyliłem się gwałtownie, jak gdybym uczuł na własnych ukłucie żądła, i spędziłem go lekko; ale gdy tak stałem na straży jej snu, tuż nad nią, uczułem jej oddech na twarzy, musnęły pukle włosów poruszone wiatrem. Przeszedł mnie dreszcz dziwny, potem krew uderzyła mi do czoła, przedmioty zawirowały w oczach i pchnięty niespodzianą siłą dotknąłem ustami tych ust bezbronnych.
Rozchyliła powieki gwałtownie. Czarne źrenice spojrzały z razu pełne podziwu, niepewne, czy to był sen czy jawa, ale to trwało chwilę krótką jak błyskawica. Zrozumiała — com uczynił; zapaliły się w nich ognie oburzenia, pogardy, gniewu, a jednocześnie wstydem spłonęła twarz i czoło aż po korzenie włosów, i szyja nawet oblała się różową łuną.
Chwila to była stanowcza; dopowiedziała mi wszystko to, com odgadł marzeniem. Zdawało mi się, że przez czas niemego wpatrzenia się zapytywałem tej uśpionej istoty, jak wysoko nosiła myśl i uczucie; żem zapytywał, czy one były mnie pokrewne? żem zapytywał, czy te błyskawiczne, te dumne oczy świadczyły o sercu? Czy wszystko com w nich wyczytał złudą nie było?.... A serce jej przez wielkie oburzone płonące oczy odpowiedziało mi: «jestem, biję na równi z twojem».
I pioruny zapalone w tych oczach, zamiast wstydu przejmowały mnie szczęściem, budziły w piersiach jakąś rozkosz szaloną. Stałem na miejscu pochwycony siłą nową, drżący niepojętem wzruszeniem, nieruchomy, gotów uklęknąć przed nią jak winowajca i błagać przebaczenia, lub pochwycić ją w ramiona i unieść na kraj świata jakby moją była.
Ona tymczasem powstała, wyprostowała drobną kibić królewskim ruchem, krew zeszła z jej twarzy i pozostawiła znów białość marmuru. W milczeniu zebrała rozrzucone włosy, skręciła nad karkiem i spięła grzebieniem.
Nie patrzała na mnie wcale, jak gdyby samą była w tem zielonem schronieniu. Jam pożerał okiem każden z jej ruchów, bo ruchy te były tak wdzięczne, iż pieściły mój wzrok i, gotów byłem patrzeć, patrzeć i patrzeć jeszcze.
Gdy poprawiła nieład uczesania, sięgnęła po słomiany kapelusz leżący na ławce i w milczeniu bez słowa, oddalić się chciała. Alem ja stał przy wejściu i zagradzał jej drogę, w ten sposób, że tuż koło mnie przesunąć się musiała.
Szła ze spuszczoną głową, i minąć mnie miała bez jednego spojrzenia, jak gdybym nie zasługiwał na nic więcej, tylko na pogardę. Tego znieść nie mogłem.
— Panno Anielo — szepnąłem zaledwie słyszalnym głosem.
Spojrzała na mnie oczyma, w których było tyle bólu, że byłbym wolał pioruny gniewu, na które wiedziałem, żem zasłużył.
— Panno Anielo — powtórzyłem błagalnie — powiedz mi, że jestem nikczemnikiem, ale nie patrz w ten sposób.
I znowu spojrzenie jej utonęło we mnie obciążone niepocieszonym smutkiem i uczułem w niem wyrzut, żem cierpiącemu przymnożył boleści.
— Gniewasz się pani na mnie; masz prawo — zawołałem jak człowiek, który bronić się chce a nie może.
Wstrząsnęła głową przecząco.
— Pogardzasz mną.
I znowu nie było odpowiedzi, tylko jakiś ruch niewyraźny.
Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie, bo zagrodziłem jej drogę tak, że wydostać się nie mogła.
— Puść mnie pan — szepnęła wreszcie.
Było to pierwsze słowo, jakie do mnie wyrzekła, a głos jej czysty, wysoki, nieco drżący, chociaż nad drżeniem jego zapanować usiłowała, zrobił na mnie wrażenie równe spojrzeniu. Czułem w nim łzy niespłakane nigdy, i jakieś dźwięki miękkie pokrewne mi, pełne skarg niewyraźnych może dla niej samej, a dla mnie tak zrozumiałych, jakby z piersi mojej przeszły na jej usta.
— Puść mnie pan — powtórzyła ciszej.
Nie odpowiedziałem, nie ruszyłem się, ogarniony czarem. Słyszałem dźwięki tylko i te przykuwały mnie do miejsca, gdzie ona była; słowa ginęły w przestworzu. Cóż mi było do słów jej, — one odpowiadały powszednim ludzkim stosunkom, do nich się stosowały, mógł słyszeć je każdy i rozumieć każdy. Com słyszał w jej głosie, słyszałem ja jeden; w jego dźwiękach odkrywała się dla mnie ona cała, niby zjawisko cudowne, mnie jednemu widzialne.
Jak się to stało, ja nie wiem, ale spojrzenia nasze się zbiegły i utonęły jedno w drugiem, i wypowiadały sobie wzajemnie to wszystko, co słowa wypowiedzieć mogą tylko słabo, nieudolnie, oblekając najindywidualniejsze porywy szatą komunału. Tego, com ja czuł w tej chwili, z pewnością nikt przedemną, ani po mnie uczuć nie może w tej formie i sile; więc było mi niepodobna wypowiedzieć tego spowszedniałem słowem, które przechodząc po milijony razy przez usta ludzkie, sprofanowane, źle użyte, skarłowaciałe, straciło swoje znaczenie, i w oku mojej duszy wyglądało tak jak barwy obrazu naśladujące blaski słoneczne, lub purpurową, opalową harmoniję jutrzenki.
Ona rozumiała mnie, widziałem to dobrze; rozumiała, że łudziła we mnie cześć, troskliwość i namiętne pragnienia, że gotów byłem uklęknąć przed nią i modlić się w zachwycie, i pochwycić ją w ramiona jak orzeł gołąbkę i unieść w ogniste krainy szału, — że skinieniem drobnej dłoni mogła uciszyć burzę szalejącą w piersi i jednem dźwiękiem głosu wywołać wszystkie tony, jakich zapragnęła.
Po czole jej białem przechodziły fale myśli czy uczuć, wązkie brwi zbiegały się burzliwe i znów rozchylały, świadcząc o wracającej pogodzie. Źrenice zapalały się i gasły w mgle miękkiej, ścięte usta zabarwiały się zwolna jak kwiat, co się w słońcu rozwija.
Jak długo prowadziliśmy tę niemą rozmowę, nie pamiętam. Pewno tak samo nie pamięta ona. Wypowiedzieliśmy sobie życie nasze całe, zmieszali tęsknoty, pragnienia, sny, i jak dzieci nie znając fałszu, nie podejrzywając zdrady, wyszliśmy z altany z dłonią w dłoni, przekonani, że tak przejdziemy przez życie.
Odtąd zabłysło dla niej słońce szczęścia, i przetworzyło na najcudniejszą istotę, jaką wymarzyć można. Promieniała nieujętą pięknością. Źrenice jej pełne były blasków, lica rumieńców, usta uśmiechów i słów skorych, a od czoła bił majestat pogody. Jam patrzał na nią — i szalał....
Pomiędzy nas nie wmieszał się nikt. Ja i ona nie mieliśmy nikogo z bliższych, na świat nie raczyliśmy zważać.
Nie. Pomiędzy nas nikt się nie wmięszał... A jednak kiedy liście zaczęły mienić się na drzewach w barwy złota i purpury, jak gdyby zatrzymać chciały na sobie blaski uciekające z nieba, — kiedy dnie stały się krótkie, słotne, smutne, a wieczory przedłużały się w nieskończoność, i ona osmucała się wraz z przyrodą, — blaski jej oczów ćmiły się wraz z blaskami słońca.
Nie pytałem o przyczynę. Pytać nie potrzebowałem, bo moje czoło coraz częściej było chmurne, myśli zmącone i coraz częściej przychodziło mi na myśl, żem młody, że po za granicami wioski jest świat wielki, świat szeroki, ku któremu rwałem się niegdyś siłą pragnień niepohamowanych.
Zrazu, kiedy po raz pierwszy przyszła mi myśl podobna, serce moje uderzyło gwałtownie, jak gdybym blizkim był popełnienia zbrodni. Spojrzałem na nią — wydała mi się blada i drząca. Może czytała w chmurnej twarzy mojej nowe żądze, może przeczuła, że pomiędzy nami stanęła potęga silniejsza od czaru, jaki nas łączył.
Spuściłem wzrok jak winowajca przed jej oczami. Ale odtąd coraz częściej zapadała w zadumę, coraz bardziej gasły blaski jej źrenic, a rozchylone, kwitnące usta ścinały się boleśnym wyrazem, bo myśli moje raz wraz odwracały się od niej, i prześcigały horyzont wzroku.
Przychodziły mi chęci szalone nowych światów, nowych wrażeń, a może i uczuć nowych. Wierzyłem jak dziecię, że znajdę w każdej kobiecie to, co znalazłem na progu życia — czyste serce, miłość na nic niepamiętną, bez skazy i rachuby. A kiedy raz zakradną się do myśli podobne żądze, prędzej czy później staną się faktem.
Nie mówiliśmy nigdy o tem oboje i nie potrzebowaliśmy mówić. Słowa były pomiędzy nami zbyteczne, burza wrzała we mnie i miotała sercem, jak okrętem bez steru. Ona nie zrobiła najmniejszego usiłowania, by ten ster pochwycić. Bladła, więdła, ale milczała. Z ust jej nie wybiegła ani skarga, ani pytanie żadne.
Czasem siadała przy oknie i patrzała długie godziny w przeciągające korowody chmur, jak gdyby serce jej zawieszone było na jednej z nich, — a jeślim spytał ją o czem myślała, wstrząsała głową z takim wyrazem, żem już nie pragnął odpowiedzi. Niekiedy znowu wlepiała wzrok w płomienie wieczornego ogniska i snuła jakieś pasmo marzeń czy smutków, a wówczas łuk jej brwi czarnych był wyraźny, podłużne bruzdy występowały na czoło, ciężkie powieki opuszczały się na źrenice.
Czułem niemy wyrzut w jej smutku i wrzałem niecierpliwością, a im więcej poczuwałem się do winy, tem pilniej było mi zostawić za sobą to wszystko, co mi ciążyło. Kochałem przecież na to, żeby być szczęśliwy; miłość nie powinna była stać się dla mnie więzem, skrępować mój polot i swobodę! Ja nie tego chciałem.
Czyż ona mogła żądać naprawdę, bym świat mój zamknął w promieniu jej wzroku, ja... ja, któremu życie otwierało szranki szerokie jak marzenia!
Nie szarpałem się długo sam z sobą. Com postanowił — stać się musiało, choćbym nawet miał być okrutnym dla własnego serca, — a serce to ściskało się na myśl rozstania.
Kiedym dnia tego spotkał jej oczy, nie mogłem znieść ich spojrzenia.
Było to nad wieczorem. Staliśmy oboje w framudze okna, ołowiane chmury ciągnęły nizko po nad szczytami drzew, obsiadłych miryadami wron i kawek, smutnych ptaków jesieni. Zachodzące słońce, gdzieniegdzie wydobywało się z warstwy obłoków i przerzynało je krwawą smugą. A odblask jego padał jej na twarz i nadawał złudę rumieńca.
Nie patrzyłem jej w oczy, tylko widziałem wątłą kibić drgającą za każdem uderzeniem serca.
Przez długi czas trwało milczenie; — wiedziałem, że chwila była stanowczą, że trzeba mi było ją pożegnać, a nie wiedziałem od czego zacząć; słowa konały mi na ustach. Wreszcie usłyszałem.... Nie, nie usłyszałem, pochwyciłem raczej w lekkiem drżeniu powietrza wyraz, który leżał pomiędzy nami:
— Jedziesz?
Nie wiem, czy wypowiedziały go jej drżące wargi, czy uderzenia serca, ale dźwięczała w nim moc, której opierać się nie byłem w stanie. Zresztą, ja z tem przyszedłem do niej. Skłoniłem tylko głowę.
Ręka jej spoczęła na mojem ramieniu, lekka, drżąca, tak jak spoczywała tyle razy w dniach miłości, — a w tej chwili dnie te tłumnie wróciły mi do pamięci.
— Czy musisz jechać? — spytała znowu, zaledwie słyszalnym głosem.
— Muszę! — zawołałem bez namysłu.
Spojrzała na mnie poważna i badawcza, oblana cała łunami zachodu, które czerwonym blaskiem odbiło się w jej oczach.
— Czy chcesz, czy musisz — wyrzekła znowu, jakby nie słyszała wykrzyku mego.
Nie śmiałem go powtórzyć, i zacząłem mówić o koniecznościach życia, które stanowią przymus dla jednostek, i popychają je wbrew pragnieniom i chęciom serca. Mówiłem o boleści rozłąki, o czasie próby, o chwili powitania się znowu.
Mówiłem długo: mogłem mówić wiele dłużej; ona nie przerywała mi wcale, aż wreszcie zatrzymałem się sam, zmieszany jej milczeniem. Nie przeczyła ani potakiwała, — stała zawsze w jednej postawie zapatrzona w chmury, które teraz zgasiły ostatnie blaski słoneczne i ciągnęły się po całym horyzoncie.
— Anielko! — zawołałem, nie mogąc znieść tej niemej boleści.
Zadrżała lekko i zwróciła się do mnie:
— Czemu nie powiesz mi wprost, że to wola twoja nas rozdziela? Czy myślisz, że tego nie rozumiem?
Chciałem coś mówić, tłumaczyć jej..... Skinęła ręką tylko; pojąłem, że to byłoby daremnie.
— Anielko — powtórzyłem.
Nie słuchała mnie. Miała słuszność: to com wyrzekł, były to czcze słowa, dźwięki, z których serce uleciało; jedyną prawdę dla niej stanowiły oczy moje. I musiała w nich wyczytać coś pocieszającego dla siebie, bo zaczęła mówić zwolna, urywanie, zatrzymywała się co chwila, jakby badając, śledząc wrażenie, jakie czyniła, nakształt lekarza, co kładzie palec na pulsie, badając jego tętna.
— Gdybym mogła wierzyć, że ty opuścić mnie musisz? Henryku, zrób, żebym w to uwierzyła, a chwila ta, pomimo smutku, szczęściem będzie dla mnie; szczęśliwa czekać będę na ciebie miesiące, lata, życie całe, tylko niech w to uwierzę.
W jej głosie, w jej całej istocie była wielka powaga, ona nakazywała mi prawdę.
Być może, iż kłamstwo byłoby miłosierdziem w tej chwili, ale opanowany magnetyczną siłą jej wzroku i woli, które przenikały w głąb mojej istoty, na kłamstwo zdobyć się nie mogłem.
— Anielko! — wyrzekłem znowu wymijająco.
Ona jednem spojrzeniem zaparła mi słowa na ustach.
— Chcesz, czy musisz? — powtórzyła tylko, nachylając się ku mnie tak, że oczy jej tonęły w moich, a drobne palce wpiły się w ramię moje nakształt stali.
Przez chwilę cisza była taka, iż słychać było złowrogie gwizdanie wiatru i krakanie wron nad topolami przed dworem. Czułem, jak zwolna uścisk jej dłoni słabł i rozwiązywał się; potem wzrok tracił swą przeszywającą siłę, mglił się i zdało mi się, że coś zrywało się pomiędzy nami, że zapadała jakaś zasłona niepowrotna....
Ciemniało coraz bardziej. Oparłem palące czoło o zimne szyby, o które w tej chwili siec zaczął deszcz kroplisty i próbowałem ochłodzić je daremnie.
Gdym podniósł głowę, byłem sam w pokoju. Oddaliła się bez słowa skargi, pożegnania, żalu, bez ostatniego uścisku i ostatniej prośby, cicha — jak sen.
Od tej chwili nie widziałem jej już nigdy więcej.
W życiu mojem ona była snem tylko....





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.