Nora/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Nora
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Ibsen
Tytuł Nora
Rozdział Akt III
Pochodzenie Wybór dramatów
Data wydania 1899
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. Et Dukkehjem
Źródło Skany na Commons
Inne Cały dramat
Pobierz jako: Pobierz Cały dramat jako ePub Pobierz Cały dramat jako PDF Pobierz Cały dramat jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
AKT III.
Ten sam pokój. Stół stojący przy kanapce wraz z otaczającemi go krzesłami jest wysunięty na środek. Na stole pali się lampa. Drzwi do przedpokoju stoją otworem. Z góry dochodzi muzyka taneczna.

SCENA PIERWSZA.
(Pani Linden siedzi przy stole i niespokojnie przerzuca książkę; usiłuje czytać, ale zdaje się nie módz zebrać uwagi, co chwila podnosi oczy od książki i nasłuchuje potém, wchodzi Günther).

PANI LINDEN (spoglądając na zegarek). Niéma go jeszcze, a czas wielki. Gdyby téż... (nasłuchuje znowu). Ach! otóż i on (otwiera ostrożnie drzwi wchodowe). Słyszę kroki na wschodach. (Szeptem). Wejdź pan. Niéma tu nikogo.
GÜNTHER (we drzwiach). Znalazłem w domu kartkę od pani, co to znaczy?
PANI LINDEN. Muszę natychmiast z panem pomówić.
GÜNTHER. Tak? zaraz i tutaj?
PANI LINDEN. U mnie to niepodobna, nie mam osobnego wejścia. Chodź pan, jesteśmy sami zupełnie; służące śpią, a Helmer jest z żoną na balu.
GÜNTHER (wchodząc). Doprawdy, Helmerowie tańczą dziś w wieczór?
PANI LINDEN. Dlaczegóżby nie mieli tańczyć?
GÜNTHER. Bardzo słusznie, dlaczegóżby nie mieli?
PANI LINDEN. Więc możemy z sobą pomówić.
GÜNTHER. Czyż mamy sobie jeszcze co do powiedzenia?
PANI LINDEN. Mamy bardzo wiele.
GÜNTHER. Tego nie myślałem.
PANI LINDEN. Boś mnie pan nigdy dobrze nie rozumiał.
GÜNTHER. Niezrozumiałego nic niéma w rzeczy zupełnie jasnéj. Kobieta bez serca zrywa z jednym, skoro się zdarzy lepsza partya.
PANI LINDEN. Myślisz pan, żem bez serca, żem zerwała bez bólu?
GÜNTHER. Czyż nie?
PANI LINDEN. Więc sądziłeś pan tak rzeczywiście?
GÜNTHER. Dlaczegóż napisałaś mi pani wówczas list taki?
PANI LINDEN. Inaczéj postąpić nie mogłam. Skoro z panem zerwać musiałam, było moim obowiązkiem wyrwać panu z serca wszystko, coś czuł dla mnie.
GÜNTHER (załamując ręce). Więc tak? i to tylko dla pieniędzy?
PANI LINDEN. Niech pan nie zapomina, że miałam chorą matkę i dwóch małych braci. Nie mogłam czekać na pana; a miałeś tak małe widoki.
GÜNTHER. Być może, aleś pani nie miała prawa odrzucać mnie dla innego człowieka.
PANI LINDEN. Alboż ja wiem. Zadawałam sobie nieraz pytanie, czy miałam to prawo?
GÜNTHER (ciszéj). Gdym panią utracił, było mi tak, jakby mi kto grunt z pod nóg usunął. Spojrz pani na mnie, jestem dziś rozbitkiem życia.
PANI LINDEN. A jednak byłby może blizki ratunek.
GÜNTHER. Ratunek był, aleś pani stanęła mi na drodze.
PANI LINDEN. Stało się to bez mojéj wiedzy. Dziś rano dopiéro dowiedziałam się, że mam zająć pańskie miejsce.
GÜNTHER. Wierzę, skoro pani tak mówi, jednak nie cofnęłaś się, dowiedziawszy się o tém.
PANI LINDEN. Nie, gdyż to nie przydałoby się panu na nic.
GÜNTHER. Ach! przydało, przydało... jabym to był uczynił.
PANI LINDEN. Życie i twarda konieczność nauczyły mnie działać rozsądnie.
GÜNTHER. A mnie nauczyło życie, nie dowierzać pięknym słówkom.
PANI LINDEN. Bardzo słusznie, ale przecież czynom musisz pan uwierzyć.
GÜNTHER. Jak to pani rozumie?
PANI LINDEN. Mówiłeś pan, że jesteś rozbitkiem.
GÜNTHER. Mam powody tak mówić.
PANI LINDEN. Ja także doznałam rozbicia.
GÜNTHER. Samaś pani wybierała.
PANI LINDEN. Nie miałam wówczas wyboru.
GÜNTHER. I cóż daléj?
PANI LINDEN. Gdybyśmy, dwoje rozbitków... połączyli się.
GÜNTHER. Co pani mówi?
PANI LINDEN. Dwoje na jednéj tratwie uratować się może łatwiéj, niż każde z osobna.
GÜNTHER. Krystyno?
PANI LINDEN. Czy wiesz pan, dlaczego tu przybyłam?
GÜNTHER. Pomyślałaś o mnie?
PANI LINDEN. Muszę pracować na utrzymanie. Pracowałam od młodości i praca była mojém szczęściem jedyném. Teraz jestem samą na świecie. Wkoło mnie pustka straszna. Czy warto pracować dla siebie saméj? Güntherze, daj mi dla kogo pracować.
GÜNTHER. Nie wierzę pani. To tylko egzaltowana chęć poświęcenia się.
PANI LINDEN. Czy pan kiedy zauważył, żem była egzaltowaną?
GÜNTHER. Więc pani doprawdy, mogłabyś?... Powiedz pani, czy znasz moję przeszłość?
PANI LINDEN. Znam.
GÜNTHER. I wiesz pani, o co mi tutaj idzie?
PANI LINDEN. Czyż nie mówiłeś pan przed chwilą, że ze mną byłbyś stał się innym.
GÜNTHER. Teraz jeszcze jestem o tém przekonany.
PANI LINDEN. A dziś, czy się to stać nie może?
GÜNTHER. Krystyno... Mówisz to po namyśle. Tak, widzę to. Więc masz na prawdę odwagę...
PANI LINDEN. Potrzeba mi kogoś, dla któregobym żyła, a twoje dzieci potrzebują matki. My oboje jesteśmy sobie potrzebni, a ja wierzę, iż masz grunt szlachetny. Z tobą odważę się na wszystko.
GÜNTHER (chwytając jéj ręce). Dzięki, dzięki, Krystyno... Teraz potrafię także podnieść się w oczach wszystkich. Ach! zapomniałem.
PANI LINDEN (słuchając). Cicho! Tarantella! Idź pan już! idź.
GÜNTHER. Dlaczego? Co to?
PANI LINDEN. Słyszy pan ten taniec nad nami? Skoro się skończy, oni powrócą.
GÜNTHER. Idą już. Wszystko na próżno. Pani nie wie, naturalnie, com uczynił przeciw Helmerowi.
PANI LINDEN. Wiem o tém.
GÜNTHER. I pomimo to, masz odwagę...
PANI LINDEN. Pojmuję, do czego zwątpienie doprowadzić może takiego człowieka, jak pan.
GÜNTHER. Ach! gdybym mógł cofnąć to, com uczynił.
PANI LINDEN. Możesz pan; bo list leży w skrzynce, nie ruszony.
GÜNTHER. I to prawda?
PANI LINDEN. Tak... ale.
GÜNTHER (spoglądając na nią badawczo). Czy mam sądzić, że pani chce jakimbądź kosztem uratować przyjaciółkę. Mów pani otwarcie. Czy tak?
PANI LINDEN. Güntherze, kto się z miłości dla drugich raz zaprzedał, nigdy tego nie uczyni po raz drugi.
GÜNTHER. Zażądam zwrotu mego listu.
PANI LINDEN. Nie, nie.
GÜNTHER. Zostanę tutaj do przyjścia Helmera i zażądam zwrotu mego listu. Powiem mu, że idzie tu tylko o moję dymisyę... żeby go nie czytał.
PANI LINDEN. Nie, Güntherze, nie żądaj zwrotu listu.
GÜNTHER. Czyż to nie był właściwy powód, dla którego mnie pani wezwała?
PANI LINDEN. Tak, uczyniłam to w pierwszém przerażeniu, ale od tego czasu upłynęło dwadzieścia cztery godzin, a przez ten czas, widziałam w tym domu rzeczy nie do uwierzenia. Helmer musi się o wszystkiém dowiedziéć; ta nieszczęsna tajemnica musi wyjść na jaw, tych dwoje musi raz dojść do otwartego stosunku, te tajemnice i wybiegi nie mogą trwać dłużéj.
GÜNTHER. Dobrze więc, skoro pani to bierze na siebie. Jedno przecież mogę zrobić i tak się też stanie.
PANI LINDEN (słucha). Śpiesz się pan, idź już, idź. Już po taranteli, nie możemy być ani chwili bezpieczni.
GÜNTHER. Poczekam na panią przed domem.
PANI LINDEN. Dobrze. Odprowadzisz mnie pan.
GÜNTHER. Tak szczęśliwym nie byłem nigdy. (wychodzi. Drzwi do przedpokoju zostają otwarte przez następne sceny).



SCENA DRUGA.
PANI LINDEN, potém HELMER I NORA.

PANI LINDEN (porządkuje i składa razem swoje zwierzchnie okrycia). Co za zmiana! Co za zmiana! Miéć dla kogo pracować, dla kogo żyć, w osierocony dom wnieść miłość i porządek... O, ja to zrobię... Żeby już prędzéj przyszli (słucha). Otóż i oni. Prędko, gdzie moje rzeczy? (bierze kapelusz i płaszcz. Słychać głosy Helmera i Nory, słychać obrót klucza w zatrzasku i Helmer szybko wprowadza Norę do przedpokoju. Nora ma włoski kostium, a na to narzucony czarny szal. Helmer ma strój balowy, a na nim roztwarte czarne domino).
NORA (jeszcze we drzwiach opierając się). Nie, nie, nie chcę tu wchodzić, ja chcę iść jeszcze na górę, a nie powracać tak wcześnie...
HELMER. Ależ, droga Noro...
NORA. Proszę cię, błagam, Robercie, jeszcze tylko godzinkę.
HELMER. Ani jednéj minuty, droga Noro. Wiesz, tak było umówione. Chodź do pokoju, tu się zaziębisz (wciąga ją do pokoju pomimo oporu z łagodną przemocą).
PANI LINDEN. Dobry wieczór.
NORA. Jakto, pani tutaj, tak późno?
PANI LINDEN. Darujcie. Chciałam koniecznie zobaczyć Norę w przebraniu.
NORA. Więceś tu siedziała, czekając na mnie?
PANI LINDEN. Tak, przyszłam za późno, byłaś już na górze, a ja nie mogłam odejść, nie zobaczywszy cię.
HELMER (zdejmując szal z Nory). Więc przyjrzyj jéj się pani dobrze. Nie prawdaż, że widziéć ją warto? Czyż nie piękna?
PANI LINDEN. Przyznaję.
HELMER. Czy nie prześliczna? Wszyscy to znajdowali na balu. Tylko to rozkoszne stworzonko, jest strasznie samowolne. Czy uwierzy pani, że prawie musiałem użyć gwałtu, aby ją wyprowadzić.
NORA. Robercie, ty będziesz tego żałował, żeś mi jeszcze choć półgodzinki nie zostawił.
HELMER. Słyszysz pani. Odtańczyła tarantelę — zebrała burzliwe oklaski — ostatecznie zasłużone jakkolwiek w wykonaniu było może za wiele realizmu; to jest czegoś, co ściśle biorąc, nie było w zupełnéj zgodzie z zadaniem sztuki. Ale rzecz główna — miała oklaski, szalone oklaski. I miałem jéj pozwolić zostać? przez to wrażenie osłabić? Ślicznie dziękuję. Zabrałem moje zachwycające dziewczę z Capri — mogę powiedziéć moje kapryśne dziewczę z Capri pod rękę, z błyskawiczną szybkością obiegliśmy salę, kłaniając się na wszystkie strony i znikło piękne zjawisko. Trzeba zawsze czynić to efektownie, pani Linden, ale Norze tego wytłómaczyć nie mogę... Ach! jak tu gorąco (rzuca domino na krzesło i otwiera drzwi do swego pokoju). Tam ciemno. Tak, tak naturalnie. Przepraszam (wchodzi do siebie i zapala świece).
NORA (szepcze szybko). Cóż?
PANI LINDEN. (cicho). Mówiłam z nim.
NORA. I...
PANI LINDEN. Musisz wszystko swemu mężowi powiedziéć.
NORA (słabo). Wiedziałam o tém.
PANI LINDEN. Ze strony Günthera niczego się nie obawiaj, ale musisz wszystko powiedziéć.
NORA. Ja nic nie powiem.
PANI LINDEN. Powie list.
NORA. Dziękuję ci; teraz wiem, co mi czynić pozostaje. Ct...
HELMER (wracając). Cóż, czy się pani nazachwycała?
PANI LINDEN. A teraz powiem państwu dobranoc.
HELMER. Cóż tak śpiesznie? Czy to pani ta robota na drutach?
PANI LINDEN (biorąc ją). Moja. Dziękuję, byłabym o niéj zapomniała.
HELMER. Więc pani lubi taką robotę?
PANI LINDEN. Lubię.
HELMER. Wie pani, lepiéj byłoby haftować.
PANI LINDEN. Dlaczego?
HELMER. Bo to daleko ładniéj wygląda. Widzi pani tak oto trzyma się haft lewą ręką, a prawą przesuwa się igłą, ot takim ładnym zaokrąglonym ruchem...
PANI LINDEN. Być może.
HELMER. Tymczasem z drutową robotą nigdy się nie wygląda ładnie. Patrz pani, ręce trzymane są razem, druty tu i tam migają, to ma coś w sobie chińskiego. Ach! doprawdy, wino szampańskie było wyborne...
PANI LINDEN. Dobranoc już, Noro, i nie bądź więcéj samowolną.
HELMER. Ślicznie powiedziane, pani Linden.
PANI LINDEN. Dobranoc, panie dyrektorze.
HELMER (odprowadza ją do drzwi). Dobranoc, dobranoc. Spodziewam się, że pani bez szwanku dojdzie do domu — powinienbym właściwie — ale do pani tak niedaleko. Dobranoc, dobranoc (zamyka drzwi za wychodzącą i powraca na przód sceny).



SCENA TRZECIA.
HELMER, NORA.

HELMER. Pozbyliśmy się jéj nareszcie. Ach! jakaż ona nudna!
NORA. Czy nie jesteś zmęczony?
HELMER. Nie, wcale.
NORA. Nie chce ci się spać?
HELMER. Bynajmniéj, czuję się zupełnie rzeźwym, ale ty wydajesz się znużona, senna.
NORA. Jestem bardzo zmęczona, to téż wkrótce spać będę.
HELMER. Widzisz! widzisz, jak dobrze zrobiłem, żem ci nie dał pozostać dłużéj.
NORA. Ty wszystko dobrze robisz.
HELMER (całuje ją w czoło). Otóż moja żoneczka odezwała się rozumnie. Czyś uważała, jak Rank był wesołym na balu.
NORA. Tak? Był wesołym? nie miałam czasu z nim mówić.
HELMER. I ja nie miałem czasu, ale oddawna nie widziałem go w tak dobrym humorze (patrzy na nią przez chwilę, a potem się zbliża). Jak dobrze, że jesteśmy znów u siebie, że jesteśmy sami, ty moja śliczna czarodziejko.
NORA. Robercie, nie patrz tak na mnie.
HELMER. Jakto? nie miałbym patrzéć na skarb mój najmilszy.
NORA (przechodzi na drugą stroną stołu). Robercie, nie mów do mnie dzisiaj w ten sposób.
HELMER (idąc za nią). Jeszcze masz w nerwach tarantelę, jak widzę, ale to ci dodaje powabu. Słuchaj, goście rozchodzić się zaczynają (cicho). Nie długo milczenie zalegnie dom cały.
NORA. Spodziewam się.
HELMER. Nieprawdaż, moja najdroższa. Czy wiesz, gdy jestem z tobą w towarzystwie, dlaczego tak mało z tobą mówię, trzymam się tak zdaleka i tylko ukradkiem na ciebie spoglądam, czy wiesz, dlaczego? Oto wyobrażam sobie wówczas, że łączy nas tajemna miłość, a nikt się nie domyśla, co jest pomiędzy nami.
NORA. Och! wiem, wiem, wszystkie twoje myśli są przy mnie.
HELMER. A kiedy odchodzimy, a ja kładę okrycie na twoje cudne ramiona, otulam młodzieńczą szyjkę — to znów przychodzi mi na myśl, żem cię wreszcie poślubił pierwszy raz wprowadzam cię do siebie i pierwszy raz jestem sam z tobą, zupełnie sam z tobą, ty moja prześliczna. Przez cały wieczór tęskniłem do ciebie, a gdy w czasie taranteli widziałem cię przesuwającą się w uroczych skrętach, krew mi zawrzała... nie mogłem dłużéj wytrzymać i oto dlaczego wyprowadziłem się tak wcześnie tu do nas.
NORA. Daj pokój, Robercie, musisz mnie dziś samą zostawić, ja tego wszystkiego nie chcę.
HELMER. Cóż to znaczy? Czy nie mogę się popieścić z moją słodką Norą?... Nie chcesz. Jestem przecież twoim mężem (ktoś stuka).
NORA (z przerażeniem). Czy słyszysz?
HELMER (przy drzwiach wchodowych). Kto tam?



SCENA CZWARTA.
CIŻ I RANK.

RANK (za drzwiami). To ja, czy mogę wejść na chwilkę?
HELMER (cicho i niechętnie). A ten czego chce znowu (głośno). Poczekaj minutkę (otwiera drzwi). To ładnie z twéj strony, żeś naszych drzwi nie ominął.
RANK. Zdawało mi się, że słyszę twój głos i zachciało mi się tu zajrzéć (ogląda się wkoło nieznacznie). Zobaczyć te dobrze znane sprzęty. Ach! jak tu u was cicho i miło.
HELMER. Tam na górze także podobało ci się wszystko.
RANK. Nadzwyczaj. Dlaczegóżby nie? Na tym świecie należy przecież użyć wszystkiego, o ile tylko można. Wina były doskonale.
HELMER. Szczególniéj szampan.
RANK. Zauważyłeś to. Rzecz nie do uwierzenia, ilem go wypił.
NORA. Robert także dziś wieczór pił bardzo wiele.
RANK. Tak.
NORA. A potém jest zawsze tak wesoły.
RANK. Dla czegóż człowiek nie miałby po dobrze zapełnionym dniu użyć miłego wieczoru!
HELMER. Dobrze zapełnionym. Tém ja się pochwalić nie mogę.
RANK (uderzając go po ramieniu). Ale ja mogę.
NORA. Musiałeś niezawodnie, doktorze, przedsięwziąć dziś jakieś naukowe poszukiwanie.
RANK. Właśnie.
HELMER. Słuchajże! Nora mówi o poszukiwaniach naukowych!
NORA. A czy mam powinszować rezultatu?
RANK. Prawdopodobnie.
NORA. Więc jest dobry rezultat?
RANK. Najlepszy, tak dla doktora, jak i dla pacyenta. — Pewność.
NORA (żywo i badawczo). Pewność?
RANK. Zupełna. Czyż nie miałem powodu wesoło spędzić wieczoru?
NORA. Tak, masz słuszność, doktorze.
HELMER. Powiedziałbym to samo, gdybyś jutro nie musiał za to pokutować.
RANK. Nic już mi nie pozostaje w życiu.
NORA. Doktorze, musisz lubić maskowe bale?
RANK. Gdy są na nich zajmujące maski.
NORA. Wiesz pan, ukażmy się razem na najbliższéj maskaradzie.
HELMER. Ty szalona główko, już myślisz o przyszłym balu.
RANK. My razem, pani chyba będzie dzieckiem szczęścia.
HELMER. Tak, ale gdzie kostium, coby rzecz charakteryzował?
RANK. Twoja żona może bezpiecznie pozostać taką, jak jest teraz.
HELMER. Dobrześ powiedział, ale ty za co się przebierzesz?
RANK. Co do tego nie mam żadnéj wątpliwości.
HELMER. Więc jakże?
RANK. Na przyszłéj maskaradzie będę niwidzialnym.
HELMER. Zabawna myśl.
RANK. Była sobie raz wielka czarna czapka. Czyś nie słyszał o ludziach posiadających czapkę niewidkę? Kładzie się ją na głowę i jest się niewidzialnym.
HELMER (z przyszonym uśmiechem). Masz słuszność.
RANK. Ale zapominam zupełnie, po com tu przyszedł. Daj mi cygaro, Helmerze, jedno z tych ciemnych hawana.
HELMER. Z największą przyjemnością (podaje mu cygarnicę).
RANK (bierze cygaro i obcina je). Dziękuję.
NORA (zapala zapałkę). Ma pan ogień.
RANK. Stokrotne dzięki (Nora trzyma zapałkę, on zapala cygaro) a teraz bądźcie zdrowi.
HELMER. Dobranoc, dobranoc!
NORA. Śpij pan dobrze.
RANK. Dziękuję, mam za to życzenie.
NORA. Życz mi tego samego, doktorze.
RANK. Pani? No, dobrze, jeśli snu potrzebujesz... Śpij pani dobrze i dziękuję za ogień (żegna się i wychodzi).



SCENA PIĄTA.
HELMER, NORA, potém HELENA.

HELMER (półgłosem). Pił dzisiaj za wiele.
NORA (zamyślona). Być może. (Helmer bierze swoje kluczyki ze stołu i idzie do przedpokoju). Czego tam chcesz, Robercie?
HELMER. Muszę wyjąć listy ze skrzynki, jest pełną, jutro nie zmieszczą się w nią dzienniki.
NORA. Chcesz jeszcze pracować?
HELMER. Chowaj Boże. Co to jest? Ktoś tu majstrował koło zamku.
NORA. Koło zamku?
HELMER. Tak. Cóż to znaczy? Nie sądzę, ażeby służąca. Tu leży złamana szpilka od włosów. Noro, to twoja szpilka.
NORA (prędko). Pewno to dzieci.
HELMER. Trzeba ich od tego odzwyczaić. Hm! no... ale wreszcie dałem radę (wyjmuje zawartość skrzynki i woła). Heleno! Heleno, zgaś światło w przedpokoju (wraca do pokoju z listami w ręku zamknąwszy drzwi od przedpokoju). Patrz-no, patrz, co się tego nagromadziło (przerzuca listy). A to co?
NORA (przy oknie). List! O nie, nie, Robercie.
HELMER. Dwa bilety wizytowe Ranka.
NORA. Od doktora?
HELMER (przyglądając mu się). Doktór medycyny Rank. Leżały na wierzchu, musiał je teraz wrzucić.
NORA. Czy co na nich napisane?
HELMER. Nad nazwiskiem jest krzyż. Patrz. To nieprzyjemne, jakby zawiadamiał o swojéj śmierci.
NORA. Bo też tak jest.
HELMER. Jak to? Czy wiész o tém? Czy ci co mówił?
NORA. Tak, ten bilet jest jego pożegnaniem. Chce się zamknąć i umrzéć.
HELMER. Biedny. Wiedziałem, że niedługo będziemy się nim cieszyć. Ale tak znów prędko... i kryć się jak ranione zwierzę.
NORA. Skoro się to ma stać, lepiéj, żeby się stało bez słów. Nieprawdaż?
HELMER (chodzi tu i tam). Był z nami tak blizko złączony. Nie mogę go sobie bez nas wyobrazić. On ze swoją chorobą i osamotnieniem, stanowił rodzaj pachmurnego tła dla naszego szczęścia. Może to i lepiéj, przynajmniéj dla niego (zatrzymuje się) a może i dla nas, Noro. Jesteśmy teraz oboje sami zupełnie (obejmuje ją). O, moja najdroższa, jest mi tak, jak gdybym nie mógł dość blizko przycisnąć cię do siebie. Czy wiesz, Noro, czasem pragnąłbym prawie, ażeby ci groziło wielkie niebezpieczeństwo a ja cię bronił kosztem życia i wszystkiego, co posiadam.
NORA (wyrywa się z jego objęcia i mówi z postanowieniem). Przeczytaj teraz twoje listy.
HELMER. Nie, nie dzisiaj. Teraz zostanę z moją żoną.
NORA. A myśl o umierającym przyjacielu?
HELMER. Masz słuszność. To nas przeraziło oboje, coś wstrętnego stanęło między nami — przypomnienie śmierci i zniszczenia. Trzeba starać się z tego otrząsnąć, ale do téj chwili zostańmy lepiéj każde u siebie.
NORA (wieszając mu się na szyi). Robercie! dobranoc, dobranoc.
HELMER (całując ją w czoło). Dobranoc, najdroższa. Śpij dobrze, a ja przeczytam moje listy (idzie z listami do swego pokoju i drzwi za sobą zamyka).
NORA (z obłąkanym wzrokiem dotyka otaczających przedmiotów, bierze domino Helmera, zarzuca je na siebie i szepce gwałtownie, urywanie). Nigdy go już nie zobaczyć! Nigdy! nigdy! nigdy! (szalem obwija sobie głowę). I dzieci więcéj nie zobaczyć. Jéj także nie. Nigdy! nigdy! O! ta ciemna, lodowata woda — bezdenna woda, Ta... Och! gdyby to już przeminęło. — Teraz trzyma list... teraz go czyta. Nie, nie, jeszcze nie... Żegnaj, Robercie, żegnaj, ty i dzieci. (W chwili gdy chce wyjść przez przedpokój, Helmer otwiera gwałtownie drzwi swego pokoju i staje w nich z otwartym listem w ręku).
HELMER. Noro!
NORA (z głośnym okrzykiem). Ach!
HELMER. Co to jest? Czy wiész, co ten list zawiera?
NORA. Wiem. Puść mnie. Iść muszę.
HELMER (wstrzymując ją). Gdzież chcesz iść?
NORA (usiłując się wyrwać). Nie chcę, żebyś mnie ratował.
HELMER (chwiejąc się). Prawda? Czy to prawda, co on pisze... Okropność! Nie, to niepodobna, to nie może być prawdą.
NORA. To prawda! Kochałam cię nad wszystko na świecie.
HELMER. Daj pokój głupim tłómaczeniom.
NORA (postępując ku niemu). Robercie!
HELMER. Nieszczęśliwa — cóżeś uczyniła?
NORA. Puść mnie. Ty nie będziesz za to pokutował, ty tego na siebie nie weźmiesz.
HELMER. Bez tych komedyj (zamyka na klucz drzwi przedpokoju). Stój tu i odpowiadaj. Czy rozumiesz, coś uczyniła? Odpowiedz. Czy ty to rozumiesz?
NORA (patrzy mu prosto w oczy i mówi ze wzrastającą energią). Tak, teraz zaczynam rozumiéć.
HELMER (chodząc po pokoju). Cóż to za okropne przebudzenie! Przez te ośm lat, ta, co była moją radością, moją dumą — była oszustką, kłamczynią — i stokroć gorzéj, gorzéj — przestępczynią. W tém leży bezdenna szkarada. Fe, fe.
NORA (milczy i ciągle patrzy mu w oczy).
HELMER (staje przed nią). Powinienem się był spodziewać, że stanie się coś podobnego, powinienem to był przewidziéć. Już same lekkomyślne zasady twego ojca... Milcz... Tak, odziedziczyłaś lekkomyślne zasady twego ojca. Ani religii, ani moralności, ani poczucia obowiązku... Jakżem strasznie ukarany za to, żem patrzał przez szpary na jego czyny... Uczyniłem to dla ciebie i tak mi to nagradzasz?
NORA. Tak.
HELMER. Zniweczyłaś moje szczęście, moję całą przyszłość. Sama ta myśl jest okropna. Znajduję się teraz na łasce człowieka bez sumienia, on może ze mną robić, co zechce, żądać, co mu się tylko podoba, rozkazywać mi, a ja muszę to znosić w milczeniu... Tak, upadnę i zginę nikczemnie, dzięki lekkomyślnéj kobiecie.
NORA. Gdy mnie już nie będzie, odzyskasz swobodę.
HELMER. Bez frazesów. Rzucał niemi także twój ojciec. Cóżby mi z tego przyszło, gdyby ciebie już nie było. Nic a nic. On zawsze może wszystko ujawnić, a gdyby to uczynił, powstałoby podejrzenie, żem znał twoje przestępstwo. Ludzie może nawet sądzić będą, żem był jego powodem, żem cię do niego popchnął. I wszystko to zawdzięczam tobie, tobie, którą w czasie całego naszego pożycia nosiłem na rękach. Czy ty teraz rozumiesz, coś mi zrobiła?
NORA (z zimnym spokojem). Tak, rozumiem.
HELMER. Jest to rzecz tak niesłychana, że dotąd uwierzyć jéj nie mogę. Ale to skończyć się musi. Zrzuć-że ten szal. Zrzuć że go, powiadam. Muszę oswobodzić się w jakikolwiek sposób. Rzecz musi być zatuszowana jakimbądź kosztem. — A co się tyczy nas dwojga, to pozostaniemy tak, jakgdyby między nami nic nie zaszło. Naturalnie tylko w oczach świata. Pozostaniesz nadal w tym domu, to się rozumie samo przez się, ale dzieci wychowywać ci nie pozwolę, nie śmiałbym ci ich powierzyć... I być zmuszonym mówić to kobiecie, którą tak serdecznie kochałem i którą jeszcze... To się już skończyło. Od dziś niéma już mowy o szczęściu, chodzi tylko o uratowanie ruin, pozoru. (Ktoś dzwoni, Helmer się wzdryga). Co to jest? Tak późno. Czy stała się już rzecz najstraszniejsza? Czyżby on? Ukryj się, Noro, powiedz, żeś chora (Nora stoi bez ruchu. Helmer idzie do drzwi i otwiera je).
HELENA (nawpół ubrana z przedpokoju). List do pani.
HELMER Daj go (chwyta list i drzwi zamyka). Tak, od niego. Ja ci go nie dam, sam przeczytam.
NORA. Czytaj.
HELMER (przy lampie). Nie mam odwagi go otworzyć. Może jesteśmy zgubieni. Muszę przecież wiedziéć... (gwałtownie rozdziera kopertę, przebiega oczyma kilka wierszy. Z okrzykiem radości). Noro!
NORA (patrzy na niego pytająco).
HELMER. Noro!.. Muszę przeczytać raz jeszcze. Tak, tak jest. jestem uratowany.
NORA. A ja?
HELMER. Naturalnie, ty także. Jesteśmy oboje uratowani. Patrz. Odsyła ci twój weksel. Pisze, iż żałuje i wymawia sobie — zaszedł szczęśliwy zwrot w jego życiu. Wszystko jedno zresztą, co pisze. Noro! jesteśmy uratowani. Nic nam już nie grozi. Jesteśmy tak, jak przed temi okropnemi świętami. Patrz-no. (Rozdziera weksel, dwa listy Günthera rzuca w piec i patrzy, jak się palą). Tak, teraz to wszystko istniéć przestało. Pisze, iż od wigilijnego wieczoru wiedziałaś... O Noro! to musiały być dla ciebie dni okropne!
NORA. Przeszłam przez te dni ciężką walkę.
HELMER. Jakież niepokoje znosiłaś, nie mając innego wyjścia jak... No, nie myślmy już o tych okropnościach, cieszmy się teraz. Wszystko złe minęło, minęło już. Czy słyszysz Noro! Zdajesz się jeszcze tego nie pojmować. Wszystko minęło. Cóż tobie jest? skąd ten wyraz przerażenia? Droga biedna Noro rozumiem, nie możesz jeszcze uwierzyć, abym ci przebaczył. Ja ci naprawdę przebaczyłem, przysięgam, wszystko ci przebaczyłem. Wiem przecież, żeś to uczyniła przez miłość dla mnie.
NORA. Tak, przez miłość.
HELMER. Kochałaś mnie, jak żona męża kochać powinna. Tylko nie umiałaś zdać sobie sprawy ze środków. Czyż sądzisz jednak, że jesteś mi mniéj drogą dlatego, że nie umiałaś działać sama przez się? Oprzyj się tylko na mnie, będę twoim doradcą i przewodnikiem. Nie byłbym mężczyzną, gdyby ta twoja kobieca bezradność nie czyniła cię więcéj jeszcze w moich oczach powabną. Nie uważaj na szorstkie słowa, które mi się w pierwszéj chwili przerażenia wyrwały, gdym myślał, że wszystko wali mi się na głowę. Przebaczyłem ci, Noro, przysięgam, żem ci przebaczył.
NORA. Dziękuję za twoje przebaczenie (wychodzi drzwiami na lewo).
HELMER. Zostań. Czegóż tam chcesz?
NORA (za sceną). Zdejmuję przebranie.
HELMER (we drzwiach). Dobrze robisz. Spocznij, sprobuj odzyskać równowagę umysłu, moja spłoszona gołąbko. Spocznij uspokojona, będę cię strzegł i chronił (podchodzi do drzwi). Jak tu u nas ładnie i spokojnie teraz, Noro. Tu jesteś bezpieczna od wszystkiego złego, tu będę cię strzegł jak spłoszoną gołąbkę, którą wyrwałem ze szpon jastrzębich. Ukoję to twoje biedne, bijące serce. Wierz mi, Noro, odzyskasz spokój. Jutro wszystko to wyda ci się zupełnie inaczéj. Nie będę potrzebował ci powtarzać, żem ci przebaczył, sama to odczujesz. Jakże możesz sądzić, ażebym ja mógł cię porzucić lub nawet czynić ci wymówki. Nie znasz natury prawdziwie uczciwego człowieka. Dla męża istnieje niewypowiedziana słodycz w tém przekonaniu, iż żonie przebaczył, przebaczył z całego serca. Wtedy należy ona do niego podwójnie, to tak jakby się przez niego odrodziła i była zarazem jego żoną i jego dziecięciem. I tém téż teraz będziesz dla mnie, moja biedna, bezradna Noro. Nie troszcz się o nic, bądź tylko ze mną otwartą, a ja już będę twoim kierownikiem i sumieniem. Cóż to znaczy, nie idziesz spać? Ubrałaś się.
NORA (powraca w codziennéj sukni). Tak jest, ubrałam się.
HELMER. Ale dlaczego? Już tak późno.
NORA. Dzisiaj spać nie będę.
HELMER. Ależ, Noro
NORA (patrzy na zegarek). Nie jest jeszcze tak późno. Siądź tutaj, Robercie. Mamy sobie wiele do powiedzenia (siada po drugiéj stronie stołu).
HELMER. Cóż znaczy twój surowy, zimny wyraz?
NORA. Siadaj! Mam z tobą mówić o wielu rzeczach.
HELMER (siada naprzeciwko niéj przy stole). Niepokoisz mnie, Noro, nie rozumiem cię.
NORA. Otóż to, nie rozumiesz mnie i ja ciebie nie rozumiałam aż do dzisiaj. Nie przerywaj mi. Posłuchaj, co mówię. Jest to dzień obrachunku.
HELMER. Co chcesz powiedziéć?
NORA (po krótkiém milczeniu). Gdy tak siedzimy, czy nie uderza cię rzecz jedna?
HELMER. Jaka?
NORA. Od ośmiu lat jesteśmy mężem i żoną, a czy nie po raz pierwszy dzisiaj mówimy z sobą na seryo?
HELMER. Na seryo — cóż to ma znaczyć?
NORA. Przez te lat osiem, a nawet dawniéj od chwili naszego poznania, nie zamieniliśmy nigdy słowa w rzeczach poważnych.
HELMER. Czy miałem cię wtajemniczać w troski, w których mi dopomódz nie mogłaś?
NORA. Nie chodzi o troski, mówię, że do téj pory nigdyśmy poważnie żadnéj rzeczy nie obgadali.
HELMER. To przecież Noro nie były rozmowy dla ciebie.
NORA. Otóż doszliśmy do rzeczy, nie rozumiałeś mnie nigdy... Doznałam wielu krzywd, Robercie, naprzód od ojca, potem od ciebie.
HELMER. Jakto? Od nas obydwóch — od nas obydwóch, którzyśmy cię tak szczerze kochali?
NORA (wstrząsając głową). Nie kochaliście mnie nigdy. Sprawiało wam to przyjemność kochać się we mnie.
HELMER. Cóż to za mowa?
NORA. Czy tak nie było, Robercie? Kiedym jeszcze była w domu u ojca, on wypowiadał mi swoje poglądy a ja je podzielałam, ale jeśli nie podzielałam, kryłam się z tém, bo nie lubił, ażebym myślała coś sama przez się. Nazywał mnie swoją laleczką i bawił się mną, jak ja bawiłam się moją lalką. Potém weszłam do twego domu...
HELMER. Jakiemiż posługujesz się wyrażeniami, mówiąc o naszém małżeństwie?
NORA (niezmieszana). Mówię, że z rąk ojca przeszłam w twoje. Tyś urządzał nasze życie wedle twojéj woli, więc ja miałam twoją wolę, albo téż czyniłam, jak gdyby tak było, sama tego dobrze nie wiem... podobno było i jedno i drugie, a raczéj czasem jedno, czasem drugie. Gdy teraz się nad tém zastanawiam, pojmuję, że żyłam tu jak najnędzniejsza istota. Żyłam z tego, żem ci pokazywała różne sztuki, ale ty sam tego chciałeś. Ty i ojciec mój popełniliście względem mnie ciężkie grzechy. Wasza wina, że pozostałam niczém.
HELMER. Jakże jesteś nierozsądną i niewdzięczną. Alboż nie byłaś szczęśliwą?
NORA. Nie, nigdy, zdawało mi się tylko, że nią jestem.
HELMER. Nie byłaś szczęśliwą?
NORA. Byłam tylko wesołą, a ty byłeś dla mnie dobrym, ale nasz dom był tylko miejscem zabawy. Ojciec uważał mnie jako małą lalkę, ty jako dużą. Dzieci zaś były znów memi laleczkami. Rada byłam, gdyś ty bawił się ze mną, tak jak cieszyły się dzieci, gdym ja się z niemi bawiła. I takiém, Robercie, było nasze małżeństwo.
HELMER. Jakkolwiek przesadzasz i egzaltujesz się, jednak, w tém co mówisz, jest coś prawdy. Odtąd jednak będzie inaczéj. Czas igraszek przeminął, teraz nadeszła pora wychowania.
NORA. Czyjego wychowania? Mojego, czy dzieci?
HELMER. Tak dobrze twego, droga Noro, jak i dzieci.
NORA. Ach! Robercie, nie jesteś zdolny wychować mnie sobie na właściwą żonę.
HELMER. I ty to mówisz?
NORA. A ja? jakież mam przygotowanie do wychowywania własnych dzieci?
HELMER. Noro!
NORA. Czyżeś sam nie powiedział, że tego zadania powierzyć mi nie możesz?
HELMER. Mówiłem w uniesieniu, nie zważaj na to.
NORA. Nie, ty miałeś słuszność. Nie dorosłam do tego zadania. Wprzódy inne spełnione być powinno. Muszę się starać o wychowanie saméj siebie. Nie możesz mi w tém dopomódz, sama sobie radę dać muszę i dlatego cię porzucam.
HELMER (zrywając się). Co mówisz?
NORA. Muszę być zostawiona sama sobie, chcę zdać sobie sprawę dokładną, z saméj siebie i z otoczenia. Dlatego z tobą pozostać nie mogę.
HELMER. Noro! Noro!
NORA. Opuszczam zaraz twoje mieszkanie. Krystyna użyczy mi na dzisiejszą noc schronienia...
HELMER. Jesteś szaloną! Ja na to nie pozwolę, ja ci zakazuje.
NORA. Odtąd twoje zakazy będą dla mnie daremne. Zabiorę, co tutaj do mnie należy. Od ciebie nie chcę nic, ani dziś ani późniéj.
HELMER. Cóż to za niedorzeczności!
NORA. Jutro wyjeżdżam do domu — chcę powiedziéć do miejsca urodzenia. Tam łatwiéj mi będzie w jakikolwiek sposób zarobić na utrzymanie.
HELMER. Zaślepiona, niedoświadczona kobieto!
NORA. Muszę zdobyć sobie doświadczenie, Robercie.
HELMER. Porzucić dom, męża, dzieci! Cóż ludzie o tém powiedzą?
NORA. Na to oglądać się nie mogę. Wiem tylko, że mi to potrzebne.
HELMER. To oburzające. Zapominasz o najświętszych obowiązkach.
NORA. Co uważasz za najświętsze obowiązki?
HELMER. Czyż mam ci to powtarzać? Obowiązki względem męża i dzieci.
NORA. Mam inne, równie święte.
HELMER. Innych nie masz. Jakież to?
NORA. Obowiązki względem saméj siebie.
HELMER. Przedewszystkiém jesteś żoną i matką.
NORA. Nie wierzę temu, przedewszystkiém jestem ludzką istotą — tak samo jak ty — a przynajmniéj chcę nią zostać. Wiem, że ogół przyzna ci słuszność i że takie rzeczy znajdują się w książkach, ale ja się tém, co mówi ogół, ani tém, co piszą książki, zadowolnię nie mogę. Muszę sama zastanowić się nad temi rzeczami, ażeby je jasno pojąć.
HELMER. Jakto nie masz pojęcia o twojém położeniu we własnéj rodzinie? Czyż nieomylną kierowniczką nie jest tutaj religia?
NORA. Ach! Robercie, ja wcale nie wiem co to religia?
HELMER. Co mówisz?
NORA. Wiem to tylko, co mówił pastor Jacobi, gdym była konfirmowaną. Mówił, że religia jest tém i tém. Gdy się teraz załatwię ze wszystkiém inném, zostawioną będę saméj sobie, zajmę się także temi kwestyami. Zastanowię się, o ile właściwém jest to, co mówił pastor Jacobi, a raczéj, czy to jest dla mnie właściwém?
HELMER. Ależ to rzeczy niesłychane w ustach młodéj kobiety. Czyż religia nie jest najlepszą przewodniczką? nie oświeciż twego sumienia? Posiadasz przecież zmysł moralny, albo téż może... nie masz go także.
NORA. Najlepiéj zrobię, nie odpowiadając na to, Robercie, bo ja nic nie wiem, i nie mogę zdać sobie żadnej sprawy z tych rzeczy. Wiem to tylko, że miałam o nich wprost sprzeczne wyobrażenie. Dowiedziałam się, że prawa są inne, niż sądziłam, ale nie mogę nabrać przekonania, że one są dobre. Więc żona nie miałaby prawa oszczędzać starego, umierającego ojca, ani męża swego ratować? Ja nie mogłam temu uwierzyć.
HELMER. Mówisz jak dziecko. Nie pojmujesz społeczeństwa, w którém żyjesz.
NORA. To prawda, ale właśnie chcę się nauczyć tego, czego nie wiem. Muszę się przekonać, po któréj stronie leży słuszność, po mojéj, czy też po stronie społeczeństwa.
HELMER. Jesteś chora, Noro, mówisz jak w gorączce. Odchodzisz od zmysłów.
NORA. Nigdym sobie nie zdawała tak jasno sprawy ze wszystkiego, jak dzisiejszéj nocy.
HELMER. Więc ze świadomością rzeczy porzucasz męża i dzieci?
NORA. Tak jest.
HELMER. Na to jest tylko jedno możliwe wyjaśnienie.
NORA. Jakież to?
HELMER. Nie kochasz mnie już.
NORA. Właśnie, tak jest.
HELMER. I ty to mówisz, ty, Noro?
NORA. Przykro mi to, Robercie, boś zawsze był dla mnie dobry. Jednak tego zmienić nie mogę. Nie kocham cię.
HELMER (hamując się z trudnością). Czy to jest jedna z tych rzeczy, które ci się jasno uświadomiły?
NORA. Jak najzupełniéj, i dlatego nie podobna mi tu dłużéj pozostać.
HELMER. Czy możesz mi powiedziéć, przez co straciłem twą miłość?
NORA. Mogę. Było to dziś wieczór, gdy nie stała się rzecz nadzwyczajna, gdym się przekonała, żeś nie był takim, jakim cię być sądziłam.
HELMER. Mów wyraźniéj, bo nie rozumiem.
NORA. Czekałam cierpliwie przez długich lat osiem, gdyż... Boże, wiedziałam przecież, iż rzecz nadzwyczajna nie zawsze się zdarza. Potém spadło na mnie to nieszczęście i byłam wówczas przekonaną, że nadzwyczajność nastąpi. Gdy leżał tam list Günthera, nigdy mi na myśl nie przyszło, byś się lękał gróźb tego człowieka. Byłam najsilniéj przekonaną, że mu powiész: „Możesz to całemu światu wyjawić”. I gdy się to stanie...
HELMER. Gdy moję własną żonę pozwolę okryć hańbą...
NORA. I gdy się to stanie, ja wierzyłam święcie, że ty wystąpisz, wszystko na siebie weźmiesz i powiész: Ja jestem winowajcą!
HELMER. Noro!
NORA. Rozumiesz, iż podobnéj ofiary nie przyjęłabym od ciebie. Nie, nigdy! Ale czémże byłyby moje słowa wobec twoich? To była owa nadzwyczajność oczekiwana z trwogą i nadzieją. Ażeby temu przeszkodzić, chciałam sobie życie odebrać.
HELMER. Z rozkoszą pracowałbym dla ciebie, Noro, dnie i noce. Cierpiałbym chętnie dla ciebie. Ale swéj dobréj sławy nikt nie poświęci ukochanéj.
NORA. Uczyniły to miliony kobiet.
HELMER. Myślisz i mówisz, jak nierozumne dziecko.
NORA. Być może, ale ty nie myślisz i nie mówisz jak człowiek, z którym połączyćbym się chciała. Gdy twoje przerażenie minęło — a nie szło ci wcale o to, co mnie groziło, ale co ciebie spotkać mogło — gdy nie było się już czego lękać — zdawało ci się, że nie zaszło nic wcale, nazywałeś mnie znowu swoim skowronkiem, swoją lalką którą znając jéj słabość, chciałeś w przyszłości nosić na rękach z podwojoną troskliwością (podnosi się). W téj chwili Robercie, zrozumiałam jasno, że przez lat osiem żyłam tutaj z obcym mi człowiekiem i zrodziłam troje dzieci. Ta myśl jest dla mnie tak nieznośną, iż chciałabym się sama rozedrzéć na sztuki.
HELMER (ponuro). Widzę to, przepaść otworzyła się pomiędzy nami. Ale, Noro, czyż ona nigdy zawrzeć się nie może?
NORA. Taką, jaką dziś jestem, nie byłabym dla ciebie odpowiednią żoną.
HELMER. Potrafię się zmienić.
NORA. Może... gdy nie będziesz miał już twojéj lalki.
HELMER. Rozstać się — rozstać się z tobą! Nie, Noro, téj myśli nawet znieść nie mogę.
NORA (idąc do pokoju na lewo). Tém konieczniéj rzecz spełnić się musi (wynosi okrycie, kapelusz i torbę podróżną, którą kładzie na krześle przy stole).
HELMER. Noro! Nie teraz, nie teraz, zaczekaj do rana.
NORA (kładąc okrycie). Nie mogę przebywać w mieszkaniu obcego człowieka.
HELMER. Czyż nie moglibyśmy razem pozostać, jak brat z siostrą?
NORA (zawiązując wstążki kapelusza). Wiész dobrze, iżby to nie długo trwało (zarzuca chustkę na głowę). Bądź zdrów, Robercie. Dzieci teraz widziéć nie chcę, są w lepszych rękach niż moje. Taką, jaką dziś jestem, nie mogę im być na nic przydatną.
HELMER. A potem, Noro, — potém?
NORA. Cóż o tém wiedziéć mogę, ja sama nie wiem, co się ze mną stanie.
HELMER. Jesteś przecie moją żoną, nietylko teraz ale, i...
NORA. Posłuchaj, Robercie, — kiedy żona porzuca dom męża, jak ja to czynię teraz, jest on, o ile słyszałam, uwolniony od wszystkich obowiązków względem niéj. W każdym razie ja cię zwalniam od wszelkich obowiązków. Nie powinieneś czuć się skrępowanym w jakimkolwiek względzie, tak samo, jak i ja. Z obydwóch stron panować ma zupełna swoboda. Oddaję ci twój pierścionek, oddaj mi mój.
HELMER. I to jeszcze?
NORA. I to.
HELMER. Oto go masz.
NORA. Dobrze. Teraz już wszystko skończone. Masz tutaj wszystkie klucze. Służące wiedzą o wszystkiém w domu — lepiéj ode mnie. Jutro, po moim wyjeździe, przyjdzie tu Krystyna i zapakuje rzeczy, będące moją własnością. Te będzie mi trzeba odesłać.
HELMER. Wszystko skończone. Noro, więc nawet o mnie nie pomyślisz?
NORA. Z pewnością, myśléć będę często o tobie, o dzieciach i tym domu.
HELMER. Czy mogę do ciebie pisać?
NORA. Nie, nigdy.
HELMER. Przecież mogę ci coś posyłać.
NORA. Nic, nic.
HELMER. Pomagać ci, gdybyś była w potrzebie.
NORA. Nie, powiadana. Od obcych nic nie przyjmę.
HELMER. Czyż zawsze mam dla ciebie obcym pozostać?
NORA (biorąc podróżną torbę). Ach! Robercie, musiałaby wprzódy stać się rzecz nadzwyczajna.
HELMER. Powiedz, jaka to rzecz?
NORA. Potrzebaby na to, byśmy się oboje tak odmienili, że... a ja, przestałam już wierzyć w nadzwyczajność.
HELMER. Ale, ja wierzę. Dokończ, byśmy się oboje tak odmienili, że..?
NORA. Że nasz związek mógłby się stać prawdziwém małżeństwem. Bywaj zdrów! (wychodzi przez przedpokój).
HELMER (pada na krzesło przy drzwiach i zakrywa twarz rękoma). Noro! Noro! ( ogląda się i powstaje ). Pusto, już jéj tu niéma (jakaś nadzieja w nim powstaje). Nadzwyczajność! (Słychać zamykające się drzwi wchodowe).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henryk Ibsen i tłumacza: Waleria Marrené.