Nora/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Nora
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Ibsen
Tytuł Nora
Rozdział Akt II
Pochodzenie Wybór dramatów
Data wydania 1899
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. Et Dukkehjem
Źródło Skany na Commons
Inne Cały dramat
Pobierz jako: Pobierz Cały dramat jako ePub Pobierz Cały dramat jako PDF Pobierz Cały dramat jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
AKT II.
Ten sam pokój. — W kącie przy fortepianie stoi choinka ustrojona z opalonemi świeczkami. Na sofie leży okrycie Nory.

SCENA PIERWSZA.
NORA (sama).

NORA (chodzi niespokojnie po pokoju, wreszcie zatrzymuje się przy sofie i bierze okrywkę. Po chwili kładzie ją znowu na sofie). Ktoś idzie (zbliża się do drzwi i słucha). Nie, nikt. Naturalnie, dziś w pierwszy dzień świąt nikt nie przychodzi... I jutro także. — Może jednak. (Otwiera drzwi i wygląda). Nie, nic niéma w skrzynce od listów (powraca). Co za dzieciństwo. To przecież być nie może. To niepodobieństwo. Wszakże mam troje drobnych dzieci.



SCENA DRUGA.
NORA, MARYANNA (z wielkiém pudłem wchodzi z lewéj strony).

MARYANNA. Znalazłam wreszcie pudło z kostiumem.
NORA. Dziękuję, postaw to na stole.
MARYANNA. Ale nie jest on w zupełnym porządku.
NORA. Chciałabym go podrzéć na stotysięcy strzępów.
MARYANNA. Mój Boże, toż przecież rzeczy łatwe do naprawienia, tylko trochę cierpliwości.
NORA. Pójdę poprosić pani Linden, żeby mi pomogła.
MARYANNA. Chce pani znowu wyjść na tak okropny czas? Pani się zaziębi... będzie chora.
NORA. Ach! jakby to dobrze było. Co robią dzieci?
MARYANNA. Bawią się robaczki gwiazdkowemi podarkami.
NORA. Czy często o mnie pytają?
MARYANNA. Są przecież przyzwyczajone zawsze być z mamą.
NORA. Ale odtąd ja nie będę mogła tak wiele z niemi przebywać.
MARYANNA. Małe dzieci do wszystkiego się przyzwyczają.
NORA. Tak sądzisz? Myślisz więc, że zapomniałyby o matce, gdyby ich zupełnie rzuciła?
MARYANNA. Mój Boże!... zupełnie rzuciła!..
NORA. Powiedz mi, Maryanno... nieraz zastanawiałam się nad tém, jak mogłaś własne dziecko zdać na obcych ludzi.
MARYANNA. Musiałam, skoro chciałam być mamka maleńkiéj Nory.
NORA. Ale, żeś tego chciała?
MARYANNA. Skoro mogłam dostać tak dobre miejsce. Kiedy biednéj dziewczynie zdarzy się wypadek, to musi takie miejsce uważać za szczęście. Ten zły człowiek nie pomógł mi w niczém.
NORA. Twoja córka musiała o tobie zapomniéć.
MARYANNA. Wcale nie. Pisała do mnie, kiedy przystępowała do konfirmacyi i kiedy szła za mąż.
NORA (ściska ją). Kochana Maryanno, byłaś dla mnie prawdziwą matką, gdym była maleńką.
MARYANNA. Bo téż biedna mała Nora nie miała innéj matki.
NORA. A gdyby moje dzieci nikogo innego nie miały, jestem przekonaną, że byłabyś także... Ot szaleństwo! szaleństwo! (otwiera pudło). Idź do nich. Teraz ja muszę... Zobaczycie jutro, jak mi w tém będzie ślicznie.
MARYANNA. No, już to żadna na tym balu nie będzie tak piękną, jak pani (wychodzi na lewo).
NORA (wydobywa ubiór z pudła, ale rzuca go po chwili). Och! gdybym tylko wyjść mogła. Żeby tu nikt nie przyszedł. Żeby tymczasem nic w domu nie zaszło. Jestem dziecinna, przecież nie przyjdzie nikt. Niéma o czém myśléć... Trzeba mufkę wygładzić. Śliczne rękawiczki... Precz z tém wszystkiém... Raz dwa, trzy (krzyczy). Ach! to on idzie (chce iść ku drzwiom, ale pozostaje na miejscu niepewna).



SCENA TRZECIA.
NORA, PANI LINDEN (wchodzi z przedpokoju, gdzie się rozebrała).

NORA. Ach! to ty! Czy niéma tam nikogo innego? Jak to ślicznie, żeś przyszła.
PANI LINDEN. Słyszałam, żeś była w mojém mieszkaniu i o mnie pytała.
NORA. Tak, wstąpiłam przechodząc. Potrzeba mi twojéj pomocy. Siadaj tu na kanapie i obacz. Jutro jest bal kostiumowy, u Steinbergów, tu zaraz nad nami, a Robert chce, ażebym się przebrała za rybaczkę neapolitańską i zatańczyła tarantellę, któréj się nauczyłam na Capri!
PANI LINDEN. Aj! aj! to będzie zupełne przedstawienie.
NORA. Robert sobie tego życzy. Patrz, oto cały strój. Robert kazał go zrobić we Włoszech ale jest trochę rozdarty i sama nie wiem...
PANI LINDEN. Zaraz przyprowadzimy go do porządku, tylko garnirunki odpruły się gdzieniegdzie... Igły i nici. Otóż mamy wszystko, co nam potrzeba.
NORA. Jakaś ty dobra!
PANI LINDEN (szyjąc). Więc się jutro przebierasz. Więc Noro, przyjdę tu jutro na chwilę, ażeby cię ubraną zobaczyć. Zapomniałam téż podziękować ci za ten miły wczorajszy wieczór.
NORA (wygląda i przebiega pokój). Ach! wczoraj nie było mi tu tak dobrze jak dawniéj... Trzeba ci było wcześniéj do stolicy przyjechać. Już to Robert umie dom urządzić ładnie i przyjemnie.
PANI LINDEN. I ty także, jak sądzę... Nie darmo jesteś córką swego ojca. Ale powiedz mi, czy doktór Rank jest zawsze tak posępny jak wczoraj wieczór!
NORA. Tak. Wczoraj jednak było to szczególniéj uderzające. Cierpi on na jakąś bardzo niebezpieczną chorobę. Biedny, schnięcie mlecza pacierzowego. Trzeba, żebyś wiedziała, iż ojciec jego był szkaradnym człowiekiem! utrzymywał kochanki i już nie wiem co robił, ale z tego powodu syn jego jest chorowity od dzieciństwa.
PANI LINDEN (opuszcza robotę na kolana). Ale Noro, skądżeś ty się dowiedziała takich rzeczy.
NORA (przechadzając się). Ba! kiedy się miało troje dzieci, widywało się kobiety mające niejakie wiadomości lekarskie, one zawsze opowiadają różne rzeczy.
PANI LINDEN (szyje, znowu krótkie milczenie). Czy doktór Rank tu codzień przychodzi?
NORA. Codzień. Jest to najlepszy przyjaciel Roberta, a także i mój. Doktór Rank tak jakby należał do rodziny.
PANI LINDEN. Powiedz mi jednak, czy on jest zupełnie w porządku? Zdaje mi się, że chętnie mówi komplementa?
NORA. To prawda. Jakżeś to zaraz spostrzegła!
PANI LINDEN. Gdyś mi go wczoraj przedstawiła, zaręczał, iż nieraz słyszał tutaj moje imię, tymczasem wiedziałam, że twój mąż wcale nie wiedział, kto ja jestem. Jakimże sposobem doktór Rank?..
NORA. Prawda, ale widzisz, Robert kocha mnie tak szalenie, iż chce miéć mnie na wyłączną własność, jak się wyraża. A w pierwszych czasach był zazdrosny o każdą kochaną przezemnie osobę, o jakiéj tylko wspomniałam. Więc naturalnie nie mówiłam mu nic takiego, ale za to z doktorem Rankiem plotę wszystko, co mi na myśl przyjdzie, bo on mnie tak chętnie słucha.
PANI LINDEN. Droga Noro, ty jeszcze w wielu rzeczach jesteś dzieckiem. Ja jestem trochę starszą od ciebie i mam więcéj doświadczenia, więc powiem ci, żeś téj rzeczy z doktorem powinna koniec położyć.
NORA. Jakiej rzeczy?
PANI LINDEN. Wczoraj mówiłaś o bogatym wielbicielu, któryby ci zapisał pieniądze.
NORA. Tak, ale niestety, taki nie istnieje wcale. Więc cóż daléj?
PANI LINDEN. Czy doktór ma majątek?
NORA. Nie.
PANI LINDEN. I żadnych obowiązków?
NORA. Żadnych. Ale...
PANI LINDEN. I codziennie u was bywa?
NORA. Codziennie.
PANI LINDEN. Jakżeż człowiek tak dobrze wychowany może być tak niedelikatnym?
NORA. Nie rozumiem cię wcale.
PANI LINDEN. Nie udawaj, Noro, czy sądzisz, że nie odgadłam, od kogoś pożyczyła tysiąc osiemset talarów.
NORA. Oszalałaś! I ty w to wierzysz? Przyjaciel domu, który tu codzień bywa, jakieżby to wytworzyło przykre stosunki!
PANI LINDEN. Więc to nie on? naprawdę?
NORA. Nie, zaręczam ci. Nawet mi to nigdy przez głowę nie przeszło. On?.. a przytém nie miał wówczas nic do pożyczenia. Dopiero późniéj spadła na niego sukcesya.
PANI LINDEN. Było to w każdém razie bardzo dla ciebie szczęśliwie, droga Noro.
NORA. Nie, doprawdy nigdy nie przyszłoby mi na myśl prosić doktora Ranka, chociaż dobrze wiem, że gdybym spróbowała...
PANI LINDEN. Tego naturalnie nie zrobisz.
NORA. Broń Boże. Sądzę téż, że to nie będzie potrzebne. Jestem jednak przekonaną, że gdybym tylko powiedziała...
PANI LINDEN. Po za plecami twego męża.
NORA. Muszę się oswobodzić z tamtego interesu, który był także zawarty za jego plecami. Muszę się oswobodzić.
PANI LINDEN. Mówiłaś to już wczoraj. Jednakże...
NORA (chodząc tu i tam). Mężczyzna zawsze lepiéj takie rzeczy prowadzi niż kobieta.
PANI LINDEN. A najlepiéj własny mąż.
NORA. Niedorzeczność. (Stoi w miejscu). Kiedy kto zapłaci cały swój dług, odbiera weksel. Nieprawdaż?
PANI LINDEN. Naturalnie.
NORA. I może go podrzéć na drobne części i spalić ten brudny, obrzydliwy świstek.
PANI LINDEN (przestaje szyć, patrzy na nią badawczo i powstaje zwolna). Ty coś kryjesz przedemną?
NORA. Czy to po mnie widać?
PANI LINDEN. Od wczoraj rana coś ci się przytrafiło, Noro? Co takiego?
NORA (zbliża się do niéj). Krystyno! (słucha). Cicho, Robert powraca. Idź do pokoju dziecinnego, Robert szycia znosić nie może. Maryanna ci pomoże.
PANI LINDEN (zbierając rzeczy). Dobrze, ale pamiętaj, że nie odejdę, dopóki się szczerze nie rozmówimy (wychodzi na lewo, w téjże chwili Helmer wchodzi z przedpokoju).



SCENA CZWARTA.
NORA, HELMER.

NORA (biegnie naprzeciw niego). Czekałam na ciebie z utęsknieniem, Robercie.
HELMER. Czy była szwaczka?
NORA. Nie, tylko Krystyna pomaga mi doprowadzić kostium do porządku. Zobaczysz, jak ślicznie będę wyglądała.
HELMER. Był to z mojéj strony pomysł szczęśliwy.
NORA. Wspaniały! Ale to także ładnie z mojéj strony, że na tobie polegam.
HELMER (bierze ją pod brodę). Ładnie z twojéj strony... że polegasz na własnym mężu. No! no! bzduro, wiem, żeś tego nie myślała. Ale niech i tak będzie, wyprobujesz sama.
NORA. Chcesz teraz iść do pracy?
HELMER. Tak (pokazując stos aktów). Widzisz, byłem w banku (kieruje się ku drzwiom swego pokoju).
NORA. Robercie!
HELMER (zatrzymując się) Cóż?
NORA. Gdyby tak twoja wiewióreczka prosiła cię o coś grzecznie, bardzo serdecznie.
HELMER. To co?
NORA. Gdybyś to zrobił?
HELMER. Muszę wprzód wiedziéć, o co chodzi.
NORA. Wiewióreczka podskoczyłaby w górę i wyprawiała najweselsze dziwy, gdybyś tylko chciał być dobrym, serdecznym.
HELMER. No, powiedzże czego chcesz?
NORA. Skowronek napełniłby wszystkie pokoje swym śpiewem.
HELMER. Przecież i teraz to robi.
NORA. Jak elf tańczyłabym w promieniu księżyca.
HELMER. Noro, to przecież nie to o co prosiłaś mnie dziś rano.
NORA (zbliżając się). To właśnie, Robercie, ja proszę tak usilnie.
HELMER. Masz odwagę wznawiać ten przedmiot.
NORA. Ty musisz spełnić moję prośbę. Musisz Günthera pozostawić na zajmowanym urzędzie.
HELMER. Droga Noro, miejsce jego przeznaczyłem pani Linden.
NORA. Tak, to bardzo ładnie z twojéj strony, ale zamiast Günthera, musisz kogo innego oddalić.
HELMER. To rzecz nie do uwierzenia. Dlatego, żeś przyrzekła nierozważnie powiedziéć za nim słówko, ja miałbym...
NORA. Nie dlatego, Robercie. Tu idzie o ciebie. Ten człowiek jest współpracownikiem niegodziwych czasopism! powiedziałeś mi to sam. On może ci zrobić wiele złego, ja go się strasznie boję...
HELMER. Rozumiem, to dawne wspomnienia napełniają cię strachem.
NORA. Co chcesz powiedziéć?
HELMER. Naturalnie, myślę o twoim ojcu.
NORA. Tak, tak. Przypomnij sobie tylko, co źli ludzie pisali o nim w dziennikach, jak go okropnie oszkalowali. Sądzę, że byliby wymogli jego dymisyę, gdyby rząd nie był ciebie wydelegował do sprawdzenia oskarżeń i gdybyś ty nie miał tyle dobréj woli.
HELMER. Droga Noro, jest różnica pomiędzy mną a twoim ojcem, on nie był bez zarzutu w sprawach służbowych, tymczasem mnie z téj strony dotknąć nie można i mam nadzieję, że tak zawsze będzie.
NORA. Och! czy ty nie pojmujesz, co źli ludzie wymyślić mogą. Teraz, kiedy moglibyśmy żyć tak spokojnie, tak szczęśliwie bez troski i ty i ja i dzieci, dlatego proszę cię usilnie...
HELMER. To właśnie, że się tak za nim wstawiasz, nie pozwala mi go zatrzymać. W banku już wiedzą, że chcę dać dymisyę Güntherowi. A teraz powiedzianoby, że nowy dyrektor banku daje się powodować żonie.
NORA. To i cóż?
HELMER. Gdyby mój mały uparciuch postawił na swojém — bo chodzi mu o to tylko — ośmieszyłbym się wobec całego personelu banku i dał powód do mniemania, że cudzym wpływom ulegam. Wierz mi, skutki tego mniemania zaraz dałyby mi się uczuć. A do tego są jeszcze powody, które czynią obecność Günthera w banku niemożliwą, dopóki ja jestem dyrektorem.
NORA. Jakie powody?
HELMER. Mógłbym nie zważać na jego moralne braki...
NORA. Nieprawdaż, Robercie?
HELMER. Jak słyszałem stał się on nawet przydatnym, ale jest to jeden z tych towarzyszów lat młodych, którzy w późniejszém życiu są bardzo zawadliwi. Dość powiedziéć, że się tykamy, a on z najwyższym brakiem taktu wyjeżdża z tém zawsze wobec świadków. — Wyobraża sobie, że ma prawo do poufałego tonu, mówi np. „Ty Helmerze”. Przyznaję się, że mi to sprawia prawdziwą przykrość i uczyniłoby w końcu moje położenie w banku nieznośném.
NORA. Robercie, nie mówisz tego na seryo.
HELMER. Nie? Dlaczego nie?
NORA. Nie, bo to są małoznaczące względy.
HELMER. Co mówisz? małoznaczące... Za cóż mnie masz?
NORA. Nie, nie, Robercie, cóż znowu, właśnie dlatego...
HELMER. Nazywasz małoznaczącemi moje powody, więc i ja małoznaczącym być muszę. To tak... Trzeba temu raz koniec położyć. (Idzie do drzwi od przedpokoju i woła). Heleno.
NORA. Czego chcesz?
HELMER (szukając pomiędzy aktami). Raz koniec położyć temu wszystkiemu.



SCENA PIĄTA.
CIŻ I HELENA.

HELMER (do Heleny). Oddaj ten list posłańcowi, niech go zaraz zaniesie. Adres jest na kopercie. Oto pieniądze.
HELENA. Zaraz (wychodzi z listem).



SCENA SZÓSTA.
NORA, HELMER.

HELMER (porządkując akty). Tak, mój mały uparciuchu.
NORA (jakby nieprzytomna). Robercie, co to za list?
HELMER. Dymisya Günthera.
NORA. Cofnij ten list, Robercie, czas jeszcze. Ach! uczyń to, cofnij go. Uczyń to dla mnie, uczyń to dla siebie samego, dla naszych dzieci. Słyszysz, Robercie, uczyń to. Ty nie wiész, jakie dla nas następstwa ten list sprowadzić może.
HELMER. Za późno.
NORA. Tak, za późno.
HELMER. Droga Noro, przebaczam ci tę trwogę, chociaż w gruncie rzeczy jest ona dla mnie obelżywą. Tak jest. To obelga lękać się dla mnie zemsty jakiegoś tam pokątnego doradcy. Przebaczam ci jednak, bo widzę w tém dowód twéj wielkiéj miłości (ściska ją). Tak być musi, moja najdroższa, niech się dzieje, co chce, bądź pewną, że w danym razie znajdę zawsze odpowiednią siłę i, co wypadnie, potrafię wziąć na siebie.
NORA (z nagłym przestrachem). Co przez to rozumiész?
HELMER. Wszystko.
NORA (z postanowieniem). Nie, to nigdy nie będzie.
HELMER. Dobrze więc, ciężar rozdzieliliśmy między siebie, jak należy mężowi i żonie (ściska ją). Jeszcze nie jesteś zadowoloną? No, no, no, nie miéj tych przerażonych oczów gołąbki — przecież to wszystko istnieje tylko w wyobraźni... Teraz powinnaś przegrać tarantelę i wprawiać się na tamburynie, ja zamknę się w moim gabinecie, pozamykam drzwi i nie będę nic słyszał. Możesz hałasować, ile ci się podoba (ode drzwi odsuwa się i mówi). A jak Rank przyjdzie, wié, gdzie mnie szukać (żegna ją z uśmiechem, z aktami wchodzi do swégo gabinetu i drzwi zamyka).



SCENA SIÓDMA.
NORA, potém RANK, a późniéj HELENA.

NORA (przerażona stoi jakby skamieniała szepcząc). On-by to mógł zrobić. Tak, on-by to zrobił naprzekór wszystkim i wszystkiemu. Nie, nigdy! przenigdy! Lepiéj wszystko inne. Wyjścia! Ratunku! (słychać dzwonek w przedpokoju). Doktór Rank! Raczéj wszystko inne, cokolwiek byćby mogło (przesuwa ręką po twarzy, stara się sama siebie opanować, idzie ku drzwiom wchodowym i otwiera je. Rank wchodzi w futrze, które wiesza. Podczas następującéj sceny zaczyna się ściemniać). Dobry wieczór, doktorze, poznałam twój sposób dzwonienia. Nie idź pan teraz do Roberta, bo zdaje mi się, że ma robotę.
RANK. A pani?
NORA (zamyka za nim drzwi i wraca do pokoju). Ja? dla pana mam zawsze godzinkę czasu.
RANK. Dziękuję, będę korzystał z pani przyjaźni, póki będę mógł.
NORA. Co to ma znaczyć, dopóki pan będzie mógł?
RANK. Czy to panią przestrasza?
NORA. Jest to dziwne wyrażenie. Czy nam co zagraża?
RANK. Coś, na co byłem oddawna przygotowany, choć nie sądziłem, że tak prędko nastąpi.
NORA (chwytając go za ramię). Co takiego, musisz mi pan powiedziéć.
RANK (siadając przy piecu). Tu idzie o mnie, i na to rady niéma.
NORA (oddychając swobodniéj). Więc to pan, który...
RANK. A któżby inny? Na co się samemu okłamywać? Jestem najnędzniejszym z pomiędzy moich pacyentów. W tych dniach robiłem ogólny przegląd mego wewnętrznego stanu. Jestem kompletnym bankrutem. Nim miesiąc minie, będę zapewne na cmentarzu pastwą robaków.
NORA. Fi, co pan za okropne rzeczy wygadujesz!
RANK. Rzecz jest istotnie okropną, a najgorszém jest to, że poprzedzi ją wiele innych okropności. Jeszcze muszę niektóre okoliczności dokładnie zbadać, a gdy to uczynię, będę mniéj więcéj wiedział, kiedy rozkład się zacznie... Na ten wypadek małe ostrzeżenie. Wykwintna natura Helmera ma tak niewypowiedziany wstręt do wszystkiego, co brzydkie, że nie chcę go widzieć przy mojém łożu.
NORA. Ależ doktorze...
RANK. Nie chcę go miéć przy sobie pod żadnym pozorem. Zamknę przed nim drzwi, i skoro tylko przekonam się, że jest źle, przyślę mu swój bilet, na którym nakreślę krzyż. Wówczas będziecie wiedzieli, że rozpoczęły się okropności zniszczenia.
NORA. Jesteś pan dziś niemożliwym, a mnie tak miło, gdy pana widzę w dobrém usposobieniu.
RANK. Kiedy się widzi śmierć przed sobą?... I tak pokutować za cudze grzechy... Gdzież tu sprawiedliwość? Tak jest w każdéj rodzinie, w taki lub inny sposób widzimy niczém nieubłagane zadośćuczynienie.
NORA (zatyka sobie uszy). Niedorzeczność! weseléj! weseléj!
RANK. Tak, ta cała historya rzeczywiście warta śmiechu. Mój biedny szpik pacierzowy musi pokutować za wesołe oficerskie życie ojcowskie.
NORA (przy stole po lewéj stronie). Słyszałam, że on bardzo lubił szparagi i pasztety z gęsich wątróbek?
RANK. I trufle.
NORA. I trufle? podobno ostrygi także?
RANK. Ostrygi! ostrygi! ma się rozumiéć!
NORA. A także portwein i szampana. Jaka to smutna rzecz, że te wszystkie delikatesy są tak szkodliwe!
RANK. A zwłaszcza, że szkodzą tym, co w ich spożyciu nie mieli żadnego udziału.
NORA. Ach! to najsmutniejsze!
RANK (spogląda na nią badawczo). Hm!
NORA (po chwili). Czemu się pan uśmiechnął?
RANK. Nie; to pani się uśmiechnęła.
NORA. Nie, to ty, doktorze.
RANK (powstając). Jesteś pani przebieglejszą, niż sądziłem.
NORA. Jestem téż dziś bardzo do żartów usposobioną.
RANK. Tak się zdaje.
NORA (kładąc mu obie ręce na ramionach). Kochany, dobry doktorze! śmierć cię nie wydrze mnie i Robertowi.
RANK. Tę stratę przebolejecie łatwo. Ci, co odchodzą, idą w zapomnienie szybko.
NORA (patrząc na niego niespokojnie). Tak pan myśli?
RANK. Zawiązuje się nowe stosunki, a wtedy...
NORA. Kto zawiązuje nowe stosunki?
RANK. No, pani i Helmer, skoro tylko mnie nie będzie. Zdaje mi się nawet, że już jesteście na téj drodze. Skąd się ta wczoraj wieczór wzięła ta pani Linden?
NORA. Aha! Nie jesteś pan przecież zazdrosny o biedną Krystynę?
RANK. Właśnie że jestem. Ona tu będzie w domu moją następczynią. Ta pani prawdopodobnie...
NORA. Cyt! nie tak głośno! jest tam...
RANK. Dziś także, widzi pani.
NORA. Poprawia mój kostium. Boże mój, co pan dzisiaj gada! (siada na kanapie). Bądź-że rozsądnym, doktorze; obaczysz jutro, jak ładnie zatańczę, a wolno ci wyobrazić sobie, że czynić to będę tylko dla ciebie, no... naturalnie i dla Roberta — to się rozumie samo przez się (wyjmuje różne rzeczy z pudełka). Siadaj tu, doktorze, pokażę ci coś.
RANK (siadając). Cóż takiego?
NORA. Patrz pan tylko. Widzi pan?
RANK. Pończochy jedwabne.
NORA. Cielistego koloru. Alboż nie śliczne? Tylko teraz trochę ciemno; ale jutro... Nie, nie, nie, teraz obaczysz tylko stopę. No, zresztą z mojéj łaski możesz pan całe pończoszki obejrzéć.
RANK. Hm!
NORA. Czemuż pan ma tak krytykujący wyraz? Sądzisz może, iż nie będą dobrze leżéć?
RANK. O tém nie mogę miéć wyobrażenia.
NORA (spogląda na niego przez chwilę). Fi! wstydź się pan (uderza go pończochami po uszach). Ma pan za to! (chowa je do pudełka).
RANK. Jakież tam jeszcze śliczności miałem oglądać?
NORA. Nic pan więcéj nie zobaczysz, bo się zachowujesz niewłaściwie (nucąc, szuka pomiędzy rzeczami).
RANK (po chwili milczenia). Kiedy tak spokojnie siedzę tu z panią, przychodzi mi na myśl, co-bym robił, gdybym nie miał tak przyjaznego domu.
NORA (z uśmiechem). Widzę, że panu jest u nas dobrze.
RANK (ciszéj, oglądając się). I być zmuszonym to wszystko porzucić!...
NORA. Dzieciństwo! Nie porzucisz nas pan.
RANK (jak wyżéj). I nie módz nawet pozostawić po sobie marnego znaku wdzięczności; zaledwie to poczucie, że czegoś brakuje... puste miejsce, które po mnie zajmie pierwszy lepszy.
NORA. A gdybym téż o coś poprosiła? Nie? nie?
RANK. O co?
NORA. O wielki dowód przyjaźni.
RANK. Tak, tak.
NORA. A raczéj o wielką, bardzo wielką przysługę.
RANK. Chociaż raz uszczęśliwiłabyś mnie pani.
NORA. Pan nie wié, o co chodzi?
RANK. To powiedz pani.
NORA. Nie mogę, doktorze; chodzi o rzecz nadzwyczajną i nie o same przysługę, ale także o radę i pomoc...
RANK. Tém lepiéj. Nie mogę pojąć, co pani ma na myśli; powiedz-że wszakże: posiadam twoje zaufanie?
NORA. Nikomu tak nie ufam, jak panu. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i dlatego się panu zwierzę. Musisz mi dopomódz do ukrycia czegoś. Pan wié, jak gorąco Robert mnie kocha; nie wahałby się ani chwili poświęcić za mnie życia.
RANK (nachylając się ku niéj). Noro!... czy sądzisz, że to on jeden?
NORA (która drgnęła). Że to...
RANK. Że to on jeden z radością za ciebie dałby życie?
NORA (smutnie). Aa! tak.
RANK. Poprzysiągłem sobie, że musisz się o tém dowiedzieć, zanim was na zawsze porzucę. Lepsza sposobność zdarzyć się nie mogła... Noro! teraz wiész wszystko i wiész także, że nikomu, tak jak mnie, zaufać nie możesz.
NORA (wstaje i mówi spokojnie). Puść mnie pan.
RANK (posuwa się przed nią, ale pozostaje na miejscu). Noro!...
NORA (we drzwiach od przedpokoju). Heleno, podaj lampę (idzie do pieca). Kochany doktorze, źle postąpiłeś.
RANK (powstając). Żem kochał tak głęboko, jak tylko można kochać? Czyż to jest zły postępek? NORA. Nie; tylko żeś mi to powiedział. To było niepotrzebne...
RANK. Co pani mówi? wiedziałaś więc?...

(Helena wchodzi z lampą, stawia ją na stole i wychodzi).
RANK. Noro!... pani Helmer!... Wiedziałaś więc o tém?

NORA. Czy ja wiem sama, com wiedziała albo nie wiedziała? Tego powiedziéć nie umiem. Ach! doktorze, jakże niezręcznie postąpiłeś! Było to tak piękne!
RANK. W każdym razie, teraz masz pani pewność, że jestem ci oddany ciałem i duszą. Mów więc.
NORA (patrząc na niego). Jakto? i teraz...
RANK. Proszę panią, powiedz mi, o co-to idzie?
NORA. Teraz już tego powiedziéć nie mogę.
RANK. Niech-że mnie pani tak nie karze; pozwól mi uczynić dla siebie wszystko, co tylko jest w mocy ludzkiéj.
NORA. Teraz już pan nic dla mnie uczynić nie może... A potém, nie potrzebuję żadnéj obcéj pomocy. To były tylko przywidzenia... Naturalnie... (siada w fotelu na biegunach i patrzy na niego z uśmiechem.) Piękny z pana przyjaciel, doktorze. Powiedz sam, czy ci nie wstyd teraz przy świetle lampy.
RANK. Nie, doprawdy. Tylko może mi należy odejść, odejść na zawsze?
NORA. Tego nie potrzeba. Możesz pan u nas bywać, jak dotąd. Wiész pan przecież, że Robert bez pana obejść się nie może.
RANK. Tak, ale pani...
NORA. Mnie zawsze tak miło widziéć pana u siebie.
RANK. To właśnie doprowadziło mnie do fałszywego kroku. Jesteś pani dla mnie zagadką. Zdawało mi się nieraz, że równie chętnie żyłabyś ze mną, jak z Helmerem.
NORA. Bo widzi pan, można jednego kochać, a lubić towarzystwo drugiego.
RANK. Jest w tém coś prawdy.
NORA. Kiedy jeszcze byłam w domu, kochałam ojca nad wszystko, a jednak z największą przyjemnością uciekałam nieraz do służących, bo one mnie nigdy nie moralizowały i tak tam było wesoło!
RANK. Aha, więc ja je zastąpiłem.
NORA (powstaje z żywością i biegnie ku niemu). Drogi, kochany doktorze, ja tego wcale nie myślałam, możesz jednak sobie wyobrazić, że z Robertem jest mi nieraz tak, jak z ojcem...
HELENA (wchodzi z przedpokoju). Łaskawa pani... (mówi coś cicho da Nory i podaje jéj bilet).
NORA (patrząc na bilet). Ach! (kładzie go do kieszeni).
RANK. Coś nieprzyjemnego?
NORA. Nie, wcale nie; to tylko... tylko mój kostium.
RANK. Jakto? tu przecież leży.
NORA. Ach! tak... ale to to inny, który... obstalowałam go... Robert o tém nie wié.
RANK. Otóż i owa wielka tajemnica.
NORA. Tak, tak; idź pan do męża, jest tam w drugim pokoju i zatrzymaj go tak długo, aż...
RANK. Bądź pani spokojna, nie wymknie mi się. (idzie do pokoju Helmera).
NORA (do Heleny). Więc czeka w kuchni?
HELENA. Tak, wszedł tylnemi wschodami.
NORA. Czyś nie powiedziała, że mam gości?
HELENA. Powiedziałam, ale to nic nie pomogło.
NORA. Nie chciał odejść?
HELENA. Nie, dopóki się z panią nie zobaczy.
NORA. Wprowadź go tu, tylko po cichu, i nie mów o tém nikomu; to niespodzianka dla mego męża.
HELENA. Rozumiem. (wychodzi).
NORA. Rzecz okropna zbliża się, zbliża. Nie, nie, to stać się nie może. (Podchodzi do drzwi Helmera i zamyka je na klucz. Helena wprowadza Günthera przez przedpokój i drzwi za nim zamyka. Günther ubrany jest w podróżne futro, wysokie buty i czapkę futrzaną).



SCENA ÓSMA.
NORA, GÜNTHER.

NORA (idąc naprzeciw niego). Mów pan cicho, mąż jest w domu.
GÜNTHER. Cóż, może przecież...
NORA. Czego pan chcesz ode mnie?
GÜNTHER. Ostatecznéj odpowiedzi.
NORA. Więc mów prędko. O co idzie?
GÜNTHER. Pani wié, że dostałem dymisyę.
NORA. Nie mogłam temu przeszkodzić; walczyłam za panem do ostatka, bez skutku.
GÜNTHER. Więc mąż pani nie kocha. Wié, co mogę względem pani uczynić, a przecież się odważył...
NORA. Więc pan myśli, że ja-bym mu to powiedziała?
GÜNTHER. Tego nie pomyślałem; taką męską odwagą nie poszczyci się wcale mój dobry Robert Helmer.
NORA. Panie Günther, wymagam, ażebyś pan odzywał się o moim mężu z szacunkiem.
GÜNTHER. Naturalnie, z całym należnym szacunkiem. Skoro jednak łaskawa pani trzyma to w takiéj tajemnicy, sądzę, że trochę lepiéj niż wczoraj pojmuje, czego się właściwie dopuściła.
NORA. Więcéj, niż-by mi to pan mógł objaśnić.
GÜNTHER. Taki zły prawnik, jak ja...
NORA. Czegóż pan chce?
GÜNTHER. Zobaczyć, co się z panią dzieje, pani Helmer. Przez cały dzień myślałem o pani. Taki marny pokątny doradca, taki — krótko mówiąc — taki człowiek, jak ja, ma także trochę tego, co nazywają sercem.
NORA. Dowiedź pan go, pomyśl o moich dzieciach.
GÜNTHER. Czy pani mąż o moich pomyślał? Dajmy temu pokój. Chciałem tylko pani powiedziéć, że nie potrzebujesz brać tego tak bardzo do serca. Najprzód ja z mojéj strony nie zrobię z tego użytku.
NORA. Nie prawdaż? wiedziałam o tém.
GÜNTHER. Rzecz może się wcale nie rozgłaszać i być załatwioną między nami trojgiem.
NORA. Mój mąż nigdy o tém wiedzieć nie powinien.
GÜNTHER. Jakżeż to pani zataisz? Czy jesteś w możności mnie spłacić?
NORA. Nie w téj chwili.
GÜNTHER. Albo może wystarasz się pani w tych dniach o tę sumę.
NORA. Nie jestem w stanie się wystarać.
GÜNTHER. Teraz téż nie na wiele by się zdało, bo choćbyś pani nawet miała całą gotówkę w ręku, nie oddałbym wekslu.
NORA. Powiedz mi pan, co z nim chcesz zrobić?
GÜNTHER. Zachować go tylko u siebie. Nikt obcy się o tém nie dowie. Gdyby jednak pani dojść miała do rozpaczliwego postanowienia...
NORA. Tak uczynię.
GÜNTHER. Gdyby pani miała męża i dzieci porzucić.
NORA. Tak uczynię.
GÜNTHER. Albo coś jeszcze gorszego zrobić...
NORA. Skąd pan o tém wiesz?
GÜNTHER. ...I wszystko naraz porzucić...
NORA. Skąd pan wiesz, że taką rzecz zamierzam?
GÜNTHER. Tacy, jak my, po większéj części mają z początku takie zamiary. Ja miałem je także, tylko brakło mi odwagi...
NORA (zaledwie słyszalnym głosem). Mnie brak jéj także.
GÜNTHER (z widoczną ulgą). Nieprawdaż?... Zbraknie pani odwagi... pani także?...
NORA. Nie, nie...
GÜNTHER. Byłoby téż to wielkiém szaleństwem. Skoro tylko domowa burza przeminie... Mam w kieszeni list do pani męża.
NORA. I wszystko jest w nim powiedziane.
GÜNTHER. Z wszelka możliwa względnością.
NORA (szybko). On nie powinien nigdy dostać tego listu. Niech go pan podrze. Dam pieniądze.
GÜNTHER. Przepraszam panią, mówiłem już...
NORA. Nie mówię o pieniądzach, którem panu winna. Powiedz mi pan, jakiéj sumy żądasz od mego męża? Ja ją panu dam.
GÜNTHER. Nie żądam od męża pani pieniędzy.
NORA. Więc czegóż?
GÜNTHER. Chcę się podnieść, chcę się rehabilitować, i w tém może mi być mąż pani pomocnym. Od półtora roku nie popełniłem żadnego nieszlachetnego czynu, a przez ten cały czas znajdowałem się w bardzo trudnych warunkach. Starałem się tylko o to, bym mógł się dźwignąć; rad byłem, że pracą mogłem posuwać się naprzód krok za krokiem. A teraz mnie wypędzono. Ja nie chcę znów żebrać łaski. Mówię pani, że podnieść się muszę... Ja muszę wrócić do banku... i wrócić na wyższy urząd. Mąż pani musi to zrobić.
NORA. On tego nigdy nie zrobi.
GÜNTHER. Zrobi. Znam ja go, nie odważy się inaczéj postąpić. A skoro raz pozostanę, obaczy pani! rok nie upłynie, a będę prawą ręką dyrektora. Wówczas nie Robert Helmer, ale Henryk Günther będzie bank prowadził.
NORA. Do tego nie dojdziesz pan nigdy.
GÜNTHER. Pani chciałabyś może...
NORA. Tak, teraz nie zbraknie mi odwagi.
GÜNTHER. Nie przestraszysz mnie pani... Osoba tak wykwintna...
NORA. Obaczy pan, obaczy pan.
GÜNTHER. Może rzucisz się pani pod lód, w tę czarną, zimną wodę? Na wiosnę wypłynęłabyś oszpeconą do niepoznania, bez włosów...
NORA. Nie przerazisz mnie pan.
GÜNTHER. Ani téż pani mnie. Takich rzeczy się nie robi. A przytém na cóżby się to zdało? I tak mam go w ręku.
NORA. Jakto? i wówczas, gdybym już...
GÜNTHER. Zapomina pani, że odemnie zależy twoje dobre imię.
NORA (oniemiała spogląda na niego).
GÜNTHER. No, jesteś pani ostrzeżoną. Nie popełniaj szaleństwa. Oczekuję wiadomości od Helmera, skoro tylko list mój odbierze. A pamiętaj pani, że to właśnie twój mąż popchnął mnie na tę drogę. Tego mu nigdy nie daruję. Żegnam panią. (wychodzi przez przedpokój).



SCENA DZIEWIĄTA.
NORA, potém PANI LINDEN.

NORA (biegnie do drzwi, uchyla je i słucha). Odchodzi. Nie rzuca listu. Nie, nie, niepodobna, żeby to uczynił. (Uchyla lepiéj drzwi). Cóż to znaczy? Stoi w miejscu, zamiast zejść ze wschodów. Czy się namyśla? Czyżby?... (list wpada do skrzynki, potém słychać oddalające się kroki Günthera).
NORA (ze stłumionym okrzykiem biegnie przez pokój ku kanapie; krótkie milczenie). List jest w skrzynce! (powraca do drzwi i spogląda na nią). Leży tam! Robercie! Robercie! jesteśmy zgubieni!
PANI LINDEN (wchodzi z kostiumem z lewéj strony). No, już wszystko w porządku. Może przymierzysz?
NORA (cicho i z przejęciem). Krystyno! chodź tutaj!
PANI LINDEN (rzuca suknie na kanapę). Co tobie? Jesteś tak pomieszana!
NORA. Chodź tutaj. Czy widzisz ten list? Tam, widzisz, po za kratką, w skrzynce?
PANI LINDEN. Widzę.
NORA. To list od Günthera.
PANI LINDEN. Noro! To Günther ci pożyczył pieniędzy?
NORA. Tak; a teraz Robert dowie się o wszystkiém.
PANI LINDEN. Wierz mi, Noro, to będzie dla was najlepiéj.
NORA. Nie wiesz wszystkiego: ja sfałszowałam podpis.
PANI LINDEN. Boże miłosierny!
NORA. Teraz tylko jedno, Krystyno. Ty będziesz moim świadkiem.
PANI LINDEN. Jakim świadkiem? Cóż ja...
NORA. Gdybym dostała pomieszania zmysłów, a to nastąpić może...
PANI LINDEN. Noro!
NORA. Albo gdyby się wydarzyło coś... coś podobnego... gdyby mnie tu nie było...
PANI LINDEN. Jakże możesz przypuszczać...
NORA. Wówczas zaświadczysz, że to nieprawda. Wiem dobrze, co mówię, mam zdrowe zmysły i powiadam, że nikt o tém nie wiedział. Ja sama wszystko zrobiłam. Nie zapomnij o tém, Krystyno.
PANI LINDEN. Nie zapomnę. Ale tego wszystkiego nic a nic nie rozumiem.
NORA. Nie możesz zrozumiéć. Najdziwniejsze dopiéro się stanie.
PANI LINDEN. Najdziwniejsze?
NORA. Tak, najdziwniejsze. A to takie straszne, to stać się nie może pod żadnym warunkiem.
PANI LINDEN. Pójdę zaraz rozmówić się z Güntherem.
NORA. Nie chodź do niego, on ci co złego zrobi.
PANI LINDEN. Był czas, kiedy zrobiłby wszystko dla mojéj miłości.
NORA. On?
PANI LINDEN. Gdzie on mieszka?
NORA. Czy ja wiem? A! (szuka w kieszeni). Tu jest jego bilet. Tylko ten list! ten list!



SCENA DZIESIĄTA.
CIŻ i HELMER za drzwiami.

HELMER (w swoim pokoju stuka do drzwi). Noro!
NORA (z okrzykiem przerażenia). Co to jest? Czego chcesz odemnie?
HELMER. Czegóż się boisz? Przecież nie wchodzimy, boś drzwi zasunęła. Może przymierzasz kostium?
NORA. Tak, tak przymierzam. Ślicznie mi w nim, Robercie.
PANI LINDEN (przeczytawszy bilet). Mieszka tu zaraz na rogu.
NORA. To się już na nic nie zda. Jesteśmy zgubieni. List jest już w skrzynce.
PANI LINDEN. A kluczyk jest u twego męża?
NORA. Zawsze u niego.
PANI LINDEN. Günther musi ten list odebrać, zanim będzie przeczytany i musi wynaleźć jakiś pozór.
NORA. Robert właśnie zwykł w tym czasie...
PANI LINDEN. Przeszkodź mu. Idź do niego, ja powrócę jak najprędzéj. (wychodzi szybko przez przedpokój).
NORA (otwiera drzwi od pokoju męża, otwiera je i zagląda). Robercie!



SCENA JEDENASTA.
NORA, HELMER, potém RANK, potém PANI LINDEN i HELENA.

HELMER (za drzwiami). Więc w końcu można wyjść ze swego pokoju? Chodź, Ranku, obaczymy. (we drzwiach) Cóż to?
NORA. Jakto, Robercie?
HELMER. Rank zapowiadał mi przebranie.
RANK (we drzwiach). Tak mi się zdawało; musiałem się mylić.
NORA. Dopiéro jutro wieczór wolno wam będzie mnie podziwiać.
HELMER. Noro, jesteś tak pomieszaną... Możeś się wprawiała w tarantellę?
NORA. Jeszcze nie.
HELMER. Jednak to potrzebne.
NORA. Koniecznie potrzebne, ale bez twojéj pomocy się nie obejdę; zapomniałam zupełnie.
HELMER. Zaraz, przypomnimy to sobie.
NORA. Dopomóż mi, Robercie. Obiecałeś mi to, a ja się tak boję. Takie wielkie towarzystwo... Dziś musisz mi cały wieczór poświęcić. Nie będziesz dziś pracował; nie ruszysz nawet pióra. Nieprawdaż, najdroższy? HELMER. Obiecałem ci; dziś jestem na twoje usługi, moje bezradne biedactwo. Hm! prawda, muszę jednak wprzódy... (idzie ku drzwiom wchodowym).
NORA. Czegóż tam chcesz?
HELMER. Zobaczę tylko, czy niéma jakich listów.
NORA. Nie, nie, nie, nie rób tego, Robercie!
HELMER. Dlaczegóż?
NORA. Proszę cię, tam nic niéma.
HELMER. Pozwól mi tylko zajrzéć. (chce iść).
NORA (przy fortepianie uderza pierwsze akordy tarantelli).
HELMER (zatrzymując się). Aha!
NORA. Nie będę jutro mogła tańczyć, jeśli dziś próby nie zrobię.
HELMER. Dobrze, dobrze, skoro tego pragniesz (siada do fortepianu).
NORA (wyjmuje z pudła tamburyno i długi pstry szal, którym się drapuje szybko, potém wybiega na przód sceny). No, grajże, będę teraz tańczyć. (Helmer gra, Nora tańczy, Rank stoi przy fortepianie za Helmerem i patrzy na nią).
HELMER (grając). Wolniéj, wolniéj.
NORA. Inaczéj nie mogę.
HELMER. Nie tak gwałtownie, Noro.
NORA. Tak właśnie być powinno.
HELMER (przestając grać). Nie, nie, to nie idzie.
NORA (śmiejąc się i wstrząsając tamburynem). A co? czy nie mówiłam?
RANK. Ja grać będę.
HELMER (powstając). Dobrze, ja będę nią lepiéj kierował. (Rank siada przy fortepianie i gra; Nora tańczy ze wzrastającą gwałtownością. Helmer staje przy piecu i robi ciągle tańczącéj uwagi; ona zdaje się ich nie słyszéć; włosy jéj rozwiązują się i spadają na ramiona; ona nie zważa na to i tańczy daléj. Wchodzi pani Linden).
PANI LINDEN (staje we drzwiach, jak wryta). Ach!
NORA (tańcząc). Wesoło tutaj, Krystyno!
HELMER. Najdroższa, tańczysz, jakby to szło o śmierć lub życie.
NORA. Bo téż tak jest.
HELMER. Przestań, Ranku, to czyste szaleństwo... Przestań, mówię. (Rank grać przestaje i Nora zatrzymuje się nagle).
HELMER (idąc do niéj). Nie do uwierzenia; zapomniałaś zupełnie.
NORA (rzucając tamburyno). Widzisz sam.
HELMER. Potrzeba tu gruntownéj nauki.
NORA. Więc widzisz. Musisz mi pomagać do wprawiania się aż do ostatniéj chwili. Czy mi to przyrzekasz?
HELMER. Z pewnością.
NORA. I dziś i jutro będziesz myślał tylko o mnie? Nie odpieczętujesz żadnego listu? nie otworzysz nawet skrzynki?...
HELMER. Aha! lękasz się jeszcze tego człowieka!
NORA. Lękam się także...
HELMER. Widzę, że musi tam już być list od niego.
NORA. Nic nie wiem; tak mi się zdaje, ale ty teraz nic czytać nie będziesz, nie przykrego nie powinno nas spotkać, dopóki nie będzie po wszystkiém.
RANK (cicho do Helmera). Nie trzeba jéj się sprzeciwiać.
HELMER (obejmując ją). Niechże się stanie, dziecko, według twéj woli. Dopiero jutro, po przetańczeniu.
NORA. Odzyskasz swobodę.
HELENA (we drzwiach na prawo). Podane do stołu.
NORA. Podasz wino szampańskie, Heleno.
HELENA. Dobrze, proszę pani. (wychodzi).
HELMER. Aj! aj! prawdziwa uczta!
NORA. Tak jest, uczta z szampanem aż do samego rana. (wołając). Heleno! podaj makaroniki, dużo makaroników — ten jeden raz.
HELMER (bierze ją za ręce). No, no, bez téj dzikiej ochoty. Bądź-że, jak dotąd, moim ślicznym skowroneczkiem.
NORA. Będę, będę. Idź teraz do jadalni z doktorem. Krystyno, pomóż mi ułożyć włosy.
RANK (po cichu, odchodząc teraz z Helmerem). Nie można się przecież niczego złego spodziewać — niczego... rozumiesz?
HELMER. Niczego, mój drogi. To tylko ta dziecinna trwoga, o któréj ci mówiłem. (wychodzą na prawo).
NORA. Cóż?
PANI LINDEN. Wyjechał.
NORA. Zrozumiałam to po tobie.
PANI LINDEN. Wróci dopiero jutro wieczór. Zostawiłam mu kartkę.
NORA. Nie trzeba było tego robić. Niczemu nie przeszkodzisz. Jest to w gruncie piękna rzecz oczekiwać jakiegoś cudu.
PANI LINDEN. Czegóż ty oczekujesz?
NORA. Ty tego nie pojmiesz. Idź tam do nich, ja przyjdę za chwilę. (pani Linden wychodzi do jadalni).



SCENA DWUNASTA.
NORA, potém HELMER.

NORA (stoi przez chwilę, usiłując zapanować nad sobą, potém patrzy na zegarek). Piąta. Siedem godzin do północy i jeszcze dwadzieścia cztery godzin do drugiéj północy. I będzie po tarantelli. Dwadzieścia cztery i siedem. Jeszcze trzydzieści jeden godzin życia.
HELMER (we drzwiach na prawo). Gdzież to mój skowroneczek?
NORA (biegnie ku niemu z otwartemi ramionami). Jest, jest.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henryk Ibsen i tłumacza: Waleria Marrené.