Na zgliszczach (Junosza, 1884)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na zgliszczach
Pochodzenie Z mazurskiej ziemi
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk R. Zamarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KKrwawiło się słońce na zachodzie. Zapadało ono za las, rzucając na niebo odblask czerwony jak łuna odległego pożaru.
Chłopi mówili że się wietrzny dzień zapowiada na jutro, a mieli słuszność naprawdę, bo już to nie od dzisiaj wiatr szalony się miotał i wiał biednym ludziom wprost w oczy; zdzierał poczerniałą słomę ze strzech, a tak wył szkaradnie, jak zgłodniałe wilczysko wśród zimy.
Kalendarz mówił że jest wiosna, ale jej znać nie było — taka jakaś żałobna i zapłakana przyszła w tym roku. Na polach pokazał się pług tu i owdzie, wychudzone bydło ciągnęło z pastwisk, skowronek śpiewał wprawdzie, ale nikt mu nie wtórował na ziemi, bo nie do śpiewania było ludziom w tych czasach.
Smutnie szumiała złota wierzba nad wodą i brzoza przy gościńcu, a między ludźmi znać było przygnębienie ciężkie. Były całe obszary pól leżących odłogiem, zaniedbanych oddawna. Pług nie tknął ich na jesień, nie ruszył teraz na wiosnę, to też stwardniały one i zielskiem porosły. W lasach tylko rozlegał się łoskot siekier, bo drzewo było za bezcen, a spekulanci umieli z chwili korzystać.
W owych to czasach sekwestratorowie i komornicy zajeżdżali konie, tyle mieli zajęcia i pracy. Ziemia była tania, lecz nikt kupować jej nie chciał. Gdzieniegdzie dopiero ukazywały się pierwsze awangardy kolonistów niemieckich, za któremi później dopiero nadciągnąć miały długie szeregi wozów, pełne nowych obywateli...
Krwawiło się słońce na zachodzie — a przy jego promieniach, niebawem już zgasnąć mających, widać było niewielką, na wzgórzystym brzegu rzeki rozrzuconą wioseczkę. Stara to wieś była. Chaty niewielkie, w ziemię już potrosze zapadłe, ze strzechami mchem zielonkowatym porosłemi, kryły się w ogródkach, w których czereśnie zaczynały się właśnie białem kwieciem pokrywać.
Na końcu wsi, jak zwykle, stała karczma wielka, drewniana, z ogromną szopą dla koni, z pozieleniałemi oknami, w których braki szyb przemyślny arendarz gontami i papierem uzupełnił.
Widać ztąd było czerwone mury spalonego niedawno folwarku, otoczonego rzędem topól balsamicznych; dalej rzekę, szerokie łąki nadbrzeżne i biały kościółek w sąsiedniej wiosce.
Przed karczmą stał arendarz, Jankiel, w wytartym kamlotowym żupanie — i z żywą gestykulacyą usiłował wytłumaczyć coś staremu chłopu powracającemu właśnie z kuźni z naostrzoną siekierą.
W chwili, w której żyd najbardziej się zapalił i widocznie najsilniejszego miał użyć argumentu, szybkim pędem wjeżdżał do wsi szczególniejszy ekwipaż.
Była to bryka niepomiernej długości, zaprzężona w trzy rosłe, doskonale utrzymane konie; dwoje źrebiąt biegło obok bryki luzem, a z tyłu dążyły przyczepione dwa dwuletnie źrebce.
Przed bryką, z głośnem szczekaniem pędziły trzy duże wyżły, niby laufry, zapowiadające przyjazd swego pana. W tym ekwipażu siedział mąż o bardzo srogiem spojrzeniu i brwiach zmarszczonych gniewnie. Odziany był w burkę sławucką, a na głowie miał kaszkiet z lampasem.
Gdy ekwipaż karczmę mijał, Jankiel ukłonił się kilkakrotnie do samej ziemi z bardzo uprzejmym uśmiechem, a chłop z przyzwyczajenia czapkę zdjął i odkrył głowę, pokrytą długim, gęstym, ale jak mleko białym włosem.
— Nu, patrzajta Marcinku, czy ja wam nie mówiałem? co!? ja wam powiedziałem, co un teraz trzy grosze niewarte!
— Niby kto? — zapytał chłop, nakładając czapkę powoli.
— Niby kto! kto? wy sobie pytacie kto? ja wam dwa godziny gadałem kto! a ten sobie jeszcze pyta: kto? Jak wy tego nie możeta zmiarkować, Marcinie! a wieta wy kto tera pojechał?
— A kto?
— Un znów sze pyta! Widzieliśta przecie, że sam wielemożny nasz pan sekwestrator! A czy wy miarkujeta Marcinku, gdzie un pojechał?
— Gdzie? pewnie na jarmark z temi koniami.
— Ny, ny — un tam na dworze zrobi dobrego jarmarku, całe licytacye nawet!
— To bez to on tyla koni prowadzi?
— To znowu jest inna chwestya. Ten pan, to trzeba wam wiedzieć, nie ma żadne żone, ani swoje służbe, tylko co jednego furmana, to bez to un nie może ostawić w domu swój dobytek, więc zabiera jego ze sobą — un zawsze tak jeździ, może dla tego coby jemu buło weselej, a może tak sobie dla swoje fanaberye, to jego nie bardzo drogo kosztuje. Ny, ale co nam do tego, ja w am tylko powiadam, że my możemy zrobić bardzo dobry interes!
— A jakize to?
— Oj, żeby ja tak szczęście miał, jakie wy macie ciężkie głowe mój Marcinie, ja sobie nawet dżywuje co was sołtysem zrobili z takiem głowem! a może jeszcze na wójta was wykierują!?
— Ha, jak wypadnie być — to się i będzie.
— Oj waj, będzie! a co wy będzieta z kancelaryą robili, kiedy wy nie wieta co z pieniędzmi robić? A wy macie Marcinku pieniądze, ładne pieniądze macie!
— Musi rachowałeś żydzie moje pieniądze?
— Za co ja miałem rachować? wasza niewiastka gadała co macie z półtorej ćwierci rublów, same białe jak perły, aj, żeby ja to miał w swoim majątku! Ale co tu próżne gadanie gadać? ja wam powiadam Marcinie, co to wszystko jak widzita w koło, może być nasze, za bardzo tanie pieniądze. Kupmy do współki, wy dacie pieniądze zara — ja dam trochę później. To jest fajn interes! ja wam oddam wszystkie gruntów, a sobie wezmę tylko trochę las, trochę młyn i trochę propinacye. Reszta będzie wasza, jakbyśta na drodze znaleźli... prawie za darmo wasze będzie! Chodźta do izby, zara wam litkup sprawię, mam taką fajn pieprzówkę, co aż oko zbieleje!
Chłop usiadł na ławce, żyd wciąż nastawał.
— Ny, co to wy tera nie pan? nie obywatel?
— Ja tam chłop z chłopów, gospodarski syn — odpowiedział, nie bez pewnej dumy, Marcin.
— Może wy sobie miarkujecie na nich — rzekł Jankiel, ręką na folwark wskazując — ny, a co z tego? Uni kapcany są, uni bankruty! wy może jeszcze czapkę przed niemi będzieta zdejmować? Za co? Ja tyż jestem bardzo miłosierny i mam także miękkie serce, ale jak kto kapcan, to na co jemu miłosierność? jemu miłosierność tak pasuje jak groch do ściane! Ny, jak wy miarkujecie z tym interesem, Marcinie? Ja zawdy myślę, co my ich kupiemy.
— Albo to cłek bydlę, żeby go kupować?
— Ja wam powiem, co nie ma gorsze głupie bidło jak człowiek, co sam ze swojej garści szczęście wypicha.
Żachnął się chłop.
— Ej! cichaj ty cyganie! bo jak cię zamaluje, to ci się sądny dzień przyśni.
— Co wy zrobicie zabójstwo? co to jest! gewałt! ja was do sądu zaskarżę!
— A to skarz, bestyjo — mruknął ponuro chłop i już chciał odejść, ale żyd za rękaw go chwycił.
— Za co my sobie mamy gniewać? my zawsze przyjaciele byli. Mój Marcinie, panie Marcinie! panie gospodarżiu! od takie porządne i godne osobe to nie żal nawet paskudne słowo usłyszeć. Ja wam sprawiedliwie powiadam, co całe Zarzecze może nasze być!
— A oni? — rzekł cicho chłop.
— Jakie uni? gdzie jest uni? ich już wcale nie ma! Czekajta, ja wam porachuję wnet na piśmie. Siła ich było wszystkich? całe paradę sześć — no, patrzcie, ja tu piszę na ścianie sześć kresek. Raz, dwa... sześć. Widzita sześć!
— Dyć je sześć, rzetelnie.
— Pierwsza kreska to dziedzic, gdzie un jest? Jemu nie ma.
— Nieprawda, bo je zagranicom, czy za morzem gdzieś.
— No, to idźta po niego i przynieśta go ztamtąd na plecy. Ha! ha! wieta wy gdzie un jest? Nasze żydki gadali, co un powędrował aż za Warsiawie do samego Ameryka i co un tam u tego Ameryka za stróża jest. Ny, tera patrzta, dziedzic ferfał! mażę jednę kreskę. To już tylko pięć!
— Pięć — powtórzył chłop.
— Tera dziedziczka, to także jakby jej nie buło...
— Kiej je, Bogu dzięka.
— Czekajta, nie bądźta w takie gorące wode kąpane! Naprzód, kobieta to sze rachuje tylko za połowę człowieka, to już można pół kreski odmazać; a po drugie, powiedzcie mi, czy pół człowiek można rachować za cały człowiek? czy za pół rubla da kto całego rubla? za pół grosza czy jest cały obwarzianek? No, gadajcie, jest czy nie ma?
— Ha! juści pewnie że nie ma.
— No, to już druga kreska; a tera jest troje dzieciów, to niewarto nawet rachować. Uni pójdą do swoje familie, dostaną adukacye, będą panami! Na co im majątku? a my nie będziemy już mieli adukacye, to nam trzeba majątek! Więc została się tylko jedna kreska. Prawdziwie to nie jest żadna osoba, tylko ten ich stary przyjaciel, co musi zawdy swój nos do kużdego interesu wsadzić. Ja go tylko napisałem bez miłosierdzie, bo co un znaczy? naprzód stary jest, może zaraz zrobić ganc git gesztorben — to go nie będzie; po drugie, un ma pieniądzów, co mu do śmierci wystarczy, można mu także zmazać. A tera, patrzajta na ścianę — buło ich sześć, a gdzie uni tera są? nad kim wy macie sobie litować? kiedy wam pokazałem na piśmie, co ich już nie ma.
Chłop wziął żyda za rękę i dotykając palców jego, na których ślad od ścierania kredy pozostał, rzekł:
— Ot, widzis bestyjo, niedowiarku, patrzaj, są tu wszystkie co do jednego, ostali się na twoim paluchu, tak, jak niejedna chłopska chudoba na nim ostała, wszyćkie tu są, wszyćkie tu siedzą.
— Oj waj! trocha midło i trocha proste wode, już ręka czysta jest jak burśtyn.
— Z sumienia nie odmyjesz!
— Marcinie! Marcinie! za co wy nie jesteście za księdza? wy by tak pięknie gadali do chłopów, coby uni nie byli gałgany, ani pijaki! uni by tak sobie płakali w kościele jak widry, czy jak jakie inne futrzane stworzenie, a potem zapłakane przyszli by do mnie... na gorzałkę! Ha! ha! ja nie wiedziałem, co wy takie mądre, a i co wam z tej mądrości?
Chłop milczał — oczy jego były w tej chwili zwrócone w stronę folwarku, a spojrzenie miał smutne, załzawione prawie. Żyd to spojrzenie zauważył i zdawało mu się, że je zrozumiał dokładnie. W okamgnieniu też przyszła mu do głowy inna kombinacya, przedmiot rozmowy zmienił nagle.
— Nie mata wy czasem z furkę szana na psiedaż? mnie tera bardzo szana potrzeba.
— Zkąd zaś? toć mi łońskiego lata het woda zatopiła wszyćko.
— Prawda, ja zapomniałem co wy macie taki paskudny kawałek przy same wode, co jak sucho jest to same paprochów, a jak mokrość to sam gnój!
— Ha! wola Boska, jak się urodzi, to człek zbierze, a jak nie, to se inaczej radzi jak mogący.
— Ny, tak krawiec kraje, jak materyi staje, ale tych dworskich łąków, co uni troche wyższe są, to jest cósz fajn, aj waj! jakie uni mają szano! to prawdziwe cymes mit makies! panna by mogła takie szano jeść!
— Piękne siano!
— Co to piękne? To rarytne szano! na całe okoliczność takie szano szukać! tego szano wiązka to znaczy kuniowi za ćwiartkę owies mlinkowany, przez sieczke. Mnie sze tak zdaje, co my z Saltzmanem kupimy tego łąka do współki... kiedy wy nie chceta... u niego też pieniądzów nie brakuje.
Chłop na łąkę dworską patrzył, ale nie odpowiadał. Siedział na ławie zamyślony.
Żyd niby o interesie już zapomniał, przechadzał się przed karczmą, śpiewając coś pod nosem. Nagle, jakby sobie coś przypomniał, stanął i uderzając chłopa po ramieniu, rzekł:
— Czy to prawda, Marcinie, co wy chceta stawić nowego chałupa?
— Niby, ja to tak myślę, bo chciałem grunt dzieciom odpisać, a dwoje ich je: syn i córka. Tak w jednej chałupie siedzęcy, to się zięć będzie z synem wadził, a córka zaś z niewiastką, zwyczajnie jako baby, już się przekomarzają; jeno obraza Boska...
— Ny, macie wy recht, co w chłopskie karkulacye na dwa dzieci trza dwa chałupów; to pewno, bo uni sobie kiedy zabiją we złości; a dla czego jeszcze nie stawiacie? sama pora tera jest!
— Ot, tak mi zeszło jakoś — a i drzewa nie mam...
— Drzewa to bagatelka jest! ja wam przedam.
— A ty gdzie masz bór?
— Niedaleko, ztąd widać, ten właśnie co od hrabiowskiej granicy.
— Dyć to dworski, nie twój!
— Dziś to un jeszcze trochę dworski, ale już i tak jak mój — albo to długo czekać licytacye? ja mam już na niego wspólnika. Znacie mu przecie, ten czarny Fajbuś, co miał dawno olejarnie, a tera sobie z lasem handluje. Chceta? to wam pokażę pieniądzów na zadatek. Ja chciałem z wami, ale jak wy nie chceta, to co ja mam robić? ja przecie nie mogę dołożyć do wasze fanaberye.
Poskrobał się w głowę chłop.
— Pocekajta trochę — rzekł — może ja się krzynkę rozmyślę.
— Aj! co mnie z wasze myślenie? wiadomo co chłopskie myślenie, a żydowskie jechanie, to jedno jest! Zara! zara! fur! fur! a w miejscu stoi. U naszych, to dwa słowa i siojn, siabas!
— A siła by to trza pieniędzy?
— Ny, co z tego, że wy mata pieniądzów? ale nim wy odwiążecie swego worek, a pocznieta sobie drapić w głowę, to drugi dziesięć razy kupi; a jak sze namyślita, to sze znowu rozmyślita i znowu zacznieta sobie co innego myśleć.
— Ha, mozebym ja wreście...
— Jak sobie miarkujeta, mnie to wszystko jedno jest. Z tym spółka, z tamtym spółka! Czy ty czort, czy ty Iwan, aby ja swoje miałem.
— Zawdy jabym se chciał dokumentnie to rozkalkulować.
— Karkulujta! chociaż to krótka karkulacya, aj waj! taki łąka, taki las! to jest szafran, to cynamon jest!
— Dwa, trzy dni pocekaj.
— Ny, ja poczekam cztery dni nawet. Aj waj! Marcinie, ja zawsze mówiłem, co wy macie delikatny rozum! co wy nie dla parady niesieta swoje głowe na plecy.
— Adyć dopieroś gadał, com głupi.
— Co ja gadał? jakie gadał? ja nic nie gadał! a choćby ja nawet co gadał, to rachujcie że ja nic nie gadał! bo na co takie gadanie jest?
— No, tedy cekas?
— Co ja dla was nie zrobię, mój Marcinie?
— Ctyry dni.
— Choćby nawet z psiliwkiem! wieta co u mnie miara rzetelna jest, na moje sumienie!
— Pamiętajze.
— Aj, Marcinie! kochany Marcinku! panie Marcinie! kiedy wy taki interes zrobili, to nie ostawicie tak próżno moje izbe, nie pójdzieta z suchem gębem spać, ja dziś fundator! słuchajta, ja sam fundator! na moje sumienie.
— Co tam! przed niewodem ryb nie łapią.
— Kiedy uni już jest złapione te ryby! Ja wam co powiem, na co tu niewoda? uni jest takie rybe, co ich wzięli na trutkę, uni tera już płyną z brzuchem do góry! a kto chce to ich może złapić z gołem rękiem.
— Mądry z ciebie rybak, mój Janklu.
— Ny, na co kura grzebie? ale chodźta do stancye.
— Cekaj, to jakże ta licytacya?
— Za dwa tygodnie termin jest.
— A po co tamten dziś pojechał?
— To widzita co innego, a to to co innego. Ten pan co jechał, to sobie handluje tylko z ruchomościami, bo un jest sekwestrator, a w trybunale to handlują z nieruchomoszciem. To jest bardzo piękne procedure! Uni zapalają małych świeczków jak na szabas i wołają: kto da więcej? to ja powiadam: »Jankiel Pacanower dwa kopiejki więcej!« świeczka zgaśniła i już po szabasu! płacę pieniądzów i siedzę sobie na całe hypotekie, jak turecki król na kanapie.
— A to ci kumedya!
— To nie kimedya, to z pełnem giębem wesele! to całe »hasene« jest!
— A jakby na to mówiąc, dziedzic powrócił?
— Ny, to co? po pierwsze, un nie powróci, a choćby powrócił, to niech idzie szukać gdzie pies ma wątrobę!
— Tedy rzekłeś, ze cekos?
— Ny... ny...
— I bez ten cas przezemnie nic nie zrobis?
— Żeby mnie tak wielgie frybre nie trzęsiuło, jak ja przez was tego nie zrobię.
— No, to dobrze, ale...
— Już zaczynata kręcić! Wam sze zdaje, co kot zawsze ma zęby?
— Bo pewnie ze ma.
— A jak un sze obróci z ogonem, a jeszcze jemu za łeb przytrzymają, to gdzie jego zęby? aj, Marcinku, na co to gadać? wypijta sze wódki i idźta do chałupe spać.
— Nie ządny ja dziś wódki, pójdę se pomaleńku do domu... bądźta zdrowi, Janklu.
— Ny, ny, idźta z Bogiem, my sobie jeszcze pewnie jutro będziewa oglądali.
Powoli, ciężkim krokiem poszedł chłop ku domowi. Noc zapadała wietrzna, ciemna, a na jej tle szarem zacierały się kontury chat wieśniaczych. Czasem pies szczeknął i znowu było cicho, o ile szum wiatru tej ciszy nie przerywał.
Chałupa Marcina na samym końcu wsi stała, odosobniona trochę. Naprzeciw niej był wzgórek wyniosły, na którym, pomiędzy czterema wysmukłemi topolami stał krzyż wysoki, poczerniały już ze starości i pochylony na bok.
W lecie dzieci i dziewczęta przynosiły tu wianki i zawieszały je na otaczających krzyż i drzewa sztachetkach, które również poczerniałe, omyte z farby przez deszcze, byłyby już dawno upadły, gdyby nie kilka kołków wbitych ręką troskliwą.
Ktoby się chciał w dzień dobrze temu krzyżowi przypatrzyć, odczytałby, z trudnością wprawdzie, poczerniały, w części mchem zarosły napis, wyryty jakiemś pierwotnem narzędziem:
Chtóryś za nas † czerpyał rany † Christe † Zmyłuy sye Nad namy † a u spodu na dolnej części krzyża: „Walenty Gayda i Magdalena Gaydzina Fondatorowie, A. D. 1782.
Ten Walenty Gajda i Magdalena Gajdzina »fondatorowie«, byli właśnie rodzicami Marcina Gajdy, któregośmy rozmawiającego z Janklem przed chwilą widzieli. Stary ten chłopisko, nabożny, pełen owej prostej, chłopskiej wiary, która wedle orzeczenia Pisma »góry przenosi«, powracając do domu z roboty, lub z drogi, nigdy nie ominął krzyża ojcowskiej fundacyi. I teraz zatrzymał się przed figurą, ukląkł na ziemi wilgotnej, czapkę z głowy zdjął i modlił się szczerze, serdecznie, tą modlitwą gorącą, pełną westchnień i jęków, jaką tylko chłop polski modlić się potrafi.
W ponurej ciszy nocnej, słychać było półgłosem wymawiane słowa, westchnienia głębokie i głuchy odgłos twardej, żylastej pięści, uderzającej z całą mocą w suchą, a wypukłą i szeroką klatkę piersiową.
Długo się modlił stary Marcin; wiatr rozrzucał siwe jego włosy, targał je; rozwiewał poły sukmany, ale stary, zatopiony w modlitwie, nie zważał na to; wciąż klęczał.
Kiedy nareszcie, opierając się jedną ręką o ziemię, wstawał z trudem, we wsi rozległo się gwałtowne ujadanie psów i słychać było turkot kół, uderzających o kamienie.
Pan Jankiel Pacanower puszczał się w podróż. Zaraz po odejściu Marcina zaprzągł do biedki łysego kasztanka, wypił kieliszek mocnej szabasówki, a przywdziawszy na siebie kilka żupanów, aby się od zimna zabezpieczyć, opuścił domowe progi...
Pojechał na noc całą, a miał też interesów co niemiara. Takie duże przedsiębiorstwo wymagało wspólników, trzeba więc ich było wynaleźć zawczasu.
Kasztanek, korzystając z tego, że arendarz różnemi marzeniami zajęty, o biczu zapomniał, szedł powoli, a Jankiel kiwając się na biedce, marzył o przyszłości, która mu się przedstawiała w tem więcej jasnych barwach, że gdzie spojrzeć dokoła, było czarno, łzawo i smutno...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.