Memnon czyli mądrość ludzka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Memnon czyli mądrość ludzka
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

MEMNON
CZYLI MĄDROŚĆ LUDZKA.
(1750.)

PRZESTROGA AUTORA[1].
Mylić się wciąż, oto wiano
Które nam losy przyznały:
Robimy projekty rano,
Głupstwa robimy dzień cały.

Wierszyk ten nadaje się dla wielu mędrków; jestto rzecz, zaiste, dość ucieszna, widzieć jak poważny duszpasterz kończy procesem kryminalnym, pospołu z bankrutem[2]. Nawiązując do tego wydarzenia, przedrukujemy tu tę powiastkę, która była już gdzieindziej: dobrze jest bowiem, aby była wszędzie.


Memnon powziął jednego dnia zamysł, aby być doskonale rozsądnym. Niema ludzi, którymby to szaleństwo nie przeszło niekiedy przez głowę. Memnon powiedział sobie: „Aby być bardzo rozsądnym, a tem samem bardzo szczęśliwym, trzeba tylko wyzbyć się namiętności; otóż, jak wiadomo, niema nic łatwiejszego pod słońcem. Po pierwsze, nie będę nigdy kochał kobiety; widząc doskonałą piękność, powiem sobie jeno: „Te lica zwiędną kiedyś; te piękne oczy zeszpeci czerwona obwódka; ta okrągła pierś zapadnie się i obwiśnie; ta piękna głowa wyłysieje“. Otóż, wystarczy mi spojrzeć na nią obecnie temi oczami jakiemi będę ją widział wówczas, a z pewnością ta głowa nie zdoła już zawrócić mojej.

„Po drugie, będę zawsze wstrzemięźliwy; daremnie będzie mnie kusił wykwintny stół, smaczne wina, powaby towarzystwa. Wystarczy mi jeno wyobrazić sobie skutki nadużyć, ciężką głowę, niestrawność, stratę rozumu, zdrowia i czasu: wówczas będę jadł jedynie z potrzeby; zdrowie moje będzie zawsze równe, myśl jasna i przejrzysta. Wszystko to jest tak łatwe, że niema tu żadnej zasługi.
„Wreszcie, powiadał Memnon, trzeba pomyśleć nieco o sprawach pieniężnych. Pragnienia mam skromne; majątek mój jest dobrze ulokowany u poważnego bankiera w Niniwie; starczy mi na niezależny byt, a to jest największe szczęście. Nie znajdę się nigdy w smutnej potrzebie wieszania się u dworu: nie będę nikomu zazdrościł i nikt mnie. To też wielka wygoda. Mam przyjaciół (ciągnął), zachowam ich przyjaźń, skoro nie będą mieli mi czego wydzierać. Nie będzie między nami żadnych nieporozumień, stosunki równe, miłe; wszak to jest bardzo łatwe“.
Nakreśliwszy tedy w pokoju swój arcy-rozsądny planik, Memnon wystawił głowę oknem. Ujrzał dwie kobiety, przechadzające się pod jaworami wpodle domu. Jedna była stara i miała fizys obojętną; druga, młoda i ładna, zdawała się bardzo czemś przejęta. Wzdychała, płakała, z czem jej było tem więcej do twarzy. Mędrzec nasz wzruszył się: nie pięknością damy (był najzupełniej pewien, że nie podlega takim słabościom), ale jej strapieniem. Zeszedł, przystąpił do pięknej Niniwianki, z zamiarem użyczenia jej roztropnej pociechy. Piękna osóbka opowiedziała mu, z minką nad wyraz naiwną i wzruszającą, krzywdy jakie cierpi od swego wuja, którego nie miała; z jaką chytrością wyzuł ją z majątku, którego nie posiadała nigdy; wszystko wreszcie czego się jej trzeba lękać ze strony tego gwałtownika. „Wydaje mi się pan człowiekiem tak roztropnym, rzekła, że, jeśli zechcesz łaskawie zajść do mnie i rozpatrzyć moje sprawy, jestem pewna że wydobędziesz mnie z okrutnego kłopotu“. Memnon nie wahał się udać za nią, aby roztropnie zbadać jej kłopoty i dać dobrą radę.
Stroskana dama zaprowadziła go do pachnącej komnaty i posadziła grzecznie na obszernej sofie; siedli naprzeciw siebie, ze skrzyżowanemi nogami. Mówiąc, dama spuszczała oczy, z których wymykały się niekiedy łzy; ilekroć oczy jej się podniosły, zawsze spotykały się ze spojrzeniem roztropnego Memnona. Słowa jej były nabrzmiałe tkliwością, która zdwajała się za każdym razem kiedy na siebie spojrzeli. Memnon wielce brał do serca jej nieszczęścia i odczuwał coraz to większą ochotę przysłużenia się tak uczciwej a tak strapionej istocie. Nieznacznie, w toku rozmowy, zmienili pozycyę; znaleźli się bliżej siebie, już nie ze skrzyżowanemi nogami. Memnon udzielał rad tak zbliska i dawał jej wskazówki tak tkliwe, iż żadne z dwojga nie mogło mówić o interesach; nie wiedzieli już co się niemi dzieje.
W tym stanie rzeczy, nadszedł — jak można się tego domyślać — wuj: uzbrojony był od stóp do głów; pierwszem jego słowem było, oczywiście, to, że zabije roztropnego Memnona i siostrzenicę; ostatniem zaś, że może przebaczyć za dużą kwotę pieniężną. Memnon zmuszony był oddać wszystko co miał. W tych czasach można się było wykpić ze sprawy tak tanim kosztem: nie odkryto jeszcze Ameryki, i strapione damy były o wiele mniej niebezpieczne niż dzisiaj.
Pełen wstydu i rozpaczy, Memnon wrócił do domu i zastał bilecik zapraszający go na obiad w towarzystwie paru serdecznych przyjaciół. „Jeżeli zostanę sam w domu, rzekł sobie, będę dumał nad mą smutną przygodą, nie będę jadł, rozchoruję się; lepiej iść spożyć z serdecznymi przyjaciółmi skromny posiłek. W ich miłem towarzystwie, zapomnę o głupstwie które zrobiłem dziś rano“. Idzie na wezwanie; biesiadnicy znajdują że jest nieco markotny. Dają mu pić, aby rozprószyć jego smutek. Nieco wina zażytego umiarkowanie jest lekarstwem dla ciała i duszy. Tak rozumuje roztropny Memnon, i upija się. Po obiedzie, namawiają go do gry. Umiarkowana gra z przyjaciółmi jest godziwą zabawą. Gra; przegrywa wszystko co ma w sakiewce, cztery razy tyle na słowo. Przy grze wszczyna się zwada; od słówka do słówka, jeden z serdecznych przyjaciół rzuca mu w twarz kubek z kośćmi i wybija mu oko. Odnoszą do domu roztropnego Memnona, pijanego, bez grosza i z jednem okiem mniej.
Wino paruje zeń zwolna; z chwilą gdy nieco otrzeźwiał, posyła służącego po pieniądze do bankiera, aby spłacić serdecznych przyjaciół: powiadają mu, że jego dłużnik dopuścił się tego ranka oszukańczego bankructwa, które niszczy byt setek rodzin. Memnon, oburzony, spieszy na Dwór z plastrem na oku i podaniem w ręce, aby prosić u króla sprawiedliwości na bankruta. Spotyka w salonie kilka pań, które najswobodniej w świecie noszą na sobie obręcze o dwudziestu czterech stopach obwodu[3]. Jedna, która Memnona znała nieco, powiada patrząc nań z ukosa: „Och, wstrętne!“ Druga, która go znała bliżej, rzekła: „Dobry wieczór, panie Memnonie; doprawdy, panie Memnonie, bardzom rada że pana widzę; ale, ale, panie Memnonie, gdzie pan stracił oko?“ I minęła go, nie czekając odpowiedzi. Memnon schował się w kącie, i czekał chwili w której będzie się mógł rzucić do stóp monarchy. Chwila ta nadeszła. Całuje trzy razy ziemię, i wręcza podanie. Dobrotliwy monarcha przyjął go bardzo łaskawie; oddał memoryał jednemu ze swoich satrapów, iżby mu zdał zeń relacyę. Satrapa odciąga Memnona na stronę, i mówi wyniośle śmiejąc się szyderczo: "Pocieszny z ciebie ślepiec, aby się zwracać do króla a nie do mnie; a jeszcze pocieszniejszy, aby śmieć żądać sprawiedliwości na uczciwego bankruta, którego zaszczycam swoją protekcyą, i który jest siostrzeńcem pokojówki mojej kochanki. Poniechaj tej sprawy, mój przyjacielu, jeżeli chcesz zachować drugie oko“.
Tak, Memnon, wyrzekłszy się tego rana kobiet, biesiad, gry, zwady, a zwłaszcza Dworu, padł ofiarą kradzieży i oszustwa pięknej pani; upił się, grał, wszedł w kłótnię, postradał w bójce oko, i był na Dworze, gdzie sobie zadrwiono z niego.
Oszołomiony, zbolały, oddala się z rozpaczą w sercu. Wraca do domu: zastaje komorników, którzy zabierają meble w imieniu wierzycieli. Wpółzemdlony, padł pod jaworem i ujrzał piękną damę, znajomą z tego ranka, która przechadzała się z drogim wujem i parsknęła śmiechem na widok plastra Memnona. Zapadła noc; Memnon położył się pod domem na słomie. Chwyciła go gorączka; usnął w napadzie febry i we śnie zjawił mu się duch niebieski.
Był cały lśniący od światła. Miał sześcioro skrzydeł, ale ani nóg, ani głowy, ani ogona, i nie był podobny do żadnego stworzenia. „Kto jesteś? spytał Memnon. — Twój dobry duch, odparł tamten. — Oddaj mi tedy moje oko, moje zdrowie, mój dom, mienie, rozum“, rzekł Memnon. Następnie opowiedział mu, w jaki sposób stracił to wszystko jednego dnia. „Oto mi przygody, które nie zdarzają się nigdy w świecie gdzie my mieszkamy, rzekł duch. — A gdzież ty mieszkasz? spytał strapiony człowiek. — Moja ojczyzna, odparł tamten, znajduje się o pięćset milionów mil od słońca, na małej gwieździe blisko Syryusza, którego stąd widzisz. — Ładny kraj! rzekł Memnon: jakto! niema u was łajdaczek które oszukują biedaka, niema serdecznych przyjaciół którzy go zgrywają i wybijają mu oko, niema bankrutów, niema satrapów, którzy drwią sobie z was, odmawiając sprawiedliwości? — Nie, rzekł mieszkaniec gwiazdy, nic podobnego. Kobiety nie zwodzą nas nigdy, bo ich nie mamy; nie nadużywamy stołu, ponieważ nie jemy; nie mamy bankrutów, ponieważ niema u nas złota ani srebra; nie można nam wybić oczu, bo nie mamy ciała w waszym sposobie; a satrapi nie czynią nam nigdy krzywdy, ponieważ na naszej gwieździe wszyscy są równi“.
Wówczas Menmon rzekł: „Dostojny panie bez głowy i bez obiadu, a jak wy spędzacie czas? — Czuwamy, odparł duch, nad innemi światami które nam powierzono; przyszedłem cię oto pocieszyć. — Ach, odparł Memnon, czemuś nie przyszedł poprzedniej nocy, aby mnie ustrzec od tylu głupstw! — Byłem przy Hassanie, twoim bracie, rzekł niebiański wysłannik. Jest godniejszy pożałowania od ciebie. Najjaśniejszy monarcha Indji, do którego dworu ma zaszczyt należeć, kazał mu wyłupić oba oczy za jakąś niedyskrecję, i obecnie jest w więzieniu ze skutemi rękami i nogami. — Warto tedy, rzekł Memnon, mieć dobrego ducha w rodzinie, poto aby, z dwóch braci, jeden był jednooki, drugi ślepy, jeden na słomie, drugi w więzieniu. — Twój los odmieni się, rzekło gwiezdne zwierzątko. Prawda, że będziesz miał zawsze jedno oko; ale pozatem będziesz dość szczęśliwy, byleś nie robił nigdy głupich postanowień że będziesz zawsze doskonale rozsądny. — Jestto zatem rzecz, której niepodobna osiągnąć? wykrzyknął Memnon wzdychając. — Równie niepodobna, odparł tamten, jak być doskonale zręcznym, doskonale silnym, doskonale potężnym, doskonale szczęśliwym. Nawet my jesteśmy bardzo od tego dalecy. Istnieje glob, gdzie się to wszystko znajduje; ale w stu tysiącach milionów światów rozprószonych w przestrzeni wszystko idzie po kolei. Ma się mniej rozumu i przyjemności na drugim niż na pierwszym, mniej na trzecim niż na drugim, i tak dalej, aż do ostatniego, gdzie wszyscy są zupełnie pomyleni. — Boję się, rzekł Memnon, że nasz glob ziemnowodny, to właśnie ten szpital waryatów wszechświata, o którym raczyłeś wspomnieć. — Nie zupełnie, rzekł duch, ale blisko tego: wszystko musi być na swojem miejscu. — Jakżeto! rzekł Memnon: zatem pewni poeci, pewni filozofowie, mylą się grubo, mówiąc że wszystko jest dobrze[4]. — Mają zupełną słuszność, rzekł filozof niebieski, o ile się bierze pod uwagę budowę całego świata. — Ach, uwierzę w to, odparł biedny Memnon, dopiero wówczas kiedy odzyskam oko“.





Przypisy

  1. Ta „przestroga“ pochodzi z r. 1771.
  2. Ksiądz Grizel, spowiednik arcybiskupa i wielu pobożnych dam. Polecał swoim penitentkom czynić zapisy na rzecz finansisty Billarda, z którym się dzielił potem. Zamknięto go za to na półtora roku do Bastylii. Zostawił pisma bardzo budujące. Billard, wspólnik jego, był generalnym kasyerem poczt; był bardzo nabożny, spowiadał się i komunikował dwa razy w tygodniu; dopuścił się oszukańczego bankructwa na wiele milionów, za co skazano go w r. 1772 na pręgierz i wygnanie.
  3. Moda ówczesna podobna do późniejszych krynolin.
  4. Aluzja do filozofii Leibnitza, z której Wolter żartuje również w Kandydzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.