Mali zwycięzcy/Nieszczęśliwy lot

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział I.
Nieszczęśliwy lot.

W chińskiem mieście Tientsinie, w dzielnicy francuskiej, przy „rue du baron Gros“, mieściło się biuro polskiego inżyniera, Stanisława Broniewskiego.
Duży czarny szyld złotemi literami głosił, że biuro wykonywa prace budowlane.
Istotnie, sporo domów w Tientsinie miało od frontu wmurowane tablice z nazwiskiem inż. S. Broniewskiego na znak, że były przez niego zbudowane.
Pan Stanisław był obywatelem francuskim, gdyż ojciec jego po powstaniu 1863 roku wyemigrował do Francji i osiadł tam na stałe.
Młody Broniewski, po skończeniu politechniki, krótki czas pracował we Francji. Wkrótce przeniósł się do kolonij, najpierw — do Algieru, a później — na Madagaskar, gdzie budował port.
Po zakończeniu robót na wyspie, wyjechał do Chin i założył własne przedsiębiorstwo w bogatem, handlowem mieście Tientsinie.
Dobre to było miejsce.
Tientsin, położony na połączeniu rzekł Pei-ho z wielkim kanałem, z rokiem każdym stawał się coraz bardziej ożywionem miastem handlowem.
Kolej łączyła je ze stolicą Chin — Pekinem, odległym o 140 kilometrów i z najważniejszym portem całego państwa — Szanghajem. Inna kolej łączyła Tientsin z nadmorskiem miastem — Tang-ku, odległem o 70 kilometrów.
Wszystkie towary, dążące z północnych i zachodnich prowincyj, kierowały się do Tientsinu. Handlowe składy miasta bywały stale przepełnione futrami, skórami, rogami, wełną, solą, mięsem, oraz żywem bydłem: końmi, krowami, wielbłądami i baranami, sprowadzanemi z Mongolji, Mandżurji, Bargi i innych dzielnic, na zachodzie i północy położonych.
Z drugiej strony towary europejskie, oraz wyroby wprawnych chińskich rzemieślników dążyły stąd do koczowisk licznych szczepów mongolskich, pasących swe stada za wielkim murem.
Wobec tak ożywionego handlu powstawały coraz to nowe gmachy, mieszczące składy, biura, fabryki, sklepy i przedsiębiorstwa transportowe.
Interesa więc pana Stanisława były w kwitnącym stanie, gdy nagle w Chinach wybuchła wojna domowa.
Lud, uciemiężony przez bogaczy, złych urzędników i brutalnych cudzoziemców, powstał i — natychmiast polała się krew.
Jak zawsze bywa na wojnie, cierpieli winni i niewinni.
Nienawiść ubogich wieśniaków i pozbawionych pracy robotników spadła w równej mierze na wszystkich cudzoziemców — i na tych, którzy krzywdzili Chińczyków, i na tych, którzy żadnych z nimi interesów nie mieli.
Do Tientsinu sunęła ogromna armja powstańców. Chińczycy odgrażali się, że splondrują i spalą miasto, a znienawidzonych cudzoziemców wymordują.
Anglicy, Francuzi, Niemcy i Amerykanie w pośpiechu uciekali do Tang-ku, gdzie na nich oczekiwały statki wojenne.
Pan Stanisław Broniewski postanowił ratować się w inny sposób.
Miał on znajomego lotnika, wożącego pasażerów i pocztę z Tientsinu do Tang-ku, Szanghaju i Dajrenu. Umówił się więc z nim, że polecą do Dajrenu, japońskiego portu, gdzie panował zupełny spokój.
Pan Stanisław był wdowcem. Żonę stracił przed kilku laty, gdy pracował jeszcze na Madagaskarze.
Rodzina jego składała się z dwóch synów i córeczki.
Starszy — 15-letni Henryk — był już uczniem szóstej klasy liceum angielskiego, młodszy od niego, Roman, uczęszczał do czwartej, a siostrzyczka, 11-letnia Irenka, kształciła się u zakonnic, w okolicach Tientsinu.
Wiosna w roku tym przyszła wcześnie; pogoda piękna i ciepła wesołością napełniała serca ludzi.
Zabrawszy ze sobą dwa karabiny, pudło z nabojami, walizki z najpotrzebniejszemi rzeczami, uciekinierzy wsiedli do samolotu pasażerskiego „Farman 180” z kabiną dla czterech pasażerów, a silnikiem o 500 KM mocy.
Pilot, dzielny sierżant Rouvier, po raz ostatni zwrócił do swoich pasażerów uśmiechniętą twarz i podniósł rękę, dając znak, że za chwilę, rozpoczyna startowanie.
Istotnie dwupłatowiec, lekko podskakując, potoczył się po lotnisku i szybko wzbił się w powietrze.
Dzieci przez krótką chwilę widziały piękne wille, położone za belgijską dzielnicą; Irenka poznała nawet ogród, otaczający pensję zakonnic; dalej ciągnęły się pola uprawne, szaro-żółte plamy wiosek i małych miasteczek chińskich.
Farman kierował się wprost na wschód.
Około południa, z wysokości 500 metrów pasażerowie zobaczyli wyraźnie miasta Tang-ku i Taku, forty, okręty stojące w porcie i niebieską taflę zatoki Peczylijskiej.
Nagle pilot zdjął trąbkę telefonu i krzyknął do kabiny pasażerskiej:
— Niebo powlokło się żółtemi obłokami na wschodzie. Tajfun nadciąga…
Pan Stanisław Broniewski nie odrzekł nic, chociaż serce ścisnęło mu się trwogą. Wiedział, że tajfun — straszliwy huragan, często szalejący nad Żółtem i Japońskiem morzem, zagrażał rozbiciem największym nawet parowcom pasażerskim, a cóż dopiero samolotowi.
Nic jednak nie mówił, aby nie niepokoić dzieci i uważnie przyglądał się niebu i morzu.
Od wschodniej strony horyzontu, z niebieskiego nieba wynurzały się małe, okrągłe obłoczki. Miały barwę białą, lecz wkrótce żółkły, rozpływały się i tworzyły chmury, coraz bardziej okrywające widnokrąg. Po morzu, spokojnem jeszcze, zaczynały biec trwożne fale, a lazurowa tafla zatoki woddali już kryła się w szarej mgle.
Na spotkanie żółtych fal leciał Farman, niby drapieżny ptak, żądny walki.
Nagle… nikt nawet nie spostrzegł, jak się to stało, nadleciał potężny podmuch wichru.
Ciśnięty nadół samolot omal nie dotknął spiętrzonych już fal morza. Wyraźnie dawał się słyszeć ryk bałwanów i syk piany na ich grzywach powichrzonych, gdy Rouvier zręcznym manewrem zmusił swego ptaka wznieść się wyżej.
Pan Broniewski zrozumiał, że pilot zamierza wyrwać się z tego pasa atmosfery, którym pędził tajfun.
Rozpoczęła się ciężka walka z żywiołem.
Wicher zderzał się z samolotem, zrzucał go nadół, wstrzymywał w pędzie i nie pozwalał wyjść poza granicę swego szalejącego prądu.
Długo borykał się pilot z tajfunem, aż raptownie zatoczył olbrzymie koło i poleciał ku lądowi.
Powracał…
Tajfun tymczasem nabierał coraz większej siły.
Ryczał tak potężnie i groźnie, że nawet turkot motoru utonął w zgiełku głosów ponurych, strasznych, ogłuszających.
Nad miastem Taku Rouvier usiłował lądować, lecz tajfun porwał statek powietrzny i cisnął go na drzewa; pilot znowu usiłował wyjść z prądu wichru, lecz próżne to były wysiłki.

Huragan, nabrawszy już całego rozpędu, pognał samolot ku zachodowi, rzucił go w wiry zwodnicze, otoczył chmurami i słupami piasku, podnoszącego się z ziemi i pędził przed sobą z szybkością zawrotną, szaloną.
Na spotkanie żółtych fal leciał biały Farman, niby drapieżny ptak, żądny walki.

Wszystko dokoła utonęło w zgiełkliwym, żółtym, okiem nieprzeniknionym tumanie.
Farman leciał przed siebie, porwany rozhukanym żywiołem, co chwila zmieniał kierunek, obracał się pod ciosami trąb powietrznych, wirów, pustek, nagle powstających, nieprzewidzianych, nieuniknionych.
Zmrok już zapadał. Samolot miotał się w podmuchach tajfunu, gwałtownie spadał nadół i w szalonych podskokach wzbijał się wgórę, leciał, smagany wichrem.
Dopiero w nocy uciszyło się nieco, jednak mrok tak gęsty okrył ziemię, że Rouvier nie odważył się na lądowanie i aż do świtu trzymał się w powietrzu.
Ciężka głowa co chwila opadała mu na piersi, morzył go sen po zaciętej walce z żywiołem, zdrętwiałe ręce kurczowo wpijały się w koło sterowe.
Pan Broniewski otworzył okienko kabiny i wyjrzał. O jakie 300 metrów ciągnęła się, jak okiem sięgnąć, szaro-żółta, jednostajna płaszczyzna. Tu i ówdzie widniały duże zwaliska i osypy kamieni, nagie grzbiety niewysokich gór, małe oazy porośnięte sitowiem.
Nigdzie nie dojrzał zdumiony pan Stanisław ani osiedla ludzkiego, ani chociażby śladu drogi.
Rouvier tymczasem lądował.
Wszyscy zeszli na ziemię, z radością czując pod nogami twardy grunt, zamiast bujającej, uciekającej co chwila z pod nóg, chwiejnej posadzki kabiny.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał pan Stanisław, ze współczuciem i wdzięcznością patrząc na słaniającego się na nogach, bladego pilota.
— Nie wiem! — odparł, z trudem otwierając usta. — Przed zachodem słońca wydało mi się, że widziałem wężową linję wielkiego muru... Znaczyłoby to, że lecieliśmy na zachód... Zresztą, nie jestem pewien tego...
Rouvier zataczał się, błędnym wzrokiem patrzał dokoła, wreszcie upadł na ziemię i słabym głosem wyjąkał:
— Na miłość Boga, dajcie mi gorącej herbaty i coś do zjedzenia... Znajdziecie wszystko w moim przedziale, w skrzyni burtowej... Umieram ze znużenia...
We wskazanem miejscu pan Stanisław wraz z Henrykiem znaleźli blaszankę z sucharami, herbatą i cukrem, kilka puszek konserw, niezbędny w podróży „primus“, trochę naczynia i termos, wystygły już oddawna.
Szybko odgrzano herbatę i przystąpiono do skromnego posiłku, gdyż wszyscy byli głodni.
Wylatując z Tientsinu, pan Stanisław był pewny, że na obiad zdążą do Dajrenu, tymczasem minęła doba cała, zanim mogli coś przegryźć.
— Muszę się przespać przedewszystkiem! Później pomyślimy nad tem, co mamy robić ze sobą... — zawyrokował pilot.
Rzuciwszy na ziemię burkę, upadł na nią i natychmiast usnął.
Ułożywszy dzieci w kabince samolotu, pan Broniewski zaczął rozglądać się po okolicy.
Nic, oprócz kamienistej gleby, pokrytej drobnemi odłamkami kamieni i grubym żwirem, nie spostrzegł. Wiotkie pędy jakichś małych, koszlawych krzaczków, wyglądały z ziemi, gdzie niegdzie wyzierały pośród kamieni nikłe kępki brunatnej zeszłorocznej trawy.
Nic, coby mogło świadczyć o obecności wpobliżu istoty ludzkiej, nie dojrzał pan Stanisław. Zaniepokoiło go to poważnie.
— Czyżby — pomyślał — Rouvier w swej ucieczce przed tajfunem tak się zapędził, że minął wielki mur chiński i opuścił się teraz w niezaludnionej części kraju? Nie może to być! Zdawało mi się, że widziałem dużą osadę...
Woddali wznosiło się kilka pagórków. Postanowił wejść na nie i z ich szczytów obejrzeć dokładnie okolicę.
Z wierzchołka pobliskiego pagórka ujrzał łańcuch górski, ciągnący się od północy i znikający na płaszczyźnie na południu. I tu żadnych śladów, żadnych żywych istot nie spostrzegł stroskany i strwożony pan Stanisław.
— Gdzież jesteśmy? — zapytał z niepokojem samego siebie, i tylko sęp, gdzieś w wyżynie pod obłokami, odpowiedział mu żałosnem i drapieżnem kwileniem.
— Źle! — pomyślał i zimny dreszcz przebiegł mu po grzbiecie. — Umrzemy z głodu...
Uspokoił się jednak wkrótce, gdy pomyślał, że nie mogli przecież trafić do zupełnie bezludnej miejscowości. Spodziewał się znaleźć wioskę lub miasteczko, wynająć ludzi i konie, przewieźć samolot w bezpieczne miejsce i obmyśleć sposoby zaopatrzenia go w paliwo.
Szybko powrócił do samolotu i obudził Rouviera. Posłyszawszy opowiadanie przyjaciela, pilot nagle się zaniepokoił.
Widocznie, coś sobie przypomniał, bo pobiegł do aparatu, spojrzał na wskazówki różnych zegarów, zbadał zbiorniki benzyny i spochmurniał.
— Źle! — rzekł do Broniewskiego. — Nie mamy benzyny, aby lecieć na niepewny, może, daleki dystans. Musimy, nie zwlekając, iść poszukać siedziby ludzkiej i wystarać się o benzynę. Musimy to uczynić zaraz, bo głód nam zajrzy w oczy niebawem... Rozumiesz?
— Ruszajmy — zgodził się pan Stanisław. — Dzieci zostawimy przy Farmanie, sami zaś pójdziemy. Nie wątpię, że wkrótce znajdziemy osiedle. Za jakie dwie lub trzy godziny wrócimy. We dwóch zdołamy przynieść większą ilość benzyny, bo nie wiemy, czy tuziemcy zechcą nam pomóc. Pieniądze przecież nie mają dla nich wartości i, jak obaj wiemy, żądają za wszystko towarów, których ze sobą nie zabraliśmy. Nie będę budził dzieci, bo są znużone. Zostawię list do Henryka, objaśniając całą sprawę. Dadzą sobie radę do wieczora...
Zabrawszy ze sobą karabin i paczkę naboi, poszli, zajrzawszy do kabiny, gdzie słodko i mocno spały, wyczerpane uciążliwym lotem, dzieci.
Pan Broniewski położył przy Henryku wyrwaną z notesu kartkę, napisawszy na niej kilka słów.
Pierwsza obudziła się Irenka i zawołała do chłopców:
— Wstawajcie, leniuchy, słońce już wysoko!
Natychmiast zerwali się na równe nogi.
— A gdzie tatuś i pan Rouvier? — rozległy się zdziwione pytania.
Henryk zamierzał wybiec z kabiny, lecz spostrzegł leżący na kocu list.
— Tatuś pisze, że poszli szukać pobliskiej wsi, czy miasteczka — oznajmił Henryk i, wybiegłszy z kabiny, zaczął oglądać ziemię.
— Tak... tak! — zawołał nareszcie. — Poszli w tę stronę... Znalazłem niedopałek papierosa pana Rouviera i kilka śladów trzewików tam, gdzie w nierównościach gruntu nagromadziło się trochę piasku. Tatuś pisze, że powrócą niebawem, najpóźniej przed wieczorem.
Dzieci rozbiegły się po płaszczyźnie i zaglądały do wszystkich zakątków wśród kamieni i do małych wąwozów, przecinających równinę w różnych kierunkach.
Romek w jednym z nich spostrzegł zarośla wysokich trzcin. Przy jego zbliżeniu się wybiegło z nich zwierzę prawie czarne, podobne do świni chińskiej, okryte czarną szczeciną.
Chłopak zauważył duże, zagięte kły, połyskujące bielą kości, domyślił się więc, że był to dzik.
Spłoszony zwierz z głośnem sapaniem umknął ku pagórkom.
Romek wlazł w zarośla.
Ze wszystkich stron jęły się wyrywać z krzykiem i łopotem skrzydeł przeróżne ptaki: duże i małe kaczki, kuliki o długich, mocno zagiętych dziobach. Cała ta czereda z hałasem miotała się w powietrzu, wpadała w sitowia i znowu unosiła się nad niem.
Romek uśmiechał się do wystraszonego ptactwa i brnął dalej. Wkrótce pod nogami jego chlupać zaczęła woda.
— Jeziorko... — mruknął chłopak. — Skoro siedzi tu takie mnóstwo wodnego ptactwa, niezawodnie jeziorko obfituje w ryby. Ciekaw jestem, jakie też tu są? Muszę spróbować złapać którąś... Ba! A gdzież wędka?
Przypomniał sobie Romek przygody Robinsona Kruzoe i rzekł do siebie:
— Już jakoś wykombinuję sobie wędkę!
Wylazł z bagienka, przedarł się przez zarośla trzcin i wyszedł na równinę.
Ujrzał właśnie Irenkę, która z krzykiem, oglądając się poza siebie, biegła w stronę dużej kupy kamieni.
— Wąż!... wąż! — krzyczała, wymachując rączkami rozpaczliwie.
Romek podbiegł do niej i spytał:
— Co się stało?
— Widziałam dużego czarnego węża, tam pomiędzy kamieniami...
— Ugryzł cię? — zawołał zaniepokojony.
— Nie... tylko nastraszył bardzo... — odparła.
— Czegoż się boisz? — uśmiechnął się wznosząc ramiona. — Wąż, nawet jadowity, nie uczyni ci nic złego, jeżeli nie będziesz go niepokoiła i drażniła. Mr. Snow, nasz profesor przyrody, zawsze to mówił w szkole. Nie bój się i nie płacz, bo to niemądrze!
Ujął siostrzyczkę pod ramię i poszli ku namiotowi.
— A gdzie jest Henryk? — spytał, oglądając się.
— Nie wiem — odpowiedziała. — Widziałam go idącego ku tamtym dalekim pagórkom.
Romek stał zadumany.
— Irenko, masz, z pewnością, jakąś szpilkę lub agrafkę? Daj mi ją! — poprosił.
— Co chcesz robić z nią? — spytała.
— Najpierw daj, a później sama zobaczysz — odpowiedział, chytrze patrząc na siostrzyczkę.
Irenka dała mu dużą szpilkę, którą przypinała sobie kokardkę, oznakę klasy.
Romek pobiegł do samolotu, wydobył ze skrytki obcęgi i pilnik, szybko zrobił haczyk, powyginał koniec jego, jak korkociąg, poczem wydobył z kieszeni długi sznurek i zaczął przywiązywać haczyk.
— Wędka? — zapytała siostra.
Romek w milczeniu skinął głową.
— Wędka... — powtórzyła dziewczynka. — Gdzież tu woda?... Taka szczera pustynia...
— Obaczysz! — uśmiechnął się chłopak i dalej majstrował, uwiązując do sznurka małe kamyczki, zamiast ciężarków z ołowiu. — Eh! — wzdychał. — Pan Rouvier ma w torebce, która wisi na burcie, piękne ruloniki ołowiu. Nie śmiem tylko wziąć, a dobre byłyby ciężarki!
Tymczasem powrócił Henryk.
— Obszedłem duży szmat tej równiny — opowiadał. — Dotarłem, aż do tamtych dalekich gór... Dziwi mnie, że z ich szczytu nie spostrzegłem nic — ani domów, ani lasu, ani ludzi. Tylko daleko, na horyzoncie...
Umilkł nagle i zamyślił się.
— Coś widział, mów Henryku! — prosiły dzieci.
— Widziałem kłęby kurzawy... Wiatru nie było. Widocznie musiały ją podnieść w biegu jakieś żywe istoty...
— Jakie istoty? — zapytała Irenka.
— Gdybym wiedział, nie mówiłbym: „jakieś istoty”, lecz powiedziałbym: krowy, konie lub ludzie — odparł brat. — Widziałem kurzawę, a tego, co ją podnosiło, nie mogłem dojrzeć.
— A tatusia i pana Rouvier nie spostrzegłeś? — spytał Romek.
— Nie — z westchnieniem odpowiedział chłopiec. — Chociaż o nich byłem niespokojny i właśnie ich chciałem ujrzeć ze szczytu gór.
— Jeść mi się chce... — szepnęła dziewczynka.
— I mnie... — dorzucił Romek.
— Hm... — mruknął Henryk. — Dobrze! Irenka weźmie sobie parę sucharów i posili się, a my — mężczyźni poczekamy. Może nasi powrócą przed wieczorem... Musimy oszczędzać naszych zapasów. Mało ich mamy, a nie wiemy, co nas jeszcze czeka...
— Dobrze... — zgodził się brat. — Czekajmy!
Żeby zapomnieć o dokuczającym mu głodzie, zaczął coś dorabiać do wędki.
Tymczasem słońce zapadło za horyzontem.
Mrok powoli otulał równinę.
Irenka udała się na spoczynek do kabiny samolotu, chłopcy pozostali sami.
— Tatuś nie powrócił, Romku... — zaczął Henryk.
— Nie powrócił... — powtórzył młodszy brat ze smutkiem.
— Obawiam się, że mu się przydarzyło jakieś nieszczęście... nie wiem co, bo nie mam pojęcia o tem, gdzie wylądowaliśmy... W każdym razie może tak się stać, że będziemy pozostawieni na łasce losu... Musimy więc sami o sobie pomyśleć i dać radę, aby wyjść cało i Irenkę uratować od głodu i złej przygody...
— Musimy... — szepnął Romek i w kieszeni namacał wbity w korek haczyk wędki.
— Do jutra poczekamy, a gdy nie powrócą nasi — zaczniemy samodzielne życie.
— Ja was jutro nakarmię! — zawołał chłopak i potrząsnął rezolutnie głową. — Nałowię ryb.
— To bardzo doniosłe odkrycie — ryby! — zgodził się uradowany Henryk. — Czy tylko potrafisz schwytać?
— Potrafię! — uśmiechnął się Romek. — Obmyśliłem już wszystko!
— To dobrze! — pochwalił starszy brat. — Ale uważam, że od dzisiejszej nocy musimy już myśleć o sobie. Obawiam się napadu... Ta kurzawa, którą widziałem z góry, niepokoi mnie. Będziemy trzymali wartę na zmiany, po trzy godziny, z karabinem. Ja stanę pierwszy, po trzech godzinach obudzę ciebie. Zastąpisz mnie...
— Dobrze! — zawołał chłopak, ucieszony, że dorwie się nareszcie prawdziwego karabinu.
Na tem stanęło.
Romek poszedł do kabiny na spoczynek, Henryk zaś przechadzał się dokoła, słuchał i rozglądał się na wszystkie strony pilnie i bacznie.
Cisza niczem nie zmącona płynęła nad tem bezludziem. Tylko cicho chrzęścił żwir pod nogami Henryka.
O północy na czaty wyszedł Romek.
Noc, pierwsza noc w nieznanej, pustynnej miejscowości, przeminęła spokojnie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.