Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zbędny w podróży „primus“, trochę naczynia i termos, wystygły już oddawna.
Szybko odgrzano herbatę i przystąpiono do skromnego posiłku, gdyż wszyscy byli głodni.
Wylatując z Tientsinu, pan Stanisław był pewny, że na obiad zdążą do Dajrenu, tymczasem minęła doba cała, zanim mogli coś przegryźć.
— Muszę się przespać przedewszystkiem! Później pomyślimy nad tem, co mamy robić ze sobą... — zawyrokował pilot.
Rzuciwszy na ziemię burkę, upadł na nią i natychmiast usnął.
Ułożywszy dzieci w kabince samolotu, pan Broniewski zaczął rozglądać się po okolicy.
Nic, oprócz kamienistej gleby, pokrytej drobnemi odłamkami kamieni i grubym żwirem, nie spostrzegł. Wiotkie pędy jakichś małych, koszlawych krzaczków, wyglądały z ziemi, gdzie niegdzie wyzierały pośród kamieni nikłe kępki brunatnej zeszłorocznej trawy.
Nic, coby mogło świadczyć o obecności wpobliżu istoty ludzkiej, nie dojrzał pan Stanisław. Zaniepokoiło go to poważnie.
— Czyżby — pomyślał — Rouvier w swej ucieczce przed tajfunem tak się zapędził, że minął wielki mur chiński i opuścił się teraz w nie-