Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nagie grzbiety niewysokich gór, małe oazy porośnięte sitowiem.
Nigdzie nie dojrzał zdumiony pan Stanisław ani osiedla ludzkiego, ani chociażby śladu drogi.
Rouvier tymczasem lądował.
Wszyscy zeszli na ziemię, z radością czując pod nogami twardy grunt, zamiast bujającej, uciekającej co chwila z pod nóg, chwiejnej posadzki kabiny.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał pan Stanisław, ze współczuciem i wdzięcznością patrząc na słaniającego się na nogach, bladego pilota.
— Nie wiem! — odparł, z trudem otwierając usta. — Przed zachodem słońca wydało mi się, że widziałem wężową linję wielkiego muru... Znaczyłoby to, że lecieliśmy na zachód... Zresztą, nie jestem pewien tego...
Rouvier zataczał się, błędnym wzrokiem patrzał dokoła, wreszcie upadł na ziemię i słabym głosem wyjąkał:
— Na miłość Boga, dajcie mi gorącej herbaty i coś do zjedzenia... Znajdziecie wszystko w moim przedziale, w skrzyni burtowej... Umieram ze znużenia...
We wskazanem miejscu pan Stanisław wraz z Henrykiem znaleźli blaszankę z sucharami, herbatą i cukrem, kilka puszek konserw, nie-