Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gnał samolot ku zachodowi, rzucił go w wiry zwodnicze, otoczył chmurami i słupami piasku, podnoszącego się z ziemi i pędził przed sobą z szybkością zawrotną, szaloną.
Wszystko dokoła utonęło w zgiełkliwym, żółtym, okiem nieprzeniknionym tumanie.
Farman leciał przed siebie, porwany rozhukanym żywiołem, co chwila zmieniał kierunek, obracał się pod ciosami trąb powietrznych, wirów, pustek, nagle powstających, nieprzewidzianych, nieuniknionych.
Zmrok już zapadał. Samolot miotał się w podmuchach tajfunu, gwałtownie spadał nadół i w szalonych podskokach wzbijał się wgórę, leciał, smagany wichrem.
Dopiero w nocy uciszyło się nieco, jednak mrok tak gęsty okrył ziemię, że Rouvier nie odważył się na lądowanie i aż do świtu trzymał się w powietrzu.
Ciężka głowa co chwila opadała mu na piersi, morzył go sen po zaciętej walce z żywiołem, zdrętwiałe ręce kurczowo wpijały się w koło sterowe.
Pan Broniewski otworzył okienko kabiny i wyjrzał. O jakie 300 metrów ciągnęła się, jak okiem sięgnąć, szaro-żółta, jednostajna płaszczyzna. Tu i ówdzie widniały duże zwaliska i osypy kamieni,