Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pierwsza obudziła się Irenka i zawołała do chłopców:
— Wstawajcie, leniuchy, słońce już wysoko!
Natychmiast zerwali się na równe nogi.
— A gdzie tatuś i pan Rouvier? — rozległy się zdziwione pytania.
Henryk zamierzał wybiec z kabiny, lecz spostrzegł leżący na kocu list.
— Tatuś pisze, że poszli szukać pobliskiej wsi, czy miasteczka — oznajmił Henryk i, wybiegłszy z kabiny, zaczął oglądać ziemię.
— Tak... tak! — zawołał nareszcie. — Poszli w tę stronę... Znalazłem niedopałek papierosa pana Rouviera i kilka śladów trzewików tam, gdzie w nierównościach gruntu nagromadziło się trochę piasku. Tatuś pisze, że powrócą niebawem, najpóźniej przed wieczorem.
Dzieci rozbiegły się po płaszczyźnie i zaglądały do wszystkich zakątków wśród kamieni i do małych wąwozów, przecinających równinę w różnych kierunkach.
Romek w jednym z nich spostrzegł zarośla wysokich trzcin. Przy jego zbliżeniu się wybiegło z nich zwierzę prawie czarne, podobne do świni chińskiej, okryte czarną szczeciną.
Chłopak zauważył duże, zagięte kły, połyskujące bielą kości, domyślił się więc, że był to dzik.