Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tatuś nie powrócił, Romku... — zaczął Henryk.
— Nie powrócił... — powtórzył młodszy brat ze smutkiem.
— Obawiam się, że mu się przydarzyło jakieś nieszczęście... nie wiem co, bo nie mam pojęcia o tem, gdzie wylądowaliśmy... W każdym razie może tak się stać, że będziemy pozostawieni na łasce losu... Musimy więc sami o sobie pomyśleć i dać radę, aby wyjść cało i Irenkę uratować od głodu i złej przygody...
— Musimy... — szepnął Romek i w kieszeni namacał wbity w korek haczyk wędki.
— Do jutra poczekamy, a gdy nie powrócą nasi — zaczniemy samodzielne życie.
— Ja was jutro nakarmię! — zawołał chłopak i potrząsnął rezolutnie głową. — Nałowię ryb.
— To bardzo doniosłe odkrycie — ryby! — zgodził się uradowany Henryk. — Czy tylko potrafisz schwytać?
— Potrafię! — uśmiechnął się Romek. — Obmyśliłem już wszystko!
— To dobrze! — pochwalił starszy brat. — Ale uważam, że od dzisiejszej nocy musimy już myśleć o sobie. Obawiam się napadu... Ta kurzawa, którą widziałem z góry, niepokoi mnie. Będziemy trzymali wartę na zmiany, po trzy