Małe kobietki/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII
LUDKA STACZA WALKI Z SOBĄ.

— Dokąd idziecie dziewczęta? — zapytała Amelka, wchodząc do ich pokoju pewnej soboty po południu; zastała je bowiem tajemniczo gotujące się do wyjścia, co obudziło jej ciekawość.
— Mniejsza o to; małe dziewczynki nie powinny zadawać pytań, — cierpko odrzekła Ludka.
W młodocianym wieku nic nas tak nie gniewa, jak takie słowa, lub gorsze jeszcze polecenie: „idź stąd, moja droga.“ Po tej zniewadze podniosła Amelka głowę do góry i postanowiła zbadać tajemnicę, choćby jej przyszło poświęcić temu godzinę czasu. Zwróciwszy się do Małgosi, która jej nie zdołała długo czegoś odmawiać, rzekła pieszczotliwie:
— Odpowiedz! zdaje mi się, że mogłabyś mię wziąć ze sobą! Eliza bawi się lalkami, a ja nie mam co robić, i takam osamotniona.
— Nie mogę, moja droga, bo nie jesteś proszona! — odezwała się Małgosia, a Ludka przerwała jej niecierpliwie:
— Małgosiu, nie mów, bo nam wszystko zepsujesz. Nie możesz pójść Amelko, więc nie bądź dzieckiem i nie napieraj się.
— Idziecie gdzieś z Arturem, wiem dobrze. Szeptaliście ze sobą i śmieliście się na sofie wczoraj wieczorem, ale umilkliście, gdy weszłam. Może nie idziecie z nim?
— Owszem; ale siedź cicho i nie nudź nas!
Amelka przygryzła wprawdzie język, lecz korzystała z oczu i ujrzała, że Małgosia wachlarz wsuwa do kieszeni.
— Wiem, wiem! idziecie do teatru na „Siedem zamków!“ — wykrzyknęła, dodając stanowczym tonem: — ja także pójdę, bo mama powiada, że mogę być na tej sztuce. Dostałam już pieniądze na drobne wydatki, i bardzo jest brzydko, żeście mi wpierw nie powiedziały.
— Posłuchaj mię chwilkę i bądź dobrem dzieckiem, — rzekła Małgosia, chcąc ją ukoić. — Mama nie chce, żebyś poszła w tych dniach do teatru, bo twoje oczy nie zniosłyby jeszcze światła tej czarodziejskiej sztuki. W przyszłym tygodniu możesz pójść z Elizą i Anną — a zabawicie się doskonale.
— Zabawiłabym się dwa razy lepiej z wami i z Arturem! Weźcie mię z sobą. Tak długo siedziałam w domu z powodu kataru, że umieram z tęsknoty za rozrywką. Weź mię Małgosiu! taka będę odtąd dobra! — prosiła strojąc dramatyczną minkę.
— Możeby ją wziąć? Nie przypuszczam, żeby się mama gniewała, jak ją dobrze otulimy, — odezwała się Małgosia.
— Jeżeli ona pójdzie to ja zostanę; a jak ja nie pójdę, to Artur będzie niezadowolony. Przytem bardzo niegrzecznie ciągnąć z sobą Amelkę, kiedy nas tylko zaprosił. Nie sądziłam, żeby się chciała tam wciskać, gdzie jej nie chcą, — cierpko rzekła Ludka, nie lubiąca czuwać nad ruchliwem dzieckiem, gdy miała ochotę zabawić się sama.
Jej ton i obejście rozgniewały Amelkę, która zaczęła kłaść buciki, i powiedziała z naciskiem:
— Pójdę; Małgosia mówi, że mogę pójść, i ponieważ zapłacę za siebie, to Arturowi nic do tego.
— Nie możesz być obok nas, bo mamy zamówione miejsca. Musiałabyś siedzieć sama, albo Artur zechce ci ustąpić swego krzesła, i zepsuje nam to zabawę, — lub też weźmie inny numer dla siebie, co będzie nieprzyzwoicie, kiedy nie byłaś proszona. Nie możesz postawić kroku w żadną stronę, więc stój gdzie jesteś, — gderała Ludka jeszcze kwaśniej, bo z pośpiechu ukłuła się w palec.
Amelka, siedząc na podłodze z jednym bucikiem na nóżce, — rozpłakała się, a Małgosia zaczęła ją przekonywać, kiedy Artur zawołał z dołu, i dziewczęta zbiegły, zostawiając siostrę szlochającą, bo od czasu do czasu zapominając, że chce być dorosłą, zachowywała się, jak rozpieszczone dziecko. Skoro ta wesoła gromadka już miała wychodzić, Amelka groźnie zawołała przez poręcz od schodów:
— Pożałujesz, Ludko March, zobaczysz!
— Nie dbam o to! — odparła Ludwisia, ciskając za sobą drzwiami.
Doskonale się zabawili na „Siedmiu zamkach djamentowego jeziora“, było to bowiem przedstawienie tak świetne i zdumiewające, jak tylko można było pragnąć. Jednakże pomimo komicznych djabełków czerwonych, karłów przebiegłych, książąt i księżniczek wspaniałych, Ludka czuła kroplę goryczy w swej przyjemności. Złote loki królowej wieszczek przypomniały jej Amelkę, i w antraktach zajmowała ją myśl, co też ta siostrzyczka zrobi, „żeby ona pożałowała“. Często zachodziły między niemi sprzeczki, bo obie były żywego temperamentu i skłonne do uniesień, gdy je kto rozjątrzył. Amelka dręczyła Ludkę, ta zaś drażniła Amelkę, skąd powstawały wybuchy, których się obie potem wstydziły. Ludka, chociaż starsza, mniej umiała panować nad sobą, i ciężko jej było poskramiać krnąbrne usposobienie, wywołujące przykre skutki. Jej gniew nigdy jednak nie trwał długo; wyznawała winę ze szczerą skruchą, i starała się poprawić. Siostry jej zwykle mówiły, że lubią, gdy Ludkę opanuje wściekłość, bo się potem robi z niej anioł. Biedna Ludka wszelkiemi siłami starała się być dobrą, ale wewnętrzny nieprzyjaciel zawsze był gotów rozgorzeć i zdradzić ją; więc chyba długoletnia praca mogła go pokonać.
Wróciwszy do domu, zastały Amelkę, czytającą w bawialnym pokoju. Gdy weszła, przybrała obrażoną minę; nie podniosła wcale oczu od książki, nie zadała ani jednego pytania. Możeby ciekawość zwalczyła gniew, gdyby nie było Elizy, która wywołała ożywiony opis sztuki. Ludka poszła zaraz na górę, żeby zdjąć swój najładniejszy kapelusz, i najpierw rzuciła okiem na biurko, bo gdy się pokłóciły ostatni raz, Amelka ulżyła sobie przewróceniem jej szuflady do góry dnem. Ale wszystko było na miejscu, więc objąwszy szybkim rzutem oka skrytki, woreczki i szkatułki, powiedziała sobie Ludwisia, że jej siostra wybaczyła krzywdę i puściła ją w niepamięć.
Omyliła się jednak, nazajutrz bowiem zrobiła odkrycie, które wywołało burzę. Małgosia, Eliza i Amelka siedziały razem przed wieczorem, kiedy Ludka wpadła z rozgonioną twarzą do pokoju i spytała zdyszana.
— Czy kto zabrał moją powieść?
Małgosia i Eliza zaprzeczyły z zadziwieniem, Amelka zaś rozniecała ogień i nie odzywała się; Ludwisia spostrzegłszy że się rumieni, w jednej chwili na nią napadła:
— Amelko, tyś ją wzięła.
— Nie wzięłam.
— Ale wiesz gdzie jest.
— Nie wiem.
— Kłamiesz! — wykrzyknęła Ludka, chwytając ją z tak groźną twarzą za ramiona, że mogłaby przestraszyć daleko śmielsze dziecko.
— Nie kłamię, nie wzięłam jej, nie wiem gdzie jest, i nic mnie to nie obchodzi.
— Wiesz coś, i lepiej żebyś odrazu powiedziała, bo cię zmuszę. — Mówiąc to, potrząsnęła nią zlekka.
— Łaj jeżeli chcesz, ale już nie odzyskasz tej głupiej i odwiecznej powieści! — zawołała Amelka również rozjątrzona.
— Dlaczego?
— Bom ją spaliła.
— Jakto! moją ulubioną książkę, nad którą pracowałam, by dokończyć przed ojca powrotem! Czy spaliłaś ją naprawdę? — zawołała Ludka, blednąc bardzo, podczas gdy oczy pałały jej ogniem, a ręce nerwowo ściskały Amelkę.
— Tak, spaliłam! Powiedziałam, że cię zmuszę, żebyś żałowała wczorajszego obejścia, i zmusiłam cię — tak!
Nie dokończyła mówić, bo Ludka, ulegając gorącemu temperamentowi, tak nią wstrzęsnęła, że jej aż zęby zadzwoniły.
— Ty niegodziwa, niegodziwa dziewczyno! — krzyknęła przejęta żalem i gniewem. — Nie będę już mogła napisać tej książki, i póki życia nie daruję ci tego.
Małgosia przybiegła na pomoc Amelce, a Eliza starała się uspokoić Ludkę, ale ona wytargawszy siostrę za ucho na pożegnanie, wybiegła z pokoju, schroniła się na poddasze, usiadła na starej sofie i wiodła dalej walkę we własnej duszy.
Na dole ucichła burza, pani March przyszła bowiem i wysłuchawszy historji, prędko rozbudziła w Amelce poczucie krzywdy wyrządzonej siostrze. Ta książka stanowiła dumę Ludki, i cała rodzina widziała w niej utwór bardzo obiecujący. Były to tylko czarodziejskie powiastki, ale je opracowała starannie, oddając się całem sercem temu dziełu, w nadziei, że je kiedyś wydrukuje. Właśnie przepisała rękopis na czysto i zniszczyła stary, więc fajerwerk Amelki zniweczył drogą i kilkoletnią pracę. Innym ta strata wydawała się małą, ale dla Ludki była straszną klęską, której nie spodziewała się wynagrodzić sobie. Eliza była tak zasmucona, jakgdyby jej zdechł kot, a Małgosia nie chciała nawet bronić swej pieszczotki. Pani March miała fizjonomję poważną i smutną, a Amelka czuła, że jej nikt kochać nie będzie, póki nie przeprosi za czyn, którego sama najwięcej żałowała.
Gdy zadzwoniono na herbatę, Ludka ukazała się z twarzą tak ponurą i odpychającą, że Amelka straciła do reszty odwagę, ale rzekła pokornie:
— Wybacz mi Ludwisiu, bardzo, bardzo mi przykro.
— Nigdy nie wybaczę, — odparła surowo, i odtąd Amelka przestała dla niej istnieć!
Nikt o tem wielkiem zmartwieniu nie wspominał, nawet pani March, bo wiedziała z doświadczenia, że gdy Ludka jest tak usposobioną, wszelkie słowa stają się daremne, i najrozsądniej jest czekać, póki jakiś drobny wypadek lub jej szlachetna natura nie złagodzą żalu i nie położą końca niezgodzie. Wieczór ten nie był przyjemny, bo choć szyły jak zazwyczaj, a matka czytała głośno wyjątki z Bremerowej, Walter Scotta i pani Edgeworth, czegoś brakowało i spokój domowy został przerwany. Najwięcej dało się to czuć, gdy przyszła chwila śpiewu; bo Eliza zdobyła się tylko na przygrywanie, a Ludka stała milcząca jak kamień, Amelka była zgnębiona, więc Małgosia z matką stanowiły cały chór. Chciały śpiewać wesoło jak skowronki, ale ich dźwięczne głosy nie jednoczyły się jak zwykle, i szły niezgodnie.
Całując Ludkę na dobranoc, pani March łagodnie szepnęła:
— Moja droga, nie daj słońcu zajść nad twym gniewem; przebaczcie sobie nawzajem, dopomóżcie sobie, i od jutra zacznij dzieło na nowo.
Ludka potrzebowała oprzeć głowę na macierzyńskiem łonie i wypłakać smutek i gniew; ale łzy dowodzą słabości, przytem tak głęboko czuła obrazę, że istotnie jeszcze nie mogła wybaczyć w zupełności. Powstrzymując się gwałtem od płaczu, potrząsnęła głową, i widząc, że Amelka słucha, szorstko odrzekła:
— To był szkaradny postępek, więc nie zasługuje na przebaczenie.
Powiedziawszy te słowa, położyła się i nie było już śmiechu ani poufnej gawędy owego wieczoru.
Amelka bardzo była obrażona, że jej pojednawcze kroki zostały odepchnięte. Zaczęła żałować upokorzenia się; jeszcze żywiej czuła doznaną krzywdę i nieznośnie pyszniła się swą wysoką cnotą. Ludka ciągle wyglądała jak chmura brzemienna w pioruny, i wszystko się nie wiodło tego dnia. Ranek był bardzo zimny; upuściła smaczne jabłko smażone w rynsztok; ciotka March kaprysiła; Małgosia zamyślała się; Eliza przyszedłszy do domu, przymuszała się do zmartwionej i smutnej miny; Amelka robiła uwagi o osobach, które ciągle mówią, że chciałyby się doskonalić, a jednak nie korzystają z cudzych zbawiennych przykładów.
— Wszyscy tacy nieznośni, pójdę poprosić Artura, żebyśmy się ślizgali. On jest zawsze miły, wesoły, i wiem, że mi przywróci dobry humor, — pomyślała Ludka i poszła.
Amelka, usłyszawszy łoskot łyżew, wyjąkała z niecierpliwym okrzykiem:
— Otóż masz! obiecała, że pójdę z nią na przyszły raz, bo to już ostatni lód; ale nie warto prosić takiej złośnicy.
— Nie mów tego; byłaś bardzo niedobra; i trudno jej wybaczyć stratę ukochanej książki; lecz sądzę, że mogłaby się zdobyć na to, i pewno zechce, jak spróbujesz w dobrej chwili, — rzekła Małgosia. — Idź za nimi, ale nic nie mów, póki się Ludka nie rozweseli przy Arturze; wówczas dopiero pocałuj ją, lub uściskaj. Pewna jestem, że się pogodzi całem sercem.
— Spróbuję, — rzekła Amelka, bo jej się ta myśl podobała; i wybrawszy się śpiesznie, dogoniła przyjaciół, którzy właśnie znikali za wzgórzem.
Niedaleko było do rzeki, ale już byli gotowi zanim ich Amelka dogoniła. Ludka, zobaczywszy ją nadchodzącą, odwróciła się, Artur zaś nie spostrzegł jej, mocno będąc zajęty ślizganiem się wzdłuż brzegu, by zgruntować lód, bo niedawno odtajała woda i znowu ją mróz ścisnął.
— Posunę się do pierwszego zagięcia rzeki i zobaczę jak rzeczy stoją, nim się zaczniemy ścigać. Te słowa jego usłyszała Amelka, gdy się puścił w bieg, w surducie i czapce z futrem, co mu nadawało minę młodego Rosjanina.
Ludka usłyszała, że siostrzyczka wzdycha, nogami tupie, palce gryzie, podczas gdy ona przyczepia łyżwy, ale się nie obróciła i zwolna posuwała się w zygzak w dół rzeki, doznając gorzkiego i przykrego zadowolenia, że Amelka cierpi. Póty lubowała się gniewem, aż się wzmógł i opanował ją, bo złe myśli i złe uczucia zawsze nad nami górują, jeżeli ich nie pokonamy odrazu. Gdy Artur zawrócił się przy zgięciu rzeki i krzyknął po za siebie:
— Trzymaj się blisko brzegu, bo w środku jest niebezpiecznie!
Ludwisia usłyszała, lecz Amelki nie doszły te słowa, bo właśnie puściła się w bieg. Ludka obejrzała się przez ramię, ale szatanek, którego w sobie żywiła, szepnął jej do ucha: „mniejsza o to, czy słyszała lub nie; może sama pamiętać o sobie“.
Artur znikł za zagięciem rzeki, Ludka też dobiegła do tego miejsca, a Amelka została wtyle, dążąc na środku do gładkiego lodu. Przez chwilę Ludka spokojnie stała z dziwnem uczuciem w sercu; potem postanowiła iść dalej, ale coś ją wstrzymało i obróciła głowę, właśnie gdy Amelka wgórę podniosła ręce i padła. Dał się słyszeć trzask słabego lodu, plusk wody i krzyk, wydobywający się z głębi serca Ludki, skamieniałej ze strachu. Próbowała zawołać Artura, ale nie mogła wydobyć głosu; chciała biec, lecz nogi straciły władzę, i przez sekundę zdołała tylko stać nieruchoma, patrząc z przerażoną twarzą na błękitny kapturek, wznoszący się nad czarną wodą. Artur żywo przesunął się koło niej i zawołał:
— Przynieś drąg! prędko! prędko!
Jak tego dokonała, nie wiedziała sama; lecz przez kilka minut pracowała jak szalona, ślepo słuchając Artura, który zachował zimną krew, i leżąc napłask trzymał Amelkę ręką i nogą, dopóki Ludka nie wyjęła drąga z płotu, i razem dopiero wydobyli dziecko więcej wylękłe jak uszkodzone.
— Teraz musimy ją dostawić jak najprędzej do domu; włóż na nią nasze rzeczy, a ja zdejmę te nieszczęsne łyżwy, — wołał Artur, i otulał Amelkę swoim paltotem, ciągnąc mocno sznurki tak poplątane jak nigdy.
Przynieśli Amelkę do domu drżącą, przemokłą i spłakaną. Po tem znużeniu usnęła przy dobrym ogniu, owinięta w kołdry. Póki trwało to zamieszanie, Ludka prawie nie przemówiła, tylko biegała z twarzą bladą i pomieszaną, nawpół rozebrana, w podartej sukni. Ręce miała pokaleczone i skrwawione lodem, drągiem i upartemi klamrami. Gdy Amelka spokojnie usnęła, i wszystko się uciszyło w domu, pani March, siedząca przy łóżku, zawołała Ludkę i zaczęła jej obwiązywać poranione ręce.
— Czy jej z pewnością nie grozi niebezpieczeństwo? — szepnęła Ludka, patrząc ze skruchą na złocistą główkę, która mogła zniknąć dla niej na zawsze pod zwodniczym lodem.
— Z największą pewnością, moja droga; nie ma żadnej rany i pewno się nawet nie zaziębi, boście ją troskliwie zakrytą prędko przynieśli do domu! — odparła matka wesoło.
— Artur zrobił to wszystko, nie ja, bo ją zostawiłam własnym siłom. Mamo, gdyby umarła, byłoby to z mojej winy. — Padła koło łóżeczka gwałtownie płacząc i ze skruchą opisywała całe zdarzenie. Gorzko oskarżała swe twarde serce i ze łkaniem wynurzała wdzięczność, że jej została oszczędzoną tak ciężka i zasłużona kara.
— Mój szkaradny temperament winien jest temu! Staram się go hamować, i czasem zdaje mi się, żem go już poskromiła, lecz w tej chwili właśnie następuje gorszy jeszcze wybuch. Ach mamo! co ja mam robić! co robić! — wołała biedna z rozpaczą.
— Czuwaj nad sobą i módl się, moja droga. Nie ustawaj w usiłowaniach i nie sądź, że nie zdołasz pokonać wad, — rzekła pani March, obejmując zaczerwienioną twarzyczkę, i ucałowała tak tkliwie zroszony policzek, że się Ludka jeszcze serdeczniej rozpłakała.
— Ty nie wiesz, mamo, nie możesz się nawet domyślać, jak mi z tem źle. Gdy wpadnę w szał, zdaje mi się, że mogłabym się wszystkiego dopuścić. Robię się tak dzika, że z radością zadawałabym największe przykrości. Mam obawę, że jakim strasznym czynem zatruję sobie życie, i wszyscy mnie nienawidzieć będą. Ach! matko! dopomóż mi!
— Dopomogę, dziecko moje, dopomogę. Nie płacz tak gorzko, ale zapamiętaj dzisiejszy dzień i z całej duszy postanów, że się już nie powtórzy. Ludko droga, wszyscy miewamy pokusy, i daleko większe niż twoje. Czasem całe życie schodzi na ich pokonywaniu. Myślisz, że twój temperament jest najgorszy w świecie, a tymczasem mój był taki sam.
— Twój, matko? Jakto, wszakże ty się nigdy nie gniewasz! — Przez chwilę zapomniała Ludka z zadziwienia o dręczącem ją sumieniu.
— Przez czterdzieści lat starałam się go wyleczyć, ale tylko nieco poskromić zdołałam. Niema dnia, żeby mię nie ogarniał gniew, lecz nauczyłam się nie okazywać go, i mam nadzieję, że kiedyś zupełnie go wykorzenię, chociażby mię to miało kosztować drugie czterdzieści lat.
Cierpliwy i pokorny wyraz twarzy, którą tak bardzo kochała, był lepszą lekcją dla Ludki, niż najrozumniejsze kazanie, najostrzejsze wymówki. Odrazu ją pocieszyło współczucie, zaufanie i świadomość, że matka ma takie same wady i stara się z nich poprawić. Cierpliwszą się stała na swe ułomności, i wzmocniła w sobie chęć wyleczenia się z nich, chociaż piętnastoletniej dziewczynie, czterdziestoletni przeciąg czasu czuwania nad sobą i modlenia się wydawał się bardzo długim.
— Mamo, czy ty z gniewu zaciskasz czasem tak mocno usta i wychodzisz z pokoju, gdy ciotka March gdera, albo cię ludzie drażnią? — zapytała Ludka, czując, że ta rozmowa jeszcze więcej ją zbliża i przywiązuje do matki.
— Tak, nauczyłam się hamować porywcze słowa, a gdy czuję, że się wymkną mimowoli, odchodzę na chwilę i łaję się, żem taka słaba i zła, — rzekła pani March z westchnieniem, i uśmiechając się porządkowała roztargane włosy Ludki.
— Jakim sposobem nauczyłaś się milczeć, mamo? Najwięcej mi na tem zależy, bo zanim się spostrzegę, już mi się wyrwie ostre słowo, a im więcej mówię, tem się gorsza robię; tak dalece, że sprawia mi to przyjemność, gdy obrażam ludzi, wygaduję straszne rzeczy. Powiedz mi, jak sobie radzisz, mamo droga?
— Moja droga matka dopomagała mi w tem zazwyczaj.
— Tak samo, jak ty nam, — przerwała Ludka całując ją z wdzięcznością.
— Ale ją straciłam, będąc niewiele starszą od ciebie, i przez kilka lat musiałam walczyć sama, bo duma nie pozwalała spowiadać się komuś innemu z moich słabości. Ciężkie czasy przebyłam, moja Ludko, i wylałam dużo gorzkich łez nad swoją niemocą, nie widząc postępu mimo usiłowań. Potem zjawił się twój ojciec, i tak byłam szczęśliwa, że mi łatwo było być dobrą; ale gdym miała cztery córeczki wkoło siebie, dawne pokusy wróciły, bo nie jestem cierpliwa z natury i bardzo się dręczyłam, gdy brakło czegoś moim dzieciom.
— Biedna matko! któż ci wtenczas był pomocą?
— Twój ojciec, Ludko; on nigdy cierpliwości nie traci, nigdy nie wątpi, nie narzeka, — lecz zawsze ufa, pracuje i czeka z taką pogodą duszy, że wstyd mię ogarnia, gdy się inaczej zachowuję; on mi dopomagał, pocieszał mię i nauczał, że dla przykładu muszę się starać o cnoty, których pragnę dla moich dziewczynek. Łatwiej mi przychodziło czynić to dla was, niż dla siebie. Przestraszony lub zadziwiony wzrok której z was, gdy się szorstko odezwałam, powstrzymywał mię więcej, jak wszelkie słowa; a miłość, poszanowanie i ufność moich dzieci były najsłodszą nagrodą za to, żem usiłowała stać się kobietą naśladowania godną.
— Ach mamo, chciałabym choć o połowę być tak dobrą jak ty! — wykrzyknęła Ludka bardzo wzruszona.
— Mam nadzieję, że będziesz daleko lepszą, moja droga; ale musisz „czuwać nad swym wewnętrznym nieprzyjacielem“ — jak zwykł mówić ojciec, bo ci zasępi albo zatruje życie. Otrzymałaś przestrogę, zapamiętaj ją więc i staraj się z duszy i z serca opanować żywy temperament, zanim ci spowoduje większe troski i wyrzuty sumienia, jakich dziś doznałaś.
— Postanawiam spróbować, mamo, szczerze postanawiam, ale musisz mi pomagać, przypominać i powstrzymywać od uniesień. Uważałam nieraz, że ojciec z palcem na ustach wpatruje się w ciebie z bardzo życzliwą, ale surową twarzą i zawsze zaciskasz wówczas usta, albo wychodzisz z pokoju; czy to było napomnienie z jego strony? — spytała Ludka łagodnie.
— Tak, prosiłam, żeby mi był pomocny w ten sposób; nigdy o tem nie zapominał i bronił mię od szorstkich słów tym znakiem i życzliwem spojrzeniem.
Ludka spostrzegła, że matce oczy zachodzą łzami i usta drżą, gdy mówi; bojąc się, że powiedziała zbyt wiele, szepnęła z niepokojem:
— Czy to źle, żem cię śledziła i że wspomniałam o tem? Nie chciałam być niedelikatną, ale tak miło jest mówić ci wszystko, co myślę, i czuć się tutaj bezpieczną i szczęśliwą.
— Możesz mi wszystko mówić, moja Ludko, bo to jest dla mnie największem szczęściem i chlubą, gdy czuję, że moje dziewczęta ufają mi i wiedzą jak cię kocham.
— Myślałam, żem cię zmartwiła.
— Nie, moja droga; ale rozmowa o ojcu przypomniała mi jak bardzo tęsknię, jak wiele mu zawdzięczam, i jak wiernie powinnam czuwać i pracować, żeby zastał swe córeczki bezpieczne i dobre.
— Jednakże namawiałaś go do wyjazdu i nie płakałaś przy rozstaniu, a teraz nie narzekasz i nie okazujesz, że ci brak jakiej pomocy, — rzekła Ludka z podziwem.
— Oddałam, co mam najlepszego, ukochanemu krajowi i wstrzymywałam łzy, póki ojciec nie odjechał. Dlaczego mam narzekać, kiedy oboje spełniliśmy prosty obowiązek, i z pewnością tem szczęśliwsi będziemy, gdy się skończy? Co się tyczy pomocy, to mam ją od lepszego jeszcze przyjaciela, niżeli twój ojciec. On mię pociesza i wspiera. Moje dziecię, troski i pokusy zaczynają się dopiero dla ciebie, i może ich być dużo, ale je pokonasz i przeżyjesz wszystkie, jeżeli się nauczysz oceniać potęgę i miłosierdzie Niebieskiego Ojca. Im więcej będziesz Go kochać i ufać Mu, tem się staniesz mniej zależną od ludzkiej władzy i mądrości. Jego miłość i opieka nigdy się nie nuży i nie zmienia; nie może ci być odjęta, lecz może się stać źródłem życiodajnego spokoju, szczęścia i siły. Wierz w to całem sercem, polecaj Bogu drobne troski, nadzieje, grzechy i smutki tak śmiało i ufnie, jak mnie je opowiadasz.
Ludka w milczeniu mocniej uścisnęła matkę, i wśród panującej ciszy wyrwała jej się z serca modlitwa bez słów, najszczersza, na jaką się kiedykolwiek zdobyła; w tej smutnej, a jednak błogiej godzinie poznała bowiem nietylko gorycz wyrzutów sumienia i rozpaczy, lecz także słodycz zaparcia się siebie i panowania nad sobą. Poprowadzona za rękę przez matkę zbliżyła się więcej do przyjaciela, który przyjmuje każde dziecię z miłością silniejszą, niż ojcowska, i tkliwszą, jak macierzyńska.
Amelka poruszała się i wzdychała przez sen, a Ludka jakgdyby chcąc zaraz naprawić swój błąd, patrzyła na nią z takim wyrazem twarzy, jakiego nigdy nie miała.
— Pozwoliłam słońcu zajść nad moim gniewem, nie chciałam jej wybaczyć, a dziś gdyby nie Artur, byłoby zapóźno! Jak mogłam być tak złą! — rzekła półgłosem, pochylona nad siostrą, ostrożnie głaszcząc wilgotne włosy rozrzucone na poduszce.
Zdawałoby się, że Amelka usłyszała te słowa, otworzyła bowiem oczy i wyciągnęła ramiona z uśmiechem przenikającym nawskroś serce Ludki. Nie powiedziały ani słowa, lecz uściskały się mocno pomimo kołder, i wszystko zostało wybaczone i zapomniane w jednem serdecznem pocałowaniu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.