Małe kobietki/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.
AMELKl „DOLINA UPOKORZENIA“.

— Ten chłopiec to prawdziwy Cyklop, nieprawda? — rzekła Amelka pewnego dnia, gdy Artur pędził na koniu wywijając szpicrutą.
— Jak śmiesz to mówić, kiedy ma oczy, i w dodatku, bardzo ładne! — zawołała Ludwisia, będąc drażliwą na najmniejszą uwagę o swym przyjacielu.
— Nie mówię o jego oczach i nie wiem czemu się unosisz, gdy chwalę, że dobrze jeździ konno.
— Ach Boże! ta gąska chciała powiedzieć Centaur, a nazwała go Cyklopem! — wykrzyknęła Ludka, parskając śmiechem.
— Nie potrzebujesz być tak przykrą, to tylko „lapse lingy“, jak mówi pan Davis, — odrzekła Amelka, rozśmieszając jeszcze więcej tą łaciną. Chciałabym mieć trochę tych pieniędzy, co Artur wydał na konia, — dodała jakby do siebie, ale w nadziei, że ją siostra usłyszy.
— Dlaczego? — zapytała przyjaźnie Małgosia, bo Ludkę wypędził drugi wybuch śmiechu po tej powtórnej pomyłce Amelki.
— Są mi potrzebne! jestem strasznie zadłużona, a dopiero za miesiąc otrzymam pieniądze na drobne wydatki.
— Zadłużona jesteś, Amelko? co to znaczy? — spytała surowo Małgosia.
— Winnam przynajmniej ze dwanaście cytryn marynowanych, a nie mogę się za nie odwdzięczyć, póki nie będę miała pieniędzy, bo mama zakazała brać na kredyt w sklepie.
— Powiedz mi wszystko, czy teraz marynowane cytryny są w modzie? dawniej była modna guma na piłki? — spytała Małgosia, powstrzymując się od śmiechu z poważnej i urzędowej miny Amelki.
— Panienki zawsze sobie coś kupują do jedzenia, i trzeba robić jak one, bo inaczej posądzają o skąpstwo. Teraz są w zwyczaju marynowane cytryny, ssą je w czasie lekcji, chowając głowę pod stół, i zamieniają w kąciku ołówki, pierścionki ze szklanem oczkiem, papierowe lalki i tym podobne rzeczy. Jak panienka lubi koleżankę, to jej daje cytrynę marynowaną; jeżeli zagniewana jest na którą, zjada sama w jej oczach i nie pozwala jej nawet oblizać. Wszystkie częstują się kolejno, i mnie dawały już tyle razy, a nie mogłam się odwzajemnić, chociaż koniecznie wypada, bo jak wiesz, to są długi honorowe.
— Ile ci trzeba na zakupienie cytrynek i odzyskanie dobrej opinji? — zapytała Małgosia, wyjmując woreczek.
— Ćwierć dolara wystarczy aż nadto, i zostanie jeszcze kilka centów na poczęstowanie ciebie. Czy lubisz cytrynki?
— Niebardzo; możesz zachować dla siebie moją cząstkę. Masz tu pieniądze, ale je oszczędzaj, bo to niezbyt wielka suma, jak widzisz.
— Dziękuję ci! jak to musi być miło mieć pieniądze na drobne wydatki! Będzie to dla mnie wielka uczta, bom nawet nie skosztowała cytrynki w tym tygodniu. Przykro mi było przyjmować nie mogąc się odwdzięczyć, a doprawdy że mi już tęskno.
Nazajutrz Amelka spóźniła się trochę do szkoły; ale nie mogąc oprzeć się pokusie, z dumą łatwą do wybaczenia, pokazała wilgotną paczkę z starego papieru, przed schowaniem jej w najgłębszym kącie stolika. Przez kilka minut całą gromadkę przebiegała wieść, że Amelka March kupiła dwadzieścia cztery wyborne cytrynki marynowane — zjadła jedną w drodze — i ma zamiar częstować. Ta wiadomość całkiem pochłonęła uwagę jej koleżanek. Kasia Brown zaprosiła ją na następną swoją ucztę; Marynia Kingsley nalegała, żeby używała jej zegarka do wakacji; a Jenny Snow, złośliwa panienka, która jej nieszlachetnie docinała, że nie miewa cytrynek, schowawszy czemprędzej swą broń, oświadczała się, że jej zrobi kilka trudnych zadań arytmetycznych. Ale Amelka nie zapomniała jej gryzących uwag o „pewnych osobach, których nosy nie są nadto płaskie, żeby wąchać cudze cytrynki, i które chociaż trzymają głowę do góry, nie są za dumne, żeby o nie prosić“. Amelka zniweczyła też nadzieję „małej Snow“ wzgardliwym telegramem: „Niepotrzebnie zrobiłaś się tak grzeczną, bo nic nie dostaniesz“.
Jakaś dostojna osoba zwiedzała szkołę właśnie owego rana i pochwaliła Amelkę za kolorowaną mapę; ten zaszczyt rozjątrzył pannę Snow, a wbił w dumę pannę March, która puszyła się jak paw. Ale niestety! niestety! duma ustąpić musi przed niepowodzeniem, i mściwa Snow z wielką zręcznością postawiła rzeczy odwrotnie. Gdy gość po zwykłej liczbie komplementów ukłonił się i odszedł, Jenny pod pozorem, że się ma o coś ważnego zapytać, zawiadomiła nauczyciela, pana Davis, że Amelka March ma w stoliku cytrynki marynowane.
A rzecz się tak miała, że pan Davis, uważając ten przysmak za kontrabandę, uroczyście przysiągł, że publicznie ukarze uczennicę, która się dopuści tego nadużycia. Wytrwały ten człowiek wygnał już gumę po długiej i zażartej walce; zrobił fajerwerk ze skonfiskowanych romansów; zniósł prywatną pocztę; zakazał wykrzywiania się, przydomków, karykatur — i zrobił to wszystko, co było w mocy pojedyńczego człowieka, utrzymywał bowiem kilkadziesiąt dziewcząt w karności. Bóg świadkiem! chłopcy dosyć wystawiają na próbę cierpliwość ludzką, ale dziewczęta jeszcze daleko więcej dręczą, zwłaszcza nerwowych mężczyzn. Pan Davis umiał dużo greczyny, łaciny, algebry i różnych ologji, więc był nazywany dobrym nauczycielem; a obejście, moralność, uczucia i przykład nie były uważane za rzeczy wielkie wagi. Była to najnieszczęśliwsza chwila do oskarżenia Amelki, i Jenny to wiedziała. Pan Davis widocznie napił się rano zbyt mocnej kawy; panował wschodni wiatr, wzmagający jego newralgję; uczenice nie okazywały mu dosyć uszanowania, i z tych wszystkich powodów, posługując się dosadnym choć nieeleganckim językiem pensjonarek, był zły jak czarownica, a mrukliwy jak niedźwiedź. Słowo „cytryny“ było przyłożeniem ognia do prochu; zapałała mu twarz i z taką siłą uderzył w stół, że Jenny poskoczyła na swe miejsce z niezwykłą szybkością.
— Panny, bądźcie łaskawe uważać!
Na ten surowy rozkaz ustał szmer, i pięćdziesiąt par niebieskich, czarnych, szarych i ciemnych oczu posłusznie wpatrzyło się w jego groźne oblicze.
— Panno March, proszę do mego stołu.
Amelka usłuchała go napozór spokojnie, lecz w głębi przejęta była trwogą, bo cytrynki ciążyły jej na sumieniu.
— Proszę przynieść cytryny, które są w stoliku.
To niespodziane polecenie powstrzymało ją na miejscu.
— Nie bierz wszystkich, — szepnęła sąsiadka, obdarzona wielką przytomnością umysłu.
Amelka szybko odrzuciła pół tuzina, resztę zaś położyła przed panem Davis w przekonaniu, że każdy człowiek, mający ludzkie serce, zmięknie, skoro ta rozkoszna woń uderzy jego nos. Na nieszczęście, pan Davis szczególną miał nienawiść do modnej marynaty, a ten wstręt wzbudził w nim jeszcze większą złość.
— Czy niema więcej?
— Jest jeszcze trochę, — wyjąkała Amelka.
— Natychmiast przynieś resztę.
Usłuchała, patrząc rozpaczliwie na paczkę.
— Czy z pewnością niema więcej?
— Ja nigdy nie kłamię.
— Przekonywam się. Teraz bierz po dwie sztuki tego szkaradzieństwa, i wyrzucaj przez okno.
Wszystkie dziewczęta westchnęły, i powstał stąd zupełny wiatr, gdy ostatnia nadzieja zniknęła, i przysmak został odjęty ich łaknącym ustom. Amelka czerwona ze wstydu i złości szła do okna i wracała dwanaście śmiertelnych razy; a za każdym razem para cytrynek, wyglądających tak pulchnie i soczyście, wypadała na ulicę. Żal panienek był tem większy, że z ich uczty korzystały z okrzykami radości irlandzkie dzieci, ich zawzięte wrogi. Tego, — tego już było za wiele; wszystkie rzucały zapalczywe lub żałosne spojrzenia na nieubłaganego Davis‘a, a jedna z nich, namiętna lubowniczka cytrynek, zalała się łzami.
Gdy Amelka wróciła z ostatniej wędrówki, pan Davis chrząknął złowrogo i rzekł z naciskiem:
— Pamiętacie panny, co wam powiedziałem przed tygodniem? Przykro mi, że się to stało, lecz nigdy nie pozwalam przekraczać mych przepisów i nigdy nie łamię danego słowa. Panno March, wyciągnij rękę.
Amelka zadrżała i schowała obie ręce za siebie, zwracając ku niemu błagalne spojrzenie lepiej przemawiające, jak słowa, na które nie mogła się zdobyć. Była ona ulubienicą Davis‘a nazywanego „starym“, i mam przekonanie, że byłby złamał słowo, gdyby oburzenie krnąbnej panny nie objawiło się gwizdnięciem, które, chociaż było ciche, rozjątrzyło gniewliwego jegomościa i przypieczętowało wyrok na winowajczynię.
— Poddaj rękę, panno March! — oto jaką odpowiedź dostała na swą niemą prośbę. Zbyt dumna, żeby płakać lub uniewinniać się, zacisnęła zęby, wyzywająco odrzuciła wtył głowę, i bez jęku wycierpiała dotkliwe plagi w wątłą dłoń. Nie trwało to długo, i uderzenia były niezbyt bolesne, ale pierwszy raz w życiu uderzył ją ktoś, i tak się wstydziła, jakgdyby ją rzucił na ziemię.
— Teraz będziesz stała na estradzie do rekreacji, — rzekł pan Davis, chcąc działać stanowczo.
Straszny wyrok! dosyć już było przykro wrócić na miejsce i widzieć litościwe twarze przyjaciółek, a zadowolone nieprzyjaciółek, których wprawdzie miała niewiele; ale patrzeć na całą szkołę po tej świeżej hańbie zdawało się jej niepodobieństwem, i przez chwilę doznawała takiego wrażenia, jakgdyby mogła tylko paść na ziemię z sercem pękającem od płaczu. Gorzkie poczucie doznanej krzywdy i myśl o Jenny Snow dopomagały jej przenieść to z pozornym spokojem. Stojąc na hańbiącem miejscu, wlepiła oczy w komin od piecyka, nad którym zdawało jej się, że widzi morze twarzyczek, była tak nieruchoma i blada, że dziewczątom z trudnością przychodziło pracować wobec tej zrozpaczonej osóbki.
Przez kwadrans ta dumna i wrażliwa dziewczynka cierpiała taki wstyd i ból, że jej nigdy nie wyszły z pamięci. Innym mogło się to wydawać zabawną lub śmieszną rzeczą, ale dla niej była to ciężka próba, bo przez dwanaście lat swego życia była prowadzona z miłością, i nigdy jeszcze nie spotkał jej taki cios. Zapomniała, że ją ręka pali i serce boli, bo ją dręczyła ta myśl:
Będę musiała powiedzieć to w domu, i tak się będą wstydzić za mnie!
Ten kwadrans wydał się jej godziną, ale nareszcie minął, i słowa „rekreacje“ nigdy jeszcze tak mile jej nie zabrzmiały.
— Możesz odejść, panno March! — powiedział pan Davis, czując sam, że ma nieswobodną minę.
Nieprędko zapomniał pełne wyrzutu spojrzenie Amelki, gdy nie odzywając się do nikogo, poszła prosto do przedpokoju, wzięła ubranie i opuściła to miejsce z silnem postanowieniem, że już tam nie wróci. W smutnym była stanie przyszedłszy do domu, i skoro starsze dziewczęta przybyły trochę później, przejęte oburzeniem zaczęły się zaraz naradzać. Pani March niewiele mówiła, lecz była zasępiona i pocieszała smutną córeczkę, jak mogła najczulej. Małgosia zmaczała bolącą rękę gliceryną i łzami; Eliza czuła, że nawet ukochane koty nie byłyby dla niej balsamem na takie zmartwienie; zagniewana Ludka odezwała się z pomysłem, żeby niezwłocznie zaaresztować pana Davis‘a; Anna zaś wygrażała pięścią „nikczemnikowi“ i tak gniotła kartofle na obiad, jakgdyby jego miała pod tłuczkiem.
Prócz koleżanek nikt nie spostrzegł wyjścia Amelki; ale te bystrookie dziewczęta zauważyły, iż po południu pan Davis był cichy, łagodny i niezwykle nerwowy. Przed samem zakończeniem lekcji zjawiła się Ludka, i z surową twarzą zbliżyła się do stolika, położyła list od matki, zabrała resztę rzeczy Amelki i wyszła, starannie obcierając błoto z obuwia na słomiance leżącej przy drzwiach, jakgdyby otrząsała z nóg proch tameczny.
— Dobrze, pozwolę ci nie chodzić do szkoły, ale musisz codzień uczyć się trochę z Elizą, — rzekła pani March owego wieczoru. — Nie pochwalam cielesnych kar, szczególniej dla dziewcząt; nie podoba mi się też sposób nauczania pana Davisʻa i towarzystwo jakie tam miałaś, ale zanim cię oddam do innego zakładu, zapytam ojca o radę.
— To dobrze; chciałabym, żeby wszystkie uczenice opuściły jego przestarzałą szkołę i obróciły ją w niwecz. Do szału mię doprowadza myśl o tych doskonałych cytrynach, — rzekła Amelka i westchnęła z miną męczennicy.
— Nie żałuję, żeś je straciła, bo przekroczyłaś przepisy i zasłużyłaś na karę za nieposłuszeństwo, — surowo powiedziała matka. Dziewczę, spodziewając się tylko współczucia, zmieszało się temi słowy.
— Czyś ty mamo zadowolona, że mię spotkał wstyd wobec całej szkoły? — wykrzyknęła Amelka.
— Nie wybrałabym tej kary, — odparła matka, — ale kto wie, czy ona nie skuteczniejsza dla ciebie, niżeli łagodna. Robisz się nadto próżną i zarozumiałą moja droga, i czas poprawić się z tego. Masz dużo drobnych zalet i przymiotów, ale nie trzeba chełpić się niemi, bo chełpliwość psuje najpiękniejszą naturę. Prawdziwy talent lub przymiot nie mogą długo zostawać w ukryciu, a gdyby i tak nawet było, to nas powinna zadawalniać świadomość, że je posiadamy i wprowadzamy w czyn. Największym wdziękiem każdej potęgi jest skromność.
— Tak jest, — odezwał się Artur, grający w szachy z Ludką, — znałem kiedyś dziewczynkę obdarzoną prawdziwym talentem do muzyki, ale nie wiedziała o nim; nie zgadywała, jak miłe rzeczy komponuje w samotności, i gdyby jej kto powiedział nawet, toby nie uwierzyła.
— Chciałabym ją znać, możeby mi pomogła, bo jestem tak nieudolna, — rzekła Eliza, która stała przy nim, słuchając pilnie.
— Znasz ją, i pomaga ci lepiej, niżby zdołał kto inny, — odpowiedział Artur z tak figlarnem spojrzeniem wesołych czarnych oczu, że nagle zarumieniła się i ukryła twarz w poduszce od sofy, odurzona tem niespodzianem odkryciem.
Ludka pozwoliła Arturowi wygrać partję za tę pochwałę, lecz Eliza nie chciała już usiąść do fortepianu. Zato Artur ślicznie śpiewał i bardzo był wesoły, rzadko bowiem pokazywał posępną stronę swego usposobienia pannom March. Gdy odszedł, Amelka, która była zamyślona cały wieczór, rzekła nagle, jakgdyby ją zajęła nowa myśl.
— Czy Artur jest ukształconym chłopcem?
— O tak, doskonałą odebrał edukację i wielki ma talent do muzyki. Będzie z niego dzielny człowiek, jeżeli się nie zepsuje i nie rozpieści, — odrzekła matka.
— I nie jest zarozumiały? — spytała Amelka.
— Wcale nie; dlatego taki miły, i tak go wszyscy kochamy.
— Rozumiem; to ładnie być ukształconym i eleganckim, a nie popisywać się ani chełpić, — dodała Amelka z zamyśleniem.
— Te zalety przebijają się zawsze w rozmowie i w obejściu, pomimo skromności, ale niema potrzeby przechwalać się, — powiedziała pani March.
— Tak samo jak byłoby niewłaściwie, żebyśmy włożyły wszystkie kapelusze, suknie i wstążki jakie mamy, żeby je ludziom pokazać, — dorzuciła Ludka, i nauka moralna zakończyła się śmiechem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.