Listy o reformie więzień/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Oscar Wilde
Tytuł Listy o reformie więzień
Podtytuł Listy do redakcji „Daily Chronicle“
Pochodzenie De Profundis
Data wydania 1922
Wydawnictwo „Vita Nuova”
Druk „Oświata“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe Listy...
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy... jako ePub Pobierz Całe Listy... jako PDF Pobierz Całe Listy... jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.
Szanowny Panie!

Głęboko dotknęła mnie, wyczytana w piśmie pańskiem, wiadomość o wymówieniu przez władze więzienne posady dozorcy Martinowi za to, że pozwolił on sobie dać głodnemu dziecku kilka biszkoptów.
Widziałem tę trójkę dzieci w poniedziałek, w wigilję mojego uwolnienia. Skazano ich tego samego dnia na zamknięcie w więzieniu, stali więc, wszystko troje, w środkowej sali, w ubraniu więziennem, trzymając pod pachami swoje prześcieradła i oczekując na odprowadzenie do wyznaczonych im cel. Przechodziłem przypadkowo jednym z korytarzy po drodze do sali przyjęć, gdzie czekał na mnie jeden z przyjaciół. Dzieci były zupełnie małe, a najmłodszy chłopiec, ten, któremu dozorca dał biszkopty, taki był drobny, że nie można było, widocznie, dobrać dla niego ubrania odpowiedniego rozmiaru.
W ciągu dwuletniego mojego pobytu w więzieniu widywałem wiele dzieci, ale malec, którego widziałem w ów poniedziałek w Reading, był najmłodszy z nich wszystkich. Może pan sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarł widok tych maleństw na mnie, wiedzącym z wielokrotnego doświadczenia, co je czeka w więzieniu. Trudno jest wprost dać wiarę, jak okrutnem jest obchodzenie się z dziećmi dniem i nocą w więzieniach angielskich. Uwierzyć w to może ten tylko, kto sam obserwował te rzeczy i miał możność osobiście przekonać się o całej nieludzkości stosowania systemu więziennego do nieletnich skazańców.
Ludzie współcześni nie zdają sobie wprost sprawy z tego, czem jest właściwie okrucieństwo.
Skłonni oni są nawet uważać je za pewien rodzaj średniowiecznego wyuzdania i łączą je z pojęciem o ludziach takich jak Eccelino-de-Romeno, którym świadome zadawanie bólu sprawiało szaloną jakąś rozkosz. Ale ludzie tacy, jak Eccelino, są tylko anormalnemi typami zwyrodniałego społeczeństwa, a zwykłe okrucieństwo jest wprost objawem głupoty. Jest to zupełny brak intuicji. W czasach obecnych jest okrucieństwo wynikiem stereotypowych systemów, surowych, nietykalnych przepisów i — głupoty. System dośrodkowy, centralizacyjny jest zawsze królestwem głupoty. Najbardziej nieludzkiem ze wszystkich urządzeń obecnych jest — biurokratyzm. Przemoc jest tak samo zabójcza dla tych, którzy ją wywierają, jak i dla tych, względem których jest stosowana. Zasadniczem źródłem okrucieństwa, jakiego ofiarą stają się dzieci w naszych więzieniach, — jest główny zarząd więzienny oraz system, wprowadzony przez niego w życie. Ludzie, broniący tego systemu, mają najlepsze intencje. I ci nawet, którzy urzeczywistniają go w praktyce, kierują się również względami humanitarnemi. Odpowiedzialność spada na zasady dyscypliny więziennej, utrwaliło się bowiem przekonanie, że to, co stało się przepisem, musi być bezwzględnie dobre.
Obchodzenie się obecne z dziećmi w więzieniach jest straszne głównie dlatego, że dzieci powierzane są ludziom, nie mającym pojęcia o właściwościach psychologji dziecka. Dziecko zdolne jest zrozumieć karę, wymierzoną mu przez poszczególnego osobnika: ojca, matkę, opiekuna, nauczyciela, — i taką karę przyjmie ono i zniesie z pewną nawet dozą uległości. Ale kary, nakładanej na nie przez społeczeństwo, nie jest dziecko w stanie zrozumieć.
Nie jest ono wogóle w stanie uzmysłowić sobie pojęcia społeczeństwa. Z dorosłymi dzieje się wprost przeciwnie. Ci z nas, którym wypadło z woli losu znaleźć się w więzieniu, zdają sobie z całą ścisłością sprawę ze znaczenia potęgi zbiorowej, zwanej społeczeństwem i, bez względu na krytyczny swój stosunek do wymogów jego i systemów, mogą zmusić się do uznania ich i przyjęcia. Wprost przeciwnie, kara, którą chciałaby wymierzyć poszczególna jednostka, jest czemś takiem, czego nie zniesie żaden dorosły człowiek, i nikt nie może zmusić go do tego.
Rzeczą też jest najzupełniej zrozumiałą, że dziecko, odebrane od rodziców przez ludzi, których nigdy dotychczas nie widziało i o których nic nie wie; zamknięte w samotnej, nieznanej celi, gdzie widzi jedynie obce twarze dozorców, gdzie kierują niem i karzą je wyobraziciele systemu, którego znaczenia nie jest ono w stanie zrozumieć — staje się przedewszystkiem ofiarą uczucia najokropniejszego, wywołanego współczesnym ustrojem więziennym — uczucia strachu. Strach, jakiego dziecko doznaje w więzieniu, nie ma granic.
Pamiętam, jak kiedyś w Reading, wychodząc na codzienny spacer, dostrzegłem w skąpo oświetlonej celi, położonej wprost naprzeciw mojej, małego zupełnie chłopczynę. Dwaj dozorcy — wcale zresztą nie najgorsi — mówili coś do niego dość surowym, widocznie, głosem, może nawet dawali mu dobre rady, jak się ma zachować. Jeden z nich był w celi, drugi stał przy drzwiach. Twarzyczka dziecka była żywem wcieleniem bezgranicznego przerażenia. W oczach jego migotały iskry, jak w źrenicach dręczonego zwierzątka. Nazajutrz z rana słyszałem jego płacz przy śniadaniu oraz błagalne jego prośby, aby go wypuszczono na wolność. Biedactwo wzywało nieustannie rodziców. Od czasu do czasu dochodził mnie basowy głos dozorcy, nakazującego mu, aby był cicho. A dodać należy, że chłopczyna nie był nawet jeszcze osądzony za owo drobne przewinienie, o jakie go oskarżono. Odbywał areszt prewencyjny, co zaraz można było poznać po własnem, dość czystem i porządnem ubraniu, jakie miał na sobie. Jedynie obuwie i skarpetki miał więzienne, co świadczyło znów o biedzie dziecka, bowiem własne jego trzewiki, o ile je w ogóle posiadał, były widocznie w zbyt opłakanym stanie. Policjanci i sędziowie pokoju, naogół ludzie zupełnie ciemni, często skazują dzieci na areszt prewencyjny w ciągu tygodnia, a potem zmieniają pierwotny wyrok. Nazywają to: „unikaniem zamykania dziecka w więzieniu“. Jest to, rozumie się, stanowisko zupełnie niedorzeczne. Dla dziecka różnica pomiędzy siedzeniem w areszcie prewencyjnym, czy też odsiadywaniem więzienia na zasadzie wyroku, jest taką subtelnością prawną, której umysł jego nie jest w stanie objąć. Najokropniejszym dla dziecka jest sam fakt, że jest ono w więzieniu. I społeczeństwo powinnoby również uważać za rzecz straszną, niedopuszczalną, aby dziecko mogło być więzione.
Uczucie nieopisanego przerażenia, którego ofiarą staje się uwięzione dziecko, potęguje nadto do najwyższego stopnia, stosowany w naszych więzieniach, system pojedyńczych cel. Każde uwięzione dziecko — bez względu na swój wiek — zmuszone jest z dwudziestu czterech godzin na dobę spędzać dwadzieścia trzy w zupełnej samotności swojej celi. I to jest właśnie najstraszniejsze. Zamykanie dziecka w mrocznej celi na dwadzieścia trzy godziny z dwudziestu czterech jest najwymowniejszem świadectwem, do czego dojść może okrucieństwo głupoty. Gdyby jakiś poszczególny osobnik: ojciec, matka, czy opiekun postąpili względem dziecka w podobny sposób, pociągnięci byliby niewątpliwie do odpowiedzialności za czyn podobny. „Towarzystwo opieki nad nieletnimi“ wszczęłoby gwałtowny alarm. Ze wszystkich stron rozlegałyby się głosy, potępiające tak nieludzki postępek. Sąd napewno skazałby winowajcę. Ale społeczeństwo nasze obecne postępuje znacznie gorzej: dziecko bez porównania dotkliwiej odczuje przemoc jakiejś nieznanej, oderwanej siły, o której prawach nie ma pojęcia, — aniżeli gwałt, zadany mu przez matkę, ojca czy wogóle kogoś mu bliskiego. Nieludzkie obchodzenie się z dzieckiem zawsze jest nieludzkiem, bez względu na to, kto jest jego sprawcą. Najstraszniejszym wszakże jest nieludzki stosunek społeczeństwa do dziecka, które już w tym wypadku żadnej nie znajdzie dla siebie obrony. Ojca, matkę, opiekuna można przekonać, wzruszyć, a napewno wypuszczą oni dziecko z pustego, ciemnego pokoju, w którym je zamknęli. Dozorca więzienny nie da się uprosić. Większość dozorców lubi nawet dzieci. Ale przepisy więzienne nie pozwalają na łagodzenia losu dziecka. O ile zaś dozorca pozwoli sobie na uczucie litości, jak to uczynił dozorca Martin, traci niezwłocznie posadę.
Drugim czynnikiem, który powoduje straszne męczarnie więzionego dziecka, jest — głód. Całe pożywienie dziecka na śniadanie, o wpół do ósmej z rana składa się — tak samo jak pożywienie wszystkich więźniów, — z kawała źle wypieczonego więziennego chleba i kubka wody. O dwunastej dostaje obiad: miskę gęstego odwaru kukurydzowego: i o wpół do szóstej, na kolację, znów: kawałek suchego chleba i kubek wody. Djeta podobna wywołuje nawet u dorosłych choroby kiszek, przedewszystkiem djarję, za którą idzie ogólne wyczerpanie. W większych więzieniach dostają wszyscy więźniowie stale lekarstwa ściągające. Dzieci nie są zupełnie w stanie odżywiać się w podobny sposób. Każdy, kto najmniejsze chociażby miał zetknięcie z dziećmi, wie, jak łatwo ich narządy trawienne ulegają rozstrojowi pod wpływem czysto nerwowych pobudek, jak: płaczu, przestrachu lub wogóle przygnębienia. Dziecko, które przepłakało cały dzień i bodaj pół nocy, w samotnej, nędznie oświetlonej celi, całe trzęsące się ze strachu, nie może przełknąć tego gliniastego, obmierzłego chleba. Tak było właśnie z owym chłopczyną, któremu dozorca Martin dał parę biszkoptów: dziecko płakało z głodu we wtorek z rana, ale absolutnie nie było w stanie przełknąć chleba i wody, które mu dano na śniadanie. Martin, nie mogąc patrzeć na męczarnie głodu biednego dzieciaka, wyszedł po śniadaniu na ulicę i kupił mu kilka słodkich biszkoptów. Był to szlachetny czyn z jego strony, i dziecko widocznie umiało należycie ocenić go, gdyż, w zupełnej swojej nieznajomości przepisów więziennych, opowiedziało jednemu ze starszych dozorców o dobroci owego młodszego dozorcy. Wynikiem tej szczerości był, oczywiście, raport i wymówienie Martinowi miejsca.
Martina tego znam dobrze, bowiem sam pozostawałem pod jego dozorem w ciągu ostatnich siedmiu tygodni mojego zamknięcia. Kiedy objął urzędowanie w Reading, poruczono mu dozór nad galerją C., w której mieściła się moja cela, wskutek czego widywałem go nieustannie.
Zdumiony byłem niezwykłą jego dobrocią i ludzkością: w celi rozmawiał ze mną i z innymi więźniami. Życzliwe słowo ma w więzieniu bardzo wielkie znaczenie; uprzejmie powiedziane: „dzień dobry“ albo „dobranoc“ są dla więźnia skarbem nieocenionym: usłyszawszy je, czuje się szczęśliwym, o ile to jest możliwe w jego warunkach. Martin był dla nas zawsze względny i dbał o nas. Znam wypadki, w których dawał dowody niezwykle ludzkiego stosunku do więźniów; nie waham się też bynajmniej przytoczyć ich przykładu. Jedną z najokropniejszych stron życia więziennego są fatalne urządzenia sanitarne. Żadnemu z więźniów bezwzględnie nie wolno opuszczać celi swojej po wpół do szóstej wieczorem; nie może on nawet korzystać w tym czasie z ubikacji toaletowych. Wskutek tego wypada mu niejednokrotnie spędzać noce w cuchnącej, zabójczej atmosferze, jaka wytwarza się w jego celi. Na kilka dni przed mojem uwolnieniem Martin, wraz z jednym ze starszych dozorców, obchodził o wpół do ósmej wieczorem cele, aby zebrać pakuły i narzędzia, któremi więźniowie posługiwali się w ciągu dnia. Jeden z niedawno zasądzonych, cierpiący na silną biegunkę, która jest stałym wynikiem złego odżywiania, poprosił starszego dozorcę, aby mu pozwolił wynieść i opróżnić kubeł, zatruwający powietrze celi i potrzebny mu zresztą w nocy w razie powtórzenia się ataków choroby. Starszy dozorca stanowczo odmówił, i więzień byłby zmuszony spędzić noc w tak haniebnych warunkach, gdyby nie Martin, który, nie mogąc znieść widoku człowieka, znajdującego się w tak strasznem, wprost bez wyjścia, położeniu, sam zaofiarował się wymieść kubeł, i zrobił to. Dozorca, spełniający tego rodzaju posługi na rzecz więźnia, wykracza, oczywiście, przeciwko przepisom więziennym, ale Martin spełnił ten dobry uczynek, kierowany wrodzoną sobie ludzkością, która zjednała mu też serdeczną wdzięczność nieszczęśliwego.
Co się tyczy specjalnie dzieci, wiele w ostatnich czasach mówiono i pisano o tem, jaki fatalny, rozkładowy wpływ wywiera na nie więzienie. Jest to najzupełniejsza prawda. Dziecko demoralizuje się ostatecznie w warunkach życia więziennego. Ale źródłem złego wpływu nie są dorośli współwięźniowie; jest niem cały system więzienny: naczelnik, ksiądz, dozorcy, pojedyńcze cele, samotność, ohydna żywność, przepisy, opracowane przez władze więzienne, dyscyplina więzienna, — słowem cały ustrój życia skazańców. Wszelkie zarządzenia, dotyczące specjalnie więźniów małoletnich, skierowane są głównie ku zupełnemu odcięciu ich od więźniów dorosłych, to znaczy, mających więcej niż 16 lat; w tym celu przedsiębrane są najrozmaitsze środki ostrożności. W kaplicy dzieci siedzą za kotarą: na miejsce przechadzek wyznaczane im są maleńkie, pozbawione słońca, podwórka, — czasem podwórko, na którem są złożowe zapasy kamieni, czasem tam, gdzie są warsztaty, — byleby nawet widywać nie mogli starszych więźniów podczas godzin spaceru. W rzeczywistości zaś jedynym uszlachetniającym, prawdziwie ludzkim wpływem w więzieniu — jest wpływ, wywierany przez skazańców. Ich ukochanie życia, ich pogoda ducha pomimo strasznych warunków, ich okazywane sobie wzajem współczucie, ich pokora, łagodność, przyjazne uśmiechy powitalne przy spotykaniu się — wszystko to zdumiewa wprost: przyznaję też, że ja sam nauczyłem się od nich wielu rzeczy. Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć, że dzieci nie powinny siedzieć w kaplicy za kotarą, albo też, że powinno się pozwalać im spacerować po tem samem podwórzu, po którem chodzą dorośli więźniowie. Dowodzę jedynie, że nie więźniowie wywierają zły wpływ na dzieci — i nigdy nie mogliby go wywierać, — ale że jest on, i zawsze pozostanie, wynikiem samego ustroju więziennego. Nie znajdzie się napewno w całem więzieniu w Reading ani jeden dorosły więzień, który nie byłby chętnie gotów ponieść kary, wymierzonej trojgu dzieciom, o których piszę.
Widziałem je po raz ostatni w najbliższy wtorek po ich uwięzieniu. O wpół do 12-ej byłem na przechadzce wraz z kilkunastoma innymi więźniami, kiedy nagle spostrzegłem tę małą trójkę, wracającą, w towarzystwie dozorcy, z wilgotnego, ponurego podwórka, raczej składu kamieni, na które wyprowadzono je na spacer.
Wyraz głębokiego współczucia i litości zajaśniał na widok dzieci w oczach wszystkich moich towarzyszy. Wogóle, wszyscy więźniowie są nadzwyczaj dobrzy wzajem dla siebie i życzliwi.
Cierpienie i wspólność cierpienia czynią ludzi dobrymi; codziennie też, chodząc po podwórzu, doznawałem radosnego i kojącego uczucia, które Carlyle nazywa „milczącym rytmicznym czarem ludzkiego obcowania“. Co do tego, jak zresztą i co do wielu innych rzeczy, mylą się filantropi: nie ludzie zamknięci w więzieniach winni być przedmiotem reform, ale same więzienia.
Rozumie się, naturalnie, że dziecko, poniżej lat czternastu, nie powinno być wogóle zamykane w więzieniu. Jest to stanowczo głupota i, jak większość niedorzeczności, prowadzi do bezwzględnie tragicznych wyników. Jeżeli już jednak ma to być robione, niechże przynajmniej spędzają dzieci cały dzień w warsztacie lub w szkole więziennej pod opieką dozorcy.
Noce powinny dzieci spędzać we wspólnej sypialni, pod dozorem specjalnego nocnego dozorcy. Codziennie, w ciągu conajmniej trzech godzin, powinno się wyprowadzać je na spacer. Ciemne, źle przewietrzane, cuchnące cele więzienne są straszne dla dzieci, straszne dla każdego wogóle. W więzieniu oddycha się stale zepsutem powietrzem.
Żywność, dawana dzieciom, powinna składać się z herbaty, chleba z masłem i zupy. Zupa więzienna jest smaczna i pożywna. Postanowienie Izby Niższej mogłoby w ciągu pół godziny uregulować postępowanie z dziećmi w więzieniach. Mam nadzieję, że pan, panie redaktorze, użyje całego swojego wpływu celem przeprowadzenia tego.
Obecny sposób traktowania dzieci w więzieniach jest wprost naigrawaniem się z uczuć ludzkości i zdrowego sensu. Jest on wynikiem bezmyślności i głupoty.
Pozwoli pan też, że zwrócę jego uwagę na inny, przerażający objaw, obserwowany w więzieniach całego świata, w których stosowany jest system milczenia i pojedynczych cel. Mówię o tych olbrzymich zastępach ludzi, którym rozum mąci się, albo którzy dostają rozstroju nerwowego wskutek długotrwałego uwięzienia. W więzieniach karnych jest to objaw zwykły; ale nawet i w zwykłych więzieniach, takich jak więzienie w Reading, dość często daje się on spostrzegać.
Przed trzema miesiącami zauważyłem wśród aresztantów, wychodzących wraz ze mną na przechadzkę, młodego człowieka, sprawiającego wrażenie idjoty lub nawpół warjata. Każde więzienie ma swoich półwarjatów, powracających perjodycznie i niemal spędzających życie całe w więzieniu, ów młody człowiek sprawiał na mnie wrażenie nawpółobłąkanego; miał dziwnie głupi, idjotyczny uśmiech, a ręce jego latały na wszystkie strony, wykonywując jakieś nieskoordynowane ruchy. Dziwne jego zachowanie się ściągało na niego uwagę wszystkich współwięźniów. Od czasu do czasu nie zjawiał się na spacerze, co świadczyło, że został ukarany. W końcu dowiedziałem się, że pozostaje on pod obserwacją i że we dnie i w nocy pilnują go dozorcy. Ilekroć zjawiał się na przechadzce, zdawał się przechodzić jakiś atak histerji, nieustannie bowiem śmiał się lub płakał.
W kaplicy siedział pomiędzy dwoma dozorcami, którzy nie spuszczali z niego oczu. Czasem ukrywał twarz w dłoniach, — co jest przestępstwem ze stanowiska przepisów więziennych, — i wówczas jeden z dozorców natychmiast podnosił mu głowę do góry tak, aby oczy jego utkwione były wprost w ołtarz. Czasem płakał — zupełnie cicho, ale łzy lały mu się po twarzy i gardło kurczowo się zaciskało. Czasem idjotycznie uśmiechał się sam do siebie i wykrzywiał twarz, strojąc rozmaite grymasy. Niejednokrotnie wyprowadzano go z kaplicy z powrotem do celi i, naturalnie, bywał karany. Ławka, na której siedziałem w kaplicy, mieściła się bezpośrednio po za ławką, na której siedział ów nieszczęśliwy, dzięki czemu miałem doskonałą sposobność obserwowania go. Po za tem widywałem go zawsze na przechadzce, zauważyłem więc, że stopniowo traci on rozum coraz bardziej, a tymczasem władze więzienne traktowały go jak symulanta.
W ubiegłą sobotę byłem około pierwszej po południu w mojej celi, zajęty myciem i czyszczeniem mojej miski i nakrycia po obiedzie. Nagle ciszę więzienną przeszyły najstraszliwe, najohydniejsze wrzaski, a raczej wycia; drgnąłem, i w pierwszej chwili przyszło mi na myśl, że ktoś nieumiejętnie i niewprawnie zarzyna pod murem więziennym wołu czy krowę. Niebawem jednak zorientowałem się, że krzyki te dochodzą z suteryn więziennych, zrozumiałem więc, że wymierzana jest jakiemuś nieszczęśliwcowi kara cielesna. Zbytecznem byłoby chyba zaznaczać, jak strasznem i dzikiem było to dla mnie.
Zacząłem rozmyślać, kogo to karano w tak potworny sposób, gdy nagle błysnęła mi myśl, że prawdopodobnie skazano na chłostę nieszczęśliwego owego półwarjata. Nie będę nawet silił się opisywać uczuć, jakie mną wówczas owładnęły: nie tutaj na nie miejsce.
Nazajutrz, w niedzielę, 17-go maja, spotkałem biedaka tego na przechadzce. Twarz jego była blada, cała mokra od łez i tak skażona płaczem histerycznym, że trudno go było poznać. Chodził w środkowym kręgu, razem ze starcami, żebrakami i kalekami, dzięki czemu miałem możność obserwowania go przez cały czas. Była to ostatnia niedziela, jaką przebyłem w więzieniu; dzień piękny, najpiękniejszy ze wszystkich w ciągu całej zimy. W jasnych, radujących serce, promieniach słońca kroczył ten nieszczęśliwy, stworzony niegdyś na obraz i podobieństwo boże, a teraz, jak małpa, obnażający zęby w głupkowatym uśmiechu, wymachujący rękami i robiący niemi najdziwaczniejsze gesty, jak gdyby wodził w powietrzu po strunach jakiegoś niewidzialnego instrumentu lub też tasował i rozdawał karty w dziwnej jakiejś grze. A, równocześnie, histeryczne łzy, bez których nikt z nas nigdy go nie widział, ściekały, zostawiając brudne ślady, po jego nabrzękłej, bladej twarzy. Ohydny rytm jego ruchów czynił go podobnym do popisującego się błazna. Był żywą groteską. Wszyscy więźniowie patrzyli na niego, ale żaden z nas nie uśmiechnął się. Każdy wiedział, co z nim zrobiono, wiedział, że systematycznie doprowadzany jest do obłędu, że już postradał zmysły.
Po upływie pół godziny kazał mu dozorca wrócić do celi, i niewątpliwie, znów został ukarany, nie widziałem go bowiem na przechadzce w poniedziałek, jakkolwiek zdaje mi się, że dostrzegłem go w kącie podwórza, gdzie składane są sterty kamieni; przechadzał się w towarzystwie dozorcy.
We wtorek, zatem w ostatnim dniu mojego pobytu w więzieniu, zobaczyłem go znów na ogólnej przechadzce. Był w jeszcze gorszym stanie, niż poprzednio, i niebawem znów go zabrano do celi. Odtąd nic już o nim nie wiem, ale dowiedziałem się od jednego z więźniów, z którym wychodziłem razem na przechadzkę, że w ubiegłą sobotę, na rozkaz przeprowadzających rewizję sędziów i na podstawie raportu lekarza, dano mu dwadzieścia cztery nahajki. Wycia i jęki, które tak przeraziły wszystkich, były krzykami nieszczęsnej ofiary.
Człowiek ten niewątpliwie traci rozum. Lekarze więzienni nie mają najmniejszego pojęcia o formach chorób umysłowych. Są to wogóle zupełni nieucy. Patologja mózgu jest im zupełnie nieznana. Człowieka, wpadającego w obłęd, pomawiają o udawanie i nakazują karanie go. Oczywiście, wynikiem takiego leczenia jest pogorszenie się stanu pacjenta. Kiedy zapas zwykłych kar zostaje wyczerpany, doktór zawiadamia o danym wypadku sędziów, a rezultatem tego raportu są nahajki. Właściwie biją nie nahajkami, ale, tak zwanemi, rózgami. Narzędzie to jest rodzajem pręta, łatwo też można sobie wyobrazić skutek podobnej operacji, dokonanej na osobniku nawpół obłąkanym.
Więzienny numer tego nieszczęśliwego jest A. 2. II; — był nim przynajmniej. Udało mi się też dowiedzieć, jak się nazywa: — Pryps. Należy niezwłocznie zrobić coś celem ulżenia temu nieszczęśliwemu. Jest on żołnierzem i skazał go sąd wojenny. Skazany został na sześć miesięcy więzienia, z których odsiedział dopiero trzy.
Czy wolno mi prosić pana, aby zechciał pan użyć całego swojego wpływu celem przeprowadzenia badania w tej sprawie i skłonienia władz więziennych do bardziej ludzkiego traktowania tego nieszczęśliwego?
Nie pomogą tu żadne raporty opieki lekarskiej. Nie można dawać tym raportom wiary. Inspektorzy lekarscy zdają się nie rozumieć różnicy pomiędzy idjotyzmem a niedorozwojem, pomiędzy zupełnym brakiem danej funkcji czy danego organu a ich niedomogą. Ów człowiek A. 2. II. potrafi jeszcze niewątpliwie odpowiedzieć logicznie na pytania, dotyczące jego nazwiska, przewinienia, nawet ścisłej daty jego uwięzienia i czasu trwania kary; nie ulega mimo to wątpliwości, że jego władze mózgowe są w stanie rozstroju. W chwili obecnej odbywa się straszny pojedynek pomiędzy nim a lekarzem. Doktór walczy o teorję, a ten nieszczęśliwy walczy o życie swoje. Chcę, aby zwyciężył ten nieszczęśliwy. Ale niech całą tę sprawę rozpatrzą eksperci, dobrze orientujący się w chorobach nerwowych, jednostki, kierowane ludzkiemi uczuciami, niepozbawione ani zdrowego sensu, ani litości. Zbytecznem byłoby jednak zwracanie się w tym celu do szczególnie wrażliwych, przeczulonych osób. Takie mogą jedynie szkodzić.
Wypadek ten jest jaskrawym przykładem okrucieństwa, nieodłącznie związanego z bezmyślnością samego systemu więziennego, bowiem obecny naczelnik więzienia w Reading jest człowiekiem nadzwyczaj lubianym i szanowanym przez wszystkich więźniów za ludzkość swoją i względność. Przysłany tutaj został w lipcu ubiegłego roku. Nie mogąc zmienić przepisów systemu więziennego, wpłynął na zmianę ducha, w jakim stosowali je poprzednicy jego. Jest osobistością bardzo popularną zarówno wśród więźniów, jak i wśród dozorców.
Zmienił on w istocie cały ton życia więziennego. Mimo to jednak nie jest w stanie wpłynąć na zmianę systemu, i pewien jestem, że widzi dobrze niejedno, co sam uważa za niesprawiedliwe, głupie i okrutne. Ma jednak związane ręce. Nieznany mi jest oczywiście, właściwy jego pogląd na sprawę A. 2.11, ani też jego zapatrywanie się na obecny nasz ustrój więzienny. Sądzę jedynie na podstawie zasadniczej zmiany, jaką wprowadził on do więzienia w Reading. Za jego poprzednika system ten stosowany był w sposób niesłychanie okrutny i głupi.

Racz pan przyjąć i t. d.
Oscar Wilde.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Oscar Wilde i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.