Kronika Marcina Galla/Tak zwany Marcin Gallus

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gall Anonim
Tytuł Kronika Marcina Galla
Data wydania 1873
Drukarz Drukarnia Józefa Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zygmunt Komarnicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Tak zwany
„MARCIN GALLUS“,
ze względu na rodowitość swą i stanowisko w dziejownictwie krajowém mu przynależne.

Godzi się nam, bez obawy ujmy pod względem nowości, streścić wiadomość przynoszoną o Gallu, przez wydawcę pomników dziejowych Polski, a nawet codosłownie ją niekiedy przyswoić dla naszego wstępu, w dopełnieniu obowiązku tłómacza. Popis o lepszą nie miałby tu znaczenia; jeżeli zwłaszcza nie my tylko sami, co do tych poszukiwanych danych, możemy zgodzić się na jedno. Pod ręką ma wreszcie czytelnik rozliczne inne zarysy, nie różniące się co do istoty rzeczy, lecz w wielu razach, nie wyczerpujące tego wszystkiego, co z samejże naprzód kroniki Galla wydobyć się powinno, a potem, dające niekiedy powód do śmiechu, jak w wiadomem przepolszczeniu obcego przychodnia aż do nazwiska (jak przez Kownackiego).
Co mówi zatem Bielowski o tem nazwisku, na żadnym znajomym rękopiśmie przez autora nie podpisanym?
„Dopiero w roku 1749“ (są jego słowa str. 380) „Adam Stanisław Grabowski, biskup warmiński, powierzył rękopism kroniki w XV-ym wieku przepisywany a przechowujący się podówczas w bibliotece hejlsberskiej, uczonemu Gotfrydowi Lengnichowi z poleceniem, iżby go wydał, co tenże w owymże jeszcze roku uskutecznił w Gdańsku, nazwawszy jej autora Marcinem Gallem. Tekst jej skażony był mocno, ustępami z legendy, powstałej w drugiej połowie wieku XIII-go (co do szczegółów mianowicie z życia Ś-go Stanisława). W kilkadziesiąt lat później udało się Tadeuszowi Czackiemu wykryć kroniki tej rękopism inny, mający wprawdzie takoż uszkodzenia, ale tak lekkie, iż nietrudno było tekst właściwy Galla ze skaz oczyścić. Dokonał tego chlubnie Jan Wincenty Bandtkie, wydając roku 1824 w Warszawie kronikę tę z polecenia warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Dał on jej nadpis taki sam jak Lengnich: Martini Galli Chronicon. Po raz tedy pierwszy wtedy dowiedział się dokładnie naród o swoim w początku XII-go wieku piszącym kronikarzu, i dzieło jego we właściwej formie rozglądał. Nakoniec w r. 1847 wykryto rękopism kronikarza tego nierównie jeszcze cenniejszy w Warszawie, w bibliotece ordynackiej Zamojskich. Przechowywał on się dawnemi czasy u możnej rodziny Łaskich, i żadnej skazie nie uległ.
„Tym sposobem sprawdzony i ustalony został tekst pierwotny tej kroniki; stanowi ona u nas nader rzadki wyjątek pod tym względem, że dozwala przejrzeć poza wiek XIII-ty, i rozpoznać w zupełnej swojej czystości stosunki i wyobrażenia narodu, jakie były na początku wieku XII-go; nią tedy szereg pomników swojskich rozpoczynamy.“
„O autorze jej ledwie co wiemy nad to, co sam o sobie w dziele swojem napomknął. Był mnichem zakonu Ś-go Idziego[1].
„Kto był rodem ten zakonnik? o tem z własnych jego słów nie można powziąć nic stanowczego. Jan Wincenty Bandtkie zestawił z kroniki jego, miejsca któremi starał się udowodnić, że był Polakiem. Semlerowi (Acta Soc. Jabl.) zdawało się dostrzegać w wyrażeniach naszego kronikarza dowody, że był Niemcem; Jerzy Samuel Bandtkie (Dzieje Król. Pols.) utrzymywał, że był Niemcem zareńskim; Lengnich (w przedmowie do wydania gdańskiego) i Lelewel (Polska średnich wieków), że był Francuzem; nakoniec wydawcy najnowsi tej kroniki w zbiorze percowskim, na inne znowu miejsca kroniki tej wskazując, za Włocha go poczytują. Wszystkie te ustępy i wyrażenia — któremi autor o sobie napomyka — należycie rozważywszy, przychodzimy do przekonania, że był on wprawdzie cudzoziemiec rodem, ale posiadał język polski; uważał Polskę za drugą swoją ojczyznę (lib. 1, cap. 7), i w témto znaczeniu uznaje się sam za Polaka, gdy (jak w miejscu wskazaném) np. między innemi powiada że: „Bolesław Chrobry mścił na Rusi zniewagę rodu naszego“.
A co do imienia Marcina, zbija p. Bielowski mylne zacytowanie wzmianki u Długosza „Martinus Gallicus“, odrzuca następnie imię Marcin, poprzestając na samej nazwie „Gallus“, jak ją wyczytuje w rękopiśmie tej kroniki, szamotulskim — oraz widzi przyjęte stale u Kromera, Sarnickiego i Herburta.
Co do tej nazwy, — „można ją sobie“ — powiada „tłómaczyć trojako: albo to jest nazwa rodowości autora i oznacza Francuza, albo imię chrzestne jego które z łacińska brzmi Gallus, po polsku zaś Gaweł (?); albo nakoniec jestto nazwa ogólna zakonu (?) Ś-go Gawła, którego członkiem był nasz kronikarz“ (str. 381).
Rzeczą najważniejszą w tej redakcyi, jest rozbiór kroniki i wykład na danych w niej znalezionych oparty. Z uwag jego następnych w tym względzie korzystamy.
Naprzód o głoszonym zwykle z chlubą w kronice, spółpracowniku w spisaniu tejże, a raczej, jakoby wyznanym przewodniku i doradcy, o którym mówiąc Bielowski, daje nam powód do podkreślenia orzeczeń swych przesadnych, potrzebujących zmodyfikowania. Wykażemy zaś na właściwych miejscach w ciągu kroniki, poczynając od przypisania jej znakomitościom duchownym na czele 1-ej księgi, jakbyśmy z pilnego zastanowienia rzecz tę rozumieć chcieli.
„Pomocnikiem“ — mówi Bielowski — „i spółautorem tej kroniki był Michał kanclerz (ale przecież nie królewski jeszcze, lecz katedralny, podobno kruszwicki) (?). Okoliczność ta godna jest tem większej uwagi, że pojaśnia nam nie jedno, coby inaczej trudne było do wytłumaczenia w tem dziele. Michał kanclerz jest rodowity Polak, stanu duchownego, ale nie zakonnik. U Bolesława Krzywoustego używa on niemałej powagi, towarzyszy jego wyprawom i śród boju podaje mu rady zbawienne (o czém, jak się to powié niżej, tak dalece z tekstu kroniki przekonać się nie można)“.
„Jak na rękę pomocnik taki był Gallowi, i na czém właściwie pomoc jego zależała, łatwo zmiarkować. Gall ma wprawę pisarską, ma wczas do pisania jako zakonnik; ale mu zbywać mogło na dokładnej znajomości Polski, na znajomości dawnych jej dziejów, a i spółczesne sprawy publiczne trudniej było wszechstronnie obejrzeć z za krat zakonnych“.
Widzimy, iż Bielowski zapomina ciągle o stanowisku Galla na dworze Bolesława Krzywoustego, zkąd wynikała jego styczność tak blizka z całą hierarchią tron otaczającą, a w rodzaju jakiegoś drugiego mnicha pieczarskiego, zamyka go w ścisłej samotności.
„Taką pomoc“ dodaje, „(na wszystkie powyżej wytknięte zadania zapewne wystarczającą)“, zewnątrz miał nasz kronikarz; nadaje ona dziełu jego poniekąd cechę urzędowości. Obaczmy teraz co nasz mnich miał z siebie, i jakieto były wiadomości, które sobie w Polsce czytaniem przyswoił.
„Naukę cenił wysoko, i oddaje jej cześć bez względu na to, czy ją w przyjacielu czy nieprzyjacielu dostrzeże. Wie, że z pomiędzy spółcześnie panujących żaden naukowém wykształceniem nie zrównał Kolomanowi węgierskiemu, przyjacielowi Krzywoustego; a o Zbigniewie, mimo słusznego oburzenia na jego postępki, nie zamilcza, żeto był książę nad podziw mądry, i nietylko swoje, ale i brata swojego mowy uczonością przystrajał. Sam też Gall posiada niepospolitą na swój wiek naukę. Pominąwszy erudycyę biblijną, której ślady są w jego dziele widoczne, nie lenił się w przyswojeniu sobie wiadomości z ksiąg świeckich“. (Lecz czy ich tu, w barbarzyńskiej naówczas pod tym względem, jak się można spodziewać, Polsce nabywał? rzecz to jeszcze ciągle nierozstrzygniona zostaje. Podobniejsza jest ze wszech miar, jeśli go zgodnie ze znajomą zkądinąd opinią, za wyższego światłem rozumowém nad wiek swój uważać zechcemy, iż to ostatnie przedewszystkiem musiało mieć miejsce).
Owoż wylicza Bielowski, między znajomemi mu domyślnie pomocami naukowemi, prócz tego jeszcze „obszerne księgi Pompeja Troga przez Justyna w skróceniu podane“, — „przygody wojny trojańskiej, bądź z wzorowych dzieł pisarzów starożytnych, bądź z podrobionego Daresa frygijskiego“, „dzieła Sallustego, o których Gall powiada, że jego księdze (wojnie) jugurtyńskiej zrównaćby mógł objętością opis zupełny czynów Sieciecha“. „Dobitniej jednakże nad to wypiętnowała się w nim znajomość ksiąg klasztoru sangalleńskiego“ (w Helwecyi).
O przypuszczenia te wszystkie sporu z autorem wieść nie będziemy. Ma w nich widocznie pole do popisu niezaprzeczona erudycya pisarza, który dał jej tyle w rozmaitych innych wypracowaniach, świetnych dowodów. Lecz tu, powiedzieć można, z okruchów raczej w średniowiecznym kronikarzu wynajdywanych, odtwarzają się na wielki rozmiar całokształty. Każdy inny, rzecz również dowodnie wyrozumieć usiłujący, długo namyśleć się musi, zaczem ze słabo widzialnego pazura, na ślad działalności lwa rykliwego wpadnie z tych dowodów.
Większą słuszność pod każdym względem mu przyznamy w tem, co powiada o odkrywanych w Gallu „źródłach, wprost do dziejów Polski odnoszących się“. Chętnie też przytaczamy następujące w ciągu dalszym (str. 384) jego uwagi:
„Zna tedy Gall traktat przez Bolesława Chrobrego z Ottonem III-cim zawarty, a przez Sylwestra II-go papieża potwierdzony; zna listy królów polskich: Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego, tudzież Henryka cesarza do Bolesława. Nie tajne mu są powody, jakie przekładał Baldwin (biskup krakowski) Paschalisowi II-mu papieżowi, celem uzyskania przyzwolenia jego na związek Bolesława ze Zbisławą swą krewną; ani blizkie jakieś stosunki Judyty żony Władysława Hermana z Sieciechem; ani ustna Krzywoustego z Kolomanem węgierskim umowa, o której w całej Polsce ledwie kto wiedział, i o której milczą wszystkie roczniki“. Bielowski nadmienił przedtem, iż „czerpał Gall niewątpliwie swe źródła na miejscu, za pomocą pomienionego kanclerza, jak to już ukazuje sama tych źródeł natura“. (Notujemy wszakże i w tem miejscu, iż nazbyt zacieśnia okrąg jego znawstwa, ograniczając li tylko całą jego przestrzeń do jednostki kanclerza w samej sobie — kiedy się zaraz w streszczeniu ksiąg dalszych przekona o jednostkach innych, wysoko postawionych, którym niemniejszą wdzięczność oświadcza).
Jakiż rezultat stanowczy z tych poszukiwań dopatrzy dla wyłącznego programu, założonego w kronice swej przez cudzoziemca z za Renu?
„Główny tedy“ — są jego słowa — „zamiar opisywania czynów Bolesława Krzywoustego, oraz wstręt do czasów balwochwalskich (tu znów na jedno z poprzednikiem naszym się zgadzamy), nie dozwalały mu zagłębiać się w naszą przeszłość; a jeśli z czasów dawniejszych co rozpowiada, czyni to, jako sam wyznaje, z pośpiechem, mnóstwo wypadków opuszczając“.
Pominąć nie powinniśmy zastanawiającej, w wykładzie tym wstępnym, oględności p. Bielowskicgo, jak mało zwraca uwagi na ustęp wprawdzie nie obszerny w kronice Galla, o sporze nadającym barwę epoce wyłącznej, toczonym między władzą świecką reprezentowaną przez Bolesława Śmiałego, a duchowną czyli kościelną, przychodzącą do supremacyi w narodzie i wydającą męczennika na wstępie. A przecież to, jak utrzymywaliśmy gdzieindziej i teraz jeszcze, nie cofając zdania naszego utrzymujemy, potrzeba wyszukania świadka kompetentnego w sprawie pomienionej, oswoiła nas właściwie z imieniem kronikarza, od dawien dawna in piis votis, na wieczną niepamięć, aż do zatracenia skazaném. Nie wyryło się to dosadnie w pamięci naszej, iż taki Naruszewicz albo ktoś inny jemu spółczesny, raz po raz pewne jego orzeczenie przytacza na poparcie mniemań o rzeczach, lub zaszłych zdarzeń; ale w sprawie Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem, Gall jeden w zdaniu do okoliczności czasowych nie zastosowaném, jak się rzecz miała, wypowiada. O tem całem zajściu krwawém, ma tylko Bielowski słów kilka następnych.
„Jeszcze usilność wyszukiwania wzorów do naśladowania dla swego bohatera, skłania go podnieść niektóre szczegóły z domowego (?) życia Bolesława Śmiałego, i zajrzeć nieco troskliwiej w charakter tego króla; wszystko inne, począwszy od Mieczysława I-go aż do narodzin Krzywoustego, pokrótce opowiedziawszy, zamknął swą pierwszą księgę cudem Ś-go Idziego“.
Zwłaszcza, iż na inném miejscu, jak z powodu listu szwagra Bolesława, historykowi w porę rozwiązują się usta, spowodowując tego lub owego ultraisty, otoczone nawiasem frenetyczne wykrzyknienie (str. 364).
Gall z samego porządku rzeczy zmuszony dotknąć drażliwej kwestyi, staje się razem oskarżycielem i sędzią między stronami. Dwuznaczności w tém niema żadnej. Dla tego też już w naszém pisemku, z powołania w tej materyi na widok publiczny wydaném a śmiało podjętém, nie mogliśmy utaić naszego zdziwienia, z powodu słów zasłużonego z wielkiej swej pracy, krakowianina Wiszniewskiego, gdy się wyraża pod artykułem Galla: „Źle zrozumiane słowa o Ś-tym Stanisławie w tekście Galla „neque traditorem episcopum excusamus“, były może przyczyną, iż ta kronika w klasztorze ukrywana, późniejszym kronikarzom aż do Długosza nieznaną była“. Jakoż wnieśliśmy już ze słów tych (w antytezie naszej dziejowej), iż według rzeczonego historyka literatury, „gdyby dobrze zrozumiane były słowa Galla przez Mateusza, Wincentego lub Bogufała, niepotrzebném byłoby wcale kroniki jego ukrywanie“. Jednakże Wiszniewski dalekim był od tego zdania. Ale, jak w miejscu niniejszém, i dwaj miani tu na względzie historycy, zgodnie z sobą i po jednym szlaku wytkniętym, społem nie poszliby następnie.
Kończy wreszcie swą, ocenę kroniki Bielowski, odwołaniem się do zalety istotnej, jakiej dwie ostatnie księgi jej przyczyniają: „W tych dwóch ostatnich księgach“, mówi „jest główna zasługa Galla; tu on jest nieocenionym pisarzem, umiejącym zajrzeć w najważniejsze szczegóły publicznego i domowego życia narodu, które z mniejszym od Wincentego artyzmem i krasomówstwem, ale z nierównie większém przejęciem się obowiązkami historyka nakreśla“.
„Tak wykonawszy swe dzieło autor, pociesza się tą myślą, że chociażby takowe wysokiemu powołaniu historyka nie odpowiedziało, da przecież innym materyał do głębszego i dowodniejszego dziejów Polski traktowania. Jakoż kronika jego jest dziś jednym z najpiękniejszych pomników, na jakie w ogólności wiek II-ty w całej Europie zdobył się“.
Zgodziliśmy się właśnie na jedno, z naszym racyonalnym ocenicielem Galla, biorąc za godło dla tego pomnika, słowa prawie od niechcenia przez tegoż wyrzeczone. Moglibyśmy nazwać pomnikową także, samą ocenę z takiém uwzględnieniem staranném szczegółów, po nader baczném w nie wczytaniu się przez ciąg dzieła, którego tekst jedynie odświeżyć był zamierzył. Innej, dogodniejszej wskazówki powołać w pomoc i nie byliśmy w stanie, i nie życzylibyśmy sobie wcale, pomimo ich w rzeczy samej obfitości niezaprzeczonej.
Cóż to po takiem zawinięciu jakby do pewnej przystani, za gra pełna rozmaitości, pod względem tego zapomnianego niegdyś imienia, uwadze naszej się nastręcza! Wiadomo, iż wstecz o jedno stulecie jeszcze, w epoce tak zwanej reformy nauk przez Konarskiego, tyle tylko, za rzecz najciekawszą, uczony wydawca tej kroniki zdolny był względem jakości indywidualnej pisarza wypowiedzieć: „hanc ut opinor monachus aliquis scripsit historiam“ (wnosiłbym, iż mnich jakiś spisał te historyę).... Powtarzamy tę cytacyę za skazówką Jana Wincentego Bandtkiego, którego nierozłącznie z Bielowskim nie spuszczamy z przed oka, w dokonaniu przekładu i objaśnień, z powodu zawiłości tekstu niezbędnych.

Mówiąc o zmianie radykalnej pojęć co do Galla, pojawienie się jego kroniki w wydaniu Bandtkiego (r. 1824), za znaczamy właśnie jako nieobojętne ze wszech miar zdarzenie. Jakże to ważnej rękojmi brakło około tegoż czasu, zabierającemu się do przepolszczenia kroniki Kownackiemu, iż nie miał pod ręką wydania Bandtkiego! Tłómacz, a właściwie przerabiacz, jedne zwalczał trudności, przed drugich niedostępnością w pokorze uchylał czoła. Owszem naiwnie sobie radził, iż czego na polskie przełożyć nie umiał lub niechciał, zostawiał w mowie Latynów nietkniętém, mnożąc do nieskończoności pstrociznę na kartach swej historyi Bolesława III-go. Za wymówkę mu posłużył brak zdolności wierszowania. Wszakże uznając kronikę Galla nie za dzieło badań, ale wyłącznie za poemat, niepowinienby rzeczywiście brać się ani do tego, na jakie się zdobywał, osnowy jej przyswojenia. Wspomnijmy nawiasem, iż o jedno pokolenie dalej, coś podobnego w opinii rozeznawców wewnętrznego jej ustroju dotrwało. Wskazać możemy naprzykład, nie tak dalece godzien przepomnienia w Historyi, Literaturze i Krytyce, Majorkiewicza, gdzie (str. 76) torujący sobie drogę młody badacz, cały swój artyzm estetyczny w to kładzie, aby zacieśnić Galla do roli tylko poety. Na tęż nutę się odezwie, równém prawem do obywatelstwa swej opinii, zawcześnie zgasły Syrokomla, znowuż w zarysie Literatury. W dalsze przytoczenia takich, z pierwszego rzutu oka rozpoznawań, wdawać się byłoby rzeczą zbyteczną. Nie tak to odległym wreszcie przedziałem czasu, odgradza się ściślejsze określenie wydawcy Pomników dziejowych Polski, którego raz jeszcze przywiedziemy słowa (str. 386), iż czuje ten mnich skromny, że historya podnosi sławę książąt i narodu, chociaż nie kładzie tego za cel historyi. Wié, że powinna być mistrzynią rządzących, i kasze się na to, aby książęta mogli znaleźć wzory dla siebie w jego kronice. Pojmuje, że jako malarz obok farb jasnych nie zaniedbuje dodać cień dla schwycenia prawdy, tak też prawda jest celem historyi; ją głównie ściga i z tem oświadcza się wyraźnie.
Bóstwo Prawdy „odsłania także swoje oblicze“ i dla poetów. Zdaje się atoli, że łudzi pomienionych estetyków naszych i uprzedza co do Galla, wiérszowana niekiedy forma, przyjęta przezeń w wykładzie swych dziejów. Nie ma to u nich nic spólnego z takiém pojęciem, jakie nas zastanawia u cudzoziemskiego pisarza, (luboć nam podobno więcej przychylnego), gdy np. Ryszard Roepel, (w swojém przedsłowiu do Geschichte Polens) zarzuca naszemu Długoszowi, zapatrywanie się poetyczne na fakta dziejowe. Ale w tém miejscu skracamy dobrowolnie rozprawę tej treści.
Z porządku rzeczy wypadło nam wspomnieć, o wydaniu kroniki Galla przez Bandtkiego, jako o „zdarzeniu literackiém“. Nie po raz pierwszy, (jeżeli wolno przypomnieć o tém), odzywamy się już z czémś podobném. Boć to i w antytezie naszej dziejowej czyli postawieniu naprzeciw siebie w świetle dziejowém dwojga niezapomnianych postaci (Ś-go Stanisława i Bolesława Śmiałego), torowaliśmy w rzeczy samej sobie drogę do niniejszego przedsięwzięcia, włączając do rzeczonego pisemka osobny artykuł o Gallu, w którym takiemi słowy odezwaliśmy się o tém wydaniu (str. 123 i dalej): „Z zagajeniem nowego toru latopiskiego pod krytyczném piórem Naruszewicza, a następnie podjęciem tegoż usiłowania przez jego komentatorów i samodzielnych pracowników dalszych, tradycyjne mistrzowstwo Długosza traci na uroku dość jawnie, a nawet odrzucaném bywa całkowicie. Przeciwnie zaś, jakoby nowotne jawisko coraz się wyżej wznosi nad poziom imię pisarza, dotychczas prawie w najzupełniejszej niepamięci pogrążonego. Mówimy o Gallu, któremu głos dany przez Czackiego może najpierwej, jako dziejopisarzowi z wielu względów nad wiek swego istnienia wyższemu, oswajał naród ze źródłem, od tak dawna a tak niesłusznie zatraconém. Owóż około roku 1824, w którym ukazało się nowe wydanie jego Kroniki z odtrąceniem przymieszek egzemplarza w wydaniu Lengnicha, przez wielce zasłużonego, nie z tego jednego tylko powodu, Wincentego Bandtkiego — hasło wprzód mało zasłyszane, budzić poczyna umysły, dotąd jakby w drzémce pogrążone, do czynniejszego zajęcia się słowem nie bluźnierczém, lecz śmiałém“. Ma z tém orzeczeniem nierozdzielny związek myśl nasza, z kolei w ciągu pisma rozwijana. Raczy ktoś wykład ten dalszy porównać, jeżeli tak mu się podoba.

Rozlicznych w tém wstępném słowie nie dotykamy jeszcze kwestyj, wynikających z przedmiotu samejże Kroniki. Lecz obowiązkiem naszym będzie tego nie pominąć w przypisach dodanych do miejsc pojedyńczych, kiedy niezbędnemi się okażą. Kogoś np. oryentują w rozpoznaniu rodowitości Galla, jego polonizmy, kogoś galicyzmy (dowód niezbity Wiszniewskiego). Nie przekonywa nas także historyk Piśmiennictwa — na którego wywód faktyczny oglądamy się dość często, jako na rękojmię wagi dla nas niezaprzeczonej — iż przez użycie wyrazu karina, wziętego z carême francuzkiego, dowodził Gallus tejże rodowitości francuzkiej; a przynajmniej nie taki jedynie przykład wyjątkowy, o rzeczy powinien stanowić. Tém mniej bez wątpienia naucza nas rozprawka Kownackiego w Pamiętniku warsz. (z miesiąca maja r. 1819), pod napisem: O rodzie Marcina Galla, najdawniejszego Polski dziejopisarza, gdzie między innemi wnosi o miejscu, w którém Gall pisał swą Kronikę. Do badacza tego może się w ciągu dalszym nie odwołamy, więc zaznaczamy nawiasem dowodzenie jego. „Mamy wyrażone miejsce (w przypisaniu dzieła) mons sancti Gregorii, z którego Marcin list swój przypiśny do biskupów polskich datuje. Zdaje się, iż to znaczy Rzym, gdzie (jak wiadomo znającym to miasto) na górze Monte Coelio zwanej, Ś-ty Grzegorz papież na dziedzicznym swym gruncie zbudował kościół w roku 584, i mnichów benedyktynów tamże osadził. Niema tu nic nadzwyczajnego, że zakonnik, Polak rodem (co za rozsnucie prawdopodobieństw dowolne!), do spółczesnych biskupów polskich piszący, którzy może wszyscy Rzym znali, z klasztoru i miejsca mieszkania swego list datował“. Sądzi przecież Kownacki, że i waryant jego rękopismu, był nieomylny, co do góry Ś-go Grzegorza, i na takim (gdyby dostatecznym był) wyjątku, ostatniém słowem rzecz rozwiązywał, że nie w Polsce, ale za granicą Gall kronikę swą pisał. Pójdą, dziś jeszcze niektórzy pisarze za tą skazówką. Warto też przypomnieć zestawienie z sobą różnych tych domysłów, w historyi literatury przez Juliana Bartoszewicza (str. 41). Bielowski znowu przy wyszczególnieniu rękopisów Kroniki Galla i znajomych jej wydań, przerobienie to Kroniki przez Kownackiego jako rzecz niebyłą, zupełnie pomija.
Może to niesprawiedliwie? Wszakże z gorszą wzajemnością powstawszy, jak wiadomo, z katedry swej we wszechnicy krakowskiej, professor filologii, miałby do wyszukania w jego Pomnikach, rozmaitych pomyłek, bądź dziejopiskich, bądź gramatycznych; radby też był zmiażdżył piorunem całą jego zasługę badań wieloletnich, powszechnie uznaną. Najmniej w istocie chce wiedzieć p. Brandowski o dyspucie (w materyi Pomysłów historycznych Bielowskiego), wytoczonej przedtem przez historyka z powołania. Autor wszakże rozprawy tej poprzedniej, sprawiedliwiej (jak się można było spodziewać) a skromniej bez porównania sobie poczyna, już z założenia, iż „spodziewał się z krytycznego wstępu Bielowskiego, wiele, wiele się nauczyć“. A tak było już dawno, i możnaby takąż zachętą niejednego jeszcze ukrzepiać w tém przekonaniu na przyszłość, mimo pocisków jowiszowych i wysileń niechęci stronniczej.






Przypisy

  1. Opuszczamy jego wiadomość o zakonnikacy Ś-go Idziego, jakoby „pod koniec wieku XI-go sprowadzonych do Polski“. Uległa ona mianowicie zaprzeczeniu przez Brandowskiego, w piśmie „o pomysłach lęchickich p. Bielowskiego“, piśmie, mówiąc nawiasem, pełném żółci a niekiedy zupełnego zapoznania zasług przez tegoż położonych. Zwraca uwagę polemik (str. 84), „że dawno ostrzegł go już Lelewel, co do kościołów polskich pod wezwaniem Ś-go Idziego, iż te nie są zakonne; a Bezimienny (w Przegl. Pozn. XXIII. 493), że nie było zakonu ani Ś-go Gala, ani Ś-go Idziego“ i t. d. A gdzież się według Galla, odbywają modły o narodzenie syna Hermanowi? — w Prowancy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gall Anonim i tłumacza: Zygmunt Komarnicki.