Królowa Śniegu (Andersen, przekł. Szczęsny)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Królowa Śniegu
Pochodzenie Baśnie Andersena
Data wydania 1913
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Tłumacz Aleksander Szczęsny
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KRÓLOWA ŚNIEGU.
1. O CZARODZIEJSKIEM ZWIERCIEDLE I JEGO SZCZĄTKACH.
O
Opowiem wam teraz o złej sprawce pewnego najgorszego pod słońcem czarownika. Był on nietylko najgorszym, ale i najpotężniejszym śród innych i z tego już domyślić się można, że mowa tu o jego najciemniejszej mości — djable. Pewnego dnia wpadł on w doskonały humor, bo udało mu się sporządzić zwierciadło, ślepe na wszystko, co było na ziemi dobre i piękne, ale zato odbijające z przesadną dokładnością wszystko, co tylko złego gdziekolwiek się stać mogło. Dlatego to najwspanialsze widoki wyglądały w niem, jak rozgotowana zielenina, a najlepsi ludzie brzydli nie do poznania. Djabłu sprawiało to niesłychaną przyjemność. Wszyscy, którzy uczyli się w jego czarciej szkole, opowiadali długo i szeroko o tym cudzie swego mistrza, mówiąc, że teraz dopiero będzie można światu i ludziom pokazać, jak się wszystko dziać powinno. I uczniowie djabła wciskali się wszędzie ze swem zwierciadłem, aż wkrótce nie było na ziemi prawie żadnego człowieka, którego myśli i zamiary nie byłyby z ich przyczyny zeszpecone. Wtedy to czarcie plemię umyśliło dostać się aż do nieba, aby i tam praktykować swoje sztuczki wobec dobrego Boga i aniołów. Ale oto stało się coś dziwnego. Bo, im wyżej wznosili się ze zwierciadłem, tem silniej drżało i chybotało się im w djablich łapskach, aż wreszcie upuszczone spadło na ziemię i rozbiło się na niezliczoną ilość kawałków. I teraz dopiero zaczęły się dla ludzi najgorsze czasy. Niektóre z szczątków zwierciadła, drobniejsze od ziaren piasku, rozniósł wiatr po całym świecie, a gdy który z nich trafił człowiekowi do oka, pozostawał tam niepostrzeżony, zachowując dawniejsze własności całego zwierciadła. Niektórym dostały się takie szczątki aż do serca i zamieniły je na nieczułe bryłki lodu. Inne znów, większe kawałki, użyte zamiast szyb do okien, zohydziły patrzącym przez nie cały świat. A te, z których zrobiono okulary, nie pozwoliły już żadnemu z sędziów, gdy je na nos włożył, sądzić sprawiedliwie. Djabeł cieszył się z tego i śmiał aż do rozpuku. Bo niektóre z tych brzydkich szkiełek jeszcze dotąd wiatr nosi po świecie. Posłuchajcie, ile złego narobiło jedno z nich.


2. O JANKU I ZOSI.

W wielkiem mieście tak jest ciasno wśród domów, że ludzie nie mogą sobie często pozwolić nawet na najmniejszy ogródek. Trzeba się wtedy zadowolnić kwiatami w doniczkach. Słyszałem o dwojgu dzieciach, które za cały swój ogródek miały parę kwiatów doniczkowych. Były to dzieci sąsiadów, ale kochały się tak, jak najlepsze rodzeństwo. Rodzice ich zamieszkiwali dwa poddasza, oddzielone tylko tak wązką uliczką, że z okien można się było prawie uścisnąć za ręce. Każda rodzina miała na dachu tuż przy rynnie małą skrzynkę, gdzie rosło trochę warzyw, a prócz nich w każdej znajdował się pięknie kwitnący krzaczek różany. Róże rozrastały się, pięły po oknach i osłaniały je liśćmi i kwiatami, a dzieci, siedząc wtedy na okienkach naprzeciw siebie, bawiły się doskonale, jak w altankach.
W zimie przerywały się te zabawy. Okna były zamknięte i zamarznięte. Ale wtedy dzieci brały pogrzebacz, rozgrzewały go w piecu i wytapiały nim na szybie okrągłe okienka, przez które spoglądały znów na siebie ich radosne oczęta. Chłopiec miał na imię Janek, dziewczynka — Zosia. W lecie widzieli się caluteńki dzień w swych altankach, ale w zimie maleńkie dziurki w lodzie musiały im wystarczyć. Wtedy na dworze roiły się płatki śniegowe.
— To roją się białe pszczoły, — mówiła babka.
— Czy mają one też swoją królowę? — pytał chłopiec, gdyż wiedział, że u prawdziwych pszczół tak się dzieje.
— Tak, mają ją też — mówiła babka, — królowa jest tam, gdzie śnieg najgęściej się roi. Jest ona największa i nigdy nie spada spokojnie, jak inne płatki na ziemię, lecz wznosi się znów do szarych obłoków. Podczas zimowych nocy przelatuje ona przez miasto i zagląda do okien, a wtedy szyby pokrywają się pięknymi, lodowymi kwiatkami.
— Tak, tak, widzieliśmy je — wołały dzieci. — A czy królowa śniegu może tu przyjść? — pytała dziewczynka.
— Niechby tylko weszła, zarazbym ją posadził na piecu i musiałaby stopnieć! — dodawał chłopiec. Ale babka głaskała go po głowie i zaczynała opowiadać inne historje.
Pewnego dnia wieczorem, gdy Janek już się kładł do łóżeczka, pobiegł jeszcze do okna, wdrapał się na krzesło i wyjrzał przez zrobiony dziś otworek w szybie. Akurat parę płatków śniegowych wirowało w powietrzu, i jeden z nich największy, zawisł na pustej skrzynce do kwiatów. Tam zaczął rosnąć, aż wreszcie zamienił się w dużą kobietę, odzianą w wspaniałe śniegowe szaty, utkane jakby z milionów gwiazdek. Kobieta była piękna, ale cała z żywego, lśniącego lodu. Oczy jej błyszczały, jak dwie jasne gwiazdy, zwracając się ciągle na wszystkie strony. Kobieta nachyliła się do okna i skinęła ręką. Wtedy Janek przerażony zeskoczył z krzesła i dostrzegł tylko jeszcze, że jakby jakiś wielki biały ptak odlatywał z za okna.
Następnego dnia była odwilż, a potem nadeszły coraz cieplejsze czasy, pokazało się znów słońce, zazieleniły pierwsze trawy, przyleciały jaskółki. Wtedy otworzono okna i dzieci przywitały się po raz pierwszy oddawna ze swoich altanek.
Wkrótce zakwitły róże, dziewczynka nuciła im wymyśloną przez siebie piosenkę. Chłopiec nauczył się jej także i niedługo śpiewali sobie razem:

„Różyczki kwitną i wonieją,

Dzieciom się młode serca śmieją“.

I dzieci wyciągały do siebie rączki i całowały róże. O, jakże wtedy było pięknie tam, pod osłoną pnących się kwiatów różanych!
Kiedyś Janek i Zosia zasiedli do oglądania książki z obrazkami, pełnej zwierząt i ptaków. Nagle, gdy zegar na wieży wybił piątą godzinę, Janek krzyknął: coś mi wpadło do oka!
Zosia objęła go za szyję i zajrzała w oczy, ale nic nie dostrzegła.
— Zdaje się, że już wypadło — powiedział jej Janek, ale się mylił. Były to właśnie dwa kawałki czarodziejskiego zwierciadła, które dostały się mu do oka i do serca. I dlatego serduszko biednego chłopca zamieniło się natychmiast w bryłkę lodu.
— Dlaczego płaczesz? — zapytał po chwili Zosię, — tak ci z tem brzydko. To mi się nie podoba. Fe, — dodał chłopiec nagle — jakież te róże brzydkie! Jedną z nich zupełnie zjadły robaki. Są równie marne, jak i skrzynki, w których rosną. — I Janek kopnął krzaczek nogą i złamał dwie najniżej rosnące różyczki.
— Co robisz, Janku? — zawołała Zosia. A Janek, gdy dostrzegł jej przerażenie, ułamał jeszcze jedną różę i, cisnąwszy ją na ulicę, uciekł do swego mieszkania.
Później, gdy zaczęli oglądać książkę z obrazkami, Janek szydził z takiej zabawy, dobrej dla małych dzieci, a gdy babka co opowiadała, przeczył jej we wszystkiem. To znów stawał za nią, wdziewał jej okulary i przedrzeźniał jej ruchy i mowę. Wkrótce zaczął tak udawać wszystkich ludzi, spotykanych na ulicy. Śmiano się z tego z początku, lecz gdy Janek zaczął w ten sposób wyszydzać wszystko, co się komu złego lub przykrego przytrafiło, ludzie powiedzieli, że chłopiec nabiera brzydkich przyzwyczajeń. A jednak nie on był winien temu, lecz owe dwie okruszyny czarodziejskiego szkła, tkwiące mu w sercu i oku. Doprowadziły one Janka do tego, że zaczął nawet dokuczać małej Zosi, która go z całego serca kochała.
Zabawy Janka stały się teraz inne. Nie chciał już bawić się spokojnie ze swą towarzyszką. Uganiania się i bijatyki z chłopcami na ulicy więcej go pociągały. Pewnego zimowego dnia, gdy spadł duży śnieg, Janek schwytał parę płatków śniegowych na połę kurteczki i pokazał je Zosi przez powiększające szkło.
— Popatrzno — mówił — jak każdy płatek wydaje się większy i wygląda, jak kwiat lub dziesięciopromienna gwiazda. Jak to jest ślicznie urządzone i czy nie wygląda piękniej, niż prawdziwe kwiaty? Kwiaty śniegowe są daleko równiejsze i dokładniejsze, szkoda tylko, że tak łatwo topnieją.
I po tych zachwytach, które też zadziwiły dziewczynkę, bo nie rozumiała, jak można uważać śnieg za coś piękniejszego od żywych, wonnych kwiatów, Janek poszedł na ulicę w ciepłych rękawiczkach z saneczkami na plecach. Na odchodnem szepnął jeszcze Zosi do ucha: — pozwolono mi jeździć po dużym placu, gdzie się wszyscy chłopcy ślizgają, — i pobiegł tam szybko.
Na placu najśmielsi chłopcy przywiązywali swe sanki do chłopskich wozów i przejeżdżali się w ten sposób prędko i bez trudu. Gdy zabawa szła w jaknajlepsze, nadjechały wielkie, białe sanki. Siedziała w nich jakaś osoba otulona w białe futro, w dużej białej czapce na głowie. Sanki objechały już dwa razy plac dokoła, gdy Jankowi udało się wreszcie przywiązać za niemi swoje małe saneczki. A wtedy sanki popędziły szybko w sąsiednie ulice. Ten, kto w nich siedział, spojrzał na Janka przyjaźnie i skinął głową tak, jakby go znał oddawna. Sanki jechały coraz dalej, ale ilekroć chłopiec chciał odwiązać swoje, uśmiechano się do niego i chłopiec zostawał. Wkrótce znalazł się za miastem. A wtedy zaczął padać gęsty śnieg, nic już nie można było naokoło dostrzedz, a gdy chłopiec zechciał odwiązać sznurek swych sanek, ten się nie chciał jakoś odplątać. Wtedy zaczął wołać głośno, ale nikt mu nie odpowiadał, tylko maleńkie sanki kręciły się i podskakiwały w szybkim biegu, jakby przebywały jakieś góry i rowy. Przerażony Janek spróbował się modlić, lecz nic prócz tabliczki mnożenia nie przychodziło mu w pośpiechu do głowy. Tymczasem padające płatki śniegowe powiększały się ciągle, aż wreszcie stały się podobne do dużych, białych kur. A wtedy konie szarpnęły się i stanęły. Sanie się zatrzymały i wyszła z nich nieznajoma, biało odziana osoba. Cała jej odzież była z bielutkiego śniegu. Była to wysoka, bialutka kobieta — sama królowa śniegów.
— Szybkośmy jechali — powiedziała — ale ty, Janku, możesz się zaziębić. Pójdź, otul się mojem futrem. — I królowa posadziła Janka u siebie w dużych sankach, owijając całego białem futrem, a chłopcu wydało się, że wpadł w zaspę śniegową.
— Nie zimno ci teraz? — zapytała królowa i pocałowała go w czoło. Pocałunek był chłodniejszy od śniegu; chłopiec poczuł go aż w sercu, które jeszcze silniej stężało, i jakby zamarło. Ale trwało to tylko chwilę i przeszło. Później Janek przestał zwracać uwagę na zimno. Zawołał tylko jeszcze: sanki, zapomniałem, moje sanki! — bo to jedno spamiętał. Więc sanki wzięła na grzbiet jedna z dużych kur śniegowych.
Wtedy królowa śniegów ucałowała Janka jeszcze raz, a chłopiec zapomniał na zawsze dom swój, babkę i maleńką Zosię. — Więcej cię już nie pocałuję, bo toby cię uśmierciło — powiedziała. Janek spojrzał na nią. Królowa wydała mu się teraz piękną. Nie widział dotąd wspanialszej twarzy i nie wydała mu się ona lodową, tak, jak wtenczas przez okno. Janek się jej już nie lękał, zaczął jej opowiadać, że umie rachować, wie, wiele przestrzeni zajmuje jaki kraj i ilu posiada mieszkańców. Zdawało mu się przytem, że może tak prawić bez końca, spoglądając na ośnieżone przestworza, a królowa uniosła się z nim ponad czarne obłoki, pod któremi huczała i wyła zamieć, tak jakby ktoś śpiewał stare, grzmiące pieśni. I lecieli nad lasami i jeziorami, nad morzami i lądami. Dął pod niemi lodowaty wiatr, wyły wilki, siekł śnieg, unosiły się w nim czarne, trzepocące wrony, ale tu, gdzie oni byli, lśnił zimny, ogromny księżyc i Janek wpatrywał się weń przez całą, długą noc zimową. Nad ranem dopiero chłopiec znużony zasnął u stóp królowej śniegów.

3. OGRÓDEK STARUSZKI, KTÓRA UMIAŁA ZADAWAĆ CZARY.

Teraz zobaczymy, co się działo z Zosią, gdy Janek nie wrócił z zabawy na placu miejskim. Coraz smutniejsza zadawała sobie pytanie, gdzieby mógł być. Nikt tego nie wiedział, nikt nie dawał na to rady. Chłopcy opowiedzieli jej, że przywiązał się z saneczkami do jakichś wielkich i pięknych sań, które wyjechały za bramę miasta. Nikt jednak nie wiedział, co dalej było, wszyscy płakali, a mała Zosia najwięcej i najdłużej. Mówiono jej, że pewnie utonął w rzece, płynącej pod miastem... Okrutne to było zmartwienie w zimowe, ciemne dni.
Wreszcie nadeszła znów wiosna z blaskami słońca.
— Janek nie żyje — pomyślała znowu Zosia.
— W to ja wątpię, — odparł jej promień słoneczny.
— Czy słyszycie, Janek umarł! — mówiła Zosia jaskółkom.
— W to my nie wierzymy — odświergotały ptaki, aż wreszcie i Zosia przestała temu wierzyć. — Włożę moje czerwone trzewiczki, — pomyślała pewnego poranka, — te, których Janek jeszcze nie widział i pójdę zapytać rzeki, co się z nim stało.
I dziewczynka ucałowała śpiącą jeszcze babkę, włożyła trzewiczki i poszła za bramę miasta do rzeki.
— Czyś to ty zabrała mi mojego przyjaciela? — pytała. Dam ci moje czerwone trzewiczki, tylko wróć mi go. — I Zosi wydało się, że fale skinęły na nią, więc zdjęła trzewiczki i wrzuciła je do wody. Lecz trzewiki upadły tuż przy brzegu i woda znów je na ląd wyniosła. Wyglądało to, jakby rzeka nie chciała przyjąć ofiary Zosi, bo o Janku nic nie mogła jej powiedzieć. Lecz dziewczynka wyobraziła sobie, że rzuciła je tylko za blizko. Więc weszła do łódki stojącej u brzegu i z najdalszego jej końca rzuciła trzewiczki jeszcze raz. Łódka nie była dobrze uwiązana i przy poruszeniach Zosi oddaliła się od brzegu. Zosia chciała prędko z niej wyskoczyć, lecz łódkę porwał już prąd i poniósł szybko z sobą. Wtedy przerażona dziewczynka poczęła płakać, choć nikt jej nie słyszał i tylko wróble latając nad wodą, jakby ją chcąc pocieszyć, ćwierkały: — myśmy tu, myśmy tu!
Łódka płynęła z prądem, Zosia siedziała w niej cichutko w samych pończoszkach. Maleńkie, czerwone trzewiczki płynęły za nią, nie mogąc jakoś nadążyć. Pięknie było na obydwuch brzegach: rosły tam wspaniałe kwiaty, stare drzewa, wznosiły się zielone wzgórza z pasącemi się owcami, ale ludzi nigdzie nie było widać.
Rzeka niesie mnie napewno do Janka, myślała Zosia, uspokajając się coraz więcej i spoglądając na piękne, zielone brzegi. Aż wreszcie łódka zaczęła mijać wielki sad wiśniowy, w którym stał mały domek. Domek miał słomiany dach, lśniący jak złoto, okiennice pomalowane na czerwono i zielono, a u drzwi stało dwuch żołnierzy drewnianych, prezentujących broń każdemu, kto przejeżdżał.
Zosia zawołała na nich, bo sądziła, że są żywi, ale ci, ma się rozumieć, nic jej nie odpowiedzieli, a tymczasem prąd zbliżał powolutku jej łódkę do brzegu. Wtedy Zosia zawołała głośniej i z domku wyszła stara, bardzo stara babuleńka, wspierając się na zagiętym kijku. Babcia miała na głowie wielki, letni kapelusz, pomalowany w prześliczne kwiaty.
— Biedne, maleńkie dziecko, gdzieżeś ty zapłynęła tą wielką, bystrą rzeką. — I babusia zbliżyła się do brzegu, przyciągnęła łódkę zakrzywioną laską i pomogła Zosi wyjść na brzeg.
Dziewczynka ucieszyła się z wylądowania, bała się tylko trochę nieznanej staruszki.
— Pójdź — powiedziała jej babcia — opowiedz mi, skąd przybywasz i jakeś tu trafiła.
Więc Zosia opowiedziała jej wszystko. Staruszka potrząsła na to głową i rzekła: — „Hm, hm!“ — A gdy już od Zosi dowiedziała się całej żałosnej historji, uspokoiła ją, że wszystko jeszcze będzie dobrze, tylko nie trzeba się martwić, lecz skosztować wisienek w sadzie, które są lepsze, niż książki z obrazkami, bo każda z nich opowie piękną historyjkę. I babcia wzięła dziewczynkę za rękę, zaprowadziła do domku i zamknęła drzwi za sobą.
Okna domku umieszczone były wysoko i składały się z samych kolorowych szybek, co podczas dnia bardzo pięknie wyglądało. Na stole stały wspaniałe wiśnie, które wolno było Zosi jeść do woli, a podczas gdy jadła, babcia czesała ją złotym grzebieniem, od którego włosy układały się w lśniące kędziory naokoło jej okrąglutkiej, różowej twarzyczki.
— Oddawna chciałam zobaczyć tak miłą, dobrą dzieweczkę — mówiła babcia. — Zobaczysz, jak będzie nam tutaj dobrze we dwie. — I gdy tak czesała jej włosy, Zosia coraz bardziej zapominała kochanego Janka. Bo choć babcia nie była złą czarownicą, jednak umiała udawać czary, tak tylko troszkę, tylko dla swej przyjemności, chcąc, aby Zosia pozostała u niej. Dlatego, gdy wyszła do ogrodu, wyciągnęła swój kijek nad wszystkie rosnące krzewy różane i te tak, jak kwitły, zapadły się głęboko w ziemię. Bo babcia obawiała się, że ich widok przypomni Zosi Janka i dziewczynka będzie chciała stąd odejść. Potem dopiero zaprowadziła Zosię do ogrodu. Ach, cóż tam był za widok i zapach! Wszystkie kwiaty, jakie tylko rosną o różnych porach roku, kwitły tu jednocześnie. Zosia skakała z uciechy i bawiła się, aż póki słońce zaszło nad drzewami wiśniowemi. A wtedy położyła się spać w pięknem łóżeczku z jedwabnemi, różowemi poduszkami, haftowanemi w fiołki. Zasnęła i śniła tak pięknie, jak śnią królewny w dniu wesela.
Następnego dnia mogła znów się bawić śród kwiatów i tak upłynęło jej wiele czasu. Zosia znała już wszystkie kwiaty. Ale choć było ich wiele, zdawało jej się, że brakuje jednego, którego sobie dobrze nie mogła przypomnieć.
Gdy Zosia siedziała jednego dnia i oglądała letni kapelusz staruszki, zauważyła między namalowanymi na nim kwiatami piękne róże, bo staruszka zapomniała o nich zupełnie.
— Dlaczego — pomyślała wtedy Zosia — niema wcale róż w ogrodzie? — I pobiegła między grządki, szukając, lecz ani jednej nie znalazła. A wtedy usiadła na ziemi i zapłakała, a łzy jej upadły akurat na to miejsce, gdzie był pod ziemią jeden z krzaczków różanych. Od łez dziewczynki krzaczek teraz wykwitł na nowo nad ziemią, a Zosia, pieszcząc go i całując, przypominała sobie powoli Janka. O, dlaczegóż się tu tak długo zatrzymuję? Muszę Janka szukać. Czy nie wiesz, gdzie on jest? — spytała różyczki — czy myślisz, że umarł?
— Nie, Janek nie umarł — odpowiedziała róża. — Byłyśmy w ziemi, tam są wszyscy zmarli, ale jego nie widziałyśmy. Dziękuję — powiedziała Zosia i poczęła pytać innych kwiatów o to samo. Lecz każdy z kwiatów stał w słońcu i śnił swoje historje, więc choć Zosia bardzo się ich dużo nasłuchała, nie było w nich mowy o zaginionym.
Bo oto co mówiły ogniste lilje: czy słyszycie dźwięki trąb? tra, traa... to tylko dwa dźwięki: tra, traa... Czy słyszcie chór płaczek i śpiew kapłana? Oto stoi na stosie w długiej, czerwonej szacie wdowa hindusa. Za chwilę pochłonie ją ogień, ale czyż ogień jej serca nie przetrwa ognia stosu?
— Nie rozumiem tego — powiedziała Zosia.
— To moja bajka — dodała lilja.
A później opowiadał wiatr.
— Nad wąziutką ścieżką górską wznosi się stare rycerskie zamczysko, gęsty bluszcz obrasta grube, czerwone mury, zwiesza się nad starą altaną, w której siedzi młoda dzieweczka. Schyla się ona przez poręcz i patrzy na drogę. Żadna róża nie jest od niej piękniejszą. Pod nią przerzucony przez oparcie powiewa wspaniały płaszcz jedwabny. Dziewczę patrzy i myśli: gdzie on teraz jest?
— Czy myślisz o Janku? — pyta Zosia.
— Mówię tylko moją bajkę, mój sen — odpowiada wiatr.
— Cóż opowiadają hyacynty?
Opowiadają one o trzech siostrach. Jedna z nich nosiła czerwone, druga błękitne, trzecia białe suknie. Trzymając się za ręce, tańczyły wszystkie trzy nad cichem jeziorem w noc księżycową. Nie były to wcale duchy, były to trzy dzieweczki. A tam, gdzie tańczyły, pachniało tak silnie, że wreszcie od zapachu posnęły śród traw. A wtedy robaczki świętojańskie zaczęły krążyć nad niemi z zapalonemi latarkami. I niewiadomo było na jak długo zasnęły dzieweczki. Niejeden dzwon wieczorny przebrzmiał odtąd nad jeziorem, niejeden poranek rozpędził mgły nad wodą. A one spały tak, jakby były martwe.
— Zasmuciłyście mnie — powiedziała hyacyntom Zosia. — Pachniecie tak silnie, a zapach przypomina mi uśpione na zawsze dzieweczki. Czyżby i Janek zasnął na zawsze? Wszak róże, co były pod ziemią, nic o tem nie wiedzą.
— Kling, klang — dzwoniły kielichy hyacentowe — nie myślałyśmy o Janku, bo go nie znamy, śpiewałyśmy tylko naszą piosenkę.
Więc Zosia zwróciła się do słoneczników, świecących wśród zielonych liści.
— Jesteście małemi, jasnemi słońcami — mówiła — o, powiedzcież mi, co się z Jankiem dzieje?
A słoneczniki, świecąc między liśćmi, zaśpiewały jej swą piosenkę.
Wiosenne słońce tak pięknie świeci na małem podwórku. Światło odbija się od bialutkich ścian domu, a pod niemi rosną pierwsze, żółte słoneczniki i lśnią w promieniach. Stara babcia siedzi przy nich na krzesełku i grzeje się na słońcu. Przychodzi jej mała wnuczka i całuje ją w rękę na powitanie. I wszędzie jest złoto. Złote jest słońce, złote serduszko ma wnuczka, złote są słoneczniki. Oto moje opowiadanie — dokończyły kwiaty.
— Moja biedna babko — westchnęła Zosia — martwisz się pewno taksamo, jak wtedy, gdy przepadł Janek. Ale ja wrócę niedługo i przyprowadzę ci go. — I Zosia zebrała rękami spódniczkę, aby wybiedz szybko z ogrodu. Zatrzymała ją jeszcze na chwilę biała lilja, ale ta nic jej ciekawego nie powiedziała.
Więc Zosia pobiegła aż do końca ogrodu, a stamtąd przez maleńką furtkę wybiegła w pończoszkach na świat. Trzy razy oglądała się dziewczynka czy ją kto nie goni, ale za sobą nie dostrzegła nikogo. Wreszcie usiadła na dużym kamieniu i obejrzała się naokoło zdziwiona. Bo lato tymczasem znikło. Wszędzie była późna jesień i widać tylko w ogrodzie panowało ono wiecznie. — Boże, jakżem się opóźniła — pomyślała Zosia. — To już jest jesień, muszę się śpieszyć. — I podniosła się zaraz, by iść dalej.
Jakżeż zimno i wietrzno było naokoło, nogi męczyły się i bolały bardzo, a zimna rosa świeciła na nich, jak czyste łzy. Z drzew opadały liście, tylko krzaki jałowcu miały jeszcze owoce, ale były one cierpkie i krzywiły usta. Smutno było i szaro na całym świecie.

4. KSIĄŻĘ I KSIĘŻNICZKA.

Gdy Zosia ruszyła w dalszą drogę, pojawiła się obok niej duża wrona. Siedziała ona i przedtem niezauważona na tem samem miejscu, teraz odezwała się: kraa, kraa, a potem zapytała wronim językiem, dokąd dziewczynka idzie tak sama. Słowo — sama, przypominało Zosi wszystkie niedole, zatrzymała się więc i opowiedziała ptakowi swe przygody, pytając, czy gdzie Janka nie widział. A wtedy wrona przekrzywiła łebek i powiedziała: być może, być może.
— Jakto, naprawdę! — zawołała Zosia i zaczęła tak ściskać i całować wronę, że jej o mało nie zadusiła. — Powoli, powoli — powiedział ptak — nastrzępisz mi pięknie ułożone pióra. Co do twego Janka to myślę, że właśnie jego widziałem. Ale przedtem musisz się dowiedzieć o księżniczce.
— Czy on mieszka u księżniczki? — pytała Zosia.
— Tak, posłuchaj. Tylko nie wiem, czy rozumiesz wroni język, bo innym trudno mi mówić.
— Niestety, nie uczyłam się go — odparła Zosia. — Moja babcia go zna, ale jest teraz bardzo daleko.
— No, to już wszystko jedno, staraj się go teraz zrozumieć. I wrona zaczęła opowiadać to, co wiedziała. W królestwie, gdzie się już znajdujemy, mieszka księżniczka bardzo mądra. Otóż niedawno zapragnęła ona wyjść za mąż. Lecz chciała znaleźć męża, któryby nietylko słuchał tego, co mu się mówi i udawał, że rozumie, lecz rozumiał wszystko rzeczywiście i mógł o wszystkiem porozmawiać. Takiego męża chciała księżniczka, a w to, co ci opowiadam, możesz zupełnie wierzyć, bo mam w jej pałacu narzeczoną, która mi o wszystkiem donosi.
I to jest także prawdą, że od czasu ogłoszenia tej wiadomości, wielu ludzi udało się do pałacu. Lecz jakoś nikomu się nie szczęściło. Bo najbardziej wygadany człowiek, gdy tam wszedł na wspaniałe schody i ujrzał szeregi służby, dam dworskich, ich paziów, pomocników paziów i wszystkie wspaniałości, zapominał o wszystkiem, stawał przed księżniczką i ani słowa z siebie wydobyć nie mógł. A taki człowiek musiał się przytem spieszyć, bo za nim od bram zamku aż do tronowej sali stały całe szeregi innych, czekających kolei.
— Lecz czy Janek był tam między nimi? — pytała Zosia.
— Bądź cierpliwa — mówiła dalej wrona. — Zaraz będzie o nim mowa. Trzeciego dnia tej pielgrzymki przyszedł pieszo mały chłopiec, i biednie ubrany. Lecz szedł do zamku śmiało. Oczy mu lśniły, a wiatr rozwiewał długie, śliczne włosy.
— To był Janek — zawołała Zosia. — O, znajdę go tam napewno! — i dziewczynka zaklaskała w dłonie.
— Miał on jakieś zawiniątko na plecach — dodała wrona. To były pewnie saneczki — pomyślała Zosia. — Być może — mówił dalej ptak. — To tylko wiem, że wszedł śmiało do pałacu. Wszyscy, którzy wyszli na spotkanie, usuwali mu się z drogi, a on szedł prosto do księżniczki, skrzypiąc głośno trzewikami.
— O, to napewno Janek, gdy wychodził z domu, włożył skrzypiące, nowe trzewiki.
— Rzeczywiście trzewiki miał nowe i skrzypiące — mówiła wrona. — A kiedy wszedł do pałacu i otoczyli go słudzy, zaraz poznano, że będzie miał powodzenie. I wierzaj mi, jakem prawdomówna wrona, że tak było. Chłopiec został w pałacu, bo oboje z księżniczką bardzo się sobie spodobali.
Wtedy Zosia zaczęła prosić wronę: — zaprowadź mnie do pałacu. To był napewno Janek i jego tam znajdę, bo on jeden tylko na świecie mógł być taki mądry i śmiały. —
— Łatwo to tak powiedzieć — odparła wrona. — Ale jak to zrobić? Muszę najpierw naradzić się z moją narzeczoną. A jeżeli ona się zgodzi, wszystko pójdzie dobrze. I wrona odleciała, prosząc Zosię, aby poczekała na nią.
Wrona wróciła dopiero o zmroku. — Rar, rar, wołała, oznajmiając swój powrót. — Przynoszę ci od mej narzeczonej pozdrowienia i mały chlebek, bo pewnie musisz być głodna. Powiedziała mi ona, że nie dostaniesz się od frontu do pałacu, bo bosej cię tam nie wpuszczą, ale nie płacz, poradzimy sobie. Narzeczona zna małą furtkę w ogrodzie pałacowym i boczne schody, do których klucz zabrałem ze sobą.
Zosia poszła za wroną do ogrodu przez wysokie szpalery drzew, z których spadały reszty zżółkłych liści. A gdy w pałacu jedne za drugiemi pogasły światła w oknach, zbliżyli się do małych drzwiczek, prowadzących na boczne schody.
O, jakże biło wtedy Zosi serce z niepewności i niecierpliwości. Zdawało się jej, że coś złego czyni, a przecież chciała tylko zobaczyć kochanego Janka. Chciała jak najprędzej zobaczyć jego mądre oczy, usłyszeć głos i dowiedzieć się, jak się tu dostał. Wreszcie weszli na schody, gdzie z boku paliła się lampka; tam stała narzeczona wrony. — Mój ukochany mówił mi wiele dobrego o tobie — przemówił ptak. — Znam wzruszające twoje przygody. Weź więc tę lampkę i pójdźcie za mną, bo inaczej nie trafilibyście wśród ciemności.
— Zdaje mi się, że ktoś idzie za nami — powiedziała Zosia. Rzeczywiście coś się przemknęło koło nich, a były to cienie na ścianie, cienie koni z rozwianemi grzywami, dojeżdżaczów, panów i dam.
— To są sny — powiedziała wrona. — Przychodzą tu po nocy, aby śpiący ludzie lepiej się czuli, przeżywając wszystko jeszcze raz.
Wreszcie wszyscy troje weszli do pięknej sali, gdzie ściany były pokryte różowym atłasem. Tutaj sny ich wyprzedziły, a płynęły tak szybko w powietrzu, że nie można było za niemi nadążyć. Następne pokoje były jeszcze piękniejsze, aż wreszcie weszli do jednego, gdzie zdawało się, że panuje sam sen. Sufit był tam pokryty jakby liśćmi palmowemi z kosztownego, przezroczego szkła, a od nich zwieszały się na złotych prętach dwa łoża w kształcie kielichów lilji.
Jedno z nich było białe i w tem spała księżniczka, w drugiem zaś czerwonem powinien był spać Janek. Zosia zbliżyła się do czerwonego łoża, dostrzegła na poduszce jasną głowę i opaloną szyję i będąc pewna, że to Janek, zawołała go głośno po imieniu i przybliżyła mu do twarzy lampkę.
W tej chwili sny spłoszone uciekły, śpiący się obudził i dziewczynka zobaczyła, że to nie Janek. Zosia się przeraziła, a tymczasem księżniczka wyjrzała też ze swego łoża i zapytała, co się stało. Więc Zosia opowiedziała im wszystko, wstawiając się za wronami.
— O, biedne maleństwo! — powiedzieli na to oboje, pochwalili potem wrony, obiecując je nagrodzić za taki dobry uczynek. Książę ustąpił jej swego łoża i za chwilę Zosia zasnęła smacznie, bo sny wróciły znów do pokoju. Tylko teraz wyglądały one niby aniołowie, ciągnący małe saneczki, gdzie siedział Janek. Tak sny czuwały nad Zosią do rana, dopóki się nie obudziła.
Następnego dnia odziano ją od stóp do głów w bogate suknie, i proszono ją o pozostanie w zamku, ale Zosia poprosiła tylko o wózek z końmi i parę ciepłych trzewiczków, aby mogła pojechać dalej, szukając Janka. I dostała Zosia ciepłe trzewiczki i ubranie, a gdy wyszła z pałacu, czekała już na nią piękna, złota karetka. Herby książęce świeciły na drzwiczkach, a woźnica, lokaj i foryś mieli na czapkach małe złote korony.
Księstwo odprowadzili ją do powozu. Wrony, które zdążyły się już pobrać, żegnały ją także. Młoda małżonka usiadła na schodach i długo trzepotała skrzydłami, a jej mąż odprowadził powóz całe trzy mile aż do najbliższego lasu, zataczając kręgi nad pustemi, jesiennemi polami i kracząc na całe gardło.

5. CÓRECZKA ROZBÓJNIKÓW.

Kareta wjechała w ciemny las, a ponieważ była cała pozłocista, świeciła daleko na mrocznej drodze leśnej. Dlatego wpadła niedługo w oczy rozbójnikom, którzy tam czatowali na przejezdnych. — Ależ to czyste złoto jedzie nam w ręce — pomyśleli, wypadli z gąszczu, pozabijali sługi i wyciągnęli Zosię przelękłą z karety. — Patrzcie, jaka czyściutka i tłusta, jakby ją orzechami karmiono — powiedziała stara rozbójniczka, która miała twarz pełną szczeciniastych brodawek i wielkie, zwisające brwi.
— Dobra jesteś, jak małe, pulchne jagniątko — rzekła dalej — zaraz cię spróbujemy. — I baba wyciągnęła z za pasa lśniący nóż, lecz w tej chwili krzyknęła boleśnie. Jej własna, zamorusana córeczka, którą niosła w płachcie na plecach, ugryzła ją w ucho.
— Cóż to znowu, obrzydliwe stworzenie! — zawołała stara, odwracając się i odkładając nóż.
— Ona będzie się ze mną bawiła — zawołała córka. — Niech mi tylko odda swoje piękne suknie i trzewiczki. I będzie spała ze mną razem — i mała znów ugryzła matkę tak, że ta aż podskoczyła w górę i zaczęła się z nią kręcić w kółko, a rozbójnicy śmieli się i wołali: patrzcie, jak stara tańczy ze swoim skarbem.
— Chcę jechać karetką — zawołała mała i musiano znów spełnić jej wolę, bo była bardzo rozpieszczona i uparta. Zosia wsiadła z nią razem i wszyscy udali się jeszcze głębiej w las. Córka rozbójniczki była wzrostu Zosi, była tylko silniejsza, ogorzała i miała czarne, duże oczy. Teraz objęła nagle dziewczynkę w pół i powiedziała: — nie zabiję cię, dopóki się z tobą nie pogniewam. Jesteś pewnie księżniczką? — Nie, odparła Zosia i opowiedziała jej wszystko od początku.
A wtedy mała rozbójniczka otarła jej oczy i powiedziała, że jej nie zabije nawet wtedy, gdy będzie rozgniewana.
Tymczasem kareta się zatrzymała, bo była już na podwórzu rozbójniczego zamku.
Zamek był w ruinie, latały nad nim kruki i wrony, a na powitanie ludzi wypadły ogromne buldogi, szczerzą zęby w milczeniu, bo oduczono ich szczekania.
W dużej, starej, opustoszałej sali paliło się wielkie ognisko pośrodku kamiennej podłogi, dym wychodził sufitem; nad ogniem wisiał kocioł z zupą, a obok na rożnach piekły się zające i króliki.
— Musisz spać razem ze mną i z moim ulubieńcem — powiedziała Zosi córka rozbójniczki. I gdy się napiły i najadły, zaprowadziła ją w kąt, gdzie leżała słoma, nakryta derkami. Obok na deskach i drągach siedziały różne gołębie, które drzemiąc, poruszyły się cicho, gdy dziewczynki nadeszły. — Wszystkie są moje — powiedziała mała rozbójniczka. — A tutaj stoi mój najmilszy — dodała, ciągnąc za sznur, który był uwiązany do ciężkiej, żelaznej obroży na szyi dużego rena. — Musi być przywiązany, bo inaczej uciekłby. — Potem rozbójniczka położyła się spać z Zosią, ale przedtem wzięła do ręki ostry nóż. Czy chcesz z nim spać? — zapytała dziewczynka. — Śpię zawsze z nożem, bo niewiadomo, co się może zdarzyć, ale opowiedz mi lepiej o swych przygodach.
Więc Zosia opowiadała jej dalej, a niektóre gołębie gruchały cicho przez sen. Wreszcie mała rozbójniczka zasnęła, obejmując szyję Zosi. Lecz ta nie mogła zasnąć, bo nie wiedziała, co się z nią stanie. Rozbójnicy siedzieli wokół ognia, pijąc i śpiewając, a stara rozbójniczka chrapała głośno.
Nagle odezwały się gołąbki: — Grr... grr... widziałyśmy małego Janka. Biała kurka niosła jego sanki, a on sam siedział w pojeździe królowej śniegów, który unosił się nad lasem, gdyśmy spały w gnieździe. Wtedy mroźny wiatr zadął na nas, brać gołębią, i wszystkie zmarzły prócz nas dwóch.
— Co tam mówiono wtedy w górze, dokąd jechała królowa śniegów? — pytała Zosia.
— Prawdopodobnie jechała do Laponji, bo tam zawsze króluje śnieg i lód. Zapytaj o to rena, on będzie wiedział najlepiej.
— Tam jest dużo śniegu i lodu i dlatego to kraj wspaniały — wtrącił z zachwytem ren. — Cudnie tam jest w szerokich, lśniących dolinach. Królowa śniegów ma tam swój letni pałac, a pałac jej zimowy jest jeszcze dalej, na samym biegunie.
— O, Janku, mały Janku! — westchnęła Zosia.
— Śpijże cicho, bo cię skaleczę — zawołała w tej chwili obudzona rozbójniczka, i zwierzęta straciły ochotę do rozmowy.
Nazajutrz opowiedziała Zosia małej rozbójniczce wszystko, co jej mówiły gołębie i ren, a ta potrząsnęła głową. To wszystko jedno, wszystko jedno. — A ty, czy wiesz gdzie jest Laponia? — zapytała rena.
— Jakżebym nie wiedział! — odpowiedziało zwierzę i oczy mu się zaiskrzyły. — Tam się urodziłem i wychowałem. Tam się nabiegałem po śnieżnych polach.
— Słuchaj — rzekła wtedy rozbójniczka do Zosi — jak widzisz, ludzie już poszli, ale matka pozostanie, tylko przed południem ma zwyczaj pociągnąć sobie z dużej butli, a wtedy rozpoczyna drzemkę. Wtedy coś dla ciebie zrobię.
I rzeczywiście, gdy stara rozbójniczka zasnęła, córka jej przywołała rena i zapytała: Czy potrafisz zanieść szybko tę małą dziewczynkę do Laponji? Musiałeś słyszeć pewno, co opowiadała wczoraj? — Ren aż podskoczył z uciechy, a mała rozbójniczka przywiązała mu na grzbiecie poduszeczkę, oddała Zosi jej futrzane trzewiczki i ciepłe suknie i posadziła ją na rena. Zosia płakała z radości. — No, nie maż się, a lepiej weź te chleby i szynkę, abyś nie zagłodniała. I rozbójniczka otworzyła drzwi, przywołała psy do siebie i przecięła nożem sznur, wiążący rena. Biegnij teraz — dodała i popędziła go sznurem, — a uważaj na małą dziewczynkę. Zosia zdążyła uścisnąć ją jeszcze za rękę, a potem ren popędził jak strzała przez bagna i równiny. Naokoło wyły wilki i krakały wrony. Puf, puf, strzelało na niebie i tryskał stamtąd ogień.
— To moja stara zorza północna — powiedział ren — patrz, jak błyszczy. I pobiegł jeszcze prędzej. Biegł dnie, biegł noce. Wreszcie, kiedy już chleby i szynka były zjedzone, stanął z Zosią w Laponji.

6. LAPONKA I FINKA.

Ren zatrzymał się przed niewielkim domkiem, wyglądającym dość ubogo. Dach sięgał prawie ziemi, a wejście było tak nizkie, że wchodzić trzeba było prawie na czworakach. Wewnątrz była tylko stara Laponka, która siedziała przy lampie z tranu i jej opowiedział ren historję Zosi. Przedtem jednak wtrącił coś z dumą o własnem pochodzeniu, bo to uważał za najpilniejsze.
— O, biedne stworzenie! — zawołała kobieta. — Przecież musicie jeszcze dalej wędrować. Musicie się dostać o sto mil stąd na granicę Finlandyi, bo tam mieszka królowa śniegów i pali co wieczór bengalskie ognie. Napiszę wam parę słów na suszonym sztokfiszu, które tam oddacie pewnej Fince, mojej znajomej, a ta już wam powie, jak postąpić będzie można.
I skoro się Zosia nieco ogrzała, Laponka wręczyła jej list sztokfiszowy i przywiązała dziewczynkę z powrotem do rena, który ruszył galopem.
— Huk, puk! — wybuchały ciągle pod niebem kolorowe ognie zorzy północnej, ren pędził całą noc, aż wreszcie przybiegł do Finlandji, gdzie trzeba było zapukać w komin, wskazanego przez kobietę domu, bo nie miał on drzwi.
Wewnątrz było tak gorąco, że gospodyni Finka siedziała zupełnie naga. Była ona maleńka i usmolona. Przedewszystkiem rozebrała Zosię i zdjęła jej ciepłe trzewiki, a renowi dla ochłody położyła kawałek lodu na głowie. Potem Finka zabrała się do czytania listu. Przeczytała trzykrotnie, a gdy już zapamiętała dobrze, włożyła go do kotła, gdzie się gotowała zupa. A wtedy ren opowiedział jej swoją, a później Zosi historję, a Finka przez ten czas błyskała sprytnemi oczkami.
— Jesteś bardzo mądra — mówił jej ren — potrafisz wiatry wiązać jedną nitką i czynić pogodę lub burzę, czyż więc nie możesz pomódz tej maleńkiej i dać jej napój, aby uzyskała siłę dwunastu mężów i zwyciężyła królowę śniegów? — Tak, siła dwunastu mężów jest wielką — odrzekła Finka, poszła do kąta, rozwinęła wielką skórę, zapisaną tajemnemi literami i czytała tak pilnie, aż jej pot ściekał z czoła. A ren tymczasem prosił dalej i Zosia patrzyła na nią błagalnemi oczami, aż wreszcie Finka zawołała rena w kąt i powiedziała mu na ucho, kładąc świeży lód na głowę zwierzęcia:
— Mały Janek czuje się u królowej śniegów dobrze, bo wpadły mu do ucha i serca dwa ździebełka złego szkła. Nic się nie poprawi, dopóki Janek tych szkiełek się nie pozbędzie.
— Ale czyż nie może mu w tem Zosia pomódz, czyż nie chcesz jej dodać sił do tego? — pytał ren.
— Większej siły dać jej nie mogę — odparła kobieta. — Czyż nie widzisz, jak już jest silną? Jej, małej dzieweczce, służą ludzie i zwierzęta. Cała potrzebna siła leży w jej serduszku. O dwie mile stąd zaczyna się ogród królowej śniegów; zanieś tam Zosię i zostaw ją przy krzaku, pokrytym czerwonemi jagodami, a sam wracaj zaraz.
Więc Zosia siadła na rena, a ten popędził z całych sił. Nagle Zosia spostrzegła, że w pośpiechu nie wzięła ciepłych trzewików i rękawiczek. Mróz szczypał porządnie, ale ren nie chciał zawracać i trzeba było marznąć. Wreszcie dotarli do krzaku z czerwonemi jagodami. Tam Zosia zsiadła mu z grzbietu, pocałowała go w pyszczek, a zwierzę, jak człowiek, rozpłakało się z żalu.
Ren zawrócił, już go nie było widać, a Zosia została boso i bez rękawiczek, sama wśród pustej fińskiej równiny.
Wtedy pobiegła przed siebie, jak mogła najprędzej, a na jej spotkanie niewiadomo skąd, posypały się płatki śniegowe. Ale nie były to zwykłe płatki. Przybierały one różne, straszne postacie, rosły i olbrzymiały, bo były to straże królowej śniegów, broniące dostępu do jej ogrodu. Więc Zosia wystraszona zaczęła mówić „Ojcze nasz“. Oddech, wychodzący z jej ust, marzł na powietrzu i w miarę, jak gęstniał, tworzyły się z niego postacie małych aniołków z mieczami i tarczami. Aniołki te walczyły z strażami śniegu, a jednocześnie ogrzewały zziębłe nóżki i ręce dzieweczki, tak, że gdy skończyła modlitwę, szła spokojnie, nie czując mrozu.
A teraz zobaczymy, co porabiał Janek, który pewno nie myślał tymczasem wcale o dzielnej, poświęcającej się dla niego Zosi.

7. CO BYŁO W ZAMKU KRÓLOWEJ ŚNIEGÓW I CO SIĘ POTEM STAŁO.

Zamek królowej śniegów miał ściany śniegowe, a drzwi i okna tworzyła w nim nieustanna zadymka. Było tam mnóstwo sal, a największa miała wiele mil długości. Wszystko oświecała zorza północna, a było tam strasznie pusto i zimno. Nie było tam ani ciężkich śladów łap niedźwiedzich, jakie widać około opuszczonych, północnych chat. Nie prowadziły tam nigdzie ostrożne ślady białych lisów, które ledwo od śniegu odróżnić można. Promienie zorzy świeciły tylko nieprzerwanie, spokojnie, prawidłowo, tak, że można było każdą smugę policzyć osobno. W środkowej sali stało wielkie, zamarznięte jezioro, potrzaskane w tysiące kawałeczków, z czego tworzyła się jakby ogromna łamigłówka klockowa.
Pośrodku jeziora zasiadała królowa śniegów, gdy była w domu; mówiła wtedy, że siedzi pośród luster rozsądku, co jej sprawiało największą przyjemność.
Teraz był tam tylko Janek, ale jakże niepodobny do dawnego. Siny, prawie czarny z zimna, nie czuł jednak tego, bo pocałunek królowej pozbawił go czucia, układał uważnie ostre bryłki lodu w różne figury, układał ciągle i mozolnie, a serce lodowate, które miał, kazało mu upatrywać w tej zabawie najmądrzejszą pod słońcem rozrywkę. Janek z figur układał litery, a miały one utworzyć słowo — wieczność, — bo królowa obiecała mu, jeśli tego dokaże, podarować cały świat i w dodatku parę nowych saneczek. Ale słowo dotąd się jakoś nie złożyło.
Królowa odleciała teraz do cieplejszych krajów. Muszę dojrzeć tam moich garnków, — mówiła na odjezdnem mając na myśli wulkany Etnę i Wezuwjusza. — Muszę je trochę pobielić.
Janek więc siedział teraz sam śród ciszy lodowego pałacu.
I wtedy zdarzyło się, że Zosia weszła do pałacu, a na jej wejście z modlitwą na ustach, uciszyły się wiatry i śnieżyce. Zosia dostrzegła Janka, pobiegła do niego, objęła za szyję i zawołała: Janku drogi, kochany Janku! Wreszcie cię znalazłam!
Lecz Janek ani się poruszył. Wtedy Zosia zapłakała, a łzy jej padły zmarzłemu na pierś, przeniknęły do lodowatego serca i spłukały odrobinę djablego szkła. Janek spojrzał teraz na Zosię, a ta zaśpiewała:

„Różyczki kwitną i wonieją,
Dzieciom się młode serca śmieją“.

A wtedy i Janek zapłakał, ze łzami wypłynęło mu szkiełko z oka, bo były to łzy szczęścia.
Płacząc, Janek wykrzyknął uradowany: Zosiu, maleńka Zosiu! Gdzieś tak długo była? Potem chłopiec obejrzał się wkoło. Jak tu mroźnie — rzekł i przytulił się do Zosi, a ta śmiała się i płakała z radości.
Było to tak wesołe, że nawet kawałki lodu zaczęły skakać, gdy zaś się uspokoiły, ułożyły się w upragniony przez Janka wyraz.
Zosia pocałowała go jeszcze raz w czoło, a Janek nie mógł znaleźć słów z uciechy. Teraz mogła nawet wrócić sama królowa, bo słowo wolności Janka było już ułożone.
Potem dzieci udały się w drogę. Gdy przybyły do krzewu z czerwonemi jagodami, stał tam już ren z drugim, młodym, a ten poczęstował oboje ciepłem mleczkiem, bo była to pani renowa.
Janek z Zosią wrócili do Finki, potem do Laponki, reny je wiozły aż do krańców swego kraju. A za niemi świergotały już ptaki, pączki ukazały się na drzewach, zaś z pomiędzy nich wyjechała na pięknym koniu młoda rozbójniczka z pistoletami za pasem.
— Ładny z ciebie kawaler, że trzeba za tobą biegać aż na koniec świata — powiedziała do Janka. Zosia zapytała ją o księcia i księżniczkę. — Wyjechali do dalekich krajów — odparła rozbójniczka. — A co się stało z wronami — pytała dziewczynka dalej. I dowiedziała się, że mąż wrony umarł, a wdowa dotąd nosi czarną opaskę na nodze na znak żałoby. — A teraz opowiedzcie mi swoje przygody — dodała rozbójniczka. Dzieci opowiedziały jej o lodowych krainach.
Potem Zosia i Janek pożegnali ją i szli sobie dalej śród kwitnących drzew i śpiewających ptaków. Dzwony jakieś dzwoniły, a dzieci poznały ich głosy. Oto już wieże ich miasta. Dzieci poszły ulicą do mieszkania babci, gdzie wszystko było tak, jak dawniej, zegar szeptał: tik-tak — posuwając wskazówki.
Dopiero, gdy dzieci weszły do pokoju, zobaczyły, że są dorosłymi ludźmi, tak długo trwały ich przygody. Róże na dachu znów kwitły, oboje usiedli na swych krzesełkach dziecinnych i wzięli się za ręce. Wszystko, co było, wydało im się dalekim, ciężkim snem. Bo teraz babka, siedząc w słońcu, przeczytała im głośno z biblji:
— Jeśli nie będziecie, jako dziatki niewinne, nie dostaniecie się do królestwa Bożego.
Więc Janek i Zosia spojrzeli sobie w oczy i pojmując, co mówiła biblia, zanucili:

„Różyczki kwitną i wonieją,
Dzieciom się młode serca śmieją“.

I tak siedzieli oboje jak dzieci, choć już byli dorośli, a naokoło było lato, ciepłe, cudne lato...

Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena koniec rozdziału.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Aleksander Szczęsny.