Strona:Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Zdaje się, że już wypadło — powiedział jej Janek, ale się mylił. Były to właśnie dwa kawałki czarodziejskiego zwierciadła, które dostały się mu do oka i do serca. I dlatego serduszko biednego chłopca zamieniło się natychmiast w bryłkę lodu.
— Dlaczego płaczesz? — zapytał po chwili Zosię, — tak ci z tem brzydko. To mi się nie podoba. Fe, — dodał chłopiec nagle — jakież te róże brzydkie! Jedną z nich zupełnie zjadły robaki. Są równie marne, jak i skrzynki, w których rosną. — I Janek kopnął krzaczek nogą i złamał dwie najniżej rosnące różyczki.
— Co robisz, Janku? — zawołała Zosia. A Janek, gdy dostrzegł jej przerażenie, ułamał jeszcze jedną różę i, cisnąwszy ją na ulicę, uciekł do swego mieszkania.
Później, gdy zaczęli oglądać książkę z obrazkami, Janek szydził z takiej zabawy, dobrej dla małych dzieci, a gdy babka co opowiadała, przeczył jej we wszystkiem. To znów stawał za nią, wdziewał jej okulary i przedrzeźniał jej ruchy i mowę. Wkrótce zaczął tak udawać wszystkich ludzi, spotykanych na ulicy. Śmiano się z tego z początku, lecz gdy Janek zaczął w ten sposób wyszydzać wszystko, co się komu złego lub przykrego przytrafiło, ludzie powiedzieli, że chłopiec nabiera brzydkich przyzwyczajeń. A jednak nie on był winien temu, lecz owe dwie okruszyny czarodziejskiego szkła, tkwiące mu w sercu i oku. Doprowadziły one Janka do tego, że zaczął nawet dokuczać małej Zosi, która go z całego serca kochała.
Zabawy Janka stały się teraz inne. Nie chciał już bawić się spokojnie ze swą towarzyszką. Uganiania się i bijatyki z chłopcami na ulicy więcej go pociągały. Pewnego zimowego dnia,