Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II

Julian urządził w Konstantynopolu pochód bachiczny. Siedząc na wozie zaprzężonym w dwa muły białe, trzymał w jednej dłoni tyrs złoty, z symbolem płodności — szyszką cedrową na wierzchu, w drugiej zaś czarę spowitą w bluszcz. Promienie słońca, padając w głąb tej czary kryształowej, napełniały ją światłem po brzegi, jak winem. Obok rydwanu kroczyły oswojone pantery, przywiezione z wyspy Serendiby. Bachantki śpiewały, uderzając w tympanony i potrząsając płonącemi pochodniami, a przez obłoki dymu widać było młodzieńców z rogami faunów na czole, nalewających ze dzbanów wino w puhary. Potrącali się ze śmiechem, i nieraz płyn rubinowy, omijając puhar, padał na krągłe obnażone ramię bachantki, rozpryskując się w mnóstwo kropelek. Na ośle ciągniono otyłego starca, skarbnika nadwornego, wielkiego łotra i kubaniarza, który doskonale grał rolę Sylena.
Bachantki śpiewały, wskazując młodego ccsarza:
„W obłoku wiecznie błyszczącym
Zasiadasz, Bachusie błogi...”
Tysiące głosów podchwyciły pieśń z „Antygony” Sofoklesa

Zstąp do nas, o Zeusa dziecię!
Zstąp do nas, boże, przywódco
Chórów namiętnie rozgłośnych,
Świateł, płonących w noc ciemną!
Z hałasem, pieśniami, krzykiem
I z tłumem dziewcząt szalonych,
Co, rozognione, w zachwycie
Pląsem bachicznym czczą ciebie,
Zstąp do nas, radosny boże!

Wtem Julian usłyszał śmiechy, pisk kobiecy i drżący głos starca:
— A, śliczna turkaweczko!
To ofiarnik, jowialny staruszek, uszczypnął w łokieć obnażony dorodną bachantkę. Julian zmarszczył brwi i przywołał starca, który nadbiegł w podskokach, kulejąc.
— Przyjacielu, — szepnął mu Julian do ucha — chciej zachowywać godność, odpowiednią do twego wieku i stanowiska.
Ale ofiarnik spojrzał nań takim bezmyślnym wzrokiem, że Julian mimowoli zamilkł.
— Jam człek prosty i nieoświecony, i pozwolę sobie odpowiedzieć Waszej Cesarskiej Mości, że nie znam się na filozofii, ale bogów szanuję. Zapytaj kogo chcesz: za najcięższych prześladowań od chrześcijan byłem im zawsze wierny. Ale też, che-che-che — gdy zobaczę ładną dziewczynę... krew się we mnie burzy... Stary kozioł ze mnie...
Dostrzegłszy niezadowolenie na twarzy cesarza, urwał, spoważniał, i mina jego przez to stała się jeszcze głupszą.
— Co to za jedna ta młoda dziewczyna? — zapytał Julian.
— Ta, która niesie na głowie naczynia święte?
— Tak.
— Hetera z Chalcedońskiego przedmieścia.
— Jak to! Pozwoliłeś zalotnicy dotknąć nieczystemi rękoma naczyń, poświęconych bogu!
— Ależ, boski Auguście, sam ten pochód nakazałeś! Kogóż wziąć? Wszystkie szlachetne niewiasty są galilejkami. A przytem... żadna z nich nie zgodziłaby się występować pół nago...
— Więc wszystkie one są...
— Nie, nie wszystkie! Co znowu! Są tu i ładne tancerki, i tragiczki, i dziewczyny z hipodromu. Patrz, jakie to wesołe i nie ma fałszywego wstydu. Ludowi to się podoba, możesz mi wierzyć! Tego mu właśnie potrzeba. A otóż i patrycyuszka...
Była to stara panna chrześcijanka, szukająca męża. Na jej głowie wznosiła się peruka w kształcie szyszaka, „galerion,” z modnych w owe czasy włosów germańskich, pudrowanych złotem. Cała w drogich kamieniach, jak bożyszcze wschodnie, wystawiała skórę tygrysią na swej piersi zwiędłej, wyschłej, bezwstydnie wyróżowanej, i uśmiechała się wyzywająco.
Julian począł się z niesmakiem przyglądać uczestnikom poohodu.
Skoczkowie na linie, legioniści pijani, kobiety rozpustne, jeźdźcy cyrkowi, gimnaści, zapaśnicy, mimicy swawolili dokoła niego.
Pochód doszedł do rogu ulicy. Jedna z bachantek wbiegła do szynku, zionącego wstrętną wonią ryb i zjełczałego tłuszczu, a wyniósłszy stamtąd placuszków tłustych za trzy obole, poczęła jeść chciwie, oblizując się. Skończywszy, otarła ręce o jedwabną szatę szkarłatną, daną jej na uroczystość ze skarbca cesarskiego.
Chór Sofoklesowy znudził się wkrótce, ochrypłe głosy rozpoczęły z zapałem jakąś piosnkę uliczną. Wszystko to zaczęło Juliana wstrętem przejmować. Pijany Celt potknął się i przewrócił. Towarzysze jęli go podnosić. W tłumie schwytano dwu złodziejów, odgrywających doskonale rolę starożytnych faunów. Ci zaczęli się bronić. Wynikła bójka. Z całego orszaku tylko pantery zachowały wdzięk i powagę.
Wreszcie zbliżano się do świątyni, i Julian zeszedł z wozu.
— Mam więc stanąć przed ołtarzem Dyonizosa w otoczeniu całej tej zgrai? — myślał.
Chłód odrazy przebiegał mu po ciele. Patrzał na postaci zezwierzęcone, wyczerpane rozpustą, z wyglądem trupim pomimo uróżowania, na przykrą nagość ciał, wycieńczonych anemią i postami, grozą gehenny chrześcijańskiej i skrofułami. Zdawała się zalatywać od nich atmosfera lupanarów i szynków. Oddech tłumu, cuchnący zgniłą rybą i kwaśnem winem, bił mu w twarz przez dymy kadzideł. Ze wszystkich stron wyciągano ku niemu pergaminowe z prośbami.
— Obiecano mi miejsce w twoich stajniach... Wyparłem się Chrystusa, i nic mi nie dano...
— Nie opuszczaj nas, boski Auguście! okaż nam swoją opiekę!... Wyrzekliśmy się wiary ojców, ażeby się przypodobać tobie. Jeżeli ty nas odtrącisz, do kogóż się udamy?
— Dostaliśmy się w pazury czarcie — jęknął ktoś z rozpaczą.
— Milcz, durniu! czego się drzesz? — zakrzyczeli go inni.
Chór przytłumił te głosy:

— Z hałasem, pieśniami, krzykiem
I z tłumem dziewcząt szalonych,
Co, rozognione, w zachwycie
Pląsem bachicznym czczą ciebie,
Zstąp do nas, radosny boże!

Julian wszedł do świątyni i patrzał na marmurowy posąg Dyonizosa. Oczy jego wypoczywały po szkaradzie ludzkiej na dumnych, czystych konturach ciała boskiego. Nie dostrzegał więcej ludzi; zdawało mu się, że jest sam, niby człowiek śród stada bydląt.
Cesarz przystąpił do składania ofiary. Lud patrzał ze zdumieniem, jak cesarz rzymski, Pontifex Maximus, w żarliwości religijnej wykonywał pracę niewolników: łupał drwa, znosił gałęzie, czerpał wodę, czyścił ołtarz, popiół wygarniał, rozdmuchiwał ogień.
Skoczek na linie rzekł szeptem do sąsiada:
— Patrz, jaki czynny! O, ten kocha swych bogów.
— Dalibóg, — odparł zapaśnik w przebraniu satyra, prostując koźle rogi na czole — niejeden mniej kocha ojca i matkę, niż on swoich bogów.
— Patrzcie, — śmiał się z cicha ktoś inny — jak nadyma policzki, chcąc ogień rozniecić! Dmuchaj sobie, dmuchaj — nie rozpali się! Za późno!... Zgasił go twój wujaszek Konstantyn...
Buchnął płomień, oświetlając oblicze cesarza.
Umoczywszy kropidło święte z włosia końskiego (aspergillum) w płaskiem naczyniu srebrnem — paterze, Julian pokropił tłum wodą ofiarną. Wielu się skrzywiło, inni zadrżeli, uczuwszy zimne krople na twarzy.
Po ukończeniu całego obrzędu, Julian przypomniał sobie, że przygotował rozprawę filozoficzną dla tłumu.
— Ludzie! — przemówił — bóg Dyonizos jest początkiem wielkiej wolności serc waszych. Dyonizos kruszy wszelkie łańcuchy, drwi z możnych, wyzwala niewolników...
Ale tu arcykapłan spostrzegł na twarzach słuchaczów takie osłupienie i takie nudy, że słowa zamarły na ustach, a śmiertelna odraza ku ludzkości ogarnęła mu serce. Dał znak kopijnikom, ażeby go otoczyli.
Tłum rozproszył się niezadowolony i zawiedziony.
— Idę zaraz do kościoła ze skruchą! Może mi będzie odpuszczone! — mówił jeden z faunów, zdzierając gniewnie przyprawioną brodę i rogi.
— Nie było za co gubić swej duszy! — zauważyła oburzona ladacznica.
— Co komu do twojej duszy!... nikt za nią nie da trzech obolów.
— Oszukańcy! — ryczał pijak: — ledwie wąsy umoczyć dali. Dyabły przeklęte!...
W skarbcu świątyni cesarz obmył twarz i ręce, zdjął wspaniały strój Dyonizosa i przywdział skromną tunikę białą pitagorejczyków. Słońce zachodziło. Czekał, aż mrok zapadnie, ażeby niepostrzeżenie dostać się do pałacu.
Tylnemi drzwiami świątyni wyszedł Julian do świętego gaju Dyonizosa. Tylko brzęczenie pszczół i szmer strumienia mąciły tu ciszę.
Rozległy się kroki, na które Julian odwrócił głowę. Był to jego przyjaciel, jeden z ulubionych uczniów Maksyma, młody lekarz z Aleksandryi, Orybazy.
Szli obok siebie po wązkiej ścieżynie. Słońce przenikało przez szerokie złocone liście winogradu.
— Patrz, — mówił Julian z uśmiechem — jeszcze wielki Pan żyje tutaj.
A potem dodał ciszej, spuszczając głowę:
— Widziałeś, Orybazy?
— Tak jest — odpowiedział lekarz. — Ale kto wie, czy to nie twoja własna wina, Julianie! Czegóż mogłeś się spodziewać?
Cesarz milczał.
Doszli do opanowanych przez bluszcze ruin. Była to zapewne niegdyś mała świątyńka Sylena. Zwaliska leżały w gęstej trawie; tylko jedna kolumna się ostała z kunsztownym kapitelem, podobnym do lilii białej, na którym, konały ostatnie słońca promienie.
Siedli na płytach, wchłaniając balsaminną woń mięty, rumianku i piołunu. Julian odgarnął trawy i, wskazując potłuczoną starą płaskorzeźbę, wyrzekł:
— Oto czego się spodziewałem, Orybazy!
W płaskorzeźbie wyobrażona była staroheleńska „Theoria” — świąteczna procesya Ateńczyków.
— Oto czego chciałem — tego piękna! Dlaczego ludzie codzień stają się szpetniejsi? Gdzie się podzieli ci starcy do bogów podobni, mężowie dzielni, dumni młodzieńcy, niewiasty czyste w białych powiewnych szatach? Gdzie się podziała ta moc, ta radość? Galilejczycy! Galilejczycy! cóżeście uczynili z nimi?...
Pełnemi bezbrzeżnego smutku i miłości oczyma spoglądał na płaskorzeźbę, rozchylając wysokie trawy.
— Julianie? — zapytał z cicha Orybazy, — Czy ty wierzysz Maksymowi?
— Wierzę...
— We wszystkiem?
— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Julian, podnosząc na niego oczy ze zdziwieniem.
— Zawsze mi się zdaje, Julianie, że cierpisz na tę samą chorobę, co i twoi wrogowie chrześcijanie.
— A tą jest?
— Wiara w cuda.
Julian potrząsnął głową.
— Jeżeli niema ani cudów, ani bogów, tedy całe moje życie jest szaleństwem... Nie, nie mówmy o tem. I nie sądź mnie zbyt surowo za moją miłość ku obrzędom i wróżbom starożytnym. Nie wiem, jak ci się wytłómaczyć. Stare naiwne pieśni wzruszają mnie do łez. Wolę wieczór niż rano i jesień aniżeli wiosnę. Kocham wszystko, co ulata... nawet woń więdnących kwiatów... Cóż robić, przyjacielu! Tak mnie stworzyli bogowie. Ten cichy smętek, ten zmierzch złoty i czarodziejski są dla mnie niezbędne. W odległej starożytności było coś niewymownie pięknego i powabnego, czego już nigdzie indziej nie znajduję, jakaś poświata zachodzącego słońca na pożółkłym ze starości marmurze. Nie pozbawiaj mnie szalonej miłości ku temu, czego już niema. Wszystko, cokolwiek było, i piękniejszem jest od tego, co jest. Wspomnienie większą ma władzę nad moją duszą, niżeli nadzieja...
Julian zamilkł i w zamyśleniu, z czułym uśmiechem, spoglądał w dal, wspierając głowę o wysmukłą kolumnę, której kapitel przypominał smutną lilię białą. Blask słońca zagasł już na niej.
— Mówisz jak poeta — odparł Orybazy. — A marzenia poety są niebezpieczne dla tego, w czyich ręku są losy świata. Ten, który rządzi ludźmi, czyż nie powinien być czemś więcej niż poetą?
— A czemże wyższem być można?
— Twórcą nowego życia.
— Nowego, nowego! — wykrzyknął Julian. — Zaprawdę, ta wasza nowość przeraża mnie chwilami! Wydaje mi się zimną i twardą, jak śmierć. Powiadam ci: serce moje lgnie ku temu, co stare. Galilejczycy również poszukują ciągle nowości, depcząc dawne bożyszcza. Wierz mi, nowość istnieje tylko w tem co stare, ale się nie starzeje, co zmarło, a nieśmiertelne, co pohańbione — a piękne!
Wstał, wyprostował się, z twarzą bladą a dumną, z oczyma błyszczącemi.
— Oni myślą, że Hellada umarła! I ze wszech stron świata czarne mnichy rzucają się jak kruki na jej marmurowe ciało i szarpią je, jak padlinę, kracząc radośnie: „Hellada umarła!” Ale Hellada umrzeć nie może! Hellada żyje tu — w naszych sercach! Hellada — to boska piękność człowieka na ziemi. Uśpioną jest tylko, a gdy się przebudzi — wtedy biada czarnym krukom Galilei!
— Julianie, — szepnął Orybazy — trwoga mnie przejmuje o ciebie... Podjąłeś zadanie do spełnienia niemożliwe... Kruki nie rozszarpią żywego ciała, a umarli nie zmartwychwstają... Cesarzu, cóż, jeżeli cud się nie spełni?
— Nie obawiam się niczego. Moja zguba będzie tryumfem moim! — zawołał cesarz z takiem rozpromienieniem radości na młodzieńczej twarzy, że Orybazy zadrżał, jak gdyby cud miał się spełnić w istocie. — Chwała potępionym! Zwyciężonym chwała!
Nim jednakże zginę, — dodał z dumnym uśmiechem — będziemy walczyli jeszcze! Chciałbym, ażeby wrogowie moi byli godnymi mej nienawiści, nie zaś mej pogardy... Zaiste, kocham swych nieprzyjaciół, ponieważ mogę ich zwyciężać i uczuwać moc swoją! Noszę w sercu radość Dyonizosa! Starożytny tytan dźwiga się, kruszy swe łańcuchy — i oto jeszcze raz zapłonie na tej ziemi ogień Prometeusza! Tytan przeciw Galilejczykowi!... Idę dać ludziom wolność i wesołość taką, o jakich marzyć nie śmieli. Galilejczyku! panowanie twoje rozwiewa się, jako cień! Radujcie się, pokolenia i narody ziemi! Jestem zwiastunem życia, jestem wyzwolicielem, jestem... Antychrystem!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.