Jep Bernadach/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Pouvillon
Tytuł Jep Bernadach
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wydania 1905
Druk Jep Bernadach
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Jep
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Zamiast przedmowy.

Jep z licznymi towarzyszami swymi opuszcza Francyę jako więzień stanu. Setki, tysiące mu podobnych wygnanych do Afryki lub do innych kolonij karnych. Ilość ofiar, której wymagał porządek, zaprowadzony przez zamach stanu Ludwika Napoleona, jest nieznaną. Tak zwane »komisye mięszane«, ustanowione przez uzurpatora krzywoprzysięzcę, nie były nawet sądem administracyjnym; siepacze rozprawiali się z obrońcami konstytucyi bez »formalności«, bez protokołów, bez wyroków pisanych. Nie chciano nawet mieć świadków dla potomności, dla historyi.
Liczby ofiar nie znamy więc. Czyż przynajmniej można mieć pojęcie o tej liczbie z rozmiarów walki stoczonej, ze skuteczności i wytrwałości oporu przeciw zamachowi stanu? Skutecznym opór ten nie był, nietylko dlatego, że spiskowcy nie zostali zwycięscami, ale przedewszystkiem dlatego, że pomimo walki i ofiar licznych nie zostawił nawet śladu moralnego. Nazajutrz po zwycięstwie zbrojnem, Ludwik Napoleon mógł pochwalić się zwycięstwem moralnem. Prawie ośm milionów oświadczyło się za zamachem stanu, a wobec tego najlepsze umysły Francyi powiedziały sobie: stało się! Nawet George Sand radziła poddać się rzeczywistości i oczekiwać spokojnie jutrzenki nowej.
Wytrwałym, oporu tego w imieniu prawa i świętości woli narodowej także nazwać nie można. Rozstrzelone siły obrońców konstytucyi nie wytrzymały natarcia mniej licznej, ale planowo działającej szajki gwałcicieli ustawy krajowej. Po całym kraju rozległ się krzyk obrony wierzących w prawo i w wolę narodu, ale nigdzie nie umiano skupić sił przeciw awanturnikom i dekabrystom Bonapartego.
Prowincya liczyła na grody wielkie, a tym czasem Paryż, Lyon, Bordeaux i Marsylia odrętwiały w niemocy. Napróżno po miastach i miasteczkach wyczekiwano hasła z wielkich ognisk życia politycznego. W niejednej mieścinie przygotowywano się, by wyjść na spotkanie ruchu wielkomiejskiego, protestu Paryża, Marsylii, Lyonu i t. d.; już rozlegał się był szczęk broni szykujących się do oporu szeregów, ale tylko po to, by niebawem w niepokoju, zrodzonym przez ciszę grodów wielkich, zamrzyć z niemocy.
Na północy i na zachodzie w miastach fabrycznych, miały miejsce zbiegowiska, które władza wiarołomna bądź uśmiechem szyderczym, bądź brutalnością rozpędziła. W kilka dni po otrzymaniu wieści o zamachu stanu wszystko wróciło do stanu normalnego: tylko druga republika znikła i jeszcze jedna przysięga złamaną została.
Na wsi, im bliżej stolicy i miast wielkich, tem opór, stawiony zamachowi stanu, jest słabszy. Paryż i politycy stolicy zdenerwowali ludność okoliczną. We wszystkich okręgach przemysłowych, wieś usuwa się ze sceny wypadków i oddaje zarząd kraju w ręce awanturników — bez namysłu żadnego. Ale gdzie wieś zatrzymała swe życie naturalne, gdzie radowała się niebem i ziemią, gdzie zachowała swą dumę wytwórcy rolnego i swą butę społeczną, tam porwała się do broni, by odeprzeć napaść krzywoprzysięscy.
Na południu szczególnie, tysiące i dziesiątki tysięcy chłopów postanowiło bronić dzieła 1848 roku, bronić samorządu narodowego. Nie ma co mówić tam o tradycyi rewolucyjnej; obok ziem dawnego Dauphiné są tam kraje, jak wyrażano się dawniej — które na schyłku wieku XVIII cierpiały od terroru rewolucyjnego i szemrały przeciw wojnom napoleońskim. Jeżeli w grudniu 1851 ludność tych krajów chciała bronić republiki z 1848, nie kierowała się tradycyą wiekową, której nie posiadała, ale poszanowaniem dla prawa i wiarą w postęp stały, jaki obiecywały jej urządzenia samorządu narodowego. Jak w końcu XVIII wieku, ludność ta opierała się narzuconym z góry ideałom i wolała raczej federalizm żyrondystów, tak i w 1851 roku chciała ona odeprzeć porządek społeczny, który potomek Bonapartego krajowi narzucić usiłował.
Wieś francuska chciała walczyć z cezaryzmem, bo wierzyła w swoją zdolność do samorządu, bo chciała ciągłości rozwoju urządzeń, które sobie nadała w 1848 roku. Błękit nieba i powietrze przeźroczyste południa zdawały się same oskarżać zakradającą się zdradę mglistego cezaryzmu Ludwika Napoleona. Czupurność, krewkość, uśmiech naiwny i wesołość życiowa mieszkańców odrzucały precz mesyanizm bonapartystowski.
I nie trzeba sądzić, że pod słońcem południowem ludzkość nie lubi tajemniczości i mysteryj. Te ostatnie, by owładnąć duszą dzieci słońca, muszą mieć kontury jasne i kolory gorące. To też od 1849 roku szerzy się na południu gorączka tajnego stowarzyszania się w obronie republiki. Do związku należą nieraz całe wsie, prawie że całe powiaty. W jednym departamencie Herault miało być przeszło 50 tysięcy związkowych. Departamenty niższych i wyższych Pyreneów, Gard, Niévre, Var, Drôme i inne nie ustępowały pierwszemu w gorliwości. Zgodnie z duchem czasu obrońcy ustawy krajowej przyjęli romantyczne formy karbonaryzmu i tajemniczość wolno mularstwa. Po wsiach i miasteczkach składano przysięgę wierności konstytucyi z 48 roku:
— Czy przysięgasz bronić republiki demokratycznej i społecznej?[1]
— Przysięgam na Chrystusa.
— Czy przysięgasz zachować w tajemnicy sprawy związku i karać śmiercią zdrajców.
— Przysięgam na Chrystusa!
— Czy przysięgasz chwycić za oręż na znak dany przez wodzów twych i opuścić ojca, matkę, żonę i dzieci, by lotem przybyć na obronę wolności?
— Trzykrotnie przysięgam na Chrystusa!
Formy te różniły się nieco, stosownie do miejscowości. W Sewennach neofita z ręką na szabli zaklinał się: »Na to żelazo, symbol honoru, przysięgam uzbroić me ramię przeciw uciskowi politycznemu i religijnemu«.
Otóż »tajemnice« te działały na setki tysięcy ludu, a wodzami związku winni byli być prawowici kraju przedstawiciele: Zgromadzenie Narodowe i ministrowie przeciwni prezydentowi, podejrzywanemu o przygotowywanie zamachu stanu. Ale ludność wiejska, rozmiłowana w nowej konstytucyi republikańskiej, potrzebowała religii politycznej, by obronić ustanowiony porządek prawny, potrzebowała zaś jej tembardziej, że nie było ani zdolności politycznej, ani rozumu stanu w rządzącem stronnictwie republikańskiem. Czyż ta religia mogła zastąpić rozum polityczny? Nie! Z chwilą, gdy trzeba było walczyć, nie było wodzów. Tysiące dłoni wieśniaczych chwyciło za broń, za kosy, za cepy i nie znalazło nigdzie tych, których obowiązkiem było bronić ustawy krajowej.
Utalentowany autor powieści znakomicie uchwycił obraz szerzenia się myśli oporu, znakomicie ujął całość tej wiary w rozdziale »Barbés i Jezus Chrystus«, ale, zdaniem naszem, odebrał ruchowi wieśniaczemu jego oryginalność, przedstawiając rzemieślników małomiasteczkowych jako jedynych chorążych ruchu. Ci wędrowni apostołowie mieli swe znaczenie, ale wieś sama myślała i działała.
Były gminy, które całe wyruszyły, by walczyć o konstytucyę z 1848 roku. A walka była krwawa; były nawet zwycięstwa nad armią, którą bonapartyzm zwiódł aż do zdrady. Ilość walczących chłopów była poważną: nierzadko oddziały liczyły po kilka tysięcy ludzi. To oddziały włościańskie zachęciły miasteczka do oporu. Bez wodzów, bez kierownictwa, bez planu i bez nadziei zwycięstwa ruch ten zginął marnie. Wieś, której wiara w republikę została złamaną, z rozpaczy i przestrachu przeszła do bonapartyzmu.
Ruch ten nazwano żakieryą.[2] W samej rzeczy miał ruch ten w sobie i nienawiści społeczne, skierowane być może mniej przeciw zamkom niż przeciw bogatym mieszczanom z miast wielkich, gdzie scentralizowaną została władza wszelka, oraz ucisk ekonomiczny. Ale ruch ten nie był klasowym w dzisiejszem słowa tego pojmowaniu. Na czele hufców włościańskich stali nieraz nietylko rzemieślnicy, ale i bogaci mieszczanie, wojskowi, właściciele, jednem słowem demokraci mieszczańscy, ci którzy chcieli walczyć i umieli lepiej przewodzić w zatargu prawa z uzurpatorem.
I dlatego także w większej części wypadków ta sama ludność, która, na rany Chrystusowe przysięgając, niosła swe ciało własne w ofierze konstytucyi z 1848, trzymała się zdała od probostw i była wrogą dostojnikom kościoła. Przesadą były opowiadania ówczesne o gwałtach na osobach proboszczów lub o rabunkach kościołów; faktem atoli niezaprzeczonym jest nieufność ludności względem kleru, nieufność, która aż do nieprzyjaźni doszła. A gdy z ambon poczęła się rozlegać apologia krzywoprzysięscy Napoleona, oddziały włościańskie aresztowały tych przedziwnej moralności kaznodziejów. Kobiety — opowiada abbé Forget — były najwięcej oburzone na księży, którzy łączyli się z reakcyą i one to głównie żądały aresztowanie kaznodziejów.
Fakt to ważny, bo powtarza się w ciągu całego wieku XIX, i źle jest zrozumiany nietylko za granicami Francyi ale w samej Francyi. Wszystkie stronnictwa polityczne zapatrują się na ludność wiejską wyłącznie z punktu widzenia rekrutowania sił biernych a posłusznych, to też wszystkie one biorą osamotnienie wsi za przyrodzoną nieświadomość i potem oskarżają wieś o »odstępstwo« czy to od haseł politycznych, czy też od wiary ustalonej. W rzeczywistości wieś jest mniej bierną i jak republikanom ich nieudolności politycznej nie zapomniała, tak i klerowi katolickiemu nie przebaczyła jego łączenia się z przywilejem. To, co widzimy dziś, mianowicie poparcie, jakie wieś daje polityce zasadniczej pana Combes’a istniało już w 1848 r. i wywołane zostało polityką kościoła w czasach restauracyi.
W każdej więc sferze życia społecznego wieś, okrzyczana za zacofaną i wsteczną, czuła się solidarną i szła ręka w rękę z radykalizmem burżuazyjnym. I nawet pod względem formy protestu przeciw zamachowi stanu ludność miejska podzielała te same uczucia i te same dążności, jakie żywiła demokracya mieszczańska. W owym bowiem czasie opozycya republikańska nie miała jednolitego poglądu na środki, jakimi należy odeprzeć gwałt Ludwika Napoleona. Socyaliści — a raczej większość adeptów socyalizmu — odradzali opór zbrojny, zalecając natomiast przygotowanie się do walki wyborczej i do głosowania przy zapowiedzianym przez Napoleona plebiscycie[3]; demokraci burżuazyjni nawoływali do zwalczania bronią tych, którzy targnęli się na prawnie ustalony porządek polityczny. Włościanie rozumowali tak samo, jak demokraci burżuazyjni. Nie chcemy wydawać sądu nad metodą zaleconą i nad tą, która przez demokracyę przyjętą została, ale możemy szukać wytłumaczenia różnicy w poglądach. Dla demokracyi mieszczańskiej i dla włościan konstytucya panująca — pomimo jej wad — była dobytkiem narodowym, na który targnęła się ręka zdradziecka Bonapartego; dla socyalistów, żyjących myślą w ustroju nieurzeczywistnionym, ten dobytek narodowy nie miał (tego samego przynajmniej) znaczenia.
Bądź co bądź włościaństwo francuskie w grudniu 1851 roku stanęło po stronie republiki; dopiero po rozpędzeniu gromad wiejskich Ludwik Napoleon został dyktatorem, a potem cezarem. Włościaństwo zachowało swą siłę polityczną, bo w półwieku później trzecia republika weszła na tory, po jakich dziś kroczy, dopiero wtedy, gdy Francya wiejska poszła na lewo.
Tyle co do ruchu wiejskiego, w którym nasz bohater Jep przyjął udział. Szło nam na tych kilku stronnicach o podkreślenie znaczenia oraz rozmiarów tej walki, w której Jep traci chwilowo kochankę oraz własną wolność.
Pozostaje nam powiedzieć kilka słów w obronie ojca Jepa, starego gospodarza Bernadacha. Napozór ma on serce zamknięte dla uczuć rodzicielskich; ze synów woli on tego, który pozostał przy glebie, a Jepa przytula do serca, gdy już stracił wszystkich w swej chacie i gdy jedynym spadkobiercą ziemi rodzinnej może być potomek jego. Otóż sądzimy, że autor nie dał nam dobrego klucza do serca starego Bernadacha. Prawo starszeństwa we Francyi nie istnieje ani też jest popularnem lub pożądanem przez ludność wiejską. Równouprawnienie dzieci w prawie spadkowem, zaprowadzone ostatecznie przez rewolucyę, sformułowane w kodeksie Napoleona, nietylko przetrwało wiek cały, ale urobiło francuskie pojmowanie rodziny jako urządzenia społecznego. Przy pracy rolnej jednak, kto opuszcza ziemię rodzinną, ten zrywa solidarność rodzinną, solidarność nie w pojmowaniu uczuciowości przyrodzonej lub nałogowej, ale solidarność jako węzeł ekonomiczny tej rodziny, która jako taka ma teraz stanowić całość, broniąca dobytku pokoleń całych. Jep poszedł »do miasta«, oderwał się od ojcowizny, zerwał solidarność ekonomiczną i zrodził dla siebie uczucia wrogie, które tylko serce matki odepchnęło i odepchnąć mogło.
Na tę stronę psychologiczną włościaństwa francuskiego chcieliśmy zwrócić uwagę w kilku słowach. Zdaniem naszem stronę tę pojął znakomicie akademik Rene Bazin w powieści »Ziemia zamierająca« (La terre qui meurt). Zrozumieć naród, znaczy się zrozumieć duszę narodu i uczucia warstw wszelkich. Przedewszystkiem zaś trzeba uczucia te zrozumieć zanim do sądu nad niemi zasiadamy. Sądów z mieczem w ręku i z piorunami w zanadrzu jest — jeśli nie zadużo — to w każdym razie aż nadto dość. Jeśli czego jest brak, to wyrozumienia, które idzie w parze ze zrozumieniem dokładnem. Kto zaś mieni się być demokratą, ten takiego wyrozumienia nigdy za dużo posiąść nie może.

Meta.


Przypisy

  1. Hasło wyrażało wyłącznie dążności demokratyczne; naprawa stosunków społecznych była wynikiem logicznym i nie opierała się na doktrynie z góry określonej. Szczegóły przytoczone bierzemy z Gazette des Tribunaux z r. 1852 (sprawozdanie z procesów w Montpellier).
  2. Jacquerie — nazwa ruchów agrarnych we Francyi średniowiecznej. Jacques Bonhomme jest dziś nazwą dla chłopa w rokoszu.
  3. Zamach stanu 1851 r. ograniczył się na rozpuszczeniu ciała prawodawczego. Napoleon poddał pod głosowanie wniosek, nadający mu prezydenturę dziesięcioletnią i prawo zmienienia konstytucyi. Dopiero w 1852 Napoleon ogłosił się cesarzem Francuzów


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Pouvillon i tłumacza: Franciszek Mirandola.