Jak wesoło spędzić czas?/Rozdział VI/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Konstanty Krumłowski
Tytuł Jak wesoło spędzić czas?
Wydawca E. Bartels
Data wydania 1920
Druk Drukarnia Nakładowa-Chrzanów
Miejsce wyd. Berlin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

ROZDZIAŁ VI.


Anegdoty, facecje, żarciki i krótkie opowiadania humorystyczne.

1. „Ale cóż?!“...

Parobek: Prosę tyz wielmyoznej dziedzicki, a to we stawie znaleźliźwa topielca!
Dziedziczka: Nie może być? I cóż to? mężczyzna czy kobieta?
Parobek: Kiej nie wiema!
Dziedziczka: Jakto? Wszak różnicy mogliście się chyba łatwo dopatrzeć!
Parobek: Ba! dopatrzyć, tobyśwa się ta dopatrzyli, ale cóż, kiej różnicę ziaby i raki wygryzły!


2. W hotelu.

— Nie! stanowczo dłużej w tym hotelu mieszkać nie mogę! Czemuście mi do stu djabłów odrazu nie powiedzieli, że w podwórzu jest kuźnia?
— Ale gdzież tam, proszę wielm. pana! to przecież nie kuźnia, tylko kucharka ubija rostbef dla tego jenerała, co to na wojnie stracił wszystkie zęby!...


3. Uprzejmy człowiek.

X. jedzie z jakąś facetką w jednem coupée.
— Ależ pani aż zsiniała, musi być pani straszme zimno?
O! nadzwyczajnie! a szczególniej — wie pan? — w ręce!
— No! to jeżeli pani pozwoli, to proszę włożyć rączki do moich kieszeni do spodni, a zaraz je sobie pani rozgrzeje!...


4. Po pijanemu.

W pewnej kawiarni w Warszawie siedzi w kącie łysawy jegomość i czyta z nabożeństwem „Kurjera”. Wtem siada przy tym samym stole dobrze już podcięty facet i poczyna się w niego uporczywie wpatrywać a potem pyta:
— Jak panu na imię?
Paweł — odpowiada smętnie zapytany:
— Aha! — woła zalany interlokator, popuszczając ślinę z gęby — to pan jesteś tym Pawłem co pisał list do Koryntyan! Odpisali panu już? co? —


5. Różnie bywa.

Pewien pastor jechał parowcem do Ameryki. Wtem na morzu zerwała się gwałtowna burza.
— Kapitanie — pyta pastor drżącym głosem — czy bardzo źle z nami?
— Bynajmniej — odpowiada kapitan — gdyby było źle, toby się majtkowie modlili, a oni klną przecież.
Pastor musiał wreszcie schronić się do kajuty. Tam dręczy go strach, a widząc przebiegającego korytarzem oficera, pyta go:
— Panie poruczniku — co robią majtkowie: modlą, się czy klną?
— Klną! — brzmiała odpowiedź.
— Bogu dzięki! — woła na to ucieszony pastor.


6. Dobry sobie.

Pan X stary kawaler, który zawsze na śniadanie jada 2 pary kiełbasek z chrzanem, przyjął służącego czternastoletniego Maciusza ze wsi o tyle głupiego, o ile uczciwego. Zaraz pierwszego dnia pan X. posłał Maciusza po owe sakramentalne 2 pary kiełbasek, ale nie mało miał kłopotu zanim mu wytłomaczył, co właściwie ma mu przynieść.
— Na drugi dzień, chcąc uniknąć ponownych tłomaczeń, mówi mu krótko:
— Maćku! skoczno i przynieś mi to samo, co wczoraj jadłem na śniadanie!
— Kiej bo, proszę łaski pana, — zaczyna drapać się w głowę Maciuś.
— Żadne „kiej bo” — woła gniewnie pan X. tylko jak powiedziałem skocz i przynieś mi to samo, co wczoraj jadłem na śniadanie.
— Kiej, bo nie mogę! — jąka się przestraszony Maciuś, — bom już rano wylał wszyćko z kl.....!


7. W dzisiejszych czasach.

Pismo amerykańskie „Arizona Kiker” donosi: „Klub włamywaczy mianował na wczorajszem walnem posiedzeniu, komisarza policyi Wiliama Bartkinsa, członkiem honorowym, a tu w uznaniu jego zasług, jakie położył, przymykając oczy na intensywną działalność czynnych członków tego stowarzyszenia.


8. Omyłka.

Pan Bonifacy, właściciel pięknej kamienicy, nad którą straż trzyma z jego rozkazu pani stróżka, wpada pewnego dnia do jej pomieszkania z ogromnym hałasem.
— Ładny porządek! ślicznie mi Franciszkowa pilnuje kamienicy! To ja dopiero teraz od lokatorów dowiaduję się, że od 3 miesięcy jakiś facet zachodzi co wieczór do naszej kucharki, a Franciszkowa nic a nic o tem nie wiedziała!
— Wiedziałam, proszę łaski pana — brzmiała pokorna odpowiedź — ale nie chciałam nic gadać, bo myślałam se, że on nie do kucharki, a ino do wielm. pani łazi....


9. Cierpliwy.

Służący z zakładu pogrzebowego otrzymał polecenie, by zaniósł do pewnego domu trumnę dla zmarłego.
Łapiduch przyszedłszy na miejsce, pomylił się i zamiast na pierwsze, wlazł na drugie piętro pomieszkania, gdzie właśnie leżał w łóżku rekonwalescent.
Naturalnie biedny chory przeraził się ogromnie.
— Ależ panie! — woła, patrząc z drżeniem na trumnę — przecież ja jeszcze nie umarłem!
— Nic nie szkodzi! — odpowiada spokojnie łapiduch — ja poczekam!


10. Dowcipny.

Pan X. będąc na jakimś bankiecie, chciał wyjść na chwilę, lecz ku wielkiemu przerażeniu dostrzegł brak swego cylindra, gdy wszelkie poszukiwania były bezskuteczne, pan X. powrócił na swoje miejsce, zadzwonił w szklankę i podnosząc ją do góry rzekł:
— A teraz moi panowie, gdyście ujęli za szklanki, powstańcie i... popatrzcie, czy który z was nie siedzi przypadkiem na moim cylindrze!


11. Biedna Helcia.

Sześcioletnia Maniusia wchodzi do pokoju właśnie w tej chwili, kiedy jej starsza siostra Helka ściska i całuje się ze swym narzeczonym panem Ludwikiem.
— A pfe! panie Ludwiku! — woła oburzona Maniusia — cóż to pan znowu z moją siostrzyczką wylabias?
— Nic! nic! — uspakaja Maniusię p. Ludwik — uważasz — Hela dostała mdłość i musiałem ją podtrzymać, żeby nie upadła na ziemię!
Na drugi dzień pan Ludwik spotyka Maniusię na ulicy i wita ją z uśmiechem:
— Jak się ma mała pani Ciekawska! I cóż tam słychać u was w domu?
— Ach! źle, bardzo źle! — odpowiada z powagą Maniusia — nie ma pan pojęcia, jaka ta Helcia jest nieszczęśliwa! Wczoraj jak pan poszedł, to jesce az 2 lazy dostała tych mdłości i raz ją musiał podtrzymywać jakiś polucznik od huzarów, a dlugi laz ten medyk z napseciwka!...


12. Autentyczne.

Znany lekarz — ginekolog kupił sobie kanarka, którego handlarz ptaków zachwalał mu jako znakomitego śpiewaka.
Napróżno jednak doktór karmił ptaka najlepszymi przysmaczkami, napróżno przygrywał na fortepianie, napróżno wyczekiwał, aby kanarek zaczął wreszcie koncertować, kanarek milczał jak zaklęty.
Ostatecznie doktór zawezwał pewnego znawcę ptaków i dał mu niemego kanarka do zbadania.
— Ależ konsyljarzu! — woła znawca — jakżesz chcecie, żeby ten kanarek śpiewał, kiedy to nie samiec, ale zwykła samica!
Rozgniewany tem doktór spieszy do swojego sąsiada adwokata i prosi go, aby wniósł przeciw handlarzowi ptaków skargę o oszustwo, ponieważ sprzedał samicę za samca!
— Hm! hm! — mówi po chwili namysłu adwokat — ja tego w żaden sposób nie zrobię, bo gdy się sprawa rozgłosi, to konsyljarz stracisz całą praktykę jako ginekolog!...


13. Najlepszy dowód.

Pan X. pyta się magnetyzera: — Słyszałem, że pan podobno wczoraj zamagnetyzował panią Anielę i wmówił w nią, że jej mąż umarł. Powiedz mi pan, czy ona naprawdę w to uwierzyła?
— Naturalnie! — odpowiada z całem przekonaniem magnetyzer — przecież zaledwie ją zbudziłem z uśpienia, zaledwie otworzyła oczy, zapytała:
— Mój panie! powiedz pan, czy mi do twarzy jest w żałobie?


14. Dobra kara.

Pani Stefanja przyjęła bardzo ładną kuchareczkę, co zdziwiło ogromnie jej serdeczną przyjaciółkę panią Julię, która doskonale wiedziała, że mąż pani Stefanji nie należy bynajmniej do świętych i zawsze ma apetyt na taki zakazany owoc, jakim jest ładna kuchareczka.
Naturalnie pani Julja ciekawa, jak pani Stefanja może sama narażać małżonka na pokusy, zapytuje dyskretnie przyjaciółkę.
— Ach! Stefka! czy ty się nie boisz trzymać taką, ładną kucharkę? przecież twój mąż....
— O! — przerywa jej szybko pani Stefcia — mój mąż stroni od niej jak od ognia, bo wie, że gdybym ją oddaliła, musiałby jeść to, co ja sama ugotuję....


15. Kiedy kłamać — to już dobrze!

Pan L, który po kilkuletniej nieobecności powrócił do Warszawy i udaje, że zwiedził różne egzotyczne kraje, a nawet był w Polinezyi, opowiada raz w pewnem towarzystwie swoje przygody i między innemi wspomina, że raz wpadł był w ręce ludożerców.
— Ach! — woła z przerażeniem jedna z obecnych pań — naprawdę? Pan wpadłeś w ręce ludożerców?
— Tak pani! — śmiało potwierdza pan L. — a co więcej miałem być zabity i pożarty podczas uczty weselnej kazyka tego plemienia!...
— No i jakże zdołałeś się pan wyrwać z rąk swoich prześladowców?
— O! — odpowiada z powagą pan L. — miałem szalone szczęście! Przed samym ślubem narzeczona zerwała z kazykiem!...



16. Biedaczka.

Pannie Mani, córce pani Maciejowej straganiarki ze Szczepańskiego placu w Krakowie, zdarzyło się wcale duże i tęgie nieszczęście, a że panna Mania, jako sprawcę tego nieszczęścia wskazała rzeźnika pana Antoniego, więc pani Maciejowa zaskarżyła go do sądu.
Po rozprawie, na której pani Maciejowa, zajęta przy straganie świeciła nieobecnością, panna Mania wraca do domu i w samym progu spotyka matkę.
— I cóż, Mańka? — pyta ciekawie pani Maciejowa — Antoni winien?
— Albo ja wiem! — wzdycha smętnie biedna dziewczyna — szelma się jakoś nie poczuwa, bo zaraz po wyroku zgłosił rekurs!...


17. Nieustraszona.

Pan Anastazy, który dba ogromnie o moralność swej kuchareczki Kasi i nie może znosić, aby nawet myślą wylatywała po za obręb jego domu, wpada pewnego razu do kuchni i woła z największą pasyą.
— Kasiu! wczoraj widziano, że całowałaś się w kuchni z jakimś tam dragonem!... Czy to jest możliwe?
— Naturalnie! — odpowiada z flegmą Kasia — jucha się tak spieszył, że nawet nie miałam czasu, zasłonić okna!...


18. Z domowych tajemnic.

Pan Kalasanty zauważył, że jego kuchareczka Tonia, jest już od 2 tygodni strasznie zasmucona. Zaintrygowany tem, woła ją do swego gabinetu i bada:
— Czemuż ty taka smutna, Toniu? Może ci się twój dragon sprzeniewierzył?
— Jaśnie pan zgadł! — odnowiada z płaczem Tonia. — ten szelma znalazł już sobie inną!
— O! — zapytuje ciekawie pan Kalasanty — a to kogo znowu?
— Jaśnie wielmożną panią!...


19. Zawsze ten sam.

Redaktor Z. siedzi przy biurku, gdy wtem wbiega do pokoju służąca.
— Panie redaktorze! bocian przyniósł panu redaktorowi śliczną córeczkę!...
— Dobrze, dobrze! — odpowiada w roztargnieniu redaktor — możesz ją odrazu wrzucić do kosza!


20. Wymagający.

Nauczyciel: Panno Heleno! proszę mi wytłómaczyć symboliczne znaczenie kolorów.
Panna Helena: Czerwony miłość, niebieski wierność, czarny smutek, żółty zazdrość, zielony nadzieja...
Nauczyciel: Ależ pani zapomniała o niewinności!
Panna Helena: Ktoby tam to wszystko spamiętał!


21. Po amerykańsku.

Bogaty rzeźnik i handlarz świń w N. Jorku przychodzi do jednego z najznakomitszych tamecznych learzy z prośbą, aby zabalsamował zmarłą jego teściowę.
— I ile to będzie kosztować, panie konsyljarzu? — pyta rzeźnik wyłuszczywszy swą prośbę.
— Sześćset dolarów!
— Sześćset dolarów? To za drogo! A nie można by jej tak zamarynować?


22. Szczery.

Do jednej z aptek w Warszawie przychodzi jakiś chłop ze wsi i kłania się nisko.
— I cóż to chcecie, ojciec?
— A dyć proszę łaski pana japtekarza — skarży się chłop — psisko, co go 10 lat trzymam, strasznie mi się rozchorował!
— No więc cóż z tego?
— Szkoda mi psiska, więc prosiłbym, żeby mi pan japtekarz dali coś, coby mu się zdało!
— E! nie zawracajcie głowy, cóż ja wam dam takiego?
— O to pan japtekarz, taka uczona osoba — to pewnikiem będą wiedzieli!
— No — a cóż ja mam wam dać?
— Ano, pan japtekarz mają tu tyle słoików, to może się coś zda i dla psa?
— A, to sobie sami wybierzcie co tu jest w tych słoikach, bo to wszystko „na psa się zdało!”...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Konstanty Krumłowski.