Józef Balsamo/Tom VII/Rozdział LXXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXXXIV
POSŁANIEC

O godzinie szóstej wieczorem Balsamo siedział obok Lorenzy, w tym samym pokoju, do którego wprowadziliśmy już czytelnika. Młoda kobieta nie spała, patrzyła na prześladowcą wzrokiem pełny nienawiści i trwogi, a słowa łagodne, któremi starał się ukołysać jej duszą, nie wywierały na nią żadnego wrażenia. Usta jej otwierały się poto tylko, aby go obrzucić wymówkami, ręka była w pogotowiu, by go odepchnąć od siebie.
Nazywała Balsama tyranem swoim, zazdrościła najbiedniejszym stworzeniom ich swobody, żaliła się na brak powietrza i słońca.
Balsamo tymczasem wpatrywał się w nią z miłością; widocznem było, że ta istota, wątła i rozdrażniona, wielkie zajmowała miejsce w jego sercu.
— Lorenzo, droga, ukochana moja, dlaczego się ciągle upierasz, dlaczego nie chcesz żyć obok mnie spokojnie, przyjaźnie? Nie zabrakłoby ci nigdy wtedy ani powietrza, ani słońca, chodzilibyśmy wszędzie razem; jesteś piękna, młoda, Lorenzo, mogę ci stworzyć życie pełne przyjemności, wprowadzę cię w świat, w którym błyszczeć będziesz jak królowa. Dlaczego nie zgadzasz się na to?
— Bo cię nienawidzę — odparła dumnie kobieta.
Balsamo zatopił w niej wzrok, pełen gniewu i litości zarazem.
— Żyj więc tak, jak dotąd i nie uskarżaj się na to, na co sama dobrowolnie się skazujesz.
— Nie żaliłabym się wcale, gdybyś, mnie zostawił samą, gdybyś nie przychodził dręczyć mnie twoją obecnością, gdybyś mnie nie zmuszał do rozmowy, pozwolił mi milczeć; zrobiłabym tak, jak te biedne ptaszki, które przywożą zdaleka i trzymają w klatkach, umierają one cicho, lecz nie śpiewają nigdy.
Balsamo raz jeszcze się odezwał:
— Lorenzo, proszę cię, uspokój się, bądź łagodna, sprawiedliwa; zechciej czytać w mojem sercu, czyż ty tego nie widzisz, jak ja cię kocham? Może chcesz książek?
— Nie chcę.
— Dlaczego, moja droga? Książki sprawiłyby ci pewną rozrywkę.
— Ja właśnie chcę się na śmierć zanudzić.
Balsamo uśmiechnął się smutnie.
— Szaloną jesteś, Lorenzo, wiesz, że umrzeć nie możesz, dopóki ja jestem przy tobie, bo ja cię zawsze wyleczę.
— Ale mnie nie wyleczysz, gdy mnie znajdziesz kiedy powieszoną na tej kracie.
Balsamo zadrżał.
— Nie wyleczysz mnie, jeżeli nóż wbiję sobie w serce.
Pot zimny oblał Balsama. Zbladł okropnie, ale odezwał się głosem groźnym:
— Masz słuszność, Lorenzo, gdy to się stanie, nie wyleczę cię wtedy, tylko wskrzeszę.
Lorenza krzyknęła trwożliwie; nie zdawała sobie z tego sprawy, jak daleko sięgała władza Balsama, uwierzyła więc, że prawdą jest, co powiedział.
Nie widząc przed sobą żadnego sposobu uniknięcia męczarni, pogrążyła się w smutku i rozpaczy.
Wtem głos dzwonka rozległ się po trzykroć.
— Posłaniec — rzekł Balsamo.
Po chwili znów rozległ się głos dzwonka.
— Pilno mu — powiedział Balsamo.
— Więc pójdziesz już sobie ode mnie? — szepnęła Lorenza.
Wziął ją za rękę, była zimna jak lód.
— Po raz ostatni proszę cię, Lorenzo, żyjmy z sobą w zgodzie, po przyjacielsku, skoro nas los połączył, pocóż ma być dla nas katem.
Lorenza nie odpowiedziała ani słowa, oczy jej, błądzące w przestrzeni, zdawały się biec za jakąś myślą niepochwytną.
Balsamo pocałował ją w rękę, ani się poruszyła.
Potem postąpił w stronę kominka.
Lorenzy oczy zamigotały; ciekawie i badawczo patrzyła za nim.
— Chcesz zbadać, którędy wchodzę, aby uciec przy sposobności, jak mi kiedyś obiecałaś. Nic z tego nie będzie.
Potarł ręką po czole, jakby sam sobie gwałt zadawać musiał; spojrzał na nią przenikliwie i rzekł:
— Śpij!
Zaledwie wymówił ten wyraz, Lorenza osunęła się bezwładnie na kanapę, głowa jej wsparła się na poduszkach; ręce opadły na suknię jedwabną.
Balsamo podszedł i złożył długi pocałunek na jej czole.
Twarz Lorenzy wypogodziła się; jakgdyby oddech miłości owiał jej czoło, rozproszyły się wszystkie chmury, które je pokrywały.
Balsamo popatrzył na nią chwilę i nie mógł oderwać oczu od ukochanej postaci, ale dzwonek zadźwięczał na nowo. Skoczył do kominka, nacisnął sprężynę i zniknął.
Fryc czekał w salonie z człowiekiem, którego ubranie i postawa znamionowały jednego z tych posłańców konnych, co rozwożą pilne listy lub wiadomości.
Pospolita twarz tego człowieka zdradzała jego prostacze pochodzenie, w oczach tylko lśnił blask, jakby budzącej się inteligencji.
Lewą rękę opartą miał na krótkim batogu, prawą nakreślił znaki, które Balsamo rozpoznał ze zdziwieniem. Odpowiedział na nie, kładąc palec na czole.
Wtedy ręka pocztyljona wróciła do piersi i nakreśliła znak prawie niewidoczny, można go bowiem było wziąć poprostu za zapinanie guzika u kamizelki.
Na ten znak, odpowiedział Balsamo pokazaniem pierścionka na palcu.
Posłaniec przykląkł wtedy na jedno kolano.
— Skąd jedziesz? — zapytał Balsamo.
— Z Rouen, mistrzu.
— Co robisz?
— Posłańcem jestem, służę u pani Grammont.
— Kto cię umieścił u niej?
— Wola wielkiego Kofty!
— Jaki rozkaz otrzymałeś, wchodząc do służby?
— Aby nie mieć tajemnicy dla mistrza.
— Dokąd jedziesz?
— Do Wersalu.
— Co wieziesz?
— List.
— Do kogo?
— Do ministra.
— Daj.
Posłaniec podał list, wyjęty ze skórzanej torby, którą miał przewieszoną przez ramię.
— Czy mam czekać — zapytał.
— Czekaj.
— Fryc! zawołał Balsamo.
Niemiec ukazał się w tej chwili.
— Ukryj Sebastjana w oficynie.
— Zna moje imię! — szepnął posłaniec przerażony.
— On wszystko wie — rzekł Fryc, prowadząc przybyłego.
Balsamo, gdy pozostał sam, popatrzył na pieczątkę wyraźnie i czysto odbitą.
Następnie zamyślony, wszedł zwolna do pokoju Lorenzy.
Spała, ale była zmęczona i zdenerwowana bezczynnością. Wziął ją za rękę, a na sercu położył jej list zapieczętowany..
— Czy widzisz? — zapytał.
— Widzę — odrzekła Lorenza.
— Co trzymam w ręku?
— List.
— Potrafisz go przeczytać?
— Potrafię.
— Więc czytaj.

Lorenza z oczami zamkniętemi, mówiła głosem urywanym, a Balsamo spisywał jej słowa:
Kochany bracie!

„Przewidziałam, że wygnanie moje przyda się na coś. Widziałam się dziś rano z prezydentem miasta Rouen; jest nam zupełnie oddany, lubo bardzo nieśmiały. Nalegałam nań w twojem imieniu. Zdecydował się i przedstawiciele jego stowarzyszenia, znajdą się za dni kilka w Wersalu. Wyjeżdżam niezwłocznie do Rennes, aby podniecić pana Koradeuc i de la Chalotais, drzemiących trochę.
Był w Rouen ajent nasz Caudebec. Widziałam go. Anglja nie zatrzyma się w pół drogi; przygotowywa obecnie bardzo ostrą notę do gabinetu wersalskiego.
X... zapytywał, czy ma rozpocząć kroki. Pozwoliłam. Otrzymasz niebawem ostatnie pamflety Thavenota, Moranda i Delilla przeciw Dubarry; doskonałe to petardy, możnaby niemi całe miasto w powietrze wysadzić. Doszły tu mnie wieści, jakobyś miał popaść w niełaskę u króla; ale że nie mam o tem wiadomości od ciebie, nic sobie z tego nie robię.
Proszę cię, odpisz mi natychmiast, po odebraniu tego listu — odpowiedź twoja zastanie mnie w Caen, gdzie muszę się zobaczyć z niektórymi z naszych przyjaciół.

Całuję Cię
Księżna de Grammont.

Lorenza zatrzymała się.
— Już nic tam więcej nie widzisz?
— Nic.
— Czy niema jakiego dopisku?
— Niema.
Rozpogodziło się czoło Balsama, odebrał list od Lorenzy i uśmiechnął się znacząco.
— Dobrzeby mi zapłacili za ten dokument. I poco to pisać takie rzeczy?... Kobiety gubią zawsze ludzi wysokiego stanowiska. Choiseul utrzymał się pomimo wszystkich burz, a ten oto bilecik kobiecy gubi go od jednego zamachu. Wszyscy giniemy przez kobiety. Ktokolwiek ma serce, a w niem jakąkolwiek czułą strunę, musi zginąć i zginie niezawodnie.
Mówiąc to, patrzył Balsamo z niewypowiedzianą czułością na Lorenzę, drżącą rozkosznie pod tem wejrzeniem.
— Czy to prawda, com teraz powiedział?
— Nie, nie, to nieprawda, wiesz przecie, że cię kocham zanadto, abym ci mogła szkodzić, jak te istoty bez rozumu i serca.
I Lorenza zawisła na jego szyi obiema rękami, a Balsamo pozwolił się uściskać.
Wtem dzwonek uderzył dwa razy.
— Dwie wizyty — rzekł Balsamo.
Rozległo się zaraz jeszcze jedno silne uderzenie dzwonka, Balsamo złożył na kanapie uśpioną Lorenzę i wyszedł śpiesznie.
Spotkał po drodze posłańca, oczekującego rozkazów.
— Oto list — rzekł Balsamo.
— Co mam z nim zrobić?
— Doręczyć podług adresu.
— To wszystko?
— Wszystko.
— Posłaniec rzucił niespokojne wejrzenie na pieczęcie, a widząc że nietknięte, ucieszył się widocznie i zniknął wśród ciemności.
— Co za szkoda, że nie mogłem zatrzymać tego rękopisu, a przynajmniej że niemam komu powierzyć kopji, aby doszła rąk królewskich.
W tej chwili stanął przed nim Fryc.
— Kto przyszedł?
— Mężczyzna i kobieta.
— Czy byli tu już kiedy?
— Nie. — Znasz ich?
— Nie.
— Kobieta młoda?
— Młoda i ładna.
— A mężczyzna?
— Lat sześćdziesiąt kilka.
— Gdzie są?
— Czekają w salonie.
Balsamo wyszedł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.