Józef Balsamo/Tom VII/Rozdział LXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXXIV
BRAT I SIOSTRA

Andrea leżała na szezlongu, twarzą zwrócona ku drzwiom, gdzie stał Gilbert.
Na stoliku, zarzuconym książkami, paliła się lampa, przysłonięta umbrelką, i oświecała tylko dolną część twarzy pięknej dziewczyny.
Filip siedział na szezlongu obok siostry; odwrócony był plecami do drzwi, rękę miał na temblaku, gdyż wszelki ruch był mu wzbroniony.
Pierwszy raz od dnia wypadku widzieli się z sobą, pierwszy raz Filip wyszedł ze swego pokoju, pierwszy raz Andrea opuściła łóżko.
Brat i siostra korzystali swobodnie z pierwszej sposobności do rozmowy, wiedzieli bowiem, że są sami i nikt ich widzieć, ani słyszeć nie może.
Drzwi, przez które wybiegła Nicolina do ogrodu, były zwykle zamknięte, a kto chciał wejść musiał wprzód zadzwonić. Drzwi były otwarte, ale oni przecie o tem wiedzieć nie mogli.
Gilbert tymczasem ukrył się za firanką, wiszącą u drzwi, i doskonale widział i słyszał wszystko.
— A więc, Andreo, teraz swobodniej już możesz oddychać? — zapytał Filip siostrę.
— O! tak, swobodniej, jednak nie bez bólu.
— A siły twoje?
— Jestem bardzo osłabioną, dziś jednak próbowałam parę razy przejść od kanapy do okna; dość dobrze mi się to udało. Powietrze, kwiaty, jakie to dobre i piękne rzeczy, zdaje mi się, że w takiem otoczeniu umrzeć niepodobna.
— Jednakże czujesz się jeszcze bardzo słabą, Andreo?
— Nie uwierzysz jak słabą! — gdyby nie to, że się opieram o meble, kroku postąpićbym nie mogła; zdaje mi się, że nogi moje niezdolne są już teraz udźwignąć ciężaru ciała.
— Bądźmy dobrej myśli, Andreo, z każdym dniem siły powracać ci będą, mam nawet nadzieję, że za jaki tydzień będziesz mogła zjawić się już u następczyni tronu, która się ciągle z największą czułością o zdrowie twoje dowiaduje.
— Bardzobym rada, Marja-Antonina jest tak dobra dla mnie!
W tej chwili Andrea przycisnęła piersi ręką i przymknąwszy oczy, przechyliła wtył głowę.
— Co ci jest, Andreo, — niespokojnie zapytał Filip. — Co cię boli?
— Czuję ból i ściskanie w piersiach, czasami krew uderza mi do głowy, czuję szum i robi mi się słabo.
— Nic dziwnego — rzekł Filip zamyślony — przeszłaś tak silne wstrząśnienie, uratowana zostałaś tak cudownym sposobem...
— Cudownym, dobrze powiedziałeś, Filipie.
— Chciałbym jednak pomówić z tobą o twojem ocaleniu, bo co do mnie, wiem o niem zbyt mało.
— Ojciec mi mówił, że otrzymaliście wszelkie w tym względzie objaśnienia, gdy mnie do domu odwieziono.
— Tak, zapewne, jednak radbym jeszcze cokolwiek z ust twoich usłyszeć.
— Powiem ci, Filipie, że cała ta rzecz tak chaotycznie przedstawia się w mojej pamięci... byłam tak bardzo przestraszona...
— Przypomnij sobie, proszę cię, Andreo, okoliczności, które poprzedziły twe ocalenie.
— Gdyśmy zostali rozłączeni przez tłum, widziałam cię jeszcze przez chwilę, wołałam cię po imieniu, wyciągałam ręce do ciebie, napróżno! tłum porwał mnie w przeciwną stronę, nie stawiałam żadnego oporu, pchano mnie pod mur, na kraty, widziałam wokoło siebie trupy, krew bryzgała zewsząd, podniosłam w górę ręce i oczy, zobaczyłam tego człowieka, który na mnie tak głębokie uczynił wrażenie, czułam, że, wzrokiem jego ciągniona, wznoszę się w górę do niego, nakoniec zaledwie dotknęłam się jego ręki, już byłam ocaloną!... — mówiła Andrea w najwyższej egzaltacji.
— Jego tylko widziała... — szepnął Gilbert — a o mnie, który konałem dla niej na dole, ani pomyślała nawet.
Otarł czoło, z którego pot zimny mu spływał.
— Więc to tak się stało? — zapytał Filip.
— Tak; nakoniec uczułam się wolną od niebezpieczeństwa, a wtedy opuściły mnie siły i straciłam przytomność.
— Mniej więcej, jak sądzisz, o której godzinie mogłaś zemdleć?
— Prawdopodobnie wszystko to się stało w dziesięć minut lub w kwadrans po naszem rozstaniu.
— Tak, musiało to być około północy. Jakże się to stało, że wróciłaś do domu dopiero o trzeciej? Nie gniewaj się na mnie, siostrzyczko, za te rozliczne pytania, które może wydają ci się śmiesznemi dla mnie są jednak pełne znaczenia.
— Gdybyś mnie o to pytał trzy dni temu, nie byłabym zdolną nic ci odpowiedzieć, ale dziś właśnie, jakgdyby mi kto kazał wszystko przypominać sobie, wspomnienia moje występują zupełnie jasno, gdy przedtem były bezładne i niewyraźne.
— Mów więc, mów, droga Andreo. Ten człowiek uniósł cię na swoich rękach?...
— Na swoich rękach? — powtórzyła, rumieniąc się Andrea — ja tego nie wiem, uczułam tylko dotknięcie jego dłoni i doznałam tego samego wrażenia, jak w Taverney — zaraz zemdlałam a raczej zasnęłam snem spokojnym.
— Wiesz, Andreo, że to, co mi opowiadasz, jest tak dziwne, że nigdybym nie był zdolny w to uwierzyć, gdyby słowa te z innych ust pochodziły.
Gilbert pochłaniał każde słowo Andrei, dotąd wiedział wszystko, czekał niecierpliwie tego, co dalej powiedzieć miała.
— Gdy odzyskałam przytomność — ciągnęła dalej Andrea — znajdowałam się w salonie bogato przybranym. Jakaś dama i jej pokojówka krzątały się koło mnie, ale nie musiały być zaniepokojone moim stanem, gdyż, otworzywszy oczy, widziałam uśmiech spokojny na ich twarzach.
— Któraż mogła być wtedy godzina?
— Słyszałam, jak bił zegar wpół do pierwszej.
— To dobrze — rzekł młody człowiek, odetchnąwszy głęboko — mów dalej, Andreo.
— Podziękowałam kobietom za ich uprzejmość, a wiedząc, jak musieliście być tu o mnie niespokojni, prosiłam, aby mnie zaraz odprowadzono do domu; powiedziały mi, że hrabia powrócił na miejsce katastrofy nieść pomoc rannym, ale że niebawem przybędzie i odwiezie mnie do domu. Około godziny drugiej usłyszałam turkot zajeżdżającego powozu, później przejął mnie dreszcz, jakiego doznawałam zwykle za zbliżeniem się tego człowieka, zachwiałam się i upadłam na sofę; słyszałam głos tego, który mnie ocalił i znów zupełnie straciłam przytomność. Wtedy to prawdopodobnie wyniesiono mnie i wsadzono do karety, aby mnie tu odwieźć. Oto wszystko, co sobie przypominani, mój bracie.
Filip w myśli obliczył czas, jakiego było potrzeba, aby odwieźć ją prosto do domu, i rzekł, już zupełnie spokojnym głosem:
— Dziękuję ci, droga Andreo, uspokoiłaś mnie zupełnie, będę sam u margrabiny de Savigny, aby jej podziękować za gościnne przyjęcie, jakiego doznałaś. A teraz powiedz mi, moja kochana, czy też wśród tłumu nie zauważyłaś jakiej znajomej twarzy?
— Nie, mój drogi.
— Nie widziałaś też czasem Gilberta?
— W istocie zdaje mi się, że go widziałam, był od nas o jakie dziesięć kroków — rzekła Andrea po krótkim namyśle.
— Widziała mnie! — szepnął do siebie Gilbert.
— Wyobraź sobie, że, szukając cię, znalazłem tego biednego chłopca.
— Między umarłymi? — spytała Andrea z tym lekkim odcieniem żalu w głosie, z jakim się mówi o czemś złem, co się naszym podwładnym przytrafiło.
— Nie, został tylko raniony; uratowano go, i mam nadzieję, że niedługo będzie zdrów zupełnie.
— Tem lepiej — rzekła Andrea — a cóż mu było?
— Miał piersi zgniecione.
— Tak, tak, zgniecione o twoje piersi, Andreo — pomyślał Gilbert.
— Ale rzecz dziwna, której zrozumieć nie mogę i dlatego głównie zapytałem cię o tego chłopca, — w zesztywniałej i zaciśniętej jego dłoni, znalazłem kawałek twojej sukni, Andreo.
— To doprawdy dziwne.
— Czy nie widziałaś go w ostatniej chwili?
— W ostatniej chwili, Filipie, widziałam tyle twarzy strasznych, wykrzywionych bólem, przestrachem, egoizmem, dzikością, że gdy o tem pomyślę, zdaje mi się, iż przez rok chyba przebywałam na dnie piekła, gdzie oglądałam potępieńców; może być, że wśród nich był także i ten chłopiec, alem go wcale nie zauważyła.
— Jednak, co może znaczyć ten kawałek twojej sukni w jego ręku, a pewny jestem, że to twoja, gdyż sprawdziłem to przy pomocy Nicoliny.
— I powiedziałeś tej dziewczynie, o co ci chodzi? — zapytała Andrea, przypominając sobie szczególną rozmowę, jaką miała z pokojówką w Taverney, i co ta jej mówiła o Gilbercie.
— Nic jej o tem nie mówiłem. Ale skąd ten kawałek wziął się w jego ręku? Jak sobie to wytłumaczyć?
— O! to rzecz prosta — rzekła Andrea spokojnie — prawdopodobnie chłopiec ten, widząc jak cudownym sposobem wznosiłam się do góry, chciał także skorzystać z tej sposobności i uczepił się mojej sukni, instynktownie, jak czyni tonący gdy chwyta się pasa, wypływającego na powierzchnię towarzysza.
— Co za niskie, podłe tłumaczenie mojego poświęcenia; jak ci ludzie z arystokracji dziwnie nas sądzą. Pan Rousseau ma słuszność, gdy mówi, że jesteśmy więcej od nich warci; serca nasze są czystsze, a ramiona silniejsze.
Wtem posłyszał za sobą szelest kroków. Wsunął się, jak mógł najgłębiej, w swoją kryjówkę; tuż koło niego przeszedł baron de Taverney.
— Gdzież znów jest ta szalona Nicolina?... rzekł, wchodząc.
— Zapewne poszła do ogrodu — spokojnie odpowiedziała Andrea. — Dobry wieczór, ojcze!
Filip powstał, baron dał mu znak, aby pozostał na miejscu i usiadł w fotelu obok dzieci.
— Strasznie daleką wydaje się droga z ulicy Coq-Héron, gdy się ją odbędzie w jednokonnym wózku, a nie w dworskiej karecie. Ale nareszcie widziałem się z żoną delfina.
— Powracasz z Wersalu, mój ojcze?
— Tak jest. Księżna wezwała mnie do siebie, dowiedziawszy się o wypadku, który spotkał ciebie, Andreo.
— Andrea jest już dziś daleko zdrowszą, mój ojcze — rzekł Filip.
— Wiem o tem i oznajmiłem to księżnie; powiedziała mi, że postanowiła zamieszkać w Trianon, a jak tylko tam osiądzie, niezwłocznie wezwie do siebie Andreę, jeśli już będzie zdrową.
— Jakto, ojcze, ja, ja mam być na dworze księżnej? — zapytała nieśmiało Andrea.
— Tak, tego jeszcze właściwie dworem nazwać nie można; księżna nie lubi świata, delfin także, będą prowadzili życie ciche, rodzinne; ale księżna ma wiele charakteru i dobrego gustu; zczasem te zebrania rodzinne mogą się stać bardzo przyjemnemi.
— Mój ojcze! To zawsze będzie dwór, o tem ani na chwilę nawet wątpić nie można, — smutno wyrzekł Filip.
— Dwór! — pomyślał z rozpaczą Gilbert — dwór to jest taka wysokość, dokąd już ja dostać się nie zdołam. Andreo, Andreo, już na zawsze jesteś dla mnie zgubiona.
— Boję się, mój ojcze — rzekła Andrea. — Pobyt u dworu wymaga wielkiego majątku, a my jesteśmy ubodzy; świetnego wychowania, a myśmy do wiejskiej nawykli zaciszy. Raz jeden widziałam te damy i byłam niemi olśniona; mój ojcze, za ciemno moglibyśmy wyglądać wśród tych świetności.
Baron gniewnie zmarszczył brwi.
— Znowu te głupstwa — rzekł niechętnie. — Nie pojmuję doprawdy, dlaczego właśnie moje dzieci starają się zawsze widzieć wszystko, co ode mnie pochodzi, złem, ciemnem, niegodnem spojrzenia.
— Jakto, Andreo, ty mówisz, że na dworze nie możesz zabłysnąć, a do kogóż to należy, jeśli panny de Taverney-Maison-Rouge na to za mało?... Ród nasz jest dawny, zasłużony u dworu, a że straciłem majątek, u dworu łatwo odzyskać go mogę; lada dzień król obdarzyć mnie może, to rzecz naturalna i nicbym w tem nie widział nadzwyczajnego. Ty jesteś bardzo piękna, Andreo; nie możesz przejść niepostrzeżona; a co do twego wychowania, jest ono świetniejsze, niż to jakie po większej części otrzymały te panie; posiadasz głębsze wiadomości, a obok tego i talenty znasz muzykę, rysujesz i malujesz pejzaże, a na nich owce i woły, których nie powstydziłby się Berghem. A księżna właśnie przepada za tego rodzaju obrazami. Umiesz rozmawiać zajmująco, hrabia d’Artois i hrabia Prowancji, znajdować będą przyjemność w twojem towarzystwie, piękność twoja musi sprawić wrażenie na starym królu; masz tedy wszelkie warunki po temu, aby być nietylko dobrze widzianą, ale i uwielbianą na dworze. Tak, tak, to będzie niezawodnie — mówił stary baron, zacierając ręce i śmiejąc się dziwnie wstrętnym jakimś śmiechem.
Filip smutnie popatrzył na ojca, wstał, podszedł do siostry i ujął jej rękę.
— Pan baron ma słuszność i ocenia cię podług wartości, nikt godniejszym nie jest od ciebie, aby wejść na dwór wersalski.
— Ale trzeba mi się będzie rozstać z wami...
— Wcale nie — przerwał jej baron. — Wersal jest bardzo duży.
— Tak, ale Trianon jest maleńkie — odrzekła Andrea.
— O! znajdzie się w niem zawsze pokoik dla barona de Taverney, ja niewiele robię ambarasu swoją osobą.
Andrea zwróciła się do brata, niezbyt ufając słowom ojca.
— Właściwie, Andreo, ty do dam dworskich zaliczać się nie będziesz, ponieważ księżna cię zauważyła, ma zamiar zapewne zatrzymać cię przy swojej osobie, powierzając ci jakiś obowiązek; może uczyni z ciebie swoją towarzyszkę, lektorkę, rysować z tobą będzie i rozmawiać; da ci zatem pomieszczenie obok siebie; bardzo być może, że na zebraniach dworskich ukazywać się wcale nie będziesz, co jednak nie przeszkodzi, że wiele osób zazdrościć ci będzie stanowiska! Może cię to trwoży, Andreo?
— Zgadłeś, mój bracie.
— A mniejsza już tam o tę zazdrość i zazdrośników, jakoś sobie z tem poradzimy, postaraj się tylko wyzdrowieć jak najprędzej, a sam cię odwiozę do Trianon. Taki jest rozkaz księżnej — powiedział baron.
— Dobrze, mój ojcze, pojadę.
— Czy ty masz pieniądze, Filipie? — rzekł baron, zwracając się do syna.
— Jeżeli potrzebujesz ich, ojcze, to nie mam ich dosyć, aby ci pożyczyć, jeśli chcesz mi je ofiarować, dziękuję ci, bo mam dosyć na własne potrzeby.
Baron zaśmiał się złośliwie.
— Zapomniałem, że jesteś filozofem... a ty, Andreo, czy także nie potrzebujesz niczego?
— Nie chciałabym narażać cię na wydatki, ojcze.
— Nie jesteśmy już w Taverney, moja droga. Król przysłał mi pięćset luidorów zaliczki... tak mi kazał powiedzieć. Pomyśl o twoich strojach, Andreo.
— Dziękuję ci, ojcze — odpowiedziała Andrea uradowana.
— Dobrze, dobrze, moja droga, pieniędzy ci nie odmówię, piękność twoja wiele zyska, gdy będziesz strojnie ubrana.
Baron ucałował bardzo czule córkę i przeszedł do swego pokoju, mówiąc:
— Gdzie też się obraca ta Nicolina, mogłaby mi przecie poświecić.
— Zadzwonię na nią, ojcze.
— Daj pokój i pociemku trafię do siebie. Dobranoc dzieci!
Filip wstał także, ucałował rękę siostry, powiedział jej dobranoc i wyszedł z pokoju.
— Może zawołać ci pokojówkę? — zapytał w progu.
— Nie, nie potrzeba, sama się rozbiorę. Dobranoc Filipie! — zawołała Andrea.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.