Józef Balsamo/Tom V/Rozdział XLVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLVI
MANSARDA PANA JAKÓBA

Schody, od pierwszego stopnia wąskie i strome, powyżej trzeciego piętra, gdzie mieszkał p. Jakób, stawały się coraz węższe i uciążliwsze. Starzec i jego protegowany z trudem wdrapywali się na strych. Teresa miała słuszność; był to strych prawdziwy, podzielony na cztery komory, z których trzy były niezajęte, żadna zaś nie nadawała się właściwie na mieszkanie.
Dach obniżał się tak nagle, że tworzył z podłogą kąt ostry. W dachu, pośrodku, małe okienko bez szyb przepuszczało nieco światła; świeżego powietrza zato dostarczało aż do zbytku, szczególnie w zimie.
Na szczęście zbliżało się lato, jednak mimo ciepłej pory, przeciąg omal nie zgasił świecy, którą trzymał Jakób.
Siennik, tak zachwalony przez gospodarza, leżał rzeczywiście na ziemi i rzucał się odrazu w oczy, był to bowiem główny i jedyny sprzęt w pokoju.
Tu i tam sterczały pliki starych druków o pożółkłych brzegach, wokoło walały się książki, ponadgryzane przez szczury.
Wpoprzek strychu przeciągnięto dwa sznury; o jeden z nich zaczepił Gilbert i omało się nie udusił. Na nich drżały i tańczyły w podmuchach wiatru nocnego papierowe torebki, zawierające suszony groch w strączkach i zioła lecznicze, nadto bielizna świeżo wyprana i stara odzież kobieca.
— Nie jest tu pięknie, rzekł Jakób, lecz sen i ciemność równają skromną chatkę z najwspanialszymi pałacami. Śpij smacznie mój młody przyjacielu, jak się sypia w twoim wieku a jutro możesz sobie wyobrazić, żeś spał w Luwrze. Lecz przedewszystkiem uważaj aby nie zaprószyć ognia.
— Dobrze, proszę pana, odrzekł Gilbert trochę oszołomiony nowemi wrażeniami.
Jakób już odchodził, lecz wrócił się jeszcze.
— A jutro pogadamy — powiedział. — Sądzę, że nie masz wstrętu do pracy?
— Powiedziałem już panu, że praca jest właśnie mojem pragnieniem.
— To dobrze.
I Jakób postąpił znów krok ku drzwiom.
— Rozumie się, że mówię tylko o pracy godnej mnie, dodał Gilbert, który lubił rzeczy określać dokładnie.
— Nie znam innej pracy, mój przyjacielu. Więc do jutra!
— Dobranoc i dziękuję, rzekł Gilbert.
Jakób wyszedł wreszcie, zamykając drzwi z zewnątrz i Gilbert został sam na swem poddaszu.
Kilka godzin temu nie posiadał się ze zdziwienia i zachwytu, że jest w Paryżu; teraz zapytywał sam siebie, czy to możliwe, aby w takiem wspaniałem mieście były izdebki w rodzaju jego nowego mieszkania.
Po pewnem zastanowieniu jednakże przyszło mu na myśl, że bądź co bądź pan Jakób wyświadczył mu dobrodziejstwo a porównywując jego zachowanie ze sposobem w jaki mu dawano jałmużnę w Taverney, odczuł dlań żywą wdzięczność.
Ze świecą w ręku zwiedzał wszystkie kąty, uważając jednak by nie zaprószyć ognia, jak go ostrzegał pan Jakób. Suknie Teresy nie zajęły go wcale, nie skusiło go nawet aby wziąć starą spódnicę do przykrycia.
Zatrzymał się z ciekawością przy stosach starych, zadrukowanych papierów, lecz były powiązane, więc nie śmiał ich ruszyć.
Z pochyloną głową, nie mogąc jeszcze oderwać chciwego wzroku od związanych szpargałów, odszedł ku woreczkom z grochem.
Były one zrobione z pospinanych szpilkami drukowanych kartek.
Gilbert nagłym ruchem głowy potrącił sznur i jeden z woreczków spadł.
Blady, przerażony, jakby conajmniej wyłamał zamek okutej skrzyni, rzucił się młodzieniec do zbierania rozsypanych na podłodze strączków aby je nazad włożyć do torebki.
Podczas tej czynności spojrzał machinalnie na papier, bezmyślnie, z początku tylko wzrokiem, przeczytał kilka słów, które pobudziły jego uwagę. Odsunął strąki i usiadłszy na sienniku począł czytać, bo słowa te tak doskonale harmonizowały z jego myślami i całym charakterem, jakgdyby zostały napisane nietylko dla niego, lecz nawet przez mego samego.
Oto co czytał:
„Zresztą szwaczki, pokojówki i panny sklepowe nie nęciły mię zgoła; trzeba mi było szlachcianek, każdy ma swe fantazje, to była moja. Nie pociąga mię jednak zupełnie ich lepsze pochodzenie i stan wyższy, lecz delikatniejsza cera, piękne ręce, wytworny sposób zachowania się i mówienia, suknia gustowniej sza i zgrabniej uszyta, misterne pantofelki, wstążki, koronki, ładne uczesanie. Wybrałbym zawsze mniej ładną, jeśli ma to wszystko“.
Gilbert zadrżał i pot wystąpił mu na czoło; nie można było lepiej wyrazić jego myśli, zdefinjować jego instynktownych upodobań, zanalizować jego gustu. Lecz Andrea nie była mniej ładna a miała to wszystko; Andrea miała to wszystko i była najpiękniejsza.
Chłopak czytał więc chciwie dalej.
Po tych kilku linjach następował opis czarownej przygody, spotkania jakiegoś młodzieńca z dwiema pannami, historja kalwakaty, z towarzyszeniem owych okrzyków niby przerażonych, które dodają jeszcze kobiecie uroku słabości, podróży na koniu poza jedną z nich i jeszcze rozkoszniejszego powrotu w nocy.
Zainteresowanie Gilberta wzrosło; rozłożył torebkę i z bijącem sercem wyczytał wszystko co mieściło się na niej; spojrzał na numer strony i począł szukać, czy która kartka nie stanowi dalszego ciągu.
Niestety wątek opowiadania tu się urywał, lecz młodzieniec znalazł natomiast siedm czy ośm torebek, które zdawały się stanowić jedną całość. Powyjmował z nich szpilki, groch wysypał na podłogę, uporządkował kartki i zaczął czytać.
Teraz, to było znów co innego. Nowozdobyte kartki zawierały historję amorów młodego człowieka, ubogiego i nieznanego z wielką damą. Dama zstąpiła do niego, czy raczej on wzniósł się aż do niej; a ona przyjęła go jak równego sobie i uczyniła swym kochankiem. Wtajemniczyła go w święte misterja serca, które są marzeniem młodości, lecz zrealizowane trwają tak krótko, że stojąc u schyłku życia widzimy je w postaci świetnych meteorów, przemykających po wygwieżdżonem niebie wiosennem.
Nazwisko młodzieńca nigdzie nie było wymienione. Wielka dama nazywała się pani de Warens, imię dźwięczne i słodkie.
Gilbert marzył o tem by spędzić na czytaniu całą noc i z radością patrzył na długi szereg torebek, które mógł rozkładać jedną po drugiej, gdy dało się słyszeć ciche skwierczenie, dopalająca się świeca rozlała się wydając niemiły swąd, knot zgasł, a Gilbert znalazł się w ciemności.
Stało się to tak nagle, że nie było czasu aby jakoś zapobiec katastrofie. Gilbert, który musiał przerwać czytanie w środku zdania, omal nie płakał z wściekłości. Porzucił kartki na kupę grochu i położył się na sienniku, gdzie mimo żalu wkrótce twardo zasnął.
Młodzieniec spał, jak się sypia mając lat ośmnaście i obudził go dopiero skrzyp zardzewiałej kłódki, na którą Jakób zamknął poprzedniego dnia drzwi strychu.
Był już jasny dzień; Gilbert, otworzywszy oczy, ujrzał swego gospodarza wchodzącego na palcach do pokoju.
Spojrzał ze strachem na wysypany groch i popsute woreczki. Oczy Jakóba skierowały się już także w tę stronę. Chłopak uczuł, że biją nań rumieńce wstydu i nie wiedząc nawet dobrze co mówi, bąknął:
— Dzieńdobry panu.
— Dzieńdobry, przyjacielu — rzekł Jakób; — czy dobrze spałeś?
— Tak, panie.
— Czy nie jesteś lunatykiem przypadkiem?
Gilbert nie wiedział, co to jest lunatyk, lecz domyślił się, że chodzi o wyjaśnienie, co znaczy groch rozsypany i puste woreczki. — O panie — rzekł, — wiem dlaczego pan to mówi; to ja zrobiłem tę szkodę i ze skruchą przyznaję się do winy, lecz sądzę, że to da się naprawić.
— Bezwątpienia. A dlaczego świeca wypaliła się zupełnie?
— Czuwałem do późna, — A dlaczego czuwałeś? — zapytał podejrzliwie Jakób.
— Czytałem.
— Jakób z rosnącem niedowierzaniem rozejrzał się po zagraconym strychu.
— Przypadkowo rzuciłem okiem na tę kartkę — rzekł Gilbert, pokazując torebkę, która najpierw rozłożył i przeczytał — i tak mnie zajęła...
— Ale pan tyle umie, pan napewno będzie wiedział z jakiej to jest książki? Jakób zaledwie spojrzał i odrzekł:
— Nie wiem.
— To jest zapewne romans, — mówił Gilbert, — i to bardzo piękny.
— Sądzisz, że to romans?
— Tak myślę, bo jest tu mowa o miłości jak w romansach, z tą różnicą, że opowiadanie jest znacznie lepsze.
— A jednak, — zauważył Jakób, — widzę u dołu tej stronicy słowo „Wyznania“ — przypuszczam więc...
— Co pan przypuszcza?
— Że to może być historja prawdziwa.
— Ach, nie! człowiek nie może tak pisać sam o sobie. Zanadto szczere są te zwierzenia, sąd nadto bezstronny.
— A ja myślę, że się mylisz, — rzekł żywo starzec. Autor chciał właśnie dać światu przykład człowieka, który ukazuje się swym bliźnim takim, jakim go Pan Bóg stworzył.
— Więc pan zna autora?
— Autorem jest Jan Jakób Rousseau.
— Rousseau! — zawołał młodzieniec.
— Zabłąkało się tu kilka oddzielnych kartek z jego ostatniej książki.
— Więc ten młody człowiek, biedny, nieznany, niewykształcony, wędrujący prawie o żebranym chlebie, to był Rousseau, który pewnego dnia miał stworzyć Emila i napisać Umową społeczną?
— Tak, to był on; albo raczej nie, — rzekł starzec z melancholją. Nie, to nie był on; autor Emila i Umowy społecznej to człowiek rozczarowany, zniechęcony do życia, do ludzi, do sławy i prawie że do Boga. Tamten... tamten Rousseau... kochanek pani Warens, to dziecko, wchodzące dopiero w życie z dziecinną radością i nadzieją. Jest pomiędzy nimi dwoma cała przepaść... trzydzieści lat nieszczęścia.
Starzec pokiwał głową, opuścił beznadziejnie ręce i zamyślił się głęboko.
Gilbert był jakby w ekstazie.
— A więc przygoda z panną Galley i panną de Graffenried jest prawdziwa? — zapytał. — I on rzeczywiście przeżył tę miłość do pani Warens, i to co pisze o posiadaniu ukochanej kobiety, które go zasmuciło miast uszczęśliwić, jak się spodziewał — to nie jest tylko czarujące zmyślenie?
— Młodzieńcze, — odrzekł starzec, — Rousseau nie zmyślał nigdy. Przypomnij sobie jego dewizę: Vitam impendere vero.
— Znam ją, — powiedział Gilbert — lecz jej nie rozumiałem, bo nie umiem po łacinie.
— To znaczy: Ceń prawdę nad życie.
— A więc, — ciągnął dalej Gilbert — to jest możliwe, ażeby człowiek takiego pochodzenia jak Rousseau, był kochany przez piękną damę, prawdziwą damę! O mój Boże! Czy pan wie, że taka nadzieja może przyprawić o szaleństwo tych, co pochodząc z nizin, jak on, podnieśli oczy na istotę wyżej stojącą?
— Ty kochasz, prawda? — rzekł Jakób — i widzisz analogję między położeniem twojem a Rousseau‘a.
Gilbert zarumienił się, lecz nie odpowiedział na pytanie.
— Nie wszystkie jednak kobiety są takie, jak pani Warens — mówił dalej, — bywają dumne, pogardliwe, nieczułe i takie kochać, to jest szaleństwo. A jednak wierz mi, chłopcze, że okazje podobne nieraz zdarzały się w życiu Roussea’a.
— Tak! — wykrzyknął Gilbert — ale to był Rousseau! Gdybym czuł w piersi iskrę genjuszu, jak on, powiedziałbym sobie, że niema kobiety tak wysoko urodzonej, którejbym nie był równy. Tymczasem teraz, kiedy jestem niczem i nie jestem pewny czy i w przyszłości osiągnę cokolwiek, nie śmiem nawet spojrzeć w górę. Och! chciałbym mówić z Rousseau‘em.
— Poco?
— Ażeby go zapytać, czyby się wzniósł aż do pani Warens, gdyby ona nie zniżyła się do niego, ażeby mu rzec: „Zasmuciło cię to, że ci się oddała; lecz gdyby ci odmówiła, czy nie byłbyś jej zdobywał choćby...“ Młodzieniec urwał.
— Choćby?... — powtórzył Jakób.
— Choćby przez zbrodnię!
Jakób zadrżał.
— Moja żona pewno już wstała — rzekł, odwracając rozmowę — zejdźmy na dół. Zresztą dla pilnego pracownika dzień nigdy nie zaczyna się dość wcześnie; chodź, młodzieńcze, chodź!
— To prawda — powiedział Gilbert — przepraszam pana, że się tak zapędziłem; lecz rozmowa na pewne tematy zawsze mnie podnieca, a niektóre myśli doprowadzają mnie do szaleństwa.
— Ech, zakochany jesteś i tyle! — rzekł starzec.
Gilbert, nic nie odpowiadając, wziął się do zbierania grochu i spinania szpilkami torebek; Jakób czekał, aż młodzieniec skończy.
— Nie jest to wspaniałe mieszkanie — mówił — lecz ściśle biorąc, masz tu wszystko, co jest niezbędne, a gdybyś był bardziej rannym ptaszkiem, czułbyś, jak świeże powietrze płynie przez to okienko. A to ma swą wartość w wielkiem mieście, zatrułem wszelakimi wyziewami. Okno to wychodzi na ogrody ulicy de la Jussienne: drzewa hebanowe i lipy kwitną tam właśnie, a jeżeli biedny pracownik odetchnie o świcie ich wonią, to wspomnienie tej chwili jest mu na cały dzień źródłem cichego szczęścia.
— Podświadomie kochałem zawsze przyrodę — rzekł Gilbert — lecz nie zwracam wielkiej uwagi na jej zjawiska, bo zbyt do nich przywykłem.
— Powiedz, że nie tak dawno opuściłeś wieś, abyś miał już do niej tęsknić. No, ale już skończyłeś; chodźmy pracować.
Jakób wyszedł pierwszy i zamknął za młodzieńcem drzwi na kłódkę. Następnie poprowadził swego towarzysza prosto do pokoju, który Teresa zeszłego dnia nazwała jego gabinetem.
Motyle, rośliny i minerały za szkłem, w oprawie z czarnego drzewa, orzechowa bibljoteka, pełna książek, stół wąski a długi, przykryty wytartym kobierczykiem w pasy zielone z czarnem, na którym porządnie ułożone leżały manuskrypty; cztery fotele z wiśniowego ciemnego drzewa, kryte czarną włosianką — oto urządzenie gabinetu. Wszystko to było błyszczące, bez zarzutu pod względem czystości i porządku, lecz zimne i niemiłe dla oka i serca.
Światło dzienne, jakieś blade i szare, z trudem przenikało przez pospolite bawełniane firanki; zdawało się, że nietylko zbytek, lecz dobrobyt jest dalekim od tego spopielałego i zimnego ogniska domowego.
Tylko mały klawecyn z różanego drzewa na czterech prostych nóżkach, którego struny dźwięczały cicho, gdy ulicą przejeżdżał wóz, i zegar na kominku, niestrudzenie mierzący czas swem srebrnem wahadłem, świadczyły, że życie jeszcze niezupełnie wygasło w tym smutnym pokoju, podobnym do grobowca.
Gilbert wszedł z nabożeństwem do tego gabinetu; umeblowanie wydało mu się wspaniałe, bo tak samo prawie było w zamku Taverney; szczególnie zaimponowała mu lśniąca, woskowana posadzka.
— Usiądź tu — rzekł Jakób, pokazując mu drugi mały stolik we framudze okiennej, — powiem ci, jakie zajęcie wynalazłem dla ciebie.
Gilbert śpiesznie rozkaz wykonał.
— Czy znasz to? — zapytał starzec, pokazując Gilbertowi papier, polinjowany w równomiernych odstępach.
— Oczywiście! — odrzekł- — to papier nutowy.
— Więc słuchaj! jeżeli zapiszę jak należy jedną taką kartkę, to znaczy, jeżeli przepiszę tyle nut ile się na niej zmieści, zarabiam dziesięć su; sam naznaczyłem tę cenę. Jak myślisz, czy nauczysz się kopjować nuty?
— Sądzę, że tak, proszę pana.
— A ta cała bazgranina, te czarne kropki, powiązane kreskami pojedynczemi, podwójnemi i potrójnemi, nie wirują ci przed oczyma?
— To prawda, proszę pana. Na pierwszy rzut oka niewiele z tego rozumiem, lecz przypatrując się uważniej odróżnię jedną nutę od drugiej; to jest np. fa.
— Gdzie?
— Tu, na najwyższej linji.
— A tu na dole, między dwiema linjami?
— To też fa.
— A ta nuta ponad niem, na drugiej linji?
— To sol.
— Więc ty umiesz czytać nuty?
— Znam ich nazwy.
— A wiesz, jak wyglądają całe nuty, pół ćwierć-nuty, nuty wiązane, podwójnie i potrójnie wiązane?
— Tak, wiem.
— A te znaki?
— To jest pauza.
— A to?
— Krzyżyk.
— A to?
— Bemol.
— Bardzo dobrze. Ale jednak — rzekł Jakób z obudzoną znów nieufnością — jednak mimo ignorancji, o której mi tyle opowiadałeś, potrafisz mówić o muzyce, jak mówiłeś o botanice, a omal że nie o miłości.
— Och, panie, proszę nić żartować sobie ze mnie — błagał Gilbert zarumieniony.
— Przeciwnie, moje dziecko, podziwiam cię. Znajomość muzyki osiąga się zazwyczaj dopiero po opanowaniu innych nauk, a ty mówiłeś, że nie otrzymałeś żadnego wykształcenia, że nie uczyłeś się niczego.
— To prawda, proszę pana.
— Przecież sam nie mogłeś tego wymyślić, że punkt czarny na ostatniej linji, to fa.
— Panie — powiedział Gilbert, schylając głowę i głos zniżając, — w domu, gdzie mieszkałem, była pewna... pewna młoda osoba, która grała na klawecynie.
— Ach, zapewne ta, która zajmowała się botaniką?
— Taż sama. Grała nawet bardzo dobrze.
— Rzeczywiście?
— Tak, a ja przepadam za muzyką.
— Ale to nie jest jeszcze powodem, ażebyś znał nuty.
— Rousseau powiada, proszę pana, że ten, kto zadawala się skutkiem, nie wnikając w przyczynę, jest człowiekiem niezupełnym.
— Lecz mówi także, że człowiek przez to poszukiwanie przyczyny uzupełnia swą istotę, lecz traci radość życia, naiwność i instynkt wrodzony.
— Cóż to szkodzi — rzekł Gilbert — jeżeli pociecha, jaką znajdzie w nauce, dorównywa tym stratom?
Jakób zaskoczony popatrzył na niego.
— Patrzcie! jesteś nietylko botanikiem i muzykiem, lecz logikiem?
— Niestety, nie jestem żadnym z nich. Umiem odróżnić nuty — to wszystko.
— Czy śpiewasz z nut?
— Nigdy w świecie.
— No mniejsza z tem; jeżeli chcesz, spróbuj kopjować. Tu jest papier linjowany, lecz uważaj, abyś go nie marnował, bo jest drogi. A nawet lepiej będzie, jeżeli weźmiesz papier biały, polinjujesz i na nim będziesz próbował.
— Dobrze, proszę pana, zrobię jak pan każe, lecz pozwolę sobie powiedzieć, że to nie jest dla mnie zajęcie na całe życie. Zamiast pisać nuty, których nie rozumiem, lepiej byłoby zostać skrybą publicznym.
— Młodzieńcze, młodzieńcze, mówisz bez zastanowienia.
— Ja?!
— Tak, ty. Czy skryba publiczny w nocy zarabia swem rzemiosłem na życie?
— No, naturalnie że nie.
— Więc posłuchaj, co ci powiem. Człowiek wprawny może w dwóch lub trzech godzinach nocy skopjować pięć takich kart, a nawet sześć, jeżeli wskutek ćwiczenia wyrobił sobie pociągnięcie szybkie a pewne i czyste, i łatwość czytania, która oszczędza czasu, bo nie potrzeba często spoglądać na wzór. Sześć kartek, to warte trzy franki; człowiek może o tem wyżyć. Tak więc pracując w nocy przez dwie godziny można uczęszczać do szkoły medycznej, chirurgicznej i botanicznej.
— Ach — zawołał Gilbert, — teraz rozumiem i dziękuję panu z całego serca.
I z zapałem zabrał się do pracy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.