Józef Balsamo/Tom V/Rozdział XLVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLVII
KIM BYŁ PAN JAKÓB?

Gilbert pracował, pokrywając papier sumiennie odrobionemi ćwiczeniami, a starzec, popatrzywszy czas jakiś na jego pracę, usiadł też przy drugim stole i zaczął poprawiać drukowane kartki, takie same, jak te, które stanowiły opakowanie grochu.
Upłynęły tak trzy godziny i zegar wydzwonił właśnie dziewiątą, gdy Teresa śpiesznie weszła do izby.
Jakób podniósł głowę.
— Chodź prędko do salonu! — rzekła gospodyni. — Przyszedł książę. Mój Boże! Kiedy się skończy ta procesja jaśnie oświeconych! Żeby mu tylko nie przyszła fantazja zaprosić się na śniadanie, jak to zrobił kiedyś książę de Chartres.
— A który to książę? — spytał pocichu Jakób.
— Jego Wysokość książę Conti.
Gilbert na te słowa posadził w swem ćwiczeniu sol, podobne raczej do kleksa, niż do nuty.
— Książę, Jego Wysokość! — wyszeptał.
Jakób, uśmiechając się, wyszedł z Teresą, która zamknęła drzwi.
Gilbert spojrzał dokoła, a widząc że jest sam, zerwał się z miejsca mocno podniecony.
— Gdzież ja jestem? — wykrzyknął. — Jaśnie oświeceni książęta u pana Jakóba! Książę de Chartres, jego wysokość książę de Conti u biednego kopisty!
Zbliżył się do drzwi, chcąc coś posłyszeć; serce biło mu silnie.
Już wymieniono widocznie powitanie; teraz książę mówił:
— Chciałbym zabrać pana ze sobą.
— W jakim celu, książę? — zapytał Jakób.
— Ależ oczywiście, by przedstawić pana delfinowej. Z jej przybyciem rozpoczyna się nowa era dla filozofji, drogi filozofie!
— Stokrotne dzięki za pańskie dobre chęci, książę, nie mogę jednak panu towarzyszyć.
— A jednak przed sześciu laty mogłeś pan towarzyszyć pani de Pompadour do Fontainebleau.
— Byłem o sześć lat młodszy; dziś moje dolegliwości przykuwają mnie do fotela.
— I pańska mizantropja!
— A choćby i tak było, Wasza Wysokość? Na honor, świat nie jest tak interesującym, żeby warto było dla niego trudzić się i krępować.
— Dobrze więc! Daruję panu Saint-Denis z całym ceremonjałem, lecz zabieram pana do Muette, gdzie Jej Królewska Wysokość ma pojutrze nocować.
— Jej Królewska Wysokość przybywa więc pojutrze do Saint Denis?
— Z całą świtą. No, dwie mile, to niedaleko, nie zrobi to panu zbyt wielkiej różnicy. Powiadają, ze księżna bardzo muzykalna; jest uczennicą Glucka!
Gilbert nie słuchał już dalej. Słowa: „Pojutrze przybywa delfinowa z całą świtą do Saint Denis“ miały dla niego jedno znaczenie — że pojutrze tylko dwie mile będą go dzielić od Andrei.
Silniejsze z dwóch uczuć zagłuszyło drugie. Miłość powstrzymała ciekawość; zdawało mu się przez chwilę, że w tym małym gabineciku brak powietrza, pobiegł do okna, aby je otworzyć, lecz okno było zamknięte na kłódkę, zapewne aby trudniej było zajrzeć z przeciwka do gabinetu pana Jakóba.
Chłopak upadł znów na krzesło.
— Och, nie chcę już podsłuchiwać pod drzwiami — rzekł; — nie chcę wnikać w tajemnice mego dobroczyńcy! Tego skromnego mieszczanina, zarabiającego przepisywaniem, którego książę nazywa swym przyjacielem i chce go przedstawić przyszłej królowej Francji, cesarskiej córce, do której panna Andrea mówiła prawie na klęczkach!
— Lecz może słuchając, dowiem się czegoś o pannie Andrei?
— Nie, nie, byłbym podobny do lokaja. La Brie także podsłuchiwał pod drzwiami.
I mężnie odsunął się od zamka, do którego już się nachylał; ręce mu drżały, oczy przysłoniła mgła.
Aby się uspokoić, chciał się czemś zająć; kopjowanie było za monotonne. Wziął więc książkę z biurka.
— „Wyznania“ — przeczytał z radosnem zdziwieniem. „Wyznania“, z których kilkadziesiąt stron przeczytałem z takiem zajęciem!
— „Wydanie, ozdobione portretem autora“ — czytał dalej.
— Och! a ja nigdy jeszcze nie widziałem portretu Rousseua! — zawołał. — Ach, prędko, prędko.
I pośpiesznie odwracając kartkę nawpół przezroczystej bibułki, która przykrywała portret, spojrzał i krzyknął głośno.
W tej chwili drzwi się otworzyły; Jakób powracał.
Gilbert jeszcze raz porównał jego twarz z portretem, cały drżący upuścił tom na podłogę i wyciągając ręce wyszeptał:
— Jestem u Jana-Jakóba Rousseau!
— Zobaczymy jak kopjujesz nuty, moje dziecko — odpowiedział z uśmiechem Jan-Jakób, który w głębi serca bardziej był uradowany tym młodzieńczym hołdem niż wszystkimi triumfami, jakich doznał w swem sławnem życiu.
I przechodząc koło drżącego Gilberta, zbliżył się do stołu i rzucił oczyma na papier.
— Nuty są niezłe — rzekł; — nie uważasz tylko na margines, następnie nie umiesz łączyć jedną linją nut razem stojących. Poczekaj, tu brakuje pauzy; prócz tego kreski pomiędzy taktami nie są proste. Nuty puste pisz dwoma półkolami. Mniejsza z tem, czy się schodzą dokładnie. Nuta zupełnie okrągła jest niezgrabna i ogonek źle się z nią łączy... Tak, rzeczywiście mój przyjacielu, jesteś u Jana-Jakóba Rousseau.
— Ach, panie, proszę mi wybaczyć wszystkie głupstwa, jakie nagadałem! — zawołał Gilbert, składając ręce i omal nie klękając.
— Trzebaż było, aby tu przyszedł książę, żebyś poznał we mnie prześladowanego, nieszczęśliwego filozofa z Genewy? Ty, dziecko biedne, a szczęśliwe, bo nie wiesz co to prześladowania!
— O tak, jestem szczęśliwy, strasznie szczęśliwy, ale dlatego, że pana widzę, znam, że jestem przy panu!
— Dziękuję ci, dziękuję moje dziecko; lecz nie wystarczy być szczęśliwym, trzeba pracować. Teraz, gdy się już wprawiłeś, weź to rondo i staraj się je skopjować na prawdziwym papierze nutowym; to krótkie i nie trudne; staraj się przedewszystkiem pisać czysto i wyraźnie. Ale jak poznałeś...
— Gilbert z wezbranem sercem podniósł z ziemi tom „Wyznań“ i pokazał Jakóbowi portret.
— Ach tak, rozumiem. Mój portret na pierwszej stronie Emila spalono in effigie; lecz cóż to szkodzi, ogień świeci zawsze, czy pochodzi ze słońca, czy z całopalnego stosu.
— Czy pan wie, że nigdy nawet nie marzyłem o życiu obok pana? Dalej nie sięga nawet moja ambicja i moje pragnienie!
— Nie będziesz żył obok mnie, przyjacielu, bo nie przyjmuję uczniów. Co do gości, to widziałeś, że nie jestem na tyle bogaty, aby ich przyjmować, a w dodatku zatrzymywać.
Gilbert słuchał zmrożony; Jakób ujął go za rękę.
— Zresztą — rzekł, — nie rozpaczaj. Ponieważ cię spotkałem, zajmę się tobą, moje dziecko. Jest w tobie wiele złego, lecz równie wiele dobrego; zwalczaj wolą złe instynkty, wyzbywaj się pychy, która jak czerw podgryza prawdziwą filozofję, i oczekując lepszej przyszłości, kopjuj nuty.
— Och, mój Boże! mój Boże! — wybuchnął Gilbert, jestem tem wszystkiem zupełnie oszołomiony.
— To co cię spotyka, moje dziecko, jest tymczasem zupełnie proste i naturalne; co prawda, właśnie rzeczy proste najbardziej wzruszają ludzi o głębszym umyśle. Uciekałeś, nie wiem skąd, bo nie pytałem cię o tę tajemnicę; przechodziłeś przez las; w lesie spotkałeś człowieka, zbierającego rośliny; ten człowiek miał chleb a ty go nie miałeś, więc się z tobą podzielił; dał ci nadto przytułek, ponieważ nie wiedziałeś gdzie się schronić. Człowiek ten nazywa się Rousseau, oto wszystko; i on ci powiada:
Pierwsza zasada filozofji brzmi: „Wystarczaj sam sobie“.
Tak więc, mój przyjacielu, jeżeli przepiszesz rondo, zarobisz dziś na pożywienie. Kopjuj więc rondo.
— Ach, jaki pan dobry!
— Niezależnie od tego możesz korzystać z noclegu; tylko żadnego czytania po nocach, chyba że będziesz wypalał swoją własną świecę, bo inaczej Teresa gderałaby. A teraz, czy jesteś głodny?
— Nie, panie, — powiedział Gilbert onieśmielony.
— Z resztek wczorajszej wieczerzy będziemy mieli dziś śniadanie. Nie rób ceremonji, to twój ostatni posiłek przy moim stole, chyba że cię kiedy w przyszłości zaproszę, jeżeli pozostaniemy dobrymi przyjaciółmi. Przy ulicy Plâtriére jest mała robotnicza garkuchnia. Będziesz się tam mógł stołować na rachunek, bo polecę cię gospodarzowi. Tymczasem chodźmy na śniadanie.
Gilbert, nie odpowiadając, poszedł za starcem; pierwszy to raz w życiu uległ, co prawda, człowiekowi nieprzeciętnemu.
Po kilku łykach jednak powstał od stołu i wrócił do pracy. Rzeczywiście wskutek wzruszenia nie odczuwał zupełnie głodu. Przez cały dzień nie podnosił oczu od roboty, a około ósmej wieczorem, podarłszy trzy kartki, zdołał wreszcie skopjować czytelnie i czysto swoje rondo.
— Nie chcę ci pochlebiać, — rzekł Rousseau — nie jest to piękne, lecz czytelne; warte jest dziesięć su, oto one.
Gilbert wziął je z ukłonem.
— Chleb jest w szafie, panie Gilbercie — rzekła Teresa, na której łagodność i pilność Gilberta wywarły dobre wrażenie.
— Dziękuję — odparł Gilbert — proszę wierzyć, że nigdy nie zapomnę pani dobroci.
— Proszę — rzekła kobieta, podając mu kawałek.
Gilbert już miał odmówić, lecz spojrzał na Jakóba i poznał po lekkiem zmarszczeniu brwi nad wyrazistemi oczami, po gorzkiem skrzywieniu w kątach ust delikatnych, że odmowa mogłaby go zranić.
— Dobrze, wezmę — rzekł.
I udał się do swojego pokoiku, ściskając w ręku pieniądze, które dopiero co otrzymał od Jakóba.
— Nareszcie jestem panem niezależnym — powiedział, wchodząc do swej mansardy; — choć właściwie jeszcze nie, bo mam ten chleb, dany z litości.
I chociaż był głodny, położył go na ramie okiennej. Potem, chcąc zaspać głód, zdmuchnął świeczkę i wyciągnął się na swym sienniku.
Gilbert mało spał tej nocy. Zbudził się nazajutrz równo ze świtem. Przypomniał sobie, co mu powiedział Rousseau o ogrodach, na które wychodzi okienko.
Wychyliwszy się, ujrzał rzeczywiście drzewa pięknego ogrodu, a poza niemi dom, zwrócony fron tem ku ulicy de la Jussienne.
W rogu ogrodu, wśród młodych drzew, wznosił się mały pawilon o zamkniętych okiennicach. Młodzieniec myślał z początku, że mieszkańcy jego jeszcze się nie zbudzili. Lecz wkrótce poznał, że pawilon był conajmniej od zimy niezamieszkały, ponieważ gałęzie drzew, niepodcinane, dotykały bujnem listowiem zamkniętych na głucho okien.
Kilka razy głód skłonił Gilberta do rzucenia okiem na chleb, który mu ukroiła Teresa, lecz panował nad sobą i nie tknął go.
Gdy wybiła piąta godzina, pomyślał, że brama od ulicy powinna już być otwarta; a ponieważ Jakób postarał się o to, aby na poddaszu znalazły się przybory potrzebne do niewybrednej toalety, więc młodzieniec umyty, uczesany i oczyszczony wziął swój kawałek chleba i zszedł ze schodów.
Rousseau tym razem nie potrzebował go budzić, a trochę jeszcze nieufny, nie zamknął jego drzwi, chcąc zbadać przyzwyczajenia gościa. Posłyszawszy, że schodzi, począł go śledzić.
Ujrzał, że Gilbert wychodzi z bramy z chlebem pod pachą.
Nadszedł ubogi, chłopiec dał mu swój chleb, wstąpił potem do piekarza, który właśnie otworzył sklepik i kupił inny kawał chleba.
— Pójdzie teraz do garkuchni i wyda tam swoje marne dziesięć su.
Rousseau mylił się jednak; Gilbert, idąc, zjadł część swego chleba, na rogu ulicy popił wodą z fontanny, a zjadłszy resztę, otarł usta, umył ręce i wrócił.
— Na honor — rzekł Rousseau — sądzę że jestem szczęśliwszy od Djogenesa i że znalazłem człowieka.
I słysząc, że wchodzi po schodach, pośpieszył otworzyć mu drzwi.
Cały dzień przeszedł na pracy bez przerwy. Gilbert włożył w to monotonne zajęcie swą czynną ruchliwość, wnikliwą inteligencję i wytrwałość, graniczącą z uporem. Czego nie rozumiał, to odgadywał, a jego ręka, powodowana żelazną wolą, kreśliła nuty już bez wahania, bez błędu. Do wieczora skopjował siedm kartek nie pięknie, lecz w każdym razie bez zarzutu.
Rousseau patrzył na tę pracę jako sędzia i jako filozof. Jako sędzia krytykował formę nut, delikatność połączeń, kształt pauz lub bemoli, lecz przyznał, że od dnia poprzedniego widzi znaczny postęp i wypłacił Gilbertowi dwadzieścia pięć su.
Jako filozof podziwiał siłę woli ludzkiej, która potrafi utrzymać przez dwanaście godzin pochylonego nad robotą osiemnastoletniego młodzieńca o ciele wątłem a namiętnym temperamencie. Bo Rousseau z łatwością poznał, że gorąca namiętność płonie w sercu młodego człowieka; nie wiedział tylko jeszcze czy tą namiętnością jest ambicja czy miłość.
Gilbert, ściskając z żywem zadowoleniem srebrną monetę w prawej ręce, rzekł:
— Proszę pana, pan jest moim mistrzem, ponieważ u pana znalazłem zajęcie; daje mi pan nawet mieszkanie w dodatku. Mógłby pan więc źle o mnie pomyśleć, jeżelibym czynił coś, nie uprzedziwszy pana o tem.
Rousseau zmierzył go swem podejrzliwem spojrzeniem
— Jakto? — powiedział — cóż to chcesz robić? Czy masz na jutro jakieś specjalne zamiary?
— Tak, proszę pana, na jutro chciałbym się zwolnić od pracy, jeśli pan łaskaw.
— Poco? zapytał Rousseau — ażeby się wałęsać?
— Panie — mówił Gilbert — chciałbym być w Saint Denis.
— W Saint Denis?
— Tak; delfinowa przyjeżdża tam jutro.
— Ach, to prawda; jutro jest w Saint Denis uroczyste przyjęcie księżny delfinowej. Lecz uważałem cię za mniej powierzchownego, mój młody przyjacielu, zrobiłeś na mnie wrażenie człowieka, który gardzi pompą i szychem.
— Panie...
— Spójrz na mnie; sam mówiłeś, że jestem dla ciebie wzorem. Książę krwi królewskiej nalegał, abym mu towarzyszył na tę uroczystość. Ty biedne dziecko, wspiąwszy się na palce, ujrzysz zaledwie przez ramię gwardzisty karocę królewską; lecz ja rozmawiałbym z książętami, księżniczki uśmiechałyby się do mnie. A jednak ja, ubogi obywatel, odrzuciłem zaproszenie wielkich tego świata.
Gilbert potwierdził skinieniem głowy.
— A dlaczego odmówiłem? — ciągnął Rousseau, unosząc się coraz bardziej — dlatego, że człowiek nie może być podwójny; ręka, która napisała, że królowanie jest nadużyciem, nie może żebrać teraz o fawor króla. Ponieważ wiem, że każda taka parada pozbawia lud części dobytku, którego i tak ma tylko tyle, aby się nie zrewoltować, więc nieobecnością moją protestuję przeciw wszelkim uroczystościom i paradom.
— Proszę mi wierzyć, że umiem ocenić wzniosłość pańskiej filozofji.
— Pozwól mi jednak powiedzieć, że nie stosujesz jej w praktyce.
— Panie — rzekł Gilbert — nie jestem filozofem.
— Powiedz przynajmniej, co chcesz robić w Saint Denis?
— Proszę pana, jestem dyskretny.
Wyrażenie to uderzyło Rousseau‘a; zrozumiał że ten upór kryje jakąś tajemnicę i popatrzył na młodego człowieka z pewnego rodzaju uznaniem dla jego charakteru.
— Rozumiem — rzekł — masz swój powód. — Wolę już to.
— Tak, proszę pana, mam powód i przysięgam.
że jest on bardzo daleki od ciekawości, z jaką tłum gapiów patrzy na widowisko.
— Tem lepiej, a może tem gorzej, bo w twem głębokiem spojrzeniu napróżno szukam czystości i spokoju młodzieńczego wieku.
— Powiedziałem już panu — smutnie odrzekł Gilbert — że byłem nieszczęśliwy, a nieszczęśliwi nie mają młodości. A więc to umówione, daruje mi pan dzień jutrzejszy?
— Tak, przyjacielu.
— Dziękuję panu.
— Tylko, że ja wolę rozłożyć jeden z moich zielników i obejrzyć wspaniałość natury, podczas gdy ty będziesz podziwiał przepych bogaczy.
— Proszę pana — powiedział Gilbert czy pan nie porzuciłby był wszystkich zielników całego świata w dniu, w którym miał pan ujrzeć pannę Galley?
— Masz słuszność — rzekł Rousseau jesteś przecie młody! Idź, dziecko, do Saint Denis!
A gdy Gilbert rozradowany wyszedł, starzec szepnął do siebie:
— To nie ambicja, to miłość!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.