Józef Balsamo/Tom V/Rozdział XLVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLVIII
ŻONA CZAROWNIKA

Podczas gdy Gilbert, po dniu pracowicie spędzonym, gryzł chleb na swem poddaszu, popijając go świeżą wodą i wdychając pełną piersią aromaty sąsiednich ogrodów, kobieta ubrana strojnie, lecz nieco z cudzoziemska, zeskoczyła z pysznego araba przed klasztorem Panien Karmelitanek w Saint Denis i delikatną ręką zapukała do bramy. Koń jej, którego wodze założyła sobie na ramię, tupał i grzebał niecierpliwie piasek kopytami.
Kilku mieszczan przystanęło z ciekawości koło nieznajomej. Zaciekawiła ich obcość jej wyglądu i uporczywość, z jaką kołatała do bramy.
— Czego sobie pani życzy? — zapytał jeden z nich.
— Widzi pan — odrzekła cudzoziemka z wyraźnym akcentem włoskim — chcę wejść.
— Furta ta otwiera się tylko raz jeden na dzień dla ubogich i godzina o której ją, otwierają już minęła.
— Więc co należy zrobić, chcąc się zobaczyć z ksienią? — zapytała kobieta.
— Pukać do furtki przy końcu muru lub dzwonić do bramy głównej.
Zbliżył się drugi.
— Czy pani wie — zaczął rozmowę — że ksienią jest teraz Jej Wysokość księżna Ludwika francuska?
— Wiem o tem, dziękuję.
— Do licha, ładny koń — zawołał dragon z pułku królowej. Czy wiecie, że ten koń, jeżeli tylko nie jest stary, wart jest pięćset luidorów? To jest taka prawda, jak to, że mój wart jest zaledwie sto pistolów!
Słowa te wywołały w tłumie wielkie wrażenie.
W tej chwili jakiś kanonik, który w przeciwieństwie do dragona nie patrzył na konia, lecz na amazonkę, utorował sobie drogę do niej i znając zamek, otworzył furtę.
— Proszę, niech pani wejdzie i wprowadzi ze sobą konia — rzekł.
Kobieta, której zdawały się ciążyć natarczywe spojrzenia gapiów, śpiesznie posłuchała jego rady i znikła za furtą wraz ze swym wierzchowcem.
Gdy się znalazła sama w obszernym, pustym dziedzińcu, koń zachrzęścił czaprakiem i począł ochoczo bić kopytami o bruk. Siostra furtjanka, która na chwilę opuściła swą celkę przy bramie, nadbiegła z wnętrza klasztoru.
— Czego pani chce — zawołała z przestrachem — i jak pani tu weszła?
— Jakiś dobry kanonik otworzył mi furtę, a chciałabym, jeżeli to możliwe, mówić z przełożoną.
— Księżna tego wieczoru nie przyjmuje.
— A jednak powiedziano mi, że obowiązkiem ksieni jest przyjąć o każdej porze dnia i nocy jej siostry ze świata, które przychodzą prosić o pomoc.
— To jest możliwe tylko w warunkach normalnych; jej wysokość przedwczoraj dopiero przybyła i zaledwie zdążyła się zainstalować a nadto tego wieczoru ma posiedzenie kapituły.
— O pani, rzekła cudzoziemka, przybywam z daleka, aż z Rzymu. Przebyłam sześćdziesiąt mil konno, jestem zupełnie wyczerpana.
— Cóż robić? zakaz jest formalny!
— Moja siostro, mam wyjawić waszej ksieni rzeczy niezmiernie ważne.
— Niech pani przyjdzie jutro.
— To niemożliwe... Gdybym została dzień jeden w Paryżu, już podczas tego dnia... a zresztą nie mogę nocować w hotelu.
— Dlaczegóż to?
— Bo nie mam zupełnie pieniędzy.
Siostra furtjanka ze zdumieniem obejrzała tę kobietę, pokrytą klejnotami i posiadającą tak cennego konia, która twierdziła że niema czem opłacić noclegu w hotelu.
— Och, proszę nie zwracać uwagi na moje słowa, a tembardziej na moje ubranie — rzekła młoda kobieta. — ściśle biorąc, to nie prawda, bo w każdym hotelu przyjętoby mnie na kredyt. Lecz nie przychodzę tu szukać noclegu, tylko schronienia.
— Pani, klasztor ten nie jest jedynym w Saint Denis, a każdy ma przeoryszę.
— Tak, wiem o tem, lecz w mojej sprawie nie mogę się zwrócić do zwykłej przeoryszy.
— Zdaje mi się, że pani jest w błędzie. Księżna Ludwika francuska nie zajmuje się już sprawami światowemi.
— Proszę ją w każdym razie zawiadomić, że pragnę z nią mówić.
— Mówiłam pani, że teraz jest posiedzenie kapituły.
— Wejdę do kościoła i poczekam, modląc się.
— Bardzo mi przykro proszę pani, lecz...
— Co? nie mogę czekać?
— Nie.
— Och, więc się myliłam! Więc nie jestem w domu litościwego Boga! zawołała cudzoziemka z taką siłą w głosie i spojrzeniu, że siostra, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności, nie opierała się dłużej.
— Jeśli tak — rzekła — spróbuję.
I odeszła w głąb klasztoru.
W chwilę później ukazała się; z nią szła siostra konwerska.
— A więc, spytała obca, nie mogąc doczekać się odpowiedzi.
— Jej wysokość powiedziała, proszę pani, że tego wieczoru audjencja jest zupełnie niemożliwa, lecz ponieważ pani powiada, że tak bardzo potrzebuje schronienia, więc narazie ofiarowujemy pani gościnę w klasztorze. Proszę wejść, siostro; a po tak długiej i męczącej podróży najlepiej byłoby odrazu się położyć.
— A mój koń?
— Zajmą się nim, niech pani będzie spokojna.
— Jest łagodny jak baranek. Na imię ma Dżerid i przychodzi na wołanie. Usilnie go polecam waszym względom, bo to niezwykłe zwierzę.
— Będzie traktowany jak konie królewskie.
— Dziękuję.
— A teraz proszę zaprowadzić panią do jej pokoju, rzekła siostra konwerska do furtjanki.
— Nie do pokoju, do kościoła. Potrzebuję nie snu, lecz modlitwy.
— Kaplica jest otwarta siostro, odparła zakonnica, wskazując palcem boczne drzwi kościoła.
— A kiedy zobaczę dostojną księżnę? — spytała jeszcze cudzoziemka.
— Jutro.
— Jutro rano?
— Rano, to jeszcze będzie niemożliwe.
— Dlaczego?
— Bo księżna delfinowa wyświadcza ten zaszczyt, że się tu zatrzyma na dwie godziny. Jest to wielka uroczystość dla klasztoru, rozumie więc pani...
— A tymczasem, — rzekła obca, spoglądając z lękiem wokoło, czy jestem tu bezpieczna?
— Bezwątpienia siostro. Nasz dom jest bezpiecznem schronieniem nawet dla przestępców a tembardziej dla...
— Prześladowanych, — dodała kobieta.
— A więc nikt tu nie wejdzie, nieprawdaż?
— Bez pozwolenia, nikt.
— Ach, a jeżeli on otrzyma pozwolenie, on który jest tak potężny...
— On?! Kto taki? — zdziwiła się zakonnica.
— Nikt, nikt!
— Biedaczka szalona! — zaszeptała siostra.
— Do kościoła, do kościoła, — powtarzała gorączkowo młoda kobieta, jakby chcąc utwierdzić siostrę w jej przypuszczeniu.
— Och, mury Saint Denis są grube — rzekła siostra konwerska, uśmiechając się ze współczuciem — i niech mi pani wierzy, że po takiem zmęczeniu lepiej byłoby położyć się do łóżka.
— Nie, ja chcę się pomodlić, chcę prosić by Bóg uwolnił mię od tych, co mnie prześladują — zawołała młoda kobieta i pośpieszyła do drzwi, które jej wskazała zakonnica.
Siostra, ciekawa, jak wszystkie zakonnice, zbliżyła się po cichu i ujrzała, że nieznajoma upadłszy na twarz u stopni ołtarza modliła się szlochając.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.