Józef Balsamo/Tom V/Rozdział XLIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XLIX
MIESZCZANIE PARYSCY

Kapituła rzeczywiście była zwołana, jak mówiły zakonnice, i obradowała nad uświetnieniem przyjęcia, jakie przygotowywano dla córki cesarskiej.
Księżna Ludwika chciała godnie rozpocząć tą uroczystością swe rządy w klasztorze.
Skarbiec klasztoru podupadł nieco w ostatnich czasach, bo poprzednia ksieni, ustępując ze swego stanowiska, zabrała wiele koronek, które były jej własnością prywatną, a nadto relikwiarze i aparaty, pozostawione zakonowi przez dawniejsze przeorysze, pochodzące z najlepszych rodzin.
Księżna Ludwika dowiedziawszy się, że delfinowa zatrzyma się w Saint Denis, wysłała umyślnego posłańca do Wersalu i tejże nocy przybyła bryka, naładowana dywanami, koronkami i innemi ozdobnmi.
Było tego za sześćset tysięcy luidorów.
Wiadomość o królewskim przepychu tej uroczystości rozeszła się szybko, rozpalając jeszczę bardziej namiętną ciekawość paryżan o których Mercier powiada, że w małej paczce są śmieszni, lecz jako tłum pobudzają do poważnych refleksji a nawet do łez.
To też od świtu przybywały dziesiątki, setki i tysiące paryżan, którzy opuścili pielesze domowe by zobaczyć dworskie wspaniałości.
Gwardziści, szwajcarzy i pułki, stojące załogą w Saint Denis z bronią na ramieniu, tworzyły szpaler, żeby powstrzymywać fale tego żywego morza. Wszędzie widać było głowy; dzieci wspinały się na przyczółki nad bramami a kobiety i mężczyźni zajęli okna, tysiące zaś ciekawych, którzy przybyli zapóźno lub, jak Gilbert, nie chcieli się krępować zajmując stałe miejsce — tysiące te roiły się na drodze i wspinały na drzewa alei prowadzącej od Muette do Saint Denis.
Dwór, jakkolwiek jeszcze liczny i bogaty od Compiégne począwszy topniał powoli. Tylko najwięksi magnaci byli w stanie towarzyszyć królowi, który dwoił i troił ilość przeprzęgów. Lecz i mniejsi, dawszy odpoczynek koniom, ściągali później do Saint Denis. A zresztą w owym czasie oprócz dworskich były tysiące innych pojazdów. Mieli swe ekwipaże finansiści, bogaci kupcy, cały parlament, kobiety z półświatka i opery, były najemne dorożki i bryczki, które obładowane paru dziesiątkami paryżan, posuwając się stępa w tłoku, przybywały później aniżeli pierwsi wędrowcy.
Wyobraźmy sobie teraz Gilberta w tym tłumie ł natłoku, który mógłby przerazić nawet rodowitego paryżanina; sam jeden, drobny, zmieszany, nie znający miejscowości, miał przytem ambicję by uchodzić za paryżanina i nie chciał pytać nikogo o wskazówki.
Im dalej posuwał się ku Saint Denis, tem bardziej tłumy gęstniały, wreszcie dał się unosić fali ludzkiej nie widząc nic przed sobą. Przy drodze dzieciaki siedziały na drzewie; Gilbert poszedłby chętnie za ich przykładem lecz nie chciał niszczyć ubrania. Ludzie, którzy na dole deptali jedni drugim po nogach, pytali co chwila siedzących na drzewie czy co widzą. W ten sposób dowiedział się Gilbert, że karet jeszcze nie widać lecz o ćwierć mili od Saint Denis wznoszą się na drodze tumany kurzu. Tego właśnie potrzeba było chłopcu. Kto potrafi w Paryżu przejść przez tłum, nie nawiązawszy z nikim rozmowy, musi być albo głuchoniemym albo Anglikiem.
Zaledwo Gilbert rzucił się w tył, aby się wydobyć z tłoku, ujrzał rodzinę mieszczuchów paryskich, którzy siedząc nad rowem jedli śniadanie.
Była tam córka, wysoka blondynka. Była matka, mała pulchna i uśmiechnięta z białymi zębami i świeżą jeszcze cerą. Był ojciec, ginący w obszernej sukni z barchanu, która opuszczała szafę tylko w niedzielę; przywdziawszy ją przy tej uroczystej okazji, więcej się nią zajmował, niż żoną i córką, wiedząc że same dadzą sobie radę. Była i ciotka, wysoka, chuda i zgryźliwa. Była wreszcie służąca, która się ciągle śmiała.
Ta ostatnia przydźwigała w ogromnym koszu obfite śniadanie; choć tak objuczona, śmiała się i śpiewała naprzemian; pan zachęcał ją, a w razie potrzeby luzował.
Gilbert z pod oka obserwował tę scenę, która była dla niego zupełną nowością; od dziecka zamknięty w Taverney widywał tylko panów i lokai; mieszczan nie znał zupełnie.
Ojciec zabierał się właśnie do krajania apetycznej pieczeni cielęcej, ulubionej potrawy mieszczan francuskich. Wszyscy pożerali już oczyma ćwiartkę cielęcą, która pozłocona w piecu, mięsista, soczysta, leżała na półmisku, przybrana jarzynami i paskami słoniny, jak ją ułożyła wczoraj troskliwa gospodyni.
Gilbert wybrał sobie miejsce pod sąsiednim wiązem; rozpostarł na trawie swą kraciastą chustkę, usiadł na niej i zdjął kapelusz.
— Oto porządny młodzieniec — rzekła matka.
Dziewczyna zarumieniła się; rumieniła się zawsze, gdy mówiono przy niej o jakimś młodym człowieku, co sprawiało jej rodzicom niewymowną satysfakcję.
Powiedzenie matki było bardzo charakterystyczne; u mieszczaństwa paryskiego pierwsza obserwacja odnosi się zawsze do cnoty lub wady.
Ojciec obejrzał się.
— I ładny chłopiec — rzekł.
Córka zarumieniła się jeszcze bardziej.
— Wygląda na bardzo zmęczonego a przecież nic nie niósł — zauważyła służąca.
— Próżniak! — sarknęła ciotka.
— Panie — zaczęła matka, zwracając się do Gilberta z ową familijną poufałością, jaką spotyka się jedynie w Paryżu — czy karety królewskie są jeszcze daleko?
Gilbert odwrócił się, a widząc, że pytanie do niego było skierowane, powstał i złożył ukłon.
— Jaki grzeczny młody człowiek! — zauważyła znów matka.
Córka stała się purpurowa.
— Nie wiem, proszę pani — odpowiedział Gilbert — słyszałem, że kurzawę widać, o ćwierć mili stąd.
— Proszę, zbliż się pan — rzekł mieszczanin — i jeśli wola...
Ruchem ręki wskazał mu zastawione na murawie smakowite śniadanie.
Gilbert podszedł; był naczczo a zapach potraw sprowadził mu ślinkę do ust; lecz czując w kieszeni dwiadzieścia pięć su, za które mógł sobie sprawić śniadanie prawie równie wystawne, nie chciał nic przyjmować od ludzi, których widział pierwszy raz w życiu.
— Dziękuję! — odparł — jestem po śniadaniu.
— Widzę, że pan jest przezorny — mówiła matka — lecz stąd nic pan nie zobaczy.
— Ależ państwo nic stąd również nie zobaczą — odpowiedział młodzieniec z uśmiechem.
— Och, my to co innego! — rzekła mieszczanka my mamy siostrzeńca, który jest sierżantem gwardji.
Córka zrobiła się fioletowa.
— Ma dziś rano stanowisko pod „Błękitnym pawiem“.
— Za pozwoleniem, a gdzie jest „Błękitny paw“? — zapytał młodzieniec.
— Naprzeciwko klasztoru karmelitanek — odpowiedziała matka — przyrzekł umieścić nas poza swym oddziałem, wejdziemy na ławkę i będziemy doskonale widzieć zajeżdżające karety.
Gilbert zarumienił się z kolei; nie chciał dzielić śniadania z tymi zacnymi ludźmi, lecz teraz gwałtownie pragnął im towarzyszyć.
Tymczasem filozofja, a raczej owa duma, przed którą tak go ostrzegał Rousseau, szeptała mu do ucha:
— Tylko kobiety potrzebują pomocy; jestem przecież mężczyzną, czyż nie mam łokci i pięści?
— Ci, którzy się tam nie dostaną — mówiła dalej matka, jakby odgadując jego myśli — zobaczą tylko puste karety, no a karety można widzieć kiedy się chce i poto tylko nie warto przyjeżdżać do Saint Denis.
— Ale proszę pani, mnie się zdaje, że więcej ludzi wpadnie na ten pomysł.
— Tak, ale nie wszyscy mają siostrzeńca w gwardji, który ich przepuści.
— Ach tak, to prawda — rzekł chłopiec.
I na twarzy jego odbiło się tak wyraźnie zwątpienie w własne siły, że nie uszło to przenikliwości paryżan.
— Jeśli pan sobie tego życzysz, mógłbyś iść z nami zaproponował mieszczanin, odgadując intencję żony.
— Och, panie! boję się, że będę państwu przeszkadzać.
— Ależ przeciwnie! — rzekła kobieta — pomoże nam pan tam się dostać. Mamy tylko jednego mężczyznę do obrony, będziemy miały dwóch.
Nie można było wymyślić lepszego argumentu aby się Gilbert zdecydował; myśl, że może się stać użytecznym i w ten sposób odwdzięczyć się za wyświadczoną przysługę, rozwiała odrazu jego skrupuły. Zgodził się.
— Będziemy widzieli komu poda ramię! mruknęła ciotka.
Pomoc ta spadła Gilbertowi jak z nieba. Sam nigdy w świecie nie dałby sobie rady w tym tłumie. Gdyby nasz filozof nie był teoretykiem, lecz badaczem praktycznych stron życia, miałby tu zresztą pole do studjowania całego społeczeństwa w ruchu.
Oto poczwórna karoca werżnęła się w tłum jak pocisk armatni; każdy usuwał się przed laufrem w barwnej szacie, w kapeluszu z piórami i z wielką laską, którego czasem wyprzedzały jeszcze dwa groźne psy.
Dwukonna kareta, której właściciel szepnął do ucha gwardzisty jakieś hasło, zajechała z kolei na pusty plac przed klasztorem.
Konni posuwali się stępa, górując nad tłumem i docierali do celu po niezliczonych zderzeniach, potrąceniach i niechętnych pomrukach.
Piesi, dusząc się i popychając, zbijali się w niektórych miejscach tak gęsto, że unoszeni przez sąsiadów nie dotykali nogami ziemi. Inni chcieli się już wydostać z tłoku, a znalazłszy przejście, wymykali się, ciągnąc za sobą rodzinę, składającą się prawie zawsze z gromady kobiet; paryżanie, jedyni z pomiędzy wszystkich narodów, chcą i potrafią prowadzić je zawsze, wszędzie i na wszystko i zapewnić im traktowanie z szacunkiem a bez przesady.
A człowiek z ludu, z bosemi nogami, ze szczątkami czapki na głowie i spodniami przytrzymanemi sznurkiem, rozpycha się łokciami; zgrzany, lecz nie znużony, wybuchając co chwila zgrzytliwym śmiechem, toruje sobie drogę w tłumie tak łatwo, jak Guliwer w zbożu Liliputów.
Gilbert nie był ani magnatem, jeżdżącym czwórką, ani znacznym urzędnikiem we własnym pojeździe, ni konnym wojakiem, ni mieszczaninem, ni proletarjuszem. Niechybnie zostałby uduszony lub zgnieciony. Lecz pod protekcją mieszczan nabrał pewności.
Rezolutnie podał ramię matce rodziny;
— Impertynent! — parsknęła ciotka.
Wyruszono; ojciec postępował wpośrodku, między swą siostrą a córką, a z tyłu służąca z koszem na ramieniu.
— Panowie, przepraszam bardzo — mówiła mieszczka ze swym ujmującym uśmiechem; — przez litość, panowie! Bądźcie państwo tak dobrzy...
I usuwano się, przepuszczając ją i Gilberta, a w lukę, tak powstałą, wślizgiwała się reszta towarzystwa.
Noga za nogą przebyli odległość pięciuset sążni, jaka dzieliła miejsce gdzie śniadano od klasztoru Karmelitanek, i dotarli do szpaleru groźnych gwardzistów, w których mieszczańska rodzina całą pokładała nadzieję.
Młoda dziewczyna odzyskała tymczasem powoli naturalne kolory.
Stanąwszy na miejscu, ojciec wspiął się na ramionach Gilberta i ujrzał o dwadzieścia kroków siostrzeńca żony, który z fantazją pokręcał wąsa.
Mieszczuch począł powiewać kapeluszem tak gwałtownie, że go sierżant wreszcie zauważył, dostał się do niego i dał rozkaz kolegom, by na chwilę otworzyli szeregi.
Wyłomem tym przemknął się Gilbert z mieszczką, mieszczanin z siostrą i córką, wreszcie służąca, która przebiegając, obejrzała się za siebie i wydała jakiś wojowniczy okrzyk, lecz jej państwo nie zwrócili nawet na nią uwagi i nikt nie zapytał co to miało znaczyć.
Gilbert podziękował ojcu, a ten jemu nawzajem. Matka chciała go zatrzymać, ciotka tłumaczyła mu, że dobrze robi odchodząc — i rozstali się, by się nigdy w życiu nie ujrzeć.
W miejscu tem znajdowało się tylko niewielu uprzywilejowanych, łatwo więc dostał się młodzieniec do wielkiej lipy, wszedł na kamień, dosięgnął pierwszej gałęzi, wspiął się wyżej i czekał.
W pół godziny zaledwie dał się słyszeć warkot bębnów, potem wystrzał armatni, a majestatyczny dzwon katedry posłał w przestrzeń pierwszy głęboki dźwięk.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.