Humorystyczne listy z terenu wojny

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Szczypawka
Tytuł Humorystyczne listy z terenu wojny
Wydawca Bicz Boży
Data wydania 1915
Druk Bicz Boży
Miejsce wyd. Chicago, Ill.
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SZCZYPAWKA



Humorystyczne
Listy z Terenu Wojny








NAKŁADEM AUTORA — DRUKIEM BICZA BOŻEGO

I.
Petersburg, 5. sierpnia, 1914 r.

Szanowna Redakcjo!
Gdy tylko wybuchły krwawe mordy w Europie, pomyślałem, że najlepiej będzie zbierać manatki i jechać na teren walk, aby można Bicz Boży zasilać dobrymi wiadomościami wojennymi. Nie zwlekając więc ani godziny, siadłem zaraz na pociąg i pojechałem do Galveston.
— Chcę jechać do Europy — rzekłem, wchodząc do biura kompanji okrętowej.
— Owszem, ale chyba po wojnie, nie teraz — odrzekł klerk. — Trzeba panu wiedzieć, że obecnie komunikacja pomiędzy Galveston a Europą, z powodu wojny, jest zawieszona.
— Masz ci pociechę! — pomyślałem. — Co tu robić?... Hm, psiakrew, życie sobie odbiorę z rozpaczy, jeżeli nie będę mógł podzielić się z czytelnikami Bicza Bożego prawdziwymi wieściami wojennymi!... Tak, niech już raz będzie koniec!
Przechodziłem akurat około jakiegoś wyższego gmachu. Bez namysłu więc wbiegłem do środka i dostałem się windą, na najwyższe piętro. Tam otworzyłem okno w korytarzu i rzuciłem się na dół.
Gdy tak leciałem na bruk i rozmyślałem nad tym, jakie to za chwilkę będą ze mnie piękne “chop suey” — naraz poczułem, że zaczynam jechać w górę, zamiast na dół.
— Ki djabeł? — myślę. — Czy zostanę wniebowzięty z duszą i ciałem, jak przeczysta panienka Marja?
Obejrzałem się. Patrzę, a to mój parasol, który uczepiłem u marynarki, rozpostarł się stwarzając tym sposobem wyśmienity aeroplan.
— A to świetny wynalazek! — krzyknąłem zachwycony. — Tanim kosztem mogę się dostać do Europy!
Jakoż wiatr zahuczał, zaszumiał i poniósł mnie ponad spienione fale zatoki meksykańskiej. Wkrótce zapanowała noc, a wiatr niósł mnie i niósł, cicho, swobodnie, wśród głębokich ciemności, wysoko ponad ziemią. Około godziny 10-tej wieczorem poczułem głód, zacząłem więc szperać po kieszeniach. Na szczęście znalazłem w jednej kieszeni dwa małe “krekiesy” i schrupawszy je z apetytem — zasnąłem twardo, rozłożywszy się wygodnie na rozpostartej powłoce parasola.
Gdy rano, jak zwykle, obudził mnie ostry kaszel, zauważyłem, że dojeżdżam do jakiegoś dużego miasta. Jakoż wkrótce krążyłem już nad miastem. Co to za miasto? — zacząłem medytować... Przyglądam się, patrzę, przecieram oczy — ależ tak: to Petersburg! — A no — myślę — trzeba skorzystać z okazji i złożyć carowi wizytę. Wybadam go zarazem, co myśli o wojnie.
Pomknąwszy nad Newę, w okolicę carskiego pałacu zimowego, przymknąłem troszkę parasol i szczęśliwie spuściłem się na dół.
— Hm, ale jak tu się dostać do cara?... Straż mnie nie dopuści — pomyślałem z rozpaczą. Ba! ale od czegóż głowa na karku? Zauważywszy zielony szyld z napisem: “Kazionnaja Winnaja Ławoczka” — wiedziałem już, że do cara się dostanę.
— Stoj! Kuda! — zawołał sołdat, nadstawiając ostrze bagnetu, gdy chciałem wejść do carskiego pałacu.
— Chcę się widzieć z carem — powiadam.
— Pasport u tieba jest? — pytał sołdat.
— Jest, panie sołdat, a jakże! — mówię wyjmując z kieszeni butelczynę “sorokowki” i wręczając ją ucieszonemu obrońcy cara i otieczestwa.
— Nu, charaszo! Stupaj brat!
Wszedłem do przedpokoju. Zastałem tam zdrową, tęgą dziewoję.
— Czewo izwolitie? — zapytała dźwięcznym głosikiem.
— Chcę się widzieć z carem. Jestem redaktorem Bicza Bożego, polskiego pisma z Chicago. Nazwisko moje Szczypawka.
— O, oczeń priatno! Car batiuszka teraz bardzo kocha Paliaczkow, tak on i przyjmie was bez trudności. Wpierw jednakże muszę Was zrewidować, gaspodin Szczypawka, czy nie macie przy sobie jakiego orużia. Wszystkie mołodcy poszli na wojnę, tak więc my, kobiety musimy te czynności tu załatwiać.
Zabrała się krasawica do dzieła i pierwszy raz w moim życiu sprawa się miała odwrotnie: to jest mnie kobieta obmacywała na wszystkie strony... Żadnego morderczego narzędzia jednakże nie znalazła.
— Pożałujsta za mną — rzekła.
Prześliśmy kilka pokoi. Nareszcie przed jednym kamerdynerka zatrzymała się i rzecze:
— Tu jest car batiuszka. Pójdę zamelduję pana.
Po chwili wróciła.
— Car batka czeka na Was.
Wszedłem. Car siedział na tronie, zbudowanym na podobieństwo “rokyczeir”. Nogi miał położone na mahoniowym biurku, a w ręku trzymał jakąś książkę. Na biurku stała też spora flaszka “oczyszczonoj”.
— Dzień dobry! — rzekłem.
— Zdrawstwujtie! Dzień dobry! Wy Poljak?
— Tak jest.
Car wyciągnął dobrodusznie podeszew. Nie zrozumiałem, o co chodzi. Trzymał tak nogę przez kilka chwil podniesioną, aż nareszcie rzekł:
— Nu, poliży brat podeszew, poliży! Ja teraz ljublu Poljakow!
Poklepałem cara w kolano:
— Spuść pan nogę — powiadam — bo panu zdrętwieje.
— Kak to? Niechcecie lizać? — zapytał ze zdziwieniem.
— Nie mam apetytu.
— A to dziwny z Was Poljak! Wszystkie Poljaki, które do mnie przychodzą, jak Dmowski i inni, to zawsze dziury mi w podeszwach wylizywali! A ja teraz wljublon w Poljaczkach i wszystko im pozwałam... Ja, brat, nawet polskiego języka się uczę!... Wot co!... Posmotri!
Przy tych słowach pokazał mi elementarz polski Promyka.
— Sadiś, brat! O Polsce pogadamy!... Ja ci tak teraz kocham Poljaczków, że dzień i noc bym o Was mówił... Ponimajesz, brat?
— Ehę...
— Wot, brat, co ja ci powiem: Ja by chciał, żeby wszystkie Poljaki dostać do matuszki Rosji... Tych z pod giermańca i tych z pod awstrjaka... Bo ja Polszu straszno lublju!...
Tu car splunął na podłogę i sięgnął za butelkę z wódką.
— Szulim! — rzekł, pijąc do mnie.
— Chaim! — odpowiedziałem.
Pociągnął spory łyk, poczym butelkę podał mnie, którą postawiłem na podłodze.
— Ty brat redaktor polskiej gaziety z Chicago, a?
— Ehę...
— Tak ty, brat, opiszy w swojej gaziecie to, co ja ci tu mówił, że ja bardzo, bardzo kocham Poljaczków!... Jaby chciał, brat cztoby Poljaki wszystkie byli razem, pod matuszką Rosją, a ja byłby wasz korol... Poniał?
— Ehę...
— Tak ty brat napiszy, cztoby wszystkie Poljaczki stanęli teraz przy matuszkie Rosji i bili naszych wrogów!... Nieboś, brat, darmo trudzić się nie będziesz... Rubli mam ja jeszcze dosyć... Tam już dwie polskie gaziety z Chicago służą mnie całym sercem.
— Ehę...
Napisz, brat, że Poljaki będą mieli wielkie korzyści, jeżeli pójdą teraz bić się za niepodległość matuszki Rosji... Jak ja giermańców i awstrjaków pobije, to reformy wam dam prekrasne...
— A jakie?
— Wot, brat jakie: na ładniejszych szubienicach wieszać was każę, cytadel nową w Warszawie każę pobudować i sotni tjurem i katorg. Sybir jaki nowy dla Poliaczków wymyślę, dam Polsze samorząd, w którym polskie sowietniki po polsku palcem w bucie będą mogli kiwać, polski język Polacy będą mogli w gębach nosić więcej, jak teraz. W Galiczynie, gdzie jest dużo szkół polskich i uniwersyteta — na tjurmy szkoły każę przerobić, bo na koj czort szkoły? — Tylko buntowszczyki w nich się wylęgają!... Tjurmy — to co innego... W ot co!
— Ehę...
— Tak, co brat, napiszesz?... Ja tobie zaraz rublikow kuczu dam...
— Zatrzymaj je, carze, dla siebie! My, Socjaliści gwiżdżemy na twoje ruble!
— Czto?! Wy socjalist?!
— Ehę...
— Gospodi pomiłuj...
Zadudniało, zatętniało i nie zdążyłem się obejrzeć, a cara już w pokoju nie było! Po chwili w całym zamku usłyszałem trzask drzwi i powszechne zmykanie.
Gdym wyszedł przed pałac, zauważyłem, że nawet żołnierz, stojący na straży, rzucił podarowaną mu przezemnie butelczynę wódki i czmychnął...
W Petersburgu wre, jak w ulu. Czarne sotnie urządzają ciągłe “patrjotyczne” demostracje, za to rewolucjoniści mówią, że za parę tygodni car będzie wisiał, jeśli do tego czasu nie utonie.
Jutro wyjeżdżam w dalszą drogę.
Bądźcie zdrowi i pokłońcie, się tam w moim imieniu Karabaszowi i Rakoczemu, bo tęskno mi za nimi.

Szczypawka.

II.
Kowno, 10. sierpnia.

Kochany Biczu!
Najadłszy się dobrze, ażeby nie odczuwać głodu w powietrzu i zaopatrzywszy się na drogę w spory zapas pysznych rosyjskich “blinek”, specjalnie usmażonych dla mnie przez jedną młodą a nieszpetną towarzyszkę-rosjankę, — wlazłem na szczyt jednej z większych kamienic petersburskich, rozpiąłem parasol, i rzuciłem się w powietrze, całkiem już teraz pewien, że mój aeroplan nie zawiedzie moich nadziei. Jakoż tak się stało, bo oto za chwilę szybowałem już wysoko, wysoko ponad Pitrem. Wkrótce też Petersburg zginął mi z oczu. Pędziłem jak wicher w stronę Berlina, gdzie tym razem postanowiłem złożyć wizytę kajzerowi Wilhelmowi i dowiedzieć się coś nie coś o jego planach wojennych.
Dzień był piękny, słoneczny, to też, chociaż szybowałem dosyć wysoko, to jednakże doskonale widziałem ziemię i wszystko, co się na niej działo. Więc tu i owdzie zauważyłem, jak “dwarjanin” (szlachcic) rosyjski okładał “mużyka” batem; w jakimś miasteczku ujrzałem nawet wyciągniętą łapę czynowniczą po „wziatkę”, którą wręczał jakiś biedny, obdarty człowiek; tam znów słychać było śpiewy czarnosecinnych demonstracji wojennych, przypominających wyprawy na “pogromy jewrejew”, a wyraźnie do mych uszu dolatywał brzęk kajdan i jęki nieszczęśliwych “przestępców politycznych” pędzonych na Sybir lub męczonych i katowanych w gęsto po kraju rozsianych turmach, jednym słowem, z tych charakterystycznych oznak każdy mógłby łatwo poznać, że to jest właśnie “święta” carska matuszka Rasija.
Krajobraz i obyczaje ludności po kilku godzinach szalonego szybowania w przestworzu me zmieniły się wiele, ta tylko była różnica, że im dalej się posuwałem, tym mniej liczne były czarnosecinne demonstracje, tu i owdzie zaczęły się rozlegać nieśmiało pojedyncze, a później coraz liczniejsze i liczniejsze dźwięki “bałałajek”, tu i owdzie zauważyłem jakąś krasawicę, nucącą tęsknym, pięknym i dźwięcznym głosikiem: “Wijut witry, wijut bujny”, a szlachcic, okładając chłopa batem, krzyczał po polsku: “a ty psiakrew, chamie!”. Z tego łatwo się domyśliłem, że szybuję już ponad Ukrainą.
Gdy tak wciąż pędziłem z szybkością błyskawicy, naraz usłyszałem w oddali huk armat. Nadstawiłem uszy, rozłożyłem mapę i wkrótce przekonałem się, że huk ten pochodzi aż z okolic Kowna.
— Bitwa! — myślę. — Czymprędzej tam jadę.
Skierowałem więc parasol w stronę Kowna i w niespełna godzinę ujrzałem już gród kowieński, otoczony srebrną wstęgą wód Niemna i Wilejki. Armaty grzmiały donośnie, ale hen, daleko, poza miastem. Za parę minut byłem już na placu boju. Tu oczom moim przedstawił się taki oto straszny widok: z jednej strony stały wojska rosyjskie i ogniem karabinowym i armatnim prażyły silnie jakieś wojska nieprzyjacielskie, stojące od armji rosyjskiej zaledwie w promieniu kilkuset kroków, w gęstej kupie. W śród szeregów tego nieprzyjacielskiego wojska kule rosyjskie czyniły straszne spustoszenie: cięły ludzi, niby żniwiarka łany zboża. — Ale dziwną rzecz, z wysoka zauważyłem. Oto wojska nieprzyjacielskie nie odpowiadały na strzały rosyjskie ani jednym strzałem, nie miały artylerji, nawet zdawało mi się, że żołnierze nie mają karabinów i zupełnie nie było słychać jęków rannych i konających. Co to jest? Co to za wojska?... Wytrzeszczałem lepiej oczy... Hm, niby mundury austrjackie, ale czego ci żołnierze stoją tak, jak w ziemię wryci?... Czemu nie bronią swego życia, ale z taką dziwną rezygnacją poddają się śmierci?...
Myśli moje zostały przerwane, bo oto w jednej chwili ustała kanonada z dział i karabinów rosyjskich, zagrały trąbki i rozległy się straszne, dzikie okrzyki z piersi wszystkich żołnierzy: “urra! urra! urra!” Zrozumiałem: carskie wojska szły do ataku na bagnety.
Krew mi zamarła w żyłach, kiedy ujrzałem, jak wojska carskie, z najeżonymi bagnetami, złowrogo połyskującymi w promieniach słonecznych, rzuciły się z szaloną brawurą na wojska austrjackie i oto — ach, co to za okropna była dla mnie chwila! — po kilku minutach z nieprzyjacielskiej armji ani jeden żołnierz nie pozostał przy życiu: wszyscy zostali wymordowani!...
Armja rosyjska tryumfowała, wnosząc okrzyki na cześć cara, a dowódca chwalił w podniosłych słowach waleczność i męstwo wojsk carskich... Lecz na pobojowisku nie ujrzałem ani służby sanitarnej, ani lekarzy, ani rannych... Z rosyjskiej strony ani jeden żołnierz nie zginął.
Gdy dowódca skończył przemowę, wojska carskie upojone zwycięstwem, zaśpiewały pieśń bojową:

“Tri derewnie
Dwa sieła,
Wosiem diewok

Adin ja.
Kuda diewki — tuda ja!
Diewki w les,
Ja za nimi,
Diewki sieli
I ja znimi
Razgawariwat”.

— Podobno do carskich wojsk nie dopuszczają wcale korespondentów wojennych, ale niech będzie co chce — muszę się dowiedzieć, co to były za woj­ska, których rosjanie tak hurtem wyrżnęli!
Pomyślawszy to spuściłem się na ziemię i po­dążyłem w stronę obozu. Sołdat jakiś o kałmuckiej twarzy zagrodził mi drogę i skierowawszy bagnet w pierś moją, rzekł groźnie:
— Czewo choczesz?
— Chcę się widzieć z dowódcą tej armji.
— Nie panimaju szto ty breszesz — burknął kałmuk.
Usłyszawszy to jakiś jasnowłosy i niebiesko­oki żołnierz podszedł i zapytał mnie szeptem po polsku:
— Co pan sobie życzy?
— Chciałbym się widzieć z dowódcą.
— Dobrze, ja pana zaprowadzę. Tylko niech pan nie mówi do mnie głośno po polsku, bo jakby który moskal usłyszał, to zostałbym za to surowo ukarany.
Za parę minut byłem już w kwaterze dowódcy. Byli tam wszyscy oficerowie. Śmiech buchał wesoło, a “oczyszczonnaja” płynęła strumieniami.
— Czewo? zapytał opasły jenerał, w mundurze kapiącym od złota, ujrzawszy mnie przed sobą.
— Jestem korespondentem wojennym. Chciałbym zasięgnąć informacji o stoczonej co dopiero bitwie.
Jenerał był w doskonałym humorze, więc odrzekł:
— Nu, charaszo, gałubczyk. — Prawdu skazat’ to wszystkich korespondentów wojennych na łeb i szeju ja wyganiam. No tiepier ja w charaszom raspołażeniu ducha, tak i pomówię z wami. Teraz, gałubczyk, ja awstrijcew rozniósł, wot co!
— To ta armja przeciwna, to byli austrjacy?
— Nu, tak. Ja kazał manekiny w awstrjackie mundury poubierać i walić do nich z puszek i rużej. A resztę my ich sztykami dobili!... Sławne zwycięstwo, brat!
— Nad manekinami?
— No tak coż: isz go? Manekin on nie manekin, a raz w mundur ubrany i w szereg postawiony — to znaczy się: sołdat! Takie są nasze wszystkie sołdaty!
— To prawda — rzekłem śmiejąc się ironicznie.
— Nu, tak i widzicie! Teraz gdyby tylko awstrjaki tu się pokazali — to my ich jak piórko zmieciem. U nas doświadczenie z manekinami już jest, jak bić awstrjaków... Może oczyszczonnoj napijecie się?
— Dziękuję, nie piję wódki.
— Tak co ty za człowiek, kiedy ty wódki nie pijesz? A może czaju?
— Owszem. Herbaty mogę się napić.
— Iwan! Daj temu barinu stakanczyk czaju. Skareje!
Pociągnął jenerał z butelki i mówił dalej:
— Awstrjaki, brodiagi, chcą nam odwieczny ruski kraj, Prywislinje zabrać. Ale pastoj, brat! Nie weźmiesz!... My ich wszystkich, tych awstrjaków, w Sybir ześlemy buntowników, mat ich kakaja!... Wot co!... A i Paljaki im pomagają... Tych też z Przywiślinja trzeba wszystkich na Sybir, bo to inorodcy, miateżniki urodzone!... — Oni już nieraz od matuszki Rasiei Prywiślinje, stary ruski kraj oderwać chcieli!... Chytre to ludzie są!... Dali my im szubienice i tiurmy, ale, brat, reformy te nie pomogły... Wszystko im mało!.... Tak z nimi....
Jenerał nie dokończył, bo przed kwaterę wpadł na spienionym rumaku oficer z przedniej straży:
— Giermancy idą! — krzyknął.
— Czto?... Giermancy?!... Radi boha co to będzie!!! — krzyknął dowódca, trzęsąc się cały ze strachu.
Armja rosyjska zaczęła formować linję bojową, jenerał dowodzący zbierał tymczasem czymprędzej swoje manatki, razem ze swoim sztabem.
— Tu bitwa zaraz będzie — rzeki — tak ja jadę o trzy mile stąd na tyły mojej armji, ażeby bitwą kierować — rzekł do mnie. — Jedź i ty, gałubczyk, bo tu niebezpiecznie: zabić cię mogą!...
— Pojadę troszkę później — odparłem. — Tym czasem zostanę.
— Nu, jak chcesz, brat, ale niebezpiecznie tu jest!
To rzekłszy, jenerał dowodzący i jego sztab puścił się galopem na tyły armji. W obozie zostało zaledwie kilku niższej rangi oficerów.
Wkrótce padły pierwsze strzały. Niemcy nacierali. Rosjanie na strzały odpowiedzieli strzałami. Niedługo też zagrały armaty z obu stron. Straszny widok!... Żołnierze, ludzie młodzi, zdrowi, silni, pełni nadziei — zaczęli padać jak muchy... Rozdzierające jęki rannych i konających, nawoływania komendy, huk dział, zamieniły do niedawna to kipiące życiem obozowisko — w straszne piekło... jakże to straszna barbarzyńska ta wojna!... Rosjanie zaczęli się chwiać i ustępować. Nie chcąc narażać życia, bo kule świszczały wokół, jak osy i siały straszne spustoszenie, podążyłem teraz za dowódcą. — Znalazłem go o cztery mile od pola walki, drżącego i ukrywającego się wraz ze swoim sztabem za kamieniami, po rowach, dołach i t. p. ochronnych miejscach, chociaż kule tu niedochodziły.
— Jak tam bitwa? — zapytał dowódca.
— Kiepsko! Wasze wojska się cofają! Nieprzyjaciel prze je naprzód. Będą już tu niedługo!
— Gospodi pomiłuj! — wykrzyknął gienerał, zbladłszy, jak ściana. — Na koń rebjata i w nogi! Tym razem gienerał dowodzący i jego sztab nie oparli się, aż w kowieńskiej fortecy. Wojska, carskie zostały pobite i rozproszone. Później rzekł gienerał:
— To nic, gałubczyk! Bitwy ja nie przegrał, tylko cofnął się w porządku! Oho! Cofać się w porządku ja umiem wyśmienicie, bo ja wojował w Manczurji, z Japońcami i od Kuropatkina tej sztuki sławnej się nauczył... A wsiotaki jedną bitwę z manekinami wygrał! Żeby ja był kazał zrobić manekiny giermańców, toby się nawet cofać nie potrzebował. A tak, sołdaty nie wiedzieli, jak trzeba bić giermańców i musiał ja się cofać w porządku... Ale to pustjaki!... My im jeszcze pokażemy!... Jutro ja każe kilka tysięcy manekinów za giermańskich sołdatów poprzebierać i wszystkich co do nogi wybić!... Ot co, gałubczyk!... Pasmotrisz!...
Nie będę jednakże świadkiem tego nowego sukcesu wojsk carskich, bo właśnie jutro rano wyjeżdżam do Berlina.
Bywajcie zdrowi!

Szczypawka.
III.
Akwizgran, 20. sierpnia, 1914.

Kochany Biczu!
Z depeszy iskrowej, otrzymanej od berlińskiej filji agiencji telegraficznej Bicza Bożego (jedynej agiencji, która na wszystkich cenzorów całego świata gwiżdże) dowiedziałem się, że kajzer Wilhelm wyjechał z Berlina do Akwizgranu, gdzie chciał bliżej przyjrzeć się, czy żołnierze niemieccy dobrze potrafią mordować. W obec tego doszedłem do wniosku, że dotąd jeszcze kajzer cieszy się dobrym zdrowiem i humorem i jeżeli wogóle nie czmychnie z Niemiec tam, gdzie nawet pieprz nie rośnie, to wisieć będzie stanowczo, ale dopiero cokolwiek później, — warto mu więc jeszcze obecnie złożyć wizytę w Akwizgranie i dowiedzieć się o niektórych jego planach i zamiarach.
Jakoż więc, zaopatrzony sowicie przez ciotkę N. (starą przyjaciółkę rewolucjonistów, aczkolwiek kobietę pobożną, która zawsze mawia, że “Darwin powiedział, że człek duszy niema tylko “elekstrykę”, ale nieprawda, bo człek ma duszę nieśmiertelną) w prowjanty wszelkiego rodzaju, pomiędzy którymi prym trzymały pyszne sery i wędliny litewskie. — opuściłem Kowno, mknąc z wizytą do kajzera Wilhelma.
Ponieważ wypadło mi jechać ponad terenem, na którym wszędzie toczyły się mordercze bitwy, przeto nie chcąc się narażać na możliwe pomacanie kulką, wzbiłem się wysoko w górę i całkiem niewidzialny z ziemi — mknąłem swobodnie w chmurach lotem błyskawicy.
Szybki lot odurzył mnie troszkę i zacząłem drzemać... Wtym, gdy tak drzemię śniąc coś rozkosznie, obudziły mnie dolatujące z ziemi okrzyki: “Hoch der Kaiser!”, szczęk kufli, szum piwa i melodje “Wacht am Rhein” i “Deutschland ueber alles”, nucone zachrypłymi od piwa głosami.
— Czyżby to był już Akwizgran? — zapytałem samego siebie. — Hm, byłoby to prędko. Dopiero cztery godziny jadę. Muszę się przekonać.
Obniżyłem lot. Podemną w istocie rozpościerał się Akwizgran. Za parę minut byłem już więc na ziemi i niezwłocznie zająłem się odszukaniem kwatery kajzera.
Przechodząc obok pewnego eleganckiego pałacu, usłyszałem ostry zgrzyt, dochodzący z wewnątrz.
Co by to było? — myślę.
Stoję więc tak na ulicy i gapię się, gdy naraz — kto? — kajzer we własnej osobie wypada ze środka i w otoczeniu adjutantów, szpiclów i żołnierzy zaczął biegać wokół pałacu. Teraz dopiero zauważyłem, że to tak kajzer zgrzyta mocno zębami.
— Dzień dobry — powiadam, gdy kajzer podszedł bliżej ulicy.
Wiluś stanął, szarpnął wąsa i spojrzawszy na mnie marsowo, huknął:
— Was?
— Dzień dobry! — powtórzyłem.
— Zien dopry?... Was ist das: zien dopry? — krzyknął groźnie.
— No, dzień dobry, to jest dzień dobry, a po niemiecku zdaje mi się, że “Gut Morgen”, czy coś w tym rodzaju — odrzekłem z uśmiechem.
— Sprechen Sie Deutsch? — zapytał kajzer.
— Pod psem. Ciężko mi, jak kobiecie przy porodzie. Po polsku idzie mi za to gładko.
Oh, ja, ja!... — zawołał kajzer, rozpogodziwszy zachmurzone oblicze. Wy, Herr — Polak? Ja też troche mówicz po polska... Ja kocha polak — mocno — fest kocha!... Ja się uczy polska mowa...
— Oho! — zawołałem zdziwiony — a to odkąd dostał pan takiej nagłej i niespodzianej miłości do Polaków?
— Ja już tawno... tawno kochał polak... Ja, mein lieber Herr, Herr...
— Szczypawka — podpowiedziałem — redaktor Bicza Bożego.
— S... Sz... Stzypawka? — powtórzył Wilhelm, nadłamawszy sobie troszkę języka — redaktor jaki Blatt?
— Bicza Bożego.
— P... Pi... Pit., bitscha boscha?
— Coś podobnego do tego — odparłem ze śmiechem.
— Fein! piękna, ladna ten polska mowa!... Ja zawsze kochał polak i polska jenzyk!...
— Ehę... W Poznańskim dobrze to polacy wiedzą!
— Ja, ja, lieber Herr Stzypawka... Ale ja prosi Herr Stzypawka do moja dom.
— Owszem, przyjmuję zaproszenie, bo chciałem właśnie z panem pomówić o niektórych rzeczach — odrzekłem.
Weszliśmy do pałacu. Kajzer przedstawił mnie kajzerowej, a świcie swojej i szpiclom kazał odejść. Następnie szepnął coś kajzerowej do ucha, uśmiechnął się, poklepał ją po łopatce, a ta, uśmiechnąwszy się również, niezwłocznie wyszła. Zasiedliśmy na wygodnych fotelach.
— Jak tam wojna? — zapytałem kajzera.
Kajzer na te słowa znów zaczął strasznie zębami zgrzytać i po pokoju latać.
— Donnerwetter! — wykrzyknął. — Do tego czas moja soldat pofinna już w starem niemieckim Stadt Paris bycz i calka Francja zawojowacz, a te verfluchten dopiero wczoraj Bruksel zdobyli i z Belgji nie mogą wyleszcz!... — Donnerwetter! Jak tylko wspomnę o tem, to ja sie wściekła robi!
Długo Wilhelm latał po pokoju, zgrzytał zębami i strasznie przeklinał niezrozumiałymi dla mnie przekleństwami. Nie wiem, jakby się ten napad wściekłości skończył, gdyby nie kajzerowa, która zjawiła się w pokoju, niosąc na tacy dwie ogromne bomby piwa, świeżutkie parujące knedle i kawał szpeku. Na ten widok kajzer mlasnął ozorem, odblizał się i rzekł już całkiem uspokojony, uprzejmie:
— Bitte, Herr Stcypawka! — Fein knedle, kaiserin własna renka je zrobiła. Bitte, napijemy sie bier.
Podziękowałem za piwo, czym kajzer ogromnie się zgorszył, ale do knedli zabrałem się, bo byłem bardzo głodny.
Podczas tej przekąski kajzerowa przygrywała nam na fortepianie pośpiewując: “Oh, mein lieber Augustin”, a kajzer wybijał takt nogą.
Gdy wsunęliśmy już wszystkie knedle i szpek, zapytałem kajzera:
— Powiedz mi pan, poco pan rozpocząłeś te wszystkie mordercze wojny?
— Poco?... Mein lieber Herr Stzypawka!... Po to, aby barbarzyńska Belgja i Francja ucywilizowacz, zeby zaprowadzicz tam niemiecka kultur, zęby wywlaszczycz głupie francuza z ziemie i oddacz ją prusakom, zeby zabracz stary niemiecki Stadt Paris, a potym odbudowacz folna i niepodlegla Polska...
— Co?! — wykrzyknąłem. — Pan chcesz odbudować Polskę niepodległą?!...
— Ja, ja, Herr Stzypawka... Bo ja teraz kocha polak!... Ja wam da wolna Polska i lieberalna konstituzion! W ty wolna Polska nie bendzie można móficz po polsku, ale za to po niemiecku ile kto bendzie chcial!... Polak nie bendzi mogla miecz ziemi, ale każda niemiec bendzie mogła miecz ile bendzie chcial!... Wielka, wielka bendzie wolnoszcz!... Wy nie wierzyć car, bo on geszefciarz, a ja honorowa kajzer!...
— Ha, ha, ha! — zaśmiałem się. — Dobre plany pan ułożyłeś, ale to wszystko na nic, bo całe Niemcy obejmie wkrótce rewolucja.
— Rewolution? Oho, ja spokojna! Jak która moja fierna poddana sie bendzie buntowacz, to ja każe go zastrzelić.
— Tak, do tego czasu jednak, dopóki rewolucjoniści ciebie, kajzerze, nie powieszą!
— Was? Mnie powieszą?!
— Tak jest! Taki będzie twój koniec, morderco setek tysięcy ludzi, sprawco nędzy, głodu, chorób i nieszczęść wszechświatowych!... Już my, socjaliści, przyczynimy się do zakończenia twojego panowania!!...
— Mein Gott! Socialist! — wrzasnął kajzer i znów dostał napadu wścieklizny ze zgrzytaniem zębami. Tym razem jednak nie mógł już ze złości latać, a tylko rzucił się na fotel, ciężko dysząc.
Ja tymczasem wyszedłem z pałacu i poszedłem oglądać miasto.
Smutny widok! Wszystkie szynki zapełnione są “patrjotami”, tego pokroju co nasi Zychlińscy i Karabasze, którzy osuszają bomby za bombami i śpiewają ochrypłymi głosami szowinistyczne pieśni, podczas, gdy wszystkie większe domy, hotele, kościoły i szpitale, przepełnione są rannymi i umierającymi żołnierzami, których tu transportują z placu boju w Belgji i Francji.
Drogo, o bardzo drogo odpłaci ludzkość te szalone czyny “pomazańców bożych”! Czyż te straszne nieszczęścia i cierpienia otworzą wreszcie ludziom oczy i popchną ich do zrzucenia jarzma despotyzmu królów, carów i cesarzy? Tak, — to stać się musi!
Smutno mi tu, jutro więc wyjeżdżam dalej.
Bywaj zdrów, moje ty Biczysko!

Szczypawka.
IV.
Cirey, Francja, 25. sierpnia, 1914.

Kochany Biczu!
Obrzydziwszy sobie do syta niemieckie pikielbauby, niemieckie knedle i wieczne wyśpiewywanie przez niemieckich “patrjotów” ochrypłymi gardzielami zwrotek “Deutschland ueber alles” i “W acht am Rhein” — zamierzałem już wyjechać z Akwizgranu do Polski, aby się dowiedzieć i napisać co się w naszej ojczyźnie dzieje, gdy akurat tuż przed samym wyjazdem otrzymałem telegram od filji agiencji telegraficznej Bicza Bożego z Paryża, z wiadomością, że niemcy pobili francuzów i anglików, że zajęli Longwy, Cirey i kilkanaście mniej ważnych miast i że zdążają wgłąb Francji.
— Trzeba tam jechać — pomyślałem. — Strasznie mordercze bitwy musiały się tam odbywać!.
Ustalonym już sposobem wlazłem na szczyt jednej z wysokich kamienic, rozpiąłem parasol i puściłem się w drogę. Ażeby lepiej zbadać sytuację wojenną, postanowiłem wpierw przelecieć ponad Belgją i następnie jechać po linji bojowej, rozpościerającej się blizko na 300 mil ang. przy granicy francusko-niemieckiej.
Belgja!... Ten mały, kwitnący, kulturalny kraik. — Cóż z niego dziś jest?... Spalone i opuszczone wioski, spalone i opuszone miasta, stratowane zboża, ogrody i plantacje, opustoszałe fabryki, kopalnie i warsztaty...
Po polach i błoniach, oświeconych — jakby na urągowisko jasnymi, wesołymi promieniami słońca — zastyga ludzka krew, walają się ludzkie trupy, kraczą wrony i kruki, wyją psy przeraźliwie... Ze zgliszcz i ruin wysunie się czasami lękliwie ostrożnie, pomaleńku, pocichutku — postać kobieca lub jakiś zgrzybiały starzec. Nie ujrzysz kwiatu narodu — młodzieży! Oto jej trupy zaścielają pola i błonia i jej krew blaknie w słońcu... Padł kwiat narodu wolnego, jak opadają teraz jesienią — zwiędłe polne kwiaty na ziemię i liście z drzew... Padła młodzież w obronie ojczyzny, w obronie wolności... A ci, co jeszcze nie padli — ubrani w mundury, uzbrojeni w karabiny i armaty — mordują się dalej z kwiatem najezdniczego narodu niemieckiego...
Biednyś ty narodzie belgijski, któryś z taką skrzętnością przykładał swoją cegiełkę do postępu i kultury!... Biednyś ty, mały, kwitnący dobrobytem kraiku, który przez barbarzyńskie mordy, przez krwiożercze instynkta “głów koronowanych” — zamieniony zostałeś w zgliszcza i ruiny!...
Biednaś ty Francjo, kolebko prądów wolnościowych i rewolucyjnego ducha, która za sąsiada masz despotycznego potomka zbrodniczych krzyżackich komturów!. Każdą piędź twojej ziemi drogo najeźdcy opłacają — synowie twoi walczą jak lwy!...
— Hoch der Kaiser! — woła ogłupiony szowinizmem żołnierz niemiecki i zatapia bagnet w pierś żołnierza francuskiego, dlatego tylko, że on jest francuzem...
Rośnie serce kajzera na ten widok i nadzieją się napełnia... Zniszczyć! Zniszczyć tę nienawistną Francję, tę siedzibę wolnego ducha i rewolucji!... Precz z wolnością!... Pięść opancerzona ponad wszystko!... Niech żyją wywłaszczenia!...
Tak marzy kajzer...
A tymczasem wystarczyłoby, ażeby żołnierze niemieccy, synowie ludu niemieckiego — rzucili karabiny, przepędzili hen, gdzie pieprz rośnie, albo jeszcze i dalej — zbrodniczą klikę w koronach, w sutannach, w mundurach i tych co się tuczą ich pracą — właścicieli fabryk, kopalni, kapitałów... I żeby przestali oddawać tym pasożytom swoje życie i mienie... Zakwitłby wielki, kulturalny i utalentowany naród niemiecki. Zakwitłby wielki, kulturalny i utalentowany naród francuski... Nie byłoby powodów do wojen, bo nie byłoby wtenczas królów, cesarzy, kapitalistów, wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, ale byłyby wolne narody, złączone międzynarodowym braterstwem...
Tak chce socjalizm...
A dziś? Oto latam ponad terenem wojny: wszędzie — krew, trupy, zgliszcza i ruiny!... Biednaś ty i głupia jeszcze, ludzkości!...
Tak popuściłem wodzę mych myśli na widok tego strasznego spustoszenia... Lecąc tak, naraz usłyszałem niedaleko huk armat, dochodzący od strony Cirey. Szybko więc podążyłem w tamtą stronę. Krwawa tu, zażarta toczyła się bitwa! Ranni i zabici leżeli na kilka mil wokoło. Spuściłem się na pobojowsko i krocząc wśród strasznie oszpeconych, poszarpanych i zmasakrowanych trupów, podążałem do oddziału sanitarnego, który w oddali zbierał rannych. W tym, z pod stosu trupów usłyszałem głos:
— Donnerwetter!... Psieścirwo... Umieram... Matko boska ratuj...
Polak!
Matka boska nie przyszła na pomoc mojemu rodakowi, ale ja za to jednym susem znalazłem się w miejscu, skąd głos wychodził i w parę chwil wyciągnąłem z pod stosu trupów rannego żołnierza. Pokropiłem mu głowę wodą. Otworzył oczy.
— Czy jesteś ciężko ranny, przyjacielu? — zapytałem.
— Ździebko... tam... w plecy... Ale teraz mi lepiej...
— Z których stron jesteście?
— A z pod Gniezna... Ale, mój boże, jak będę chory, to nie będę mógł bić się za cysarza i za wiarę świętą!...
— Za jakiego cysarza? — zapytałem zdziwiony.
— A dyć za cysarza mniemieckiego, nie jensego...
— Jakto, a czy ty przyjacielu, nie jesteś Polakiem?
— Ja ta nie żaden Polok... ino Dajcz...
— A jak się nazywasz?
— Wawrzon Świerszcz...
— Więc kto tobie mówił, żeś ty niemiec?
— Kto? wszyscy! I nauczyciel w szkole i ksiądz kapelan i feldfebel... Ja ta nie jezdem Polok, bo zodny Polski nimo!
Smutno mi się zrobiło... Tak to już najezdcy i klechy potrafili zatruć duszę chłopa polskiego!... tymczasem ranny żołnierz ciągnął dalej:
— Ja tak się cieszył, że tych masonów i sycylistów idę bić do Francji!... Nasze oficery mówiły, że to je wielga zasługa dla naszego Vaterlandu bić Francuzów. A nasz kapelan mówi, że jeżeli który żołnierz zabije kilku francuzów, to dostąpi zupełnego odpuszczenia grzechów, bo te Francuzy — to straszne bezbożniki, sycylisty, co nawet księży nie uszanują...
— A czy ty myślisz, przyjacielu, że socjaliści to są źli ludzie?... Przecież oni chcą dobra dla całej ludzkości...
— Donnerwetter! Co ty gadas? Socjalist — to je największy wróg Vaterlandu i wiary świenty tak mówi nasz kapelan... W naszym pułku było ich kilkudziesięciu, a pomiędzy nimi i kilku, co mówili naszym, katolickim (znaczy się polskim. — Przyp. autora) językiem, a wszyćkie, psieścirwa Vaterland zdradzili i do Francuzów pouciekali, bo mówili, że nie chcą ludzi zabijać... Jakby to takie bezbożniki jak Francuzi, to mieli duszę, abo co!... Mnie też oni namawiali, żebym uciekł z niemi, ale chciałem jem w łeb palić... Ksiądz kapelan mówił, że to śmiertelny grzech zdradzić ojczyznę i cysarza...
W tej chwili ranny osłabł na nowo i zemdlał, zawołałem więc na krzątający się w pobliżu oddział sanitarny. Pierwszym, który się zjawił na moje wezwanie, był jakiś klecha katolicki, widocznie kapelan. Wskazałem mu rannego.
— A toć to Wawrzon! — zawołał po polsku. — Wczoraj go spowiadałem.
— Czy będzie żył? — spytałem.
Ksiądz nic nie odpowiedział, lecz zaczął z gorliwością smarować rannego “olejami świętymi”. — Dopiero gdy tę czynność skończył, badał go i rzekł:
— Rana nie jest niebezpieczną. Dzięki bogu będzie mógł i dalej za parę dni tępić nieprzyjaciół wiary świętej, cesarza i naszej wielkiej ojczyzny.
— Jakiej ojczyzny? — zapytałem.
— Ojczyzny niemieckiej.
— Wszak on polak i ty, księże, też pewno jesteś Polakiem. Cóż więc was obchodzi ojczyzna niemiecka?
— My jesteśmy pod opieką Niemiec i jako tacy — uznajemy Niemcy za naszą ojczyznę. Ja jestem Polakiem, ale wiernym sługą najjaśniejszego pana, cesarza Niemiec! Wszelka władza pochodzi od boga!... Naszym obowiązkiem jest walczyć za cesarza i wielką ojczyznę — Niemcy!
— Tfy, renegacie!
Naplułem mu w ślepie i pojechałem dalej.
Bywajcie zdrowi!

Szczypawka.
V.
Paryż, 2. września, 1914.

Kochany Biczu!
Zbadawszy dobrze cały teren zapasów francusko-niemieckich i nie mogąc dłużej znosić widoków okrucieństw wojennych — opatrzyłem swój parasol i już byłem gotów wyruszyć w stronę Poznania gdy na godzinę przed wyjazdem otrzymałem od Was z redakcji, niezwykłą wiadomość, że — podług ogłoszonej depeszy przez Karabasza — Francja poręczyła niepodległość Polski i że poręczenie to jest ważne, niczym czek.
— Pięknie! — myślę sobie. — Jak to ta Francja kocha nas Polaków!... Muszę czymprędzej jechać do Paryża i dowiedzieć się bliższych szczegółów u prezydenta Poincare o tym poręczeniu.
W dziesięć minut później mknąłem już w stronę Paryża. Z wysoka zauważyłem, że już wówczas, 2 września, Niemcy posunęli się daleko wgłąb Francji i byli zaledwie o 50 mil angielskich od Paryża. Ślady kulturalnego pochodu Niemców najlepiej można było zauważyć po spalonych i zrabowanych wsiach i miastach, po trupach już nie tylko żołnierzy francuskich, ale — kobiet, dzieci i starców.
Przyszybowawszy nad Paryż, natychmiast skierowałem się w stronę pałacu Elizejskiego i przed samą bramą tegoż wylądowałem całkiem szczęśliwie, Zadzwoniłem. Wkrótce pojawił się stróż.
— Bonjour — powiadam. — Słuchaj, monsieur, chcę się widzieć z panem prezydentem.
Stróż wybałuszył na mnie oczy, a po chwili, zrozumniawszy, że ma przed sobą jakiegoś cudzoziemca rzekł:
— Monsieur Poincare?... Au Bordeaux! au Bordeaux!
Okazało się, że wobec nadciągających wojsk niemieckich na zdobycie Paryża, prezydent razem z rządem, przeniósł się już parę dni temu do Bordeaux, o czym ja, niestety, nic jeszcze nie wiedziałem.
Zły, że spotkał mnie zawód, przeszedłem kilka ulic, szukając dogodnego miejsca, skądby się można wzbić się w górę i polecieć do Bordeaux. Idąc tak spostrzegłem kawiarnię, a że żołądek mój zaczął wygrywać marsza, zdecydowałem się wypić szklankę mleka i przekąsić ciastkami. W szedłem więc, usiadłem w jednym z pokojów i zacząłem spożywać “dary boże”. Nie zdążyłem jednakże przełknąć jeszcze trzeciego łyka fałszowanego mleka, gdy do pokoju, w którym siedziałem, wpadł jakiś jegomość, z rozczochraną czupryną i zajął miejsce przy sąsiednim stoliku.
— Vive la Pologne! — zakrzyczało na cały głos kilku kielnerów, ujrzawszy tego pana.
Co? Co? “Niech żyje Polska”? Cóż to za jeden ten jegomość?... Zaintrygowała mnie wielce ta postać, więc przywołałem jednego z kielnerów i spytałem go po cichu, któż-to jest ten pan? Kielner odrzekł z ukłonem:
— Grande homme d’etat, monsieur! (Wielki mąż stanu, panie).
Po chwili do kawiarni wszedł drugi osobnik.
— Vive la Pologne! — huknęli i tym razem kielnerzy.
Znów jakiś drugi mąż stanu — myślę. — Ale po jakiego djabła ci francuscy kielnerzy witają tych wielkich mężów stanu okrzykiem: “Niech żyje Polska?” To jest niezrozumiałe...
Ale — otóż — “jestem u siebie w domu”. Drugi “wielki mąż stanu” podszedł do pierwszego “wielkiego męża stanu” i rzekł czysto po polsku: — Jak się masz, Antek!
Więc to Polacy ci “wielcy mężowie stanu?” Hm, zaciekawiło mnie, co to za jedni?
Teraz jednakże “wielcy mężowie stanu” zaczęli się schodzić jeden po drugim, okrzykom kielnerów: “Vive la Pologne!” nie było końca, a pozdrowienia: “Jak się masz Bolek!” “Jak się masz Bronek!” “Jak się masz Wacek!” i t. p. rozlegały się co minuta.
Gdy już “wielkich mężów stanu” naliczyłem sześciu, jeden z nich rzekł:
— No, to już jesteśmy wszyscy. Zatym otwieram posiedzenie.
Stuknął szklanką w stół i ciągnął dalej:
— Podług ostatnich wykazów, nasza legja polska, walcząca z armją francuską przeciwko Niemcom — wynosi już 25 ludzi, a jest nadzieja, że wkrótce dojdzie do liczby 40 uzbrojonego i umundurowanego żołnierza. Tym sposobem zwycięstwo stanowczo musi się przechylić na stronę Francji. Z Ameryki są jakieś niewyraźne wieści. Ten Karabasz...
— Cha! cha! cha!... — wybuchneli wszyscy głośnym śmiechem, nawet i sam przewodniczący.
— Otóż, uważacie, ten Karabasz, na wspomnienie inteligiencji, którego boki ze śmiechu zrywamy, okazał się jeszcze troszkę więcej... wesołym, za jakiego myśmy go mieli...
— O, do djabła! — zawołał jeden z wiecowników. — A to okaz niebywały!
Przewodniczący ciągnął dalej.
— Mianowicie, rzecz się tak ma cała: gdy wysłaliśmy do niego telegram, żądający dla Francji ludzi i pieniędzy, na którym, pomiędzy innymi, był też podpis i naszego syfilistycznego eskulapa, dra Moca, Karabasz ten przyszedł do przekonania, że pod nazwiskiem “Moc” musi się ukrywać jakaś potęga, — moc — może Anglja, może Francja i prosi o wyjaśnienie mu tego sekretu.
— Cha! cha! cha! — wybuchnęli znów wiecownicy homerycznym śmiechem.
— Przepraszam panów — rzekłem — więc to panowie stanowicie ów “Komitet ochotników polskich z Paryża”?
Wiecownicy na to niespodzianie zadane im pytanie po polsku — oniemieli... Wreszcie przewodniczący zdołał wykrztusić:
— Tak jest...
— Więc to panowie wysłaliście telegram do Karabasza do Ameryki, że Francja poręczyła niepodległość Polski? — zapytałem.
— Jak?... że Francja poręczyła niepodległość Polski?... Nie, panie, takiej depeszy nie wysyłaliśmy!... Depeszowaliśmy tylko, żeby polacy z Ameryki przybywali do Francji bić niemców i żeby przysyłali pieniądze, bo wierzymy w wyzwolenie Polski, dzięki poparciu Francji i Anglji.
— To niemożliwe! Przecież Karabasz ogłosił takie oto depesze, otrzymane niby od panów: — Pierwsza brzmi: “Francja poręcza niepodległość Polski. Wysyłajcie ludzi i pieniądze. Polska armja już walczy”. Druga zaś depesza brzmi: “Stanowcze zapewnienie wyzwolenia Polski przez Francję i Anglję. Przybywajcie bić niemców. Przysyłajcie pieniądze. Nasz pierwszy oddział już walczy”.
— Zwarjował! Takich depesz nikt z nas nie wysyłał! — krzyknął przewodniczący.
— Z takimi Karabaszami się zadać — to czyste nieszczęście — mruknął jeden z wiecowników.
— Cóż chcecie, panowie? — powiadam, — A jednak ma on w Ameryce zwolenników...
— Un sot trouve toujours un plus sot, qui l’admire (Głupi znajdzie zawsze jeszcze głupszego, który go podziwia) — odpowiedział na to sekretarz posiedzenia.
— A, przepraszam pana — rzekł przewodniczący — czy pan przybywasz ze Stanów Zjednoczonych Ameryki?
— Tak jest!
— I jakżeż tam? — wybierają się polscy ochotnicy na pomoc Francji? Czy zamierzają wysłać nam co pieniędzy?
— Nie, panie! Socjaliści na to nie pozwolą, bo my polacy, powinniśmy się bić teraz za niepodległość Polski, a nie za niepodległość Francji i do Polski słać ochotników i pieniądze!... To jest zbrodnią, nawoływać do pomocy Francji, kiedy Polska pomocy potrzebuje!...
— Zdrajcy ci socjaliści!... — krzyknął przewodniczący. — Tylko za Francję teraz nam walczyć trzeba i dla Francji pieniądze zbierać, bo Polską car najmiłościwszy się zaopiekował i on nam da wolność!...
— Na szubienicy! — rzekłem i opuściłem kawiarnię.
Jutro jadę do Poznania.
Bywaj, Biczu!

Szczypawka.
VI
Lwów, 8. września, 1914.

Kochany Biczu!
Obiecałem z Paryża pojechać do Poznania, lecz, jak to mówią: “pan bóg strzela, a chłop kule nosi”. Tak było i ze mną. Wyruszyłem z Paryża przy nader silnym wichrze i wszelkie moje usiłowania, ażeby mój parasol-aeroplan zatrzymać w Poznaniu — na nic się nie zdały. Musiałem szybować dalej i dopiero po cztero godzinnej podróży, poczuwszy głód w kiszkach, zapałałem złością i nuż grozić wiatrowi:
— Poczekaj! mówię ze zgrzytem zębów — nie sfolgujesz — to już ja cię obrobię: napiszę na ciebie, psiakrew, porządną satyrę, ośmieszę cię! Niech mnie raz kosztuje!
I pomyślawszy to, wydobyłem wnet z kieszeni ołówek i papier, rozłożyłem się wygodnie na trzonku parasola i zacząłem pisać, co następuje:
W CHMURACH.
Komedyjka w 1 akcie.
OSOBY: Ja.
Wiatr.
Rzecz dzieje się na moim parasolu-aeroplanie”.
— Co to ma być? — zahuczał wiatr.
— Zobaczysz!
— Satyra?
— Satyra!
— Na kogo?
— Na ciebie!
Wiatr zbladł, wytrzeszczył oczy i wreszcie z pokorną miną mówi:
— Nie pisz... Już ci wynagrodzę wyrządzoną krzywdę...
— Co? Zawieziesz mnie do Poznania? — pytam.
— Do Poznania nie, bo w tamtą stronę nie mam siły lecieć... A zresztą co byś ty zobaczył w Poznaniu?... Chyba wzdychanie endeków do carskiego knuta...
— No to gdzie mnie zawieziesz?
— Do Lwowa. Za parę minut tam będziemy. Zgadzasz się?
— All right!
— A schowasz już ten papier i ołówek?... Nie będziesz pisał satyry?...
— No nie, nie...
Wiatr złagodniał i za trzy minuty byłem już na ulicach Lwowa.
Smutny widok! Nieliczni mieszkańcy, którzy nie mogli uciec przed przybyciem hord carskich — chodzą jak struci, przygnębieni, zrozpaczeni. Po mieście gęsto snują się patrole kozackie i wszelkiego rodzaju żołdactwo, kradnąc i rabując, co i jak się da, a nie żałując przy tym lwowianom — nahajek, w dowód, że oni, słowianie, przynieśli braciom-słowianom wyswobodzenie od ucisku niemieckiego.
— Hej, ty — krzyknął na mnie jakiś kozak — stój!
Stanąłem.
— Nie widział ty gdzie kazionnoj winnoj ławoczki, albo kabaka?
— Niema tu kazionnych winnych ławoczek — odrzekłem — ale tam oto widnieje napis “Karczma”. — Tam możecie wódki dostać.
— Wsio skatina! Warwarskij kraj!
Splunął kozak, zaświstał nahajką i wraz z kilkoma towarzyszami wpadł do wskazanego przezemnie szynku.
Puściłem się w podróż po ulicach lwowskich, w kierunku uniwersytetu. Idąc tak pomaleńku, zauważyłem jakiegoś carskiego stupajkę, ubranego z jeneralska, w otoczeniu licznej świty, przechadzającego się po mieście. Zauważyłem, że przed stupajką tym ten i ów niziutko z szacunkiem się kłania.
— Któż to jest ten... tam? — zapytałem jednego z przechodniów.
— To hrabia Bobrinskij, gubernator nowej gubernji lwowskiej.
— Ooo! Trzeba z nim porozmawiać.
Puściłem się naprzód i za chwilę byłem już koło Bobrińskiego.
— Dzień dobry! — rzekłem. — Cóż, ogląda pan miasto?
— Da, da!
— A jakże się panu Lwów podoba?
— Czort pabieri!... Barbarzyństwo tu niesłychane!
— Barbarzyństwo?
— Tak i nie inaczej! Ani cytadeli ja tu nie znalazł, ani szubienic, ani tiurem! Warwarstwo! Straszne warwarstwo!!
Splunął ze złością i ciągnął dalej:
— Odwieczny to ruskij kraj, a — co za użas? — nawet monopolek w niem niema!... Gańba to brat!... A zamiast tiurem — to pełno tu jest szkół, gimnazji, uniwersytet, politechnika, gdzie buntowszczyki wyrastają!... Straszno, brat, żeby w istinnoruskim kraju takie bezbożne rzeczy się działy!... Ale nieboś, ja to wszystko wnet zmienię!!
— Zmieni pan? — zapytałem.
— Kanieczno, że zmienię! Ruskij gosudarstwiennyj, sławiańskij poriadok zaprowadzę!... Gimnazje, uniwersytet, politechniku i wszystkie szkoły — w tiurmy i kazarmy przemienię, szubienic z kilkadziesiąt postawić każę, kazionnyja winnyja lawoczki otworzę... Tak, gałubczyk — ruskuju kulturu wprowadzę, żeby matuszka Rassija nie potrzebowała wstydzić się przed światem!...
— Splunął znów i ciągnął:
— Od czasu zajęcia Lwowa, ja ledwo kilkudziesięciu buntowszczyków powiesił, i to z wielką biedą, bo nie było na czem!... Tak te barbary, awstrjaki, słowiańskim narodem rządzili, że nawet szubienic, gałubczyk, nie mieli!... Ale ja wnet wezmę się do dzieła: szubienice niedługo już będą gotowe; do ochrany ja teraz syszczyków zbieram... Ty, gałubczyk, z jakich stron?
— Z Chicago, z Ameryki.
— Z Ameryki?... Brat ty mileńkij!... Tak ty znasz tam zapewne tych redaktorów polskich gaziet, co to tak wiernie caru-batkie służą?
— Znam.
— Tak ty im powiedz, gałubczyk, że w lwowskiej ochranie posad dla nich dobrych dużo jest!... Ja już słyszał o ichnich zdolnościach do denuncjacji i donosów i poniał, co szpiony to pierwszego kłasa są!... Skażi im, gałubczyk, że i bez egzaminów ja ich wezmę, tylko niech siej czas przyjeżdżają, bo tu jest tysiące miateżników, których — dla dobra matuszki Rasiei, dla kultury i chcąc, żeby była polska awtonomja — trzeba zaraz wywieszać!... Pamiętaj, gałubczyk, przyślij mnie te sobaczki... Do swidania!
Odszedł Bobrinskij ze swoją świtą, ja zaś pomyślałem, że przecież nareszcie nasi amerykańscy pachołkowie carscy zostaną odpowiednio nagrodzeni.
Powiedzcież im tam, niech czymprędzej do Lwowa się zbierają, jeżeli chcą się przyczynić do zwycięstwa ukochanego przez nich caratu i dostać dobre ochraniarskie posady. Bywajcie,

Szczypawka.
VII.
Lwów, 15. września, 1914.

Kochany Biczu!
Ciężko mi jest jakoś opuścić Lwów, gdyż chciałbym koniecznie zobaczyć te dziwy carsko-słowiańskiej kultury, którą obiecał wkrótce wprowadzić we Lwowie carski gubernator, graf Bobrinskij.
Po ostatnim liście, jaki pisałem ze Lwowa, nic szczególnego przez dwa ostatnie dni nie zaszło, z wyjątkiem powieszenia przez carskie wojska kilkunastu Polaków i Ukraińców, co jednakże dla mnie, jako dla królewiaka, nie jest osobliwą rzeczą, zważywszy, że w Kongresówce, pod czułą słowiańską opieką najjaśniejszego wieszatela, Mikołaja II-go są to sprawy codzienne.
Trzeciego dnia rano dowiedziałem się, że o kilkanaście mil od Lwowa ma się rozegrać wielka bitwa pomiędzy wojskami austrjackimi i carskimi, więc niezwłocznie rozpiąłem parasol i poszybowałem w kierunku przyszłego placu boju. Jakoż wszystkimi drogami od Lwowa, niby szarańcza, waliły nieprzeliczone hordy carskie, z kozakami na przedzie, którzy, jako przednia straż kultury carskiej — zamieniali całe wsie i sioła galicyjskie w gruzy, kradnąc i rabując mienie mieszkańców i nie żałując przy tej kulturalnej pracy kul i nahajek. Nim zdążyłem przelecieć ponad linją wojsk carskich — rozpoczęła się bitwa. W parę minut byłem już na głównym terenie walki.
— Aha, to dopiero awangarda austrjacka spotkała się z armją carską — pomyślałem, kiedy rzuciłem okiem na dół i spostrzegłem zaledwie kilkuset żołnierzy jak mi się zdawało — austrjackich, toczących bój z wojskami carskimi.
Chcąc więc zbadać i przewidzieć naprzód jakie będą losy tej bitwy, to jest po której stronie może być zwycięstwo — pojechałem dalej, ażeby zobaczyć, jak liczną jest armja austrjacka, mająca się zmierzyć z wojskami carskimi?
Cóż to jednak?... Ujechałem dwie, trzy pięć, dziesięć i piętnaście mil, a głównej armji austrjackiej jak nie widać, tak i nie widać... Co u biesa?... Hm, myślę, to zapewne bitwa rozpocznie się jeszcze nie prędko, lub zgoła w innym miejscu, a tam tylko jakiś mały odział austrjacki natknął się przypadkiem na główne siły carskie i w tej chwili zapewne już nie istnieje... Tak, bo przecież hordy carskie liczą przynajmniej 500 — 600 tysięcy, więc taką małą garstkę austrjaków musiały w kilka minut wystrzelać, jak gęsi...
Kiedy jednakże przyleciałem z powrotem na miejsce potyczki — ze zdziwieniem zauważyłem, że oddział austrjacki, liczący poniżej tysiąca żołnierzy, nie tylko, że nie został dotąd zniesiony przez wojska carskie, ale — o cudzie! — przeszedł do ofenzywy i pierze hordy carskie, aż święci pańscy w niebie się cieszą!... Ta waleczność wojsk austrjackich zaciekawiła mnie bardzo. Postanowiłem więc zbadać, do jakiego pułku żołnierze ci należą?
Gdy spuszczałem się na ziemię, jeszcze na wysokości jakich 200 stóp usłyszałem wyraźnie:
— Widzis tam, Grzela, tych kozaków?... Cyluj jem w som łeb!
— A ino!
Jakto? Więc to Polacy?... Staję na ziemi. Ależ tak — polskie mundury, polskie sztandary!... To oddział jednego z legjonów polskich!...
A bitwa tymczasem trwa dalej. Kule moskiewskie brykają wesoło wysoko, ponad głowami polaków i lecą dalej, na spacer, na świeże powietrze. Tylko czasami któraś się zabłąka niechcący i spadnie w szczupłe szeregi polskie, uszczuplając je jeszcze więcej. A Polacy napierają, prażąc celnymi strzałami obrońców carskiej ojczyzny, szubienic i tiurem, którzy cofają się ciągle, wierni tradycji Kuropatkina...
I tak trzy dni toczyła olbrzymia carska armja bój ze skromnym polskim oddziałem, z kiepskim dla siebie szczęściem. Armji carskiej przybyły posiłki, w liczbie 300 tysięcy kałmuków, tatarów i samojedów, ale i te posiłki okazały się na nic. Dopiero czwartego dnia po południu, kiedy dowódca polskiego oddziału zauważył, że amunicja jest nawyczerpaniu — rozkazał odwrót, który powoli bez pośpiechu wykonano. Polacy pozostawili na polu walki kilkunastu zabitych żołnierzy, cztery złamane karabiny, pięć wyszczerbionych szabel i dwa pęknięte rewolwery. Wkrótce też wojska carskie, z największymi środkami ostrożności, opanowały plac boju.
Kiedy zjawiłem si w kwaterze dowódcy wojsk carskich, meldując się, jako korespondent wojenny, gienerał carski rzekł wielce zadowolany, klepiąc mnie po ramieniu:
— Sławne zwycięstwo, brat, odniósł ją tutaj nad przeważającymi siłami awstrjaków! Pobił ja ich na łeb i szeju, wziął w plen (do niewoli) 200 tysięcy ichnich sołdatów, pięćdziesięciu gienerałów, 300 niższych oficerów, odebrałem im 600 puszek (armat), 500 tysięcy karabinów, 20 tysięcy szaszek (pałaszy), 100 tysięcy rewolwerów i 25 tysięcy karabinów maszynowych. Wot brat — od dnia dzisiejszego awstrjacy nie istnieją! Rozniósł ja ich!... Koniec im!...
— Roześmiałem się. Carski gieneral wziął to za dobrą monetę i rzekł:
— Prawda, brat, że my, słowianie górą, a?
— Ehę...
— Tak i widzisz! Matuszka — Rasija cały świat może zawojować!...
Po tym wywiadzie u carskiego dowódcy udałem się do Lwowa.
Tutaj na wszystkich publicznych miejscach ujrzałem porozlepiane plakaty, donoszące o wielkim zwycięstwie wojsk carskich, ze wszystkimi szczegółami, o jakich mi carski dowódca opowiedział...
Lwów już rzeczywiście przystraja się w carską kulturę. Wczoraj bowiem postawiono tu 20 nowych szubienic a gmachy uniwersytetu i politechniki zdołano już przerobić całkowicie na “tiurmy”.
Bywaj na dziś, Biczu! Ukłony dla miłych memu sercu Karabasza, Przyprawy, Zielenia i Nuchymka.

Szczypawka.
VIII.
Warszawa, 21. września, 1914,

Kochany Biczu!
We Lwowie rzeczywiście zaczęły się dziać niezwykłe cuda. Skrzypią szubienice, trzeszczą karabiny, kule dziurawią jak sito polaków i ukrainców, ludzie drapią sobie plecy nabrzmiałe po nahajkach, ze szkół pozamienianych na “tiurmy“ — wydobywają się jakieś dziwne jęki i westchnienia, na ulicach i po domach żołdactwo carskie rabuje i gwałci kobiety — jednym słowem — graf Bobrinskij dotrzymał przyrzeczenia i na gwałt wprowadza we Lwowie, kulturę carsko-słowiańską. Spotkała go wprawdzie pewna “nieprzyjemność” ze strony jakiegoś Ukraińca, który — słysząc, jak Bobrinskij dowodził, że niema narodu ukraińskiego, a tylko “wsio istinno-ruskije ludi, sławianskij naród, i jedna matuszka-Rassija”, a Ukraina — to wymysł chytrych polaków — posłał mu w bebech trzy kule, ale twarda ta słowiańska dusza nie tak prędko zdechnie, jakby się zdawało, a więc i nadal będzie szczepić w Galicji carską kulturę.
Chcąc się przekonać, co się dzieje w naszej nieszczęśliwej Polsce, postanowiłem zwiedzić główne tereny bojowe w Galicji i Królestwie.
O Polsko!... Któżby ciebie teraz poznał? W Galicji, tam, dokąd zdążyły dojść hordy carskie — zgliszcza, ruiny... W Królestwie, tam gdzie odbywały się krwawe zapasy pomiędzy wojskami austrjackimi a carskimi — zgliszcza i ruiny... Znikły z powierzchni wioski, znikły miasteczka, ludzie pomordowani, dobytek — zrabowany. Znać aż nadto wyraźnie, że tu gospodarzyły i gospodarzą — dzikie hordy carskie, stokroć zda się gorsze od tych dzikich hord tatarskich, co kraj nasz nieszczęśliwy przez tyle wieków łupiły i niszczyły... Kule, nahajki, szubienice — oto rząd, oto prawa, którymi się hordy carskie posługują. Kule, nahajki i szubienice oto “autonomja”, którą car “najmiłościwszy” Polsce zjednoczonej pod jego berłem daje...
O Polsko!... Dwadzieścia pięć miljonów masz dzieci i dwadzieścia pięć miljonów niewolników. Czemu to?... Czyż my potrafimy żyć jedynie w niewoli?... Czyż naród dwudziesto-pięciomiljonowy, nawet niewolniczy, nawet rozszarpany na trzy części, nie powinien dziś, w tej wielkiej chwili dziejowej, wystawić miljonowej armji, i hukiem armat i karabinów zawołać:
— Precz z niewolą! Bierzemy sobie niepodległość!
Czyż nas stać było zaledwie na te szczupłe legjony polskie w Galicji, zorganizowane w ostatniej chwili?...
Nie! Nas stać było na miljon żołnierzy!... Był czas... Szlachetni synowie Polski zaklinali nas, ażeby się gotować... ale warcholi i oszczercy zakrzyczeli, zhańbili ich!... Zhańbili i oczernili Komisję Tymczasową, która chciała wielkie dzieło, potężną armję polską, stworzyć... Zhańbili i oczernili Sieroszewskich, Piłsudskich, Sławków, Feldmanów, Sokolnickich, Daszyńskich, którzy naród ze snu budzili...
Podłe, niewolnicze dusze! Raby bez czci i sumienia!
Szybując tak z tymi smutnymi myślami ponad zniszczoną, zrujnowaną Polską, nawet nie zauważyłem, jak przyleciałem w okolice Warszawy.
Warszawa!... Co się tu dzieje?... Co też tu robią?... Zobaczę!
Wylądowałem szczęśliwie w Łazienkach, ażeby nie wywoływać zbyt wielkiego zbiegowiska i puściłem się aleją Ujazdowską do miasta. Hm, wszędzie jeszcze krążą moskale, choć miny mają teraz pokorniejsze. Coraz to spotykam jakiś pijany patrol żołdacki i tym, oczywiście, trzeba dać jakiś okup, na oczyszczonnuju, aby co parę minut nie rewidowali człowieka na ulicy. Błądzę tu i ówdzie. Nareszcie ujrzałem wielki szyld i napis: „Gazeta Warszawska”.
— Aha! Dmowski, Trzeba tego carskiego agienta zobaczyć!
Wszedłem do wnętrza i oznajmiłem, że chcę się widzieć z „samym“ Dmowskim.
Dobrze, ale wpierw musisz się pan poddać rewizji.
— Rewizji?
— Tak!
Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć ze zdziwienia, że oto teraz już i w redakcjach pism niby polskich rewidują interesantów, gdy podeszło do mnie dwuch kozaków i obmacywali mnie na wszystkie strony.
— W poriadkie! Stupaj! — rzekł jeden, gdy skończyli „robotę”.
Szwajcar poprowadził mnie do gabinetu Dmowskiego. Przed drzwiami zastałem znów dwuch kozaków, popijających z flaszki “sorokowkę” i ci znów mnie zrewidowali. Teraz już bez trudności weszliśmy do gabinetu Dmowskiego. Zaraz na wstępie zauważyłem, że przed biurkiem Dmowskiego wiszą dwa portrety: cara i carycy. Dmowski siedział podparty ręką, nucił z cicha „Boże caria chrani” i obliczał jakieś zyski.
— Dzień dobry. Jestem Szczypwka, redaktor Bicza Bożego z Chicago.
— O, z Chicago!... Bardzo mi przyjemnie powitać pana... Czy może ma pan jakie wiadomości od Karabasza, od Rakoczego?... Czym mogę panu służyć? — zapytał Dmowski.
— Karabasz i Rakoczy mają się dobrze. Jeden nadal sprzedaje w niedzielę wódkę z powodzeniem, drugi zaś — handluje po staremu pierścionkami i w zastaw przyjmuje zegarki. Ale nie o nich mi się dziś rozchodzi — chciałem cokolwiek dowiedzieć się od pana, jak pan się zapatruje obecnie na sprawę polską?
— Na sprawę polską? Ha, panie kochany, przecież sprawa polska już nie istnieje, już jest załatwiona, ku ogólnemu zadowoleniu polaków.
— Jakto — załatwiona?
— Naturalnie, że tak! A czy pan nie wiesz o obietnicy głównego dowódcy wojsk rosyjskich. Jego cesarskiej wysokości Mikołaja Mikołajewicza?
— Tak, wiem...
— No więc! Przecież ta obietnica rozwiązała już jasno sprawę polską. Najjaśniejszy pan, oswobodziciel słowian (tu Dmowski ukłonił się w stronę portretu carskiego) najmilościwiej ma nam dać autonomię po wojnie, więc sprawa skończona. Musimy tylko popierać w czasie wojny wspólną naszą ojczyznę, ażeby nasi oswobodziciele pobili Niemców i Austrjaków.
— A czy pan sądzisz, że wszyscy polacy w Królestwie taksamo myślą, jak pan?
— Chorobę tam, panie kochany!... Jest tylko szczupła garstka patrjotów w Prywiślanskim kraju, którzy tak samo myślą, jak ja! Reszta — to buntowszczyki, miatieżniki, socjaliści, których na suchej gałęzi czymprędzejby trzeba wywieszać i wystrzelać, jak psów!... Niestety, nie mam ja już tej siły, jak w roku 1905, kiedy to buntujących się robotników polskich przeciwko najjaśniejszemu panu (tu znów ukłonił się w stronę carskiegi portretu) wystrzelała moja bojówka endecka. Dziś, psiakrew, żaden uczciwy robociarz nie chce mieć ze mną nic do czynienia... Z wielką trudnością zorganizowałem legjon polski z kilkudziesięciu przedwcześnie stetryczałych i wyłysiałych arystokratów polskich i z nożowców, bandytów i pobytowców i oddałem go na usługi najjaśniejszemu panu (i tym razem też się skłonił portretowi cara), ale porządnego robotnika ani jednego nie skaptowałem!... Coza brak patrjotyzmu!.. Ale przy pomocy kozaków, ja wnet zrobię porządek z tą buntowniczą, robotniczą hołotą!
— W jaki sposób?
— Wywiesza się tę hołotę, wybije lub na Sybir ześle!... Raz trzeba skończyć przedewszystkim z tą gangreną socjalistyczną, co nasz naród jakąś niepodległością Polski zatruwa!... Ale to wszystko żydowska robota!
— Niepodległość Polski — to żydowska robota?!
— Nie inaczej, panie! Tylko żydzi i socjaliści chcą niepodległej Polski i to takiej bez szubienic, bez nahajek, turem i Sybiru... Zdrajcy! Pruskie parobki! Polska jest nierozerwalną częścią Rosji i kto chce Polskę oderwać od wspólnej naszej ojczyzny, Rosji, ten jest zdrajcą, żydowskim i pruskim parobkiem! Polacy teraz powinni zgodnie paść do nóg najjaśniejszemu panu, Mikołajowi drugiemu (tu znów się ukłonił carskiemu portretowi) i podziękować mu za te jego wielkie obietnice, jakimi nas obdarzył. Niechże ci będzie cześć i chwała na wieki, o ty nasz zbawco! — zawołał Dmowski, zdejmując ze ściany carski portret i całując go z wielkim nabożeństwem.
— Może i pan spełni patrjotyczny obowiązek? — rzekł, podstawiając mi pod nos carski portret do pocałowania.
Plunąłem mu w ślepie, carowi dałem psztyczek i poszedłem.
— Dzierżytie buntowszczyka! Dierżytie buntowszczyka! — wrzeszczał za mną Dmowski, ale kozacy, pełniący straż w biurach organu Dmowskiego — popili się i spali w najlepsze.
W Warszawie na oko spokój, ale robotnicy są dobrze zorganizowani i czekają tylko stosownej chwili, aby przepędzić carskie sługi i szpicle do Moskwy.
Bywaj Biczu!

Szczypawka.
IX.
Londyn, 2. października, 1914.

Kochany Biczu!
Otrzymawszy w Warszawie wiadomość o najnowszej depeszy, którą wysłano z Bordeaux do kliki moskalofilskiej w Chicago kilku mistrzów pędzla, pianina, kieliszka, etc., etc., z żądaniem formowania w Ameryce legjonów polskich dla Anglji i Francji — natychmiast postanowiłem jechać do Londynu, i dowiedzieć się, jak też król Jerzy zapatruje się na ten projekt naszych carofilów? Postanowienie swoje natychmiast wprowadziłem w czyn i za kilkanaście godzin wylądowałem szczęśliwie w londyńskim Hyde Parku, gdzie z trudem umknąłem przed jakimś szybkonogim amerykaninem, który pędził za mną, co tchu, zaklinając się na wszystkie świętości amerykańskie, abym przystanął i sprzedał mu swoją tajemnicę latania w powietrzu na parasolu. Szczęściem udało mi się zmieszać z tłumem i tym sposobem amerykanin stracił mnie z oczu.
Nie tracąc czasu bezzwłocznie udałem się do pałacu królewskiego i kazałem kamerdynerowi, ażeby mnie zameldował królowi Jerzemu. Król Jerzy odpowiedział, że byle łapserdaków, których nie zna, nie przyjmuje, ale kiedy kazałem kamerdynerowi, żeby pokazał Jerzemu moją wizytówkę, na której oprócz mego przezwiska “stojało” jak byk, że jestem redaktorem Bicza Bożego (God’s Whip), 959 Milwaukee Ave., Chicago, I11., którego cyrkulacja wynosi jeden miljon i pięćset tysięcy egzemplarzy, król zmiękł, jak masło w lipcu i wysiał po mnie specjalną delegację, złożoną z dwuch pięknych i rosłych dam dworskich, które mnie zawiodły na pokoje królewskie.
Przywitaliśmy się bardzo uprzejmie, jak na gentlemanów przystało. Król Jerzy siedział na wygodnym kolebaczu, nogi założył na biurku i pykając “Bull Durham” w kukurydzowej fajeczce — czytał “dime novels”, zaś królowa Mary siedziała tuż przy nim na kolebaczu i, żując gumę, cerowała królewskie gacie.
Kroi Jerzy był bardzo serdeczny i po kilku ceremonjalnych słowach zapytał mnie:
— Well, what do you wish, mister?
— Chciałem się dowiedzieć od pana. — rzekłem — jakie są pańskie zapatrywania na sprawę polską.
— Na jaką sprawę?
— Na sprawę polską.
— What is that? Co to za sprawa?
— No, sprawa Polski, — Poland.
— Poland? A gdzie ten kraj leży: w Azji, czy w Afryce?
— Polska w Azji, czy w Afryce?... Ależ królu... Polska przecież w Europie!...
— Is that so? In the Europe? Where? — rzekł król zdziwiony, biorąc mapę do ręki.
— Oto tu — pokazuję na kawał mapy, oznaczonej “Rosja, Austrja i Niemcy”. — W tym miejscu jest Polska.
— What? Przecież to jest część Rosji, a to część Austrji, a to część Niemiec.
— Nie, panie, to są ziemie dawnego państwa polskiego.
— Jakto? A co się stało z tą Polską?
— Widzisz, królu, tu na mapie: Rosja, Austrja i Niemcy rozebrały ją...
— Well, to w takim razie niema już Polski.
— Jest panie i niedługo znów będzie na tej karcie!... Polska to nieszczęśliwy kraj!
— Yes, — zauważył król Jerzy — a ten John, bohater tej nowelki pod tytułem “Straszne dnie Marjanny”, którą właśnie czytam — też był okropnie nieszczęśliwy. Bandyci wykłóli mu oko wyrwali dwa palce u nóg i wybili cztery zęby... Straszne!
— ...Polska wycierpiała dużo w niewoli...
— Oh, yes! A i ta Marjanna, sweetheart Johna, też była wielką męczenniczką... Tu jest właśnie wszystko dokładnie opisane — — rzekł król Jerzy, pokazując mi “dime novel magazine”.
— George! Daj spokój, idjoto, tym wszystkim romansom, bo jak te romanse czytasz, to tylko wszystkie moje damy dworskie mesiujesz! — huknęła królowa Mary.
— To nie twój byznes! — odciął się król.
— A właśnie, że mój!
Mówiąc to, królowa Mary wyrwała z rąk Jerzego romansidła i podarła je na strzępy.
— Goddam! — zaklął Jerzy i zaczął szukać kija, ale spojrzawszy na mnie zmitygował się. Łyknął za to spory kielich “Scotch Rye Whiskey”, przetrącił wodą, splunął do wielkiej mosiężnej kreszoarki, odłożył fajkę, wyjął “chew-tobacco” i włożywszy do ust sporą dozę, rzekł:
— Sekutnica! Teraz się nie dowiem, jaki los spotkał tych nieszczęśliwców, Johna i Marjannę. Co za nieszczęście!
— Za to, królu, możesz się cokolwiek dowiedzieć o Polsce — rzekłem.
— Well, all right. Więc mówisz pan, że ta Polska jest nieszczęśliwa?
— Tak jest, królu. Jest przecież w niewoli. Ale teraz, w obecnej wojnie Polska stara się odzyskać niepodległość.
— Ooo!. A co pana tak interesuje ta Polska?
— Bo ja jestem polakiem.
— Polakiem?... Jak można być polakiem, kiedy Polski obecnie na mapie Europy niema? Pan zapewne jesteś albo rosjaninem, albo austrjakiem, albo niemcem.
— Nie, panie, jestem polakiem z Polski.
— A to dziwna historja! Nijak jej zrozumieć nie mogę!
— Mniejsza o to. Chciałem się jedynie dowiedzieć, co król myślisz o tym, że niektórzy z polaków, obałamuceni carskimi obietnicami, chcą formować polskie legjony w Ameryce i tobie, królu, do Anglji słać, abyś nimi bił niemców.
— Polskie legjony?... A jakie to obietnice dawał polakom mój kuzyn, car?
— Obiecał dać nam autonomię po wojnie, jeżeli będziemy mu lojalnni.
— Tak? A to bardzo szlachetnie ze strony mojego kuzyna, bo on, bestja, tylko wieszać lubi...
— Właśnie o to się rozchodzi. Niektórzy nasi rodacy twierdzą, że trzeba pomóc Anglji i Francji, to wy nam później pomożecie i dopilnujecie, aby car wypełnił swe obietnice względem nas.
— Oh, yes,... Ale widzisz pan, mój kuzyn, car, bardzoby żałował tych legjonistów polskich, którzyby polegli we Francji, bo on bardzo kocha swoich poddanych... Nie chcemy więc robić mu przykrości i nie możemy słać polskich legjonistów do Francji, ale za to gdzieindziej.
— Jakto — gdzieindziej?
— Naprzykład w Indjach — tam te wasze legjony mogłyby się nam przydać. Ale tylko jako najemnicy, za “pejdę”, bez żadnych zobowiązań. Jest tam, goddam, kilku dumnych maharadżów, którzy nie chcą uznać mojego panowania, a nawet jeden z nich, podczas mojej koronacji na cesarza Indji — tyłek, ścierwo, mi pokazał!... Tychby warto nauczyć. Waszym legjonom zapłacilibyśmy nieźle, a organizatorzy i dobry “graft” by dostali. Well, cóż pan na to?
— A no, zwróć się królu do naszego Karabasza lub Smulskiego. Ci panowie są specjalistami od legjonów i może stworzą najnowszą orjentację, aby bić hindusów!
Pożegnałem Jerzego i wyszedłem, zostawiwszy mu w prezencie mały atlas, wydania amerykańskiego, gdzie przynajmniej mały skrawek z zaboru rosyjskiego oznaczono jako “Poland”. Jerzy był tym podarkiem bardzo ucieszony i wzamian ofiarował mi skarpetki, własnoręcznie zrobione przez jedną damę dworską.
Żegnaj, Biczu!

Szczypawka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Telesfor Chełchowski.