Historya Nowego Sącza/Tom I/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Sygański
Tytuł Czasy Władysława IV.
Podtytuł Krótka epoka dobrobytu (1632—1648).
Pochodzenie Historya Nowego Sącza
Tom I. Obraz dziejów wewnętrznych miasta
Wydawca Nakładem autora
Data wydania 1901
Druk Drukarnia Wł. Łozińskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Rozdział  III.
Czasy Władysława IV. — Krótka epoka dobrobytu. (1632—1648).

Nie mniejszą hojność okazał miastu król Władysław IV., zatwierdzając w r. 1633 wszystkie ogółem przywileje Nowego Sącza, a w szczególności przywilej ojca swego Zygmunta III., nadany Sączowi w r. 1616 na pobieranie opłat z towarów, i pozwalając na urządzenie jarmarku na dzień Przeniesienia św. Stanisława, 27. września[1]. Wdzięczne zato miasto posłało Jego Królewskiej Mości dwie beczki wina za 300 złp.; dwom zaś rajcom: Tomaszowi Pytlikowiczowi i Stanisławowi Rogalskiemu, wyprawionym na sejm koronacyjny do Krakowa w celu uzyskania u króla konfirmacyi przywilejów, dano na drogę za przyzwoleniem wszystkiego pospólstwa 100 złp.[2].
Na tym sejmie koronacyjnym uchwalono wojnę. Władysław IV. chciał utrzymać sławę oręża polskiego, mianowicie przeciwko zaborczemu carowi moskiewskiemu. Znając zaś jeszcze z pod Chocimia zdolności i doświadczenie Stanisława Lubomirskiego, wojewody ruskiego, i chcąc dać dowód łaskawości królewskiej temu, wówczas najzasłużeńszemu i największemu w ojczyźnie mężowi, zjechał do niego na Wiśnicz na święcone wielkanocne. Ważne tam się toczyły narady. Wojenna szlachta chorągwi rajtarskiej[3], składając sześć powinną u stóp Jego Królewskiej Mości, uspokoiła się w wymaganiach, więc za wpływem wojewody przystała na zniżenie pieniędzy chlebowych, czyli, jak mówiono: „na moderacyę stacyi“. Miasto Nowy Sącz, witając też Króla Jegomościa na wiśnickim zamku, nie omieszkało przy tej sposobności ofiarować mu parę smacznych łososi, jak notuje burmistrz, Stanisław Rogalski, w księdze wydatków: „Gratyfikując szczęśliwego przyjazdu Króla Jegomości na Wiśnicz do Jegomości pana wojewody ruskiego, za parę łososi z posłańcem dało się 13 złp.“[4].
Niedługo potem zjechał do Nowego Sącza kapitan królewski dla zbierania piechoty na wyprawę do Moskwy. Miasto podejmowało go gościnnie wedle zwyczaju; nie zapomniano też o jego pachołkach i koniach, wydając na ten cel 3 złp. 15 gr.[5].
We wrześniu 1633 r. wyruszył król z wojskiem koronnem przeciwko Moskwie. Pod Smoleńskiem zamknął się w oszańcowanym obozie, skąd aż do 24. lutego 1634 r. ustawiczne od nieprzyjaciół przypuszczał szturmy. W tej wojennej wyprawie, zakończonej pokojem w Polanowie 13. czerwca 1634 r., mocą którego Władysław IV. zrzekł się praw swoich do tronu moskiewskiego, a wzamian zato car Michał Fiedorowicz zrzekł się wszelkich pretensyi do Inflant, Estonii, Kurlandyi, Smoleńskiej, Siewierskiej i Czernichowskiej ziemi[6], brał także udział Jerzy Stano, starosta grodowy sandecki. Powracającego z obozu starostę witało miasto z uczuciem radości, a z wdzięczności za podjęte trudy wojenne ofiarowano mu beczkę wina za 70 złp., jak świadczy zapisek burmistrza, Jakóba Poławińskiego: „Za beczkę wina witając Jegomościa pana starostę, kiedy przyjechał z obozu, daliśmy 70 flor.“[7].
Dzięki tym okolicznościom, stan miasta w pierwszych latach panowania Władysława IV. w dosyć pomyślnem przedstawia się świetle. W lipcu i sierpniu 1634 r. zabrano się do naprawy murów fortecznych miejskich. Samych gwoździ gontowych wyszło 76 kóp, gontów 201 kóp, wapna z Kruźlowej za 40 złp., gwoździ do łat na pokrycie murów 600 sztuk; prócz tego sprowadzono jeszcze ze Spiża 9.000 gwoździ gontowych. Robót doglądał Stanisław Rogalski, rajca i lunar miejski, i wydał na roboty murarski i ciesielskie 240 złp.[8].
Regestr poborowy z 1635 r. wymienia ogólnikowo rzemieślników z każdego cechu „w mieście Jego Królewskiej Mości Nowym Sandczu będących“, a mianowicie: W cechu kowalskim — kowalów 8, ślusarzów 4, kotlarzów 3, złotników 3, mieczników 3, sierparzów 3 i konwisarz; w cechu szewskim — szewców 20, rymarzów 3, siodlarzów 2; w cechu rzeźniczym — rzeźników 15; w cechu sukienniczym — sukienników 6; w cechu czapniczym — czapników 2; w cechu kuśnierskim — kuśnierzów 8; w cechu bednarskim — bednarzów 4, stelmach, kołodziej, stolarz; w cechu płócienniczym — płócienników 16; w cechu krawieckim — krawców 12; w cechu garncarskim — garncarzów 4, aptekarz, cyrulik, balwierz, ogółem rzemieślników 123. Prócz tego istnieli kramarze i piwowarzy, którzy jednak nie dawali poborów. Piekarzy zaś nie było wcale, bo chleb każdemu wolno było wypiekać tak w mieście, jako i na przedmieściu[9]. — Jak zaś wiele w tym czasie wypijano w Nowym Sączu trunków, świadczy najlepiej zapisek w aktach miejskich, że „czopowego od piw, marców, miodów i gorzałek, tak na żołnierza województwa krakowskiego, jako też i na armatę Królowi Jegomości, zapłaciło miasto pro anno 1635 złp. 2.969“[10].
W tych także latach niektórzy mieszczanie sandeccy sprzedawali swe grunta obcym ludziom z niemałą szkodą samego miasta, albo je w cudze puszczali ręce bez wiedzy magistratu. Król Władysław IV., pragnąc zapobiedz temu, wysłał do Sącza osobne pismo swoje, wydane w Warszawie 5. marca 1637 r.
„Wiernie Nam mili, mamy tę wiadomość, iż niektórzy z Wierności Waszych bez wiadomości urzędowej dobra swe pod jurysdykcyą miejską będące, obcym ludziom przedawać i alienować przeciwko prawu ważycie się, i nad zakaz prawny zapisy gdzieindziej, nie przed należnym swoim urzędem, czynicie i zeznawacie, przez co miasto Nasze Sandecz, które życzymy, aby jako pograniczne w jak największej frekwencyi było, do wielkiego opustoszenia i dezolacyi za tem gruntów obcym ludziom alienowaniem przychodzi. Zapobiegając przeto, aby się to na potem nie działo, rozkazujemy Wiernościom Waszym i mieć to koniecznie chcemy, aby na potem żaden gruntów, pod miejską jurysdykcyą będących, nie ważył się bez wiadomości urzędu swego przedawać albo zapisów gdzieindziej, oprócz akt sobie należnych, zeznawać, sub nullitate zapisów tych, jeśliby się przeciwko tej deklaracyi Naszej stać albo zeznawanie bydź miało“[11].
W tymże roku 1637 wszczął się pożar w mieście od Biskupiego i roku rynku. Zgorzało kilka domów w rynku i na podmurzu ku węgierskiej bronie. Zgorzał Szymon Wolski, Stanisław Wilkowski, Wawrzyniec Sławiński, Stanisław Kopeć, Joachim Raszkowicz, Jan Rozdymała i inni. Najsurowiej śledzono przyczyn i sprawcy, lecz nadaremno. Wielu mniemało, że to z komina się zajęło od Wilkowskiego. Tylko Rozdymała ciągle wyrzekał na Raszkowicza, że to on dał przyczynę z piekarni, w której wódkę palił. Ludzie też poświadczali, iż się u niego zapaliła gorzałka i płomieniem buchnąłwszy w miedziak, zapaliła dom sąsiedni Mażanka, za nim Rozdymały i tak dalej. Służąca Raszkowicza zeznała też, że nie kazał rzeczy wynosić ani na gwałt wołać, tylko konwiami wodę lejąc, chciał ogień zagasić. Sam się nawet przyznawał do winy, że ognia nie obwołał; parł jednak, iż od niego wybuchło. Rozdymalina zaś ciągle mu wymawiała, ciągle na i płakała i narzekała. Gniewało go to nie mało i raz tak się uniósł, iż wyrzekł: „Tak spaliłem! i wolno mi ten ostatek spalić, boś taka... a taka“... Na to mu odrzekł Rozdymała: „Zły człowiecze! chceszli palić, to idź na rozstajne drogi, tam pal nie tu: jużeś dosyć ubóstwa naszego popalił!“.
Wskutek takiego zeznania i poświadczenia, jako istotnie w piekarni Raszkowicza gorzałka okropnie gorzała, przyjął urząd zaskarżenie Rozdymały i pozwał Raszkowicza[12]. Pozwał go też był i o chlewy, które nowo wystawił na publicznej ulicy, tak że wszelki plugastwa ściekały prosto na niżej położony dom Rozdymały.
Sąd wójtowski nakazał doraźne zniesienie tych chlewów. Raszkowicz zaś zamiast posłuszeństwa, ciągle się z nimi kłócił i powyższe słowa względem pożaru wyrzekał. Burmistrz, Jakób Poławiński, i Stanisław Rogalski wzięli rzecz ostrzej. Raszkowicza skazano, aby się względem pożaru oczyścił, przysięgając samosiedm[13]: Jako nie z jego przyczyny, ani z domu jego pożar wszczęty. Za nieposłuszeństwo zaś względem karmników[14]: ma dać 1000 gontów na pokrycie murów miejskich[15].
W dwa lata potem udali się do Warszawy rajcy sandeccy i w imieniu magistratu i wszystkiego pospólstwa przedstawili królowi, że Nowy Sandecz z powodu klęski pożaru w ubiegłych latach[16] w okropny sposób opustoszał, a mury jego forteczne jużto dla starości, już też z powodu wylewu Dunajca uszkodzone, codziennie większą zagrażają ruiną. Ponieważ zaś naprawa tychże murów wymaga mozolnej pracy i znacznych nakładów, których szczupłe dochody miejskie nie zdołają pokryć, przeto błagano króla, ażeby pozwolił miastu na pobieranie pewnych opłat od towarów, czy to lądem przewożonych, czy Dunajcem koło Sącza spławianych. Władysław IV., przychylając się najłaskawiej do tej słusznej prośby, wystawił przywilej w Warszawie 20. listopada 1639 r., mocą którego wszyscy kupcy i inni jakiegobądź statnu ludzie, o jakiejbądź porze z towarami swymi do Sącza przybywający lub stamtąd odjeżdżający, z wyjątkiem mieszczan sandeckich, mają opłacać miastu od beczki wina po 15 gr., od beczki soli po 6 gr., od cetnara spiżu po 6 gr., od cetnara stali, żelaza, miedzi i innych kruszców po 2 gr., i to pod karą utraty wszystkich towarów. Połowa z tego dochodu miała być obracaną na naprawę murów, rowów i warowni miejskiej, druga zaś połowa na robotników, dozorów robót publicznych i inne potrzeby miejskie. Równocześnie zatwierdził ponownie król, już przez ojca swego Zygmunta III. dnia 19. lipca 1604 r. nadane, artykuły cechu kramarskiego i aptekarskiego i wogóle wszystkich, którzy towary swoje łokciem, funtem i kwartą mierzą. Pragnąc zaś podnieść handel sandecki, zezwolił na jarmark coroczny na św. Wojciech, który dodał do poprzednich już uprzywilejowanych jarmarków, oraz na targ cotygodniowy we czwartki i soboty, z tym ważnym dodatkiem, ażeby przybywający na te targi płacili miastu od wołu i konia po 1 gr., od innego zaś bydła po 1 szelągu na poprawę warowni miejskiej[17].
Między rokiem 1637—1639 księża i szlachta coraz więcej domów nabywali w mieście. Zwykle kupowali niewypłacone zapisy albo spadki rozmaite po babkach, dziadkach, ojcach, stryjach i t. p. i tym sposobem wwiązywali się w domy, browary, wólki czyli grunta przedmiejskie, w końcu stawali się ich właścicielami[18]. Osiadłszy w mieście, nie pełnili żadnych usług osobistych ani w kościele, ani na ratuszu, z poborami też się ociągali, i przy każdej sposobności, odwołując się na swe szlacheckie przywileje, wadzili się z urzędami miejskimi. Już Pytlikowicz († 1636 r.) za życia swego zwracał na to uwagę miasta, aby się opierało sprzedaży dóbr w ręce szlacheckie albo duchowne. Że zaś ostatnimi czasy kilka majątków miejskich przeszło w ręce szlachty lub księży, przeto narzekania wzrastały i znalazły posłuch, mianowicie u przeciwników stronnictwa Stanisława Rogalskiego i Stefana Cholewicza, którzy w obu urzędach, t. j. radzieckim i wójtowskim, rej wodzili. Wojciech Bogdałowicz, pomnąc na zatargi swoje z podwojewodzym i szlachtą w r. 1630, która mu zabraniała chodzić w safianowych butach[19] — przyłączył się do niezadowolnionych i przeważył sprawę.
W grudniu 1639 r. zwołał całe pospólstwo na ratusz. Pospieszyli wszyscy bracie i starsi cechowi, stanęli rajcy i ławnicy, a Bogdałowicz wniósł sprawę: Aby zmienić istniejące prawo i od mienia miejskiego wykluczyć szlachtę i księży, bo przez to w mieście powstają niepokoje. Rogalski, Cholewicz i Jakób Poławiński także pragnęli uspokoić miasto; Rogalski przypomniał nawet, że od dawna dążył do podobnej uchwały; chcieli jednak, aby uchwalono coś na podstawie praw istniejących opartego.
Wszczęły się żywe rozumowania: jeden sądził tak, drugi inaczej. Przemogło zdanie pana pisarza miejskiego, Ludwika Rylskiego, aby zabroniono odbierać dziedzictwo pełnoletnim z powodu prawa spadku i blizkości[20]. Niebiegli w prawie cechmistrze i mieszczanie ucieszyli się tym wynalazkiem, jak gdyby znaleźli kamień mądrości do szczęścia ziemskiego. Nadaremno zauważał Cholewicz, iż taka uchwała nie ma sensu, bo wskutek tego musiałby ten postradać leżące mienie, kto nie spłaci spólników spadku. Przeciwnicy jednak zagłuszyli go i stanął „wilkierz“[21] następujący.
My burmistrze i rajce, residentes et antiqui[22], ławnicy, cechmistrze, mistrze i wyszystko pospólstwo miasta Jego Królewskiej Mości Nowego Sądcza, na miejsce zwyczajne ratusza sandeckiego zgromadzeni.
Upatrując i uważając wielkie zamieszanie, niesnaski, niezgody i wewnętrzne walki, także zniszczenie ubogich ludzi, które się do niedawnych czasów przez radę i podburzenie przewrotnych ludzi w mieście tutejszem z powodu prawa spadku i blizkości wszczęły i zagęściły. Przestrzegając dobra pospolitego i pożytki jego pomnażając, a drogę ludziom przewrotnym i fałszom wszelakim do takowych złych postępków zamykając — takowy wilkierz, który za artykuł prawny mieć chcemy, wiecznymi czasy stanowimy, i to sobie ściśle i niezłomnie obiecujemy.
Aby żaden mieszczanin i przedmieszczanin sandecki, jakiegobądź rodzaju, nie ważył się jeden drugiemu, po wyjściu roku i niedziel sześciu po uznanej swej pełnoletności, o blizkość i spadek po dziadu i babie, tak ról, jako i domów miejskich i przedmiejskich, napastować, trudzić i pozwu prawnego wszczynać o to, gdzieby się sprawiedliwie i prawnie wedle prawa magdeburskiego i saskiego prawo blizkości i spadku pokazało; za oddaniem jednak sumy, w zapisie ostatniej rezygnacyi wyrażonej, także wydatków na poprawę budynków, płotów, siejby i sprawienia ról, do tego pożytków wszelkich, od chwili spuszczenia poniesionych. Przyczem ma bydź złożona przysięga, jako dla swej osoby i za własne pieniądze dobra odkupuje. Co jednak obcym i którzy nie mają prawa miejskiego, nie ma służyć, i owszem, według dawnych uchwał i uniwersału Króla Jegomości, teraźniejszego Pana Naszego Miłościwego, do żadnego kupowania dóbr i gruntów miejskich nie mają należeć i nie mogą mocą uchwały niniejszej, ale tylko ci, którzy urządowi i prawu tutejszemu podlegają.
A gdzieby się który znalazł z mieszczan i przedmieszczan tutejszych, żeby nieprawnie i niesłusznie jeden drugiego nad opisanie i uchwałę teraźniejszą niepokoił; takowy ma przepadać urzędowi miejskiemu, do którego pozwany będzie: grzywien 20, a stronie urażonej drugie grzywien 20, i za kratą niedziel 6 zamkniony siedzieć ma, bez wszelkiej folgi i politowania i uproszenia; naznaczając sobie roki[23] doraźne, bez wszelkiego odnoszenia się i dalszego popierania sprawy przed ów sąd, gdzie pozwany będzie obwinion. Pozwowi zaś wolna apellacya, gdzie chce.
Pod takowąż winę mają podpadać ci wszyscy, którzy dodają i dodawać będą rady i pomocy w sprawach takowych pieniackich, na zniszczenie sąsiadów swoich, skoro ich przekonają dwaj świadkowie wiarogodni.
Do tego wszystkie prawowania od obcych zaczęte, które jeszcze nie są przez najwyższy sąd rozstrzygane, chcemy, aby żadnej wagi nie miały i do egzekucyi nie były przywiedzione, prócz tych, w których się prawnie spadek pokazuje i gdzie szczegółowo w zapisie blizkość zostawiona.
A iż znajdują się między nami takowi, którzy mając granicę pola swego z sąsiadem, którego potem dochodzić chcą takim sposobem, że to niegdyś do tego pola należało, albo że to było jedno pole i rola przedtem, i bizkością jakąś fałszywą do tego dochodzą, tedy to tak orzekamy: Iż ktoby kupił takowe pole albo cząstkę jego, tedy wiecznymi czasy ma zostawać w spokojnem posiadaniu, i o to jeden drugiego nie ma kłopocić pod wyż oznaczonemi karami.
Albertus Bogdałowicz ad praesens proconsul sandecensis.
Walenty Wargulec, rajca sandecki.
Matyasz Pleszykowicz.
Paulus Użewski, consul sandecensis.
Zacharyasz Światłowicz, rajca sandecki; za uproszeniem pana Zięby podpisuję się.
Jan Zięba, rajca sandecki.
Stanisław Wilkowski, rajca sandecki.
Marcin Dulankowicz, także Grygier Zięba, imieniem cechu naszego kowalskiego.
Andrzej Nagłowicz, cechmistrz cechu rzeźniczego, imieniem drugiego starszego i cechu wszystkiego.
Bartłomiej Grybowski, cechmistrz rzemiosła kuśnierskiego, imieniem drugiego starszego: Wojciecha Lupki.
Jan Wiktorek, imieniem panów cechmistrzów cechu szewskiego.
Bartosz Skorzewski, cechmistrz garncarski, imieniem wszystkiego cechu.
Ludwik Sławiński, imieniem wszystkiego cechu kramarskiego.
Jan Dunaj, cechmistrz krawiecki.
Marcin Kawalec, imieniem cechu bednarskiego, płócienniczego i piwowarskiego jako uproszony podpisuję.
Szymon Wolski, aptekarz sandecki, nomine suo totiusque confraternitatis.
Jakób Zięba, imieniem ojca swego, iż pisać nie umie, za jego rozkazaniem i wszystkiej rzeczypospolitej.
Stanisław Widz, natenczas będący lunar miejski, imieniem swojem i rzeczypospolitej.
Bartosz Skorzewski, nomine totius communitatis[24].
Tylko podwójci Cholewicz w żaden sposób nie chciał podpisać, powtarzając, że to nie ma sensu ten cały wilkierz, i żeby dać spokój całej niedorzeczności. Za jego przykładem poszli stronnicy jego. Wszczęła się kłótnia. Cholewicz wytknął przeciwnikom swoim przeniewierzenia, jakich się dopuszczali względem miasta, wytknął niedorzeczność obecnej uchwały i w gniewie odszedł. Za jego przykładem poszli: Wojciech Tymowski, cyrulik, i Wojciech Brzezicki. Burmistrz zaś Bogdałowicz, Wargulec, Użewski, Koszwic, Zięba i Wójtowicz zagaili posiedzenie rady i przez woźnego zawezwali nieobecnych, aby się stawili i zasiedli do urzędowania.
Nie stanęli jednak, a woźny zeznał, że ich nadaremno wzywał. Więc rozgniewani ogłosili Cholewicza buntownikiem przeciwko miastu i bez wysłuchania, bez odroczenia, orzekli nań: bezecność i wywołanie z miasta[25]. Podobnież na Tymowskiego i Brzezickiego. Wyrok natychmiast kazali otrąbić i ogłosili zawieszenie spraw wszelkich, dla nadchodzących świąt Bożego Narodzenia.
Starzy rajcy z grozą słuchali takiego nadużycia władzy. Było to dopiero na początku grudnia, więc nie uznając zapowiedzianego zawieszenia spraw sądowych (limita), upomnieli się o krzywdę podwójciemu wyrządzoną. Zawzięci rajcy, odwołując się na limitę, kazali się udać do pan starosty.
Na takie postępowanie Rogalski, Poławiński i nawrócony Koszwic, zwoławszy posiedzenie, rozkazali woźnemu odwołać zapadły wyrok. Posłuszny rozkazom wziął trębacza i po wszystkich czterech rogach rynku odtrębując, donośnym głosem czytał odwołanie wyroku. Czytał zaś z karty, pisanej własną ręką samego Cholewicza, łatwo więc odgadnąć, że ono tam niebardzo łaskawie brzmiało. Zapadł właśnie nowy kwartał i limita sądów.
Po Nowym Roku 1640, Cholewicz, upominając się o krzywdy, pozwał Bogdałowicza i żądał wysłuchania świadków. Wójt i cała ławica stanęła przy Cholewiczu. Marcin Oleksowicz, wójt, zeznał:
— „Kiedy mnie Waszmości na urząd wójtowski obierali, tedy przysadzili Waszmości do boku mego ławników poczciwych, ludzi dobrych, jako i teraz są. I o Cholewiczu nie słyszałem nic, aby on miał pospólstwo podżegać, bunty i powstanie jakie stroić. I owszem, jako zawsze tak i teraz za dobrego go mam, i koledzy moi toż ze mną zeznają“[26].
Zeznali i ławnicy; podobnie świadczyli cechmistrze, zeznając, iż tylko radził, abo sobie dać spokój z wilkierzem. Podobnie zaświadczyli i za Tymowskim. Bogdałowicz zapozwan, nie chciał odpowiadać, twierdząc, iż wygnańcowi do prawa stawać nie obowiązan. Rajcy wzięli jego stronę, powstało zamieszanie ogromne, a wkońcu zgodzono się na wniosek ławników: aby słać umyślnego gońca do Króla Jegomości, prosząc o sąd w tej trudnej sprawie, tymczasem zaś powstrzymać te wygnania. Tak ukojono wzburzone umysły. Bo też i Stanisław Olszyński zaskarżył ławników w grodzie, a starosta kazał stawić Cholewicza na „kwerele“, czyli skargi grodzkie. Król zaś wydał w Warszawie 30. marca 1640 r. wyrok następujący:
„Doszła Nas wiadomość, że w pośrodku Wierności Waszych najduje się wiele niezgodnych, zkąd się wielkie zamieszania w mieście, gwałty i inne nieprzyjemności dzieją. A mianowicie, że z Wierności Waszych niektórzy nastąpiwszy na urzędy burmistrzowskie albo insze: złości swoich dawnych dochodząc i mszcząc się na kollegi i sąsiady swoje, częścią przed nienależnym urzędem processami różnymi i prawa przeprowadzeniem, częścią gwałtem następują; bez wszelkiej słuszności za pierwszymi pozwami, wywołaniami nakrywają i one publikują; prawników w prawie magdeburskiem niebiegłych do sądów swoich przypuszczają, którzy rokami ziemskimi spraw broniąc, ludziom sprawy trudnią; zkąd przewody i trudności urzędom, radzieckiemu i wójtowskiemu, szkodliwe wszędzie zagęszczają się; także niektórzy rajcy praktykami bawią się.“
„Nadto zaś, obrawszy urząd radziecki wójta, w jurysdykcyą jednak wójtowską wdaje się i onemu w jego prerogatywach przeszkadza; z więzienia złoczyńców za excessa pewne osadzonych wypuszczając, i inne przeciw prawu i przywilejom miasta wspomnionego nieprzystojności popełniając.“
„Co My za rzecz niesłuszną, prawu i przywilejom miasta wspomnionego przeciwną, bacząc, tudzież na krzywdy i ucisk pospólstwa wzgląd mając: Rozkazujemy Wiernościom Waszym, abyście takich postępków na szkodę miasta burmistrzom następującym nie dopuszczali; prywatnych swoich zawiści, na publicznym urzędzie siedząc, nie dochodzić, a daleko więcej, wywołania za pierwszymi pozwami publikować nie ważyli się; prawników innych, jak tylko w prawie magdeburskiem biegłych i przysięgłych, do sądów nie przypuszczali, a w jurysdykcyą urzędu wójtowskiego nie wdawali się“[27].
Zgromadzone pospólstwo pochwaliło i stwierdziło wyrok Króla Jegomości — a pisarz wpisał to do akt. Lecz od rozumniejszych zgromiony, przemazawszy swoje stwierdzenie, napisał, jako przystało: „Iż miasto z głęboką czcią i posłusznie przyjęło wyrok Miłościwego Króla, i we wszystkiem go wykona.“
Król Władysław IV., zatwierdzając poprzednio przywileje Nowego Sącza i pozwalając na urządzenie nowych jarmarków, oraz na pobieranie szczegółowo oznaczonych opłat od różnych towarów, dążył do podniesienia miasta i odbudowania baszt i warowni miejskiej. Ale niestety, sławetna rada miejska nie dbała widocznie o podniesienie swego starożytnego grodu, czego dowodem jest list królewski, wystosowany w Warszawie 12. września 1642 r. do wyższych władz miejskich:
„Mamy tę wiadomość od starosty Naszego sandeckiego, że burmistrz i rajce tameczni o ozdobę miasta Naszego Nowego Sądcza nic nie dbają, i porządku w niem nie przestrzegają, tak iż mury, baszty i wieże ruiną grożą. A to snadź dlatego, że magistrat sandecki publicznych dochodów miejskich nie na ozdobę i naprawę jego, ale na swoje prywatne obraca użytki, a rachunków z dochodów i wydatków nie czyni. A iż zależy Nam na tem, aby miasto tameczne, jako pograniczne, w przystojnym zostawało porządku, przeto Wiernościom Waszym, których wiara i rozsądek jest Nam zalecony[28], tę sprawę zlecić umyśliliśmy. Jakoż i zlecamy tym listem Naszym, chcąc to mieć po Wiernościach Waszych, abyście czas pewny między sobą namówiwszy i o nim urząd tameczny sandecki obwieściwszy, wespół do miasta Sądcza zjechali, a wprzód tamecznego gminu i pospólstwa, z któregobyście się lepiej Wierności Wasze informować mogli, przed się wezwawszy, rachunków z dochodów i wydatków szafarzów miejskich pilnie wydłuchali, i to wszystko wiernie i zręcznie wykonali, cokolwiekby do dobrego tego aktu należało odpawienia, i jakoby to miasto w przystojnym na potem zostawało porządku, do tego byli powodem“[29].
Mimo królewskiego listu i orzeczeni wysadzonej komisyi[30], dalsza naprawa baszt i warowni miejskiej na razie nie przyszła do skutku, gdyż rada miejska zamiast korzystać z spokojnych czasów i łaskawości królewskiej, już tylokrotnie okazanej miastu, zamiast wspólnemi siłami pracować nad dobrobytem i rozwojem stosunków handlowych, toczyła między sobą od lat kilku ustawiczne intrygi i wojnę domową, a tem samem tamowała i utrudniała dobrobyt i pomyślność miasta. Fakta, przytoczone poniżej, wyjaśnią nam rzecz całą.
Pan Stanisław Rogalski, najstarszy rajca, odebrał w maju 1638 r. z kolei urzędowanie swoje z rąk ówczesnego burmistrza, Pawła Użewskiego, złotnika. Przeglądając rachunki poprzednika swego, znalazł tam 20 złp. niewydanych a wpisanych, jakoby pożyczonych od Jana Zięby na podróż panów rajców starych, do biskupa krakowskiego, Jakóba Zadzika, zapozwanych. Okazał to zaraz kolegom i jednogłośnie uznano fałsz. Więc Rogalski wpisał do tejże księgi wydatków: „Tej expensy 20 zł., które dał pan Użewski panu Ziębie bez wiedzy teraźniejszych radziec, nie przyjmujemy. Gdyżeśmy sami u Imci księdza biskupa osobiście stawali, a panowie kollegowie starzy tam terminu żadnego nie mieli. A jeżeli co dał, to dał prywatnie na szkodę rzeczypospolitej. Podpisano własnoręcznie: Stan. Rogalski, ad praesens senior consul residens. Jakób Poławiński, consul. Zacharyasz Światłowicz, consul. Wojciech Bogdałowicz, consul. Stan. Wilkowski, consul. Jan Koszwic, consul antiquus[31].
Wydawało się także, że Użewski schował kopę czyli 60 gr. z myta wodnego od niejakiego Lunarta, wpisując 10 zamiast 12 złp. Więc znów zanotowano w rejestrze: „Pan Paweł Użewski bez wiedzy naszej wziął kopę z tego prowentu miasta, gdyż tenże Lunart dał 12 złp.“ Zarazem instygator miejski na rozkaz panów radziec zapozwał Użewskiego względem pokrzywdzenia skarbu publicznego. Nie zastał go pozew w domu, bo był wyjechał. Żona jego przestraszona przybiegła na ratusz, błagając, aby panowie odroczyli sprawę aż do przyjazdu męża, więc ją odroczono[32].
Użewski, powróciwszy do domu, zakipiał złością i zemstą przeciw Rogalskiemu. Wziął arkusz papieru, wymalował w górze Rogalskiego, wiszącego na szubienicy, a pod spodem wypisał 15 zbrodni i przestępstw, dla których go powiesić miano. Wyszedł przed dom i pokazywał to ludziom ku wielkiemu pośmiewisku jednych, a zgorszeniu drugich[33]. Nadchodzi na to Rogalski i pyta, coby to było? Użewski mówiąc: „Na, czytaj!“, dał mu pismo do rąk i poszedł do domu. łatwo sobie wystawić Rogalskiego gniew. Wybuchnął z całą gwałtownością przeciwko niemu i wyrzucając mu wszelkie jego podłości, z swej strony tak poruszył Użwskiego, iż ten pochwyciwszy nabitą ptaszniczkę, przez płot u zaułka domu doń wypalił. Strzał chybił szczęśliwie. Przestraszony Rogalski uciekł.
Niebawem obwieścił przed światem, iż Użewski, nie dbając na ugodę pod zakładem 1631 r. zawartą[34], niewinni cześć jego szarpie i na życie następuje. Zapozwał go też natychmiast przed sąd i przedłożył ów paszkwil[35].
Sąd wziął rzecz surowo. Najprzód orzeczono, iż przepada winy założonej w r. 1631 złp. 200 do fary, a drugi 200 do św. Ducha; następnie uchwalił, że Użewski publicznie miał odwołać, czyli, jak wówczas mówiono: „odszczekać“ paszkwil i stawić się do więzienia. Trzy razy napominał go sąd, aby uczynił wyrokowi zadość, lecz nadaremno. Więc ujęto go i przywiedziono na ratusz. Pytano go tamże, czy to on pisał? — „Com pisał, tom pisał!“ — odpowiedział[36].
Rogalski zaś żądał udowodnienia zarzutów tak haniebnych; okazywał ów paszkwil z wyraźnem wyobrażeniem wisielca, do którego go przyrównał i podobnego losu godnym osądził. Wymawiał Użewskiemu, iż to przeciw wszelkiej miłości bliźniego jest, sądzić kogo godnym i zasłużonym takiego haniebnego znaku — iż to nie przystoi człeku poczciwemu — i u pogan nawet Owidiusza z Brutusem tak nie sądzono. Więc też sąd rad nie rad miał sprawę dalej prowadzić. Użewskiego, jako o ciężką zbrodnię obwinionego a przytem zuchwałego, uwięziono.
Użewski myślał, że całe miasto powstanie i ujmie się za nim, więc do ostatka trwał w uporze swym i pozwolił się uwięzić. Za kratami dopiero widząc, iż się nikt nie spieszy z odbijaniem i wyłamywaniem go, ostygł w zapale i nabrał zimniejszej rozwagi. Pochodząc z szlachty, liczył na wsparcie szlacheckie, a widząc, iż od mieszczan nie przybywa pomoc, napisał płaczliwy żal do pana starosty, Jerzego Lubomirskiego, prosząc o pomoc i ocalenie. Widział bowiem, że podobne wykroczenia czasem i gardłem odpokutować trzeba. Żona jego stroskana chodziła od jednego pana do drugiego, prosząc i błagając, aż wkońcu ubłagała panów szlachtę, a przez niech pana starostę[37].
Jerzy Lubomirski wdał się w tę sprawę, lecz tylko jako rozjemca. Nie chcąc tamować biegu sprawiedliwości, chciał zwaśnionych pojednać. Imci pan Stefan Lubowiecki, starszy jego dworzanin, i wielmożny Stanisław Ujejski, pisarz grodzki, udali się na ratusz, wglądając w sprawę, przyszło też i kapłanów kilku. Wysłuchawszy oskarżeń i dowodów, uznali krzywdę niewinną z zniewagą niezadłużoną, zadaną Rogalskiemu. Nie mogli obstawać za Użewskim, a słysząc, iż sąd wójtowski skazał go tylko na publiczne odwołanie hańbiącej obmowy, zupełną wyrokowi przyznali słuszność[38].
Przywołano więc Użewskiego. Sąd zapytał go, czy obstaje przy swym paszkwilu i potwarzy? Postawił się twardo i odpowiedział zuchwale, że nic złego nie pisał, owszem ofuknął Rogalskiego, rzucając nań gradem złośliwych pocisków. Lecz widząc, że to nie żarty, zmiękł wreszcie i zapłakał w głos; rad nie rad przeprosił Rogalskiego i odwołał pisemnie: „Wyznaję, że ja na pana Rogalskiego nic złego nie wiem i mam go za dobrego, a com mówił i pisał przeciwko niemu tom czynił z afektu złego.“ Po tem odwołaniu zażądał i kazał Rogalski przynieść jarzącą świecę, wziął paszkwil i spalił go wobec wszystkich[39]. Zdawało się, iż się spali zarazem i Użewskiego zawziętość. Lecz nie!
Rok 1638 zbliżał się do końca. Jerzy Lubomirski, od niedawna starosta sandecki, rozpatrzył się już w starostwie swojem i pragnął zaprowadzić ład i porządek. Ani Maciej Pleszykowicz, ani Użwski nie mieli nadziei utrzymać się na zbliżających się wyborach. Użewski, przeczuwając swój blizki upadek, chciał przynajmniej i Rogalskiego za sobą pociągnąć. Najprzód rozszerzał między pospólstwem obwinienia swoje względem Rogalskiego, iż on krzywdzi skarb publiczny i zdziera pospólstwo. Widząc zaś, iż w pospólstwie nie bardzo słuchają tych obmów, spisał je i jak mógł, uprawdopodobnił. Przypadła jakaś sprawa w grodzie na kwerelach szlacheckich; Użewski w sprawach miejskich przyszedłszy do grodu, zapytany od szlachty, jakie to paszkwile na Rogalskiego porobił, wyciąga swe pismo i wręcza panu Ujejskiemu, pisarzowi grodzkiemu. Na to nadchodzi pan Lubowiecki, starszy dworzanin starosty, a za nim burmistrz Światłowicz. Pan Lubowiecki pyta, co to? Obaczywszy znany paszkwil, zmiął go, mówiąc: „Niecnotliwy człowiecze! już uspokojone rzeczy znowu wznawiasz!“[40]
Nastąpiły wybory nowe. Pan starosta, zgorszony bezprawiami Pleszykowicza i Użewskiego, całkiem ich pominął. Na rok 1639 wybrał rajcami: Stan. Rogalskiego, organistę, Jana Koszwica, rusznikarza, Wojciecha Bogdałowicza, kupca, i Stan. Wilkowskiego, krawca. Ci zaś wybrali Jakóba Poławińskiego, rymarza; pospólstwo zaś z ławicą wybrali Zacharyasza Światłowicza, konwisarza. Wójtem mianowali Marcina Oleksowicza, kupca. Do obioru jego przyczynił się nie mało szlachetny Ludwik Rylski, pisarz miejski. Więc nowoobranego uczcił nadobnym wierszem, wpisanym w akta ławnicze wielkiemi zgłoskami[41]:

Ad Martinum Oleksowicz
Advocatum nuperrime electum.
Felici auspicio scandus Martine tribunal!
Nam Tibi sunt dubii credita jura fori.
E populi medio Te praeter, non fuit alter
Instar ad igniferae, qui esset in urbe facis.
Fasque piumque fovens, rectus coclitibus aequis
Annosi superes tempora multa senis!

Podwójcim pozostał nadal Stefan Cholewicz, kuśnierz. Ławnikami obrani: Stan. Kopeć, kupiec, Ludwik Sławiński, kramarz, Wojciech Tymowski, cyrulik, Wawrzyniec Kondratowicz, złotnik, i Cypryan Piotrowicz, kuśnierz[42]. Całe więc stronnictwo Pleszykowicza, wójta, upadło.
Rogalski dopiero teraz dowiedział się, jakich podstępów Użewski przeciw niemu używał wobec grodu i szlachty. Już mu teraz za wiele tego było, zwłaszcza, że ludzie sami dodawali mu otuchy. Powtórnie więc zapozwał go o ów paszkwil w grodzie podany i o szarpanie dobrego swego imienia; przypomniał ledwo zapomnianą sprawę i kary wyrzeczone i prosił, aby urząd na tak niepowściągliwy język hamulec twardy obmyślił; krótko mówiąc, żądał kary śmierci na Użewskiego za nastawanie na życie i szarpanie sławy. Nie chciał Użewski stanąć osobiście, lecz przysłał zastępcę z bojaźni, aby go nie imano. Odrzucono zastępcę, wzywając go powtórnie. Szlachta ujęła się za nim i gromadnie towarzyszyła mu na ratusz. Zatem sąd nie śmiał sądzić i w nadziei zgody wyznaczył nowe roki[43].
Użewski, naradziwszy się z przyjaciołmi swymi, odparł pozew, twierdząc, iż pismo, podane w grodzie panu Ujejskiemu, nie zawierało w sobie żadnych zohydzeń ani obmów, że to nie był paszkwil, lecz prosta kontra wydatków publicznych, jak to ją często rajce pomiędzy sobą spisują. Powoływał się na różnych autorów prawników: na Czaradzkiego, Alciatę, Groickiego, Damhuderiusza[44] i innych, uporczywie twierdząc, iż pierwej i teraz nie paszkwil, ale prosty rejestrzyk wydatków spisywał[45].
Sąd, wysłuchawszy stron obu, nakazał znowu odwołanie obmowy i 5 dni więzienia. Użewski apelował do wyroku sądu wyższego krakowskiego, który zważywszy, iż nie było udowodniono, jakoby to był istotnie paszkwil, zniósł wyrok ławicy sandeckiej, rozkazując wzajemne przeproszenie się uczciwe[46].
Ale na to nie przystał znowu Użewski i odniósł się do wyższego sądu sześciu miast wybranych, do których należał Kraków, Nowy Sącz, Kazimierz, Bochnia, Wieliczka i Olkusz. Według starodawnego obyczaju zagaiwszy sąd na ratuszu, zasiedli sędziowie do prawa wyższego na zamku krakowskim i pod przewodnictwem Gabryela Ochockiego, doktora medycyny[47], zastępcy pana burmistrza, Wojeńskiego[48], sądzili sprawę Rogalskiego, nic jeno Boga samego przed oczyma mając. Zapadł wyrok, aby Użewski przeprosił, odwołał i natychmiast odsiedział dwutygodniowe więzienie. Nakłady jednak prawne strony obie ponosić mają[49].
Użewski więc chcąc nie chcąc przeprosił: „Ja Paweł Użewski przepraszam pana Rogalskiego, radcę sandeckiego! niech mi odpuści, proszę! mam go za dobrego i nie wiem nań nic złego“[50]. Poczem odsiedział dwa tygodnie więzienia.
W r. 1641 Zięba i Użewski na nowo zostawszy rajcami, po staremu zaczęli do domu brać klucze od prawa i skarbca. Ponieważ już dawniej tym sposobem pofałszowano rejestra i protokoły, Poławiński, zapobiegając nadużyciom, zaprotestował publicznie od siebie i kolegów drugich. Rogalski wsparł go, przypominając szczegóły zapomniane. Nawet Adam Łukowiecki, zawsze wierny swej krewkości, wystąpił przeciwko Ziębie i po staremu go złajał i zelżył...[51].
Rozgniewani przeciwnicy postanowili nie puścić obrazy płazem. Zięba pozwał Łukowieckiego, Użewski zaś przeczuwając, iż Rogalski podszczuwa przeciwko niemu, nazwał go fałszerzem aktów. Rogalski, chcąc się oczyścić z tak ohydnego zarzutu, postawił pięciu świadków, którzy pod przysięgą zeznali, iż nie on pofałszował testament Krzysztofa Halenowicza, lecz ówczesny 1631 r. pisarz miejski, Jakób Miński[52]. Nie pomogło to Rogalskiemu. Bogdałowicz wniósł skargę do grodu na niego o pofałszowanie aktów. Pan burgrabia Puczniowski, nie troszcząc się o wszystkie prawa magdeburskiego porządki, przedstawiwszy w żywych barwach wielkość popełnionej zbrodni, orzekł nań więzienie i śledztwo karne. Nieostrożny starosta podpisał. Burgrabia, nie dopuszczając apellacyi, rozkazał uwięzić i uwięziono go.
Żona Rogalskiego, Anna Hermanówna, nie tracąc czasu, co tchu pojechała do Warszawy i niebawem uzyskała łaskę królewską. Władysław IV., wglądnąwszy w sprawę, zupełnie zniósł niesłuszny wyrok grodu, jako niezgodny z przywilejami miasta, wytknął grodowi nieprawne postępowanie i uwięzionego natychmiast uwolniwszy, nakazał dalszy tok sprawy ściśle według prawa magdeburskiego. Rogalski, wyszedł z więzienia, zapozwał Użewskiego względem krzywdy i nakładów poniesionych[53].
W r. 1643 chwycił się rajca Użewski niezwykłego rzemiosła. Zaczął wybijać złote węgierskie, tak zwane portugały, i talary cesarskie, czyli imperyały ze spiżu. Dla uniknienia wszelkiego pozoru fałszerstwa, pierwsze z nich pozłacał w ogniu, a drugie posrebrzał, potem zaś jako prawdziwe złote i srebrne monety między ludzi z niemałą szkodą Rzpltej rozpuszczał. Niebawem jednak rzecz cała wykryła się i na jaw wyszła. Przekonany o zbrodnię, został przez trybunał piotrkowski skazany na utratę majątku i na ścięcie, a w razie ucieczki na niesławę i „banicyę“, czyli wygnanie z kraju[54]. Z ramienia trybunału stanął przed urzędem miejskim w Nowym Sączu pan Kasper Zagórski i wobec przywołanego Użewskiego przeczytał straszny wyrok trybunalski. Rajcy wraz z ławnikami schylili czoła przed wyrokiem trybunału, a Użewski zaprowadzon do więzienia w ratuszu[55]. Banicyę nań zaraz ogłoszono 10. listopada 1643 r.[56]. Za kilkanaście dni znowu stanął pan Zagórski wobec sądu, żądając dalszego wykonania wyroku: ucięcia głowy.
Skruszony Użewski nadaremno wyglądał wybawienia od pana starosty, który w tej sprawie wyprawił do Piotrkowa Walentego Włockiego, regenta kancelaryi grodzkiej, a miasto dało mu na drogę 70 złp.[57]. Nie nadbiegła dobra wieść z Piotrkowa, a wysłannik trybunalski nie chciał zważać na orędownictwo starosty, mając surowy rozkaz przeprowadzenia wyroku. Litością zdjęci ławnicy postanowili, o ile można, ratować go. Zawezwali księży, aby go na śmierć przygotowali, i nie ubliżając w niczem wyrokowi trybunału, zwlekali wykonanie wyroku aż do należytego przygotowania ku przyjęciu Przenajśw. Ciała i Krwi Zbawiciela[58]. Wobec wiary i jej obrzędu musiała zamilknąć i sprawiedliwość.
Dwa okropne miesiące przesiedział nieborak, gotując się na haniebną śmierć, i potrzeba było całego ogromnego wpływu Lubomirskich, ażeby go ocalić przed surowością prawa. Właśnie wtedy tracono w mieście kilku zbrodniarzy, a Użewski słuchał, jak jęczeli na mękach, widział, jak ich wiedziono na śmierć, której sam lada chwilę oczekiwał. Bo instygator trybunalski po trzeci, a wkońcu po czwarty i ostatni raz zażądał jego głowy. Szczęściem nadeszły święta Bożego Narodzenia, a z niemi spoczynek sądowy. Po Trzech Królach 1644 r. dopiero zapadł dlań wyrok ułaskawienia i uwolnienia za rękojmią[59].
Następnego 1645 r. został znowu Użewski zaskarżony o bicie fałszywej monety[60]. Na ten rok wybrany wójtem Stanisław Olszyński, aptekarz nadworny Lubomirskich, w Nowym Sączu osiadły. Przed sądem jego wytoczono spór o fałszerstwo monety, przy którym pokłóciwszy się rajcy, według zwyczaju swego nawzajem się lżyli. Przywykli byli ławnicy do lżenia, lecz nie przywykły wójt do tego, co obecnie na siebie wygadywali. Rajca Zięba, uniesiony gniewem, z przyciskiem rzekł do Użewskiego: „Gdybym ja pieniądze robił, miałbym się lepiej!“... — Na to Użewski: „Gdybym ja woły kradł, miałbym się też lepiej!“...[61]
Wtedy Zięba oznajmił wójtowi, iż na strychu ratusza w szafce znajduje się stępel, którym Użewski pieniądze bije, i ostrzyżki[62] miedziane pobielane, z których bił, dodając: „Pójdźmy, przymierzmy stempel, jeżeli się przyda do tych ostrzyżków.“
Ze zgrozą spojrzeli ławnicy po sobie, wójt kazał przynieść stempel i wyznaczył do tego rajcę Poławińskiego z innymi. Poszli zaraz na górę, a Zięba, wyjąwszy kluczyk z kieszeni, otworzył małą szafkę, z której wydobył stempel i okrawki miedziane pobielane. Sąd natychmiast rozpoczął śledztwo, stempel zaś odesłano do nadwornej królewskiej kancelaryi. Śledztwo wykryło, że Zięba od tej szafki klucze przy sobie trzymał. Czynił to przez lat kilka. Kiedy się zaś poswarzyli, zwykle Zięba Użewskiego „mincarzem“ przezywał.
Tym jednak razem Użewski wobec świadków oczyścił się z zarzutu. Najprzód Wojciech Kieszkowski, cechmistrz bednarski, zeznał: „Już temu lat ze 30, jak tu w szatławie[63] siedzieli mincarze, i jam ich strzegł i te ostrzyżki były przy nich, które teraz są w skarbie. Potem w nocy wzięli ich byli do Lublina.“ Powtóre Jan Dunaj, cechmistrz krawiecki, oświadczył: „Służyłem natenczas Imci panu Janowi Gostomskiemu, wojewodzie inowrocławskiemu. Przyjechaliśmy do Lublina, widziałem dwu z Sącza przywiedzionych, jednego złotnika, drugiego ślusarza brodatego. Powiedzieli o nich, że robili pieniądze kędyś za Sączem, i potracono ich tam. Na polach głowy ich powtykano i pieniądze, t. j. grosze poprzybijano pod głowami na palach“[64].
W tymże roku 1645, kiedy to Użewskiego zaskarżono ponownie o bicie fałszywej monety, król Władysław IV. osobnym dokumentem przykazał kupcom, jadącym z Węgier do Polski z towarami, aby drogą na Sącz koniecznie jechali, a nie mijali myt jego, pod karą utraty towarów swoich[65]. Był to już ostatni przywilej tego króla, wydany dla Nowego Sącza.
W pierwszej połowie maja 1648 r. zachmurzyło się nagle pogodne niebo, błyskawica jedna drugą ścigała — a jak jękło na podniebiu, to aż zadudniała ziemia, zatrzęsły się dachy i wieże miasta Nowego Sącza. A kiedy ucichło na chwilkę, to dochodził z jednej strony straszny szum spienionego Dunajca, a z drugiej Kamienicy warczenie. Śrotarze[66] prawie przez całą noc u fary bili we dzwony, aby rozpędzić złowrogie chmury, jak pisze burmistrz Wojciech Bogdałowicz w księdze wydatków miejskich: „Śrotarzom, co dzwonili na chmury ledwie nie cała noc, dałem na piwo i na świece 7 gr.“ Przerażona ludność sandecka modliła się do Boga, a wszystko od starca do niemowlęcia przeczuwało jakieś blizkie nieszczęście. Przeczucie to rosło w nieskończoność, kiedy trzeciego dnia znowu podobna szalała burza. I znowu jęk dzwonów całą noc się rozlegał, a śrotarze świece palili i piwo pili, a dzwonili, co sił stało. Nazajutrz znaleziono martwą sierotę pod ratuszem, co również pan burmistrz wpisał do księgi miejskiej: „Śrotarzom, gdy drugi raz dzwonili na chmury, na piwo i na świece dałem 6 gr.; od pogrzebu i dołu sierocie jednej, która pod ratuszem umarła, dałem 12 gr.“[67].
I nie zawiodło przeczucie! bo chwile burzy były właśnie chwilami dogorywania króla Władysława IV. w Mereczu na Litwie 18. maja 1648 r., a wieść o śmierci jego wkrótce całą Polskę żałobą okryła. Zarazem gruchnęły wieści, że Bohdan Chmielnicki na czele Kozactwa podniósł rokosz przeciwko Polsce w połączeniu z nieprzejrzaną chmarą tatarską, i że paląc i mordując, kroczy ku Warszawie. Starostowie grodowi, nie czekając rozkazów, opatrywali zamki i grody, bo strach był niepłonny.
Obrona miasta Nowego Sącza podupadła znacznie; mury i baszty nie pokryte waliły się, bramy pogniły, armata zardzewiała, a mieszczenie i wieśniacy zapomnieli robienia bronią. Czem prędzej więc na wieść o grożącem niebezpieczeństwie zwołano mularzy i ugodzono do naprawy murów miejskich. Dano zadatku 40 złp., a wapiennik, Petryło z Grybowa, odebrał rozkaz dostarczyć wapna. Jakoż niebawem dostarczył wierteli 444½, a 20 w targu jako przyczynek. Burmistrz, Stanisław Kopeć, płacił po 10 gr. wiertel jeden. Murarzom też zaraz dano 50 złp. i murowali ciągle, biorąc co tydzień 10 złp. Z wapnem zaś uradzili panowie rajcy inaczej. Zgodzili wapiennika i palili ciągle, od czerwca aż do września, płacąc od pieca 4 złp., a niejaki Wójcik łamał kamień wapienny, dziś miastu nieznany.
Gdy zaś jaki kawał muru stanął, zaraz go pokrywano. A był cieśla doskonały, sprowadzony z Wiśnicza naumyślnie. Najprzód zrobił kopułę na wieżę kościelną, której wizerunek drewniany przedtem uczynił wedle rysunku, wprzód sporządzonego[68]. Tramów także nawieziono z miejskich lasów, przyczem jeden przedmieszczanin, który je wiózł, o mało życia nie postradał, tak go tram przywalił. Tarcic też nakupiono podostatek, a gonty panowie rajcy w lecie w Paszynie robić kazali, sprawiwszy naumyślnie ośnik i dwa strugi do fugowania i nakazawszy naprawić piłę miejską, którą, nawiasem mówiąc, zegarmistrz miejski[69] wyostrzył. Musiała więc być dobrą, a panowie lunarowie nie nadaremno cały tydzień w Paszynie bawili, zajadając miejskie, w rejestra zapisane pieczenie i popijając piwem. Siedzieli tam zaś tak długo, gdyż uczyli chłopów gonty robić, zakrapiając ich gorzałką[70].
Nakupiono też łyczaków[71] podostatek do wiązania rusztowań, boć wtedy najwięcej wisząc w powietrzu na lipowem łyku, naprawiano mury baszt i wież wysokich. Płacono zaś łyczaka półtorakiem. Za jednem opatrzono też i bramy z furtkami i baszty.
Zaczęto od więgierskiej bramy. Baszta obok niej pod gontem przed dwoma laty pobijana, więc w dobrym stanie. Zato zwody u niej były już dużo nadpsowane. Wprawdzie blachy, któremi u spodu zwód obity, aby zwiedzony od ognia był bezpieczny, niedawano wszystkie 12 naprawione i nowymi gwoździami przybite; ale skoble były stare, więc ich 11 odmieniono, a łańcuszki dwa do zwodu i wrzeciądz z skublem[72] dano nowe. Sprawiono też naumyślny cebrzyk do wyciągania ziemi z pod zwodów tej bramy. Oleju do zwodu kupiono za 2 gr. Okna na „organki“[73], chociaż troszkę pęknięte, ale nie groziły niebezpieczeństwem, więc je zostawiono, jakiemi były.
Bramie krakowskiej bez mała tylko kłódka zbywała, i nie dziw, boć to nią starostowie grodowi zwykle wjeżdżali, oraz bliższa zamku, więc bardziej o nią dbano. Panewki niedawno świeże pod wrzeciądze podłożone.
Brama grodzka, co wiodła do zamku, była w dobrym stanie, bo bromny, co miał w niej izdebkę, pilnował widać porządku.
Brama młyńska, nad rzeką Kamienicą obok młynów miejskich, miała basztę świeżo dachówką pokrytą. Ale furtka przy niej zupełnie się panom rajcom zdawała zbyteczną, więc ją zamurowano.
Do furty grodzkiej czyli miejskiej sprawiono kłódkę. Do furty szpitalnej nie brakowało nic tylko klucza. Furta zaś na różanej ulicy nie miała zawias dobrych, kupiono więc na nie 9½ funta żelaza i dano zrobić. Wreszcie w baszcie rzeźniczej i kramarskiej dorobiono zawiasy nowe i wrzeciądze u drzwi, a na obu zaciągniono wiązania pod armatę.
Ukończywszy budownictwo na murach i basztach, pomyślano o armacie i przyborach wojennych, aby wszystko było w pogotowiu. Każdy cech miał swoją własną armatę i zbroję, którą był obowiązany utrzymywać w porządku; ale oprócz tego była armata miejska i ratuszowa. Służyła ona nie tylko miastu, ale i Rzpltej.
Muszkiety ratuszowe, od ostatniego pospolitego ruszenia 1621 r. złożone w „cekauzie“[74], czyli arsenale, leżały sobie szczęśliwie zardzewiałe. Zawołano więc ślusarza Walentego, który je odczyścił, i 4 chalcedony[75] do niech sprawiono. Do organek sprawiono pasy nowe.
Hakownice ratuszowe także odczyszczono i ponaprawiano. Śmigownice na lichych kołach spoczywały, więc dano nowe. Przetarto je także i wysmarowano należycie szpikiem i dorobiono 2 stemple z miejskiego starego żelaza, co kosztowało 12 gr.; zamki przy nich ponaprawiano, a cyngrafy[76] porobił ślusarz, Stanisław. Do wielkiego działa dorobiono sworzeń, a do małego dorobił kowal klin z rzeciądzem.
Na proch dano do Krakowa 40 złp, a osobno wzięto od kupca Szyszaka 2 kamienie[77] prochu po 33 złp. kamień. Na prochy i kule żelazne sprawiono osobne faseczki, do starych zaś dna wprawiono, aby się to nie marnowało i psowało, a pan Jan Tomczykowski, regimentarz miejski, poprzesypywał, jak się należało, prochy i kule i wziął za tę pracę 2 złp.
Natomiast sprzedano 2 pancerze, jako mniej do obrony miasta potrzebne. Kupił je Grygier Szydłowski dla jakiegoś szlachcica za 20 złp.[78].
Chorągiew miejska, nie od kul wprawdzie, jednak od czasu podarta, więc ją ponaprawiano i nowymi ćwieczkami przybito za 1 złp. 15 gr.: także bębny obciągnięto i wysmarowano oliwą — zgoła wszystko a wszystko postawiono na stopie wojennej.
Poczem sporządzono tarczę, do której strzelać miano na monstrze, a która tylko 6 gr. kosztowała, i nakazano monstrę wojenną. Monstra była wspaniała! Pan starosta grodowy, Konstanty Lubomirski, z wielmożną małżonką[79] zaszczycili ją swą obecnością wraz z liczną szlachtą. Panowie rajcy jechali kolasą miejską dla większej okazałości, przez co się musztra omal nie opóźniła. Niewiedzieć bowiem, czy to za przywilejem kowalów i kołodziejów miejskich, czy też za przywilejem panów rajców i lunarów, dość, że ta biedna kolasa miejska ciągle była popsowaną; więc i teraz, kiedy ku wsiadaniu, a tu koła zdjąć nie można było do smarowania, a dwie obręcze i ryfa spadają. Rejwach, kłopot! ale kowal chwycił młot do ręki i migiem wszystko było gotowe, a kolasa z panami potoczyła się poważnie ku miejskiemu błoniu.
Młodzież cechowa wystąpiła wspaniale, niektórzy nawet w zbrojach, których każdy cech kilka posiadał. Tak n. p. kuśnierczyków wystąpiło pięciu: jeden w zwykłej, trzech w szmelcowanych, a jeden w czarnej; wszyscy w szyszakach. Każdy cech, prowadząc armatę pod swoją chorągwią, kroczył z swoim doboszem czyli bębenistą, a ponieważ miasto nie miało ich na tyle, więc dopożyczono od piechoty pana starosty grodowego, tudzież od pana wojewody krakowskiego, Stanisława Lubomirskiego. Musiała ich zaś być znaczna liczba, skoro w regestrach zapisano wydatek: „Doboszom wszystkim, tak obcym jako i swoim, co na monstrze bębnili, 1 złp. 20 gr.“; a trzeba wiedzieć, że piwo było po 2 gr. garniec. Pan Tomczykowski, majster krawiecki, regimentował pospólstwu, zaco wziął kontentacyi 1 złp. Strzelano do tarczy z dział i muszkietów i robiono obroty, wszystko jakoby wojsko! W kilka dni potem odbyła się procesya Bożego Ciała wśród śpiewów dobranych młodzieży i literatów[80], którym kantor przewodził, i przy odgłosie trąb i kotłów[81]. Pan Tomczykowski znowu cechom regimentował; a kiedy na jego komendę dali ognia, to kobiety sobie aż uszy zatykały, a szlachta podkręcała wąsa, a dymu się nakurzyło, jak na wojnie. Z baszt zaś i murów grzmiały działa, a w węgierskiej bramie pukały organki ognistym akordem, i z niewzruszoną powagą obywało się nabożeństwo.
Głównym obrońcą Sandeczyzny i Spiża był Stanisław Lubomirski, wojewoda ruski (1625—1638), następnie krakowski (1638—1649), i starosta spiski. Prócz husaryi[82] utrzymywał on także dragonię i piechotę. Dragonia złożona była z samych prawie sołtysów ruskich i wołoskich, piechota zaś z Spiżaków, po większej części Niemców. Stawało to wojsko załogami w dwóch potężnych zamkach: w Lubowli i Wiśniczu, które leżały przy głównej drodze, łączącej przez Nowy Sącz Kraków z Węgrami, a tem samem stanowiły dwa obronne punkta nie tylko Małopolski, ale i całego Spiża. Murów fortecznych wiśnickiego zamku broniło 80 dział z puszkarzami i amunicyą; w zamku prowiantu bywało zawsze na 3 lata, a piechoty wybranej z 400 włości[83]. Dwór Stan. Lubomirskiego składał się z 6.000 sług i wojskowych, a w czasie wojny 9.000 miewał pod bronią[84]. Zamek lubowelski miał także stałą załogę, złożoną, oprócz licznych dział, ze 150 jezdnych i 100—150 piechurów, jak świadczą konstytucye sejmowe z lat 1586, 1609, 1658 i 1670[85].
Rok w rok zmieniali się żołnierze, jedni wracali do domu, drudzy do Lubowli lub na Wiśnicz, gdzie dla nowozaciężnych doskonała była szkoła[86] pod okiem samego pana wojewody lub którego z jego synów. Mieszczanie nowosandeccy nie uskarżali się na tę dragonię i Spiżaków, boć to byli poddani wojewody powszechnie czczonego, zresztą potulni i nie swawolni. Więc im też miasto zwykle dawało po kilka wierteli owsa dla koni, gorzałki i piwa dla szeregowców, a wina i pieczeni dla pana porucznika. Wzamian życzliwości, kiedy trafili na jaką uroczystość kościelną, mianowicie na Boże Ciało, to nawet nieproszeni przychodzili trębacze dragońscy i przez cały obchód po mieście trąbili co siły na chwałę Bogu a na zbudowanie pobożnych Sandeczan, którzy im to zwykle datkiem pieniężnym wynagradzali. Albo, kiedy właśnie przypadało wojenne okazowanie czyli monstra, zwykle podczas jarmarku na św. Małgorzatę, to już nic nie pomogło, pan porucznik czy rotmistrz musiał mieszczanom regimentować, a dobosze jego bębnić; ukończywszy zaś trud wojenny, pospołu z panami rajcami pokrzepiali się winem lub miodem.
Jak też i Rzpltej potrzeba było piechoty, to zjeżdżał rotmistrz z „listem przypowiednim“[87] i uniwersałem hetmańskim zbierać pachołki. Miasto go witało winem i pieczenią lub rybami, a czasami okupiło się, aby w mieście nie stali. Tak n. p. w r. 1632 za jednogłośną uchwałą pospólstwa ofiarowało miasto panu Jerzemu Stano, staroście grodowemu sandeckiemu, beczkę wina za 110 złp. dlatego jedynie, aby żołnierze w Nowym Sączu nie stali[88].
Nie rzadko też bywało, że w czasie przemarszu z Wiśnicza do Lubowli wyprawiali wojacy pana wojewody różne burdy po mieście.
We wrześniu 1648 r., już w czasie bezkrólewia, piechota lubowelska, złożona przeważnie z Wołochów, nadciągnęła z Wiśnicza do Nowego Sącza i grodzką bramą dążyła prosto na rynek. Bromnym grodzkim był podówczas Matyasz Zięba, który pilnował swego obowiązku, strzegąc bramy dniem i nocą z małej izdebki, przymurowanej do tejże bramy. Wybierał także „foralia“, t. j. targowe od wjeżdżających kupców wedle przepisów, wyłączając od tej opłaty samych tylko garncarzów, jak tego starodawny obyczaj wymagał. Strzegł, aby ludzie podejrzani, włóczęgi i żydzi do miasta nie wchodzili, szczególnie pod bronią. Słowem był gorliwym i ostrożnym bromnym. Wołosza lubowelska jednak omyliła go podstępem. Wiedział on, że jej w miasto nie miał puszczać tłumem, aby gwałtów nie czynili; wiedział, że i porucznik piechoty ma zakaz wprowadzania ich w miasto, a jednak dał się podejść. Kilku bowiem z piechurów wszedłszy, poczęli w bronie zwadę i swary, i nie ustąpili, ani dali bromy przymknąć, a tymczasem cały tłum nadszedł i prosto w rynek ulicą polską, ku Trębaczykówce kroczył. A była to słynna gospoda podle Joachima Raszkowicza, garncarza, druga od rogu ulicy różanej, w której sławetny Jan Czechowicz, złotnik, sprzedawał doskonałe gorzałki i piwa tak zielone, jako i gęste.
Matyasz Zięba widząc, że się Wołosza w miasto wali, skoczył na ratusz i dał znać panom rajcom. Burmistrzował wtedy Marcin Frankowicz, człek poważny i rozumny, a pomimo wieku swego sprężysty. Przeczuwając, iż się bez burdy nie obejdzie, obesłał cechy, aby się mieli na pogotowiu i ostrożności. Wołosza zaś nadciągnąwszy, zwyczajem swym żądała „stacyi“, t. j. jadła i picia. Zapytano ich, kto im stacyę naznaczył i gdzie mają pismo? Niebawem wywiązała się bójka, a narzędziami jej były z początku pięści, a później ławy i stoły połamane. Coraz więcej mieszczan i Wołoszy mieszało się z sobą, już nawet lonty zaczęli kurzyć, i Bóg wie, do czegoby było przyszło, gdyby nie nadspodziewana pomoc.
Porucznik starościńskiej chorągwi pancernych[89], urodzony Paweł Borzęcki, odebrawszy rozkaz pospiesznego pochodu przeciwko Kozactwu, wysłał towarzystwo pod dowództwem Jędrzeja Krukiernickiego, sam zaś pognał na Wiśnicz po ostateczne rozkazy wojewody krakowskiego i starosty, syna jego. Odebrawszy naukę i pieniądze na zaciąg drugiej chorągwi, która się w Starym Sączu zbierać miała, kwapił się z powrotem, i właśnie wjechał w miasto podczas wspomnionej bójki na Trębaczykówce. Nie namyślając się długo, wezwał kilku pancernych, co mu towarzyszyli, i sam buzdyganem[90], a oni płazem szable i kopytami koni przywracali spokój i porządek, najprzód przed gospodą, potem w sieni, a mieszczanie kończyli w izbie, skąd piechota wołoska oknem i drzwiami uciekała, krzycząc po swojemu: „Joj pro Boha!“ Porucznik piechoty, nieobecny, nadbiegł także, i zgromiwszy należycie, wywiódł ich na przedmieście, gdzie niebawem świeże gwałty i rabunki rozpoczęli.
Porucznik Borzęcki stanął naumyślnie gospodą na Trębaczykówce, a mieszczanie całą noc stali pod bronią. Bramy miasta zawarli, przyczem się pokazało, że u zwodu węgierskiej bramy dwóch łańcuszków nie było, a wrzeciądz i skobel zepsute, więc dano nowe. Natychmiast wysłano gońca do wojewody, donosząc o zbytkach Wołoszy. Gońcem był wspomniony bromny, Matyasz Zięba. Nie miał jednak na czem pędzić, więc mu najęto konia i dano poczestne. Kiedy się zaś wszystko uspokoiło i porucznik, sprawiwszy co miał, odjechał, zapisał Stanisław Kopeć do księgi wydatków:
„Słaliśmy Matyasza Ziębę z supliką do Imci pana wojewody, z strony Wołoszy, którzy szkodę robili po przedmieściu. Dałem mu na strawę 3 złp., od najmu konia 15 gr.“
„Za dwa łańcuszki u zwodu w węgierskiej brami i za wrzeciądz z skoblem dałem kowalowi 2 złp.“
„Zapłaciłem, co porucznik Imci pana starosty strawił w gospodzie na Trębaczykowskiem, 2 złp. 18 gr.“
„Dałem na świece, gdy cechowie odprawiali wartę w nocy, 6 gr.“[91].
Sławetny zaś Czechowicz zawezwał panów rajców, aby uczynili odlędziny spustoszenia gospody. Jakoż wysłali sługę miejskiego, który na żywe oczy swoje oglądał i zeznał[92]. Poczem gospodarza Trębaczykówki posprawiał nowe błony w okna i ławy nowe i drzwi, a nawet wielką nową kowaną bramę do sieni zajezdni sprawił. A kiedy już była ukończoną, kazał na niej wymalować dwie postacie w naturalnej wielkości: mieszczanina i żołnierza, jak piją do siebie. Nad nimi zaś umieścił napis, z którego podanie nie ocaliło, jak tylko wyrazy: „Napijmy się, nie bijmy się.“ Szczątki tych postaci i napisu dotrwały do roku 1840 któregoś.
Wkrótce przejeżdżała szlachta zbrojna przez Nowy Sącz ku Staremu Sączowi, jako towarzystwo dalszego zaciągu, a mieszczanie nowosandeccy uraczyli ich garncem wina za 2 złp. 12 gr. Trwoga jednak wzmagała się. Ubogi żołnierz postrzelony przywlókł się od pobojowisk do Sącza i opowiadał, że Lwów oblężon, a Kozacy pod Zamość i ku Warszawie ciągną; że Przeworsk, Rzeszów, Leżajsk, Sokołów, i mnóstwo wsi i miast spalone, bo Chmielnicki z Tatarami się pobratawszy, wspólnie morduje i pali. Wieści te smutne aż nadto stwierdzili OO. Dominikanie, uciekający z Rusi a szukający przytułku w Nowym Sączu[93]. Pod tak smutnemi wróżbami rozpoczynało się panowanie Jana Kazimierza.






Przypisy

  1. Dokum. wyd. na sejmie koronacyjnym w Krakowie 7. marca 1633.
  2. Distributa f. 104, 108, 111.
  3. Rajtarya — kawalerya niemiecka. Rajtarowie, uzbrojeni w przyłbicę, pancerz, obojczyk, zarękawie, czekan, szablę, 2 pistolety i rusznicę, ukazali się w Polsce za Batorego w r. 1579, a skasowani zostali w r. 1717.
  4. Distributa f. 111.
  5. Distributa f. 113.
  6. Dr. Liske: Przyczynek do histor. wojny moskiew. z lat 1633—1634 wraz z planem oblężenia Smoleńska. Biblioteka Ossolińskich T. 11. Lwów 1868. Rembowski: Dyaryusz wojny moskiew. 1634 r. Bibl. Ordyn. Krasińskich. T. XIII. Warszawa 1895.
  7. Distributa f. 159.
  8. Distributa f. 143—144.
  9. Act. Castr. Re. T. 120. p. 358.
  10. Acta Consul. T. 53. p. 257.
  11. Oblata Litter. S. R. M. pro parte civ. Sandec. Act. Castr. Rel. T. 121. p. 1087.
  12. Act. Consul. T. 53. p. 360, 366.
  13. Samosiedm — sam z 6 innymi.
  14. Karmnik — chlew.
  15. Act. Consul. T. 52. p. 445, 450.
  16. Jest tu mowa o pożarze 1611, 1618 i 1637 r.
  17. Dokum. wyd. w Warszawie 20. listop. 1639.
  18. Oddanie takiej wólki lub browaru odbywało się wręczeniem łańcucha, zamykającego drzwi wchodowe, który okręcano, niejako wiązano około ręki nabywającego, i stąd to wyraz: wwiązanie, „intromissio“ czyli wpuszczenie. O tym starodawnym zwyczaju wspominają nieraz akta miejskie. Tak n. p. anno 1566 catena manu accepta... judicium intromissionem dat in domum Josepho Nieszkowski. Acta Scabinalia T. 14. p. 47.
  19. Porów. r. VI. tomu II.
  20. Blizkość — blizkie pokrewieństwo.
  21. Wilkierz — z niem. Willkühr, plebiscitum, uchwała pospólstwa.
  22. Rajcy urzędujący nazywali się rajcami siedzącymi (residentes), rajcy zaś dawni rajcami starymi (antiqui). Tych ostatnich w różnych poszczególnych wypadkach zapraszano do narady.
  23. Roki — terminy, kadencye sądowe. Stąd wyrażenie: roki ziemskie czyli terminy sądu ziemskiego; roki grodzkie; roki zadworne czyli sądy królewskie; roki doraźne t. j. od razu, natychmiast się odbywające.
  24. Act. Consul. T. 53. p. 435, 437.
  25. Act. Consul. T. 53. p. 438, 439.
  26. Act. Consul. T. 53. p. 442.
  27. Act. Consul. T. 53. p. 464.
  28. Z rozkazu królewskiego wydelegowani do komisyi: Jerzy Lubomirski, starosta, Szymon Jaroszowski, proboszcz sandecki, Przecław Marcinkowski, podstoli krakowski, Mikołaj Ujejski, podstarości sandecki, Stanisław Chrząstowski i Andrzej Jordan.
  29. Oblata Litterarum S. R. M. Act. Castr. Rel. T. 122. p. 1762.
  30. Pięciu komisarzy królewskich zjechało w tej sprawie do Sącza w listopadzie 1642 r.; na ich przyjęcie i ugoszczenie wydało miasto 124 złp. 22 gr., a dwom szafarzom miejskim, którzy się starali o żywność dla nich, 40 złp. Distributa f. 88—89.
  31. Distributa f. 249.
  32. Act. Scabin. T. 55. p. 686.
  33. Act. Scabin. T. 55. p. 678.
  34. Powody i wyjaśnienie tej ugody zob. w rozdziale IV. ustęp o sądach polubownych.
  35. Act. Scabin. T. 55. p. 696.
  36. Act. Scabin. T. 55. p. 700—709.
  37. Act. Scabin. T. 55. p. 822—826.
  38. Act. Scab. T. 55. p. 854.
  39. Act. Scab. T. 55. p. 925.
  40. Act. Scab. T. 55. p. 966.
  41. Act. Scab. T. 55. p. 837.
  42. Act. Consul. T. 53. p. 405.
  43. Act. Scab. T. 55. p. 867.
  44. Grzegorz Czaradzki, prawnik i pisarz kancelaryi Zygmunta III. (1612—1620), — Andrzej Alciati, prawnik włoski † w Pawii 1550, — Bartosz Groicki, prawnik za panowania Zygmunta Augusta i Stefana Batorego (1559—1582), — Jodocus czyli Justus Damhouderius, słynny prawnik belgijski.
  45. Act. Scab. T. 55. p. 924.
  46. Act. Scab. T. 55. p. 924.
  47. W bibl. Ossolińskich we Lwowie nr. 691. przechował się rękopis: „Stephanoma palladium virtuti et meritis clar. et doct. dni Gabrielis Ochocki. dum insigni laurea doctoratus in alma universitate Cracoviensi publice ornaretur, concinnatum anno partus virginei 1629.“
  48. Maciej Wojeński, doktor medycyny — tak go piszą akta sandec. — tudzież Teod. Wierzbowski: Materyały do dziej. piśm. pol. T. I. str. 338. Warszawa 1900. — Muczkowski: Liber promot. zowie go: Wonieiscius (Woniejski) Mathias, doctor philosophiae ac medicinae
  49. Act. Scab. T. 55. p. 966.
  50. Act. Scab. T. 55. p. 992.
  51. Act. Scab. T. 57. p. 44.
  52. Act. Scab. T. 57. p. 46—47.
  53. Act. Scab. T. 57. p. 72—76.
  54. Oblata decreti tribunalis Petricoviensis. Act. Castr. Rel. T. 123. p. 721.
  55. Act. Castr. Rel. T. 123. p. 726.
  56. Act. Scab. T. 57. p. 250.
  57. Distributa f. 120.
  58. Act. Scab. T. 57. p. 252—254.
  59. Act. Scab. T. 57. p. 259—260.
  60. Act. Castr. Rel. T. 123. 1762.
  61. Act. Scab. T. 58. a. p. 19—21.
  62. Ostrzyżki — okrawki blaszane.
  63. Szatława — więzienie cięższe w ratuszu, katownia, ciemnica.
  64. Act. Scab. T. 58. a. p. 38—44.
  65. Dokum. wyd. w Warszawie 25 marca 1645 r.
  66. Śrotarze, szrotarze od niem. Schröter, schröten, rąbać na kawałki — oznacza tych, co rąbali drzewo, mięso, ryby, wtaczali beczki do piwnicy z piwem lub winem, szrotowali zboże w młynie itp.
  67. Distributa f. 58.
  68. Distributa f. 55.
  69. Był niem wówczas Piotr Rojewski.
  70. Distributa f. 59.
  71. Łyczak — powróz z łyka lipowego.
  72. Wrzeciądz — łańcuszek krótki u drzwi, zapora; skubel, skobel — haczyk u drzwi, o który wrzeciądz zakładają.
  73. Organy, organki — machina, składająca się z wielu rur muszkietowych na jednem łożu osadzonych, tak się stykających, iż za jednym podpałem wszystkie razem ognia dawały. Widać więc, że przyrząd ten, obecnie pod nazwą „maszyny piekielnej“ okrzyczany, a jako najnowszy wynalazek francuski „mitraileuses“ wielce wsławiony, u nas dawno był znany, kiedy nań okna naumyślne bywały w murach i kiedy go na pasach noszono i wieszano, a nawet na dwóch kołach na wzór śmigownic wożono.
  74. O tym cekauzie (Zeughaus) w ratuszu miejskim znajduję wyraźną wzmiankę 1608 i 1615 r.; pojedyńcze zaś cechy rzemieślnicze miały w swych basztach odrębne swoje cekauzy, czyli miejsca, wyznaczone na skład wszelkich rynsztunków wojennych, jak zobaczymy w rozdziale I. tomu II.
  75. Chalcedon — kamień podobny do krzemienia, lecz na pozór przeźroczysty, używany do krzesania ognia. Stąd to dawniej zamek u strzelby, kurek z panewką, krzosem nazywano.
  76. Cyngraf — tyle co cyngiel, haczek pod zamkiem, za którego poruszeniem kurek w panewkę bije.
  77. Kamień — dawna waga, pospolicie 32 funty zawierająca. Tą wagą ważono proch ruszniczy, łój, smołę, wosk, ałun, wełnę, saletrę itp.
  78. Distributa f. 59.
  79. Barbara Domicella Szczawińska, wojewodzianka brzesko-kujawska. Por. Conjunctio Siderum... Oratio in laudem Constantini Lubomirski, comitis in Wisnicz, occasione nuptiarum ejusdem cum Barbara Szczawińska. Toruń 1648.
  80. W bractwie różańcowem ci, którzy z książek czytając, różaniec śpiewali, zwani byli literatami, jak czytam o tem na wielu miejscach w księdze wydatków miejskich.
  81. Distributa f. 60.
  82. Husarya była najcięższa kawalerya polska, żelazną zborją od głów do stóp okryta, z żelaznemi rękawicami i szyszakiem żelaznym, ustrojonym w skrzydła żelazne i pióra bocianie, żórawie, indycze, któremi zdobiono i głowy koni. Na ramionach mieli husarze zawieszone skóry lamparcie, rysie lub niedźwiedzie, w ręku rohatynę, czyli kopię ośm łokci długą z chorągiewką, od której zwali się także Kopijnikami. U boku nosili szablę krzywą, u siodła rapier (szpadę) lub koncerz, czyli pałasz długi, prosty, szeroki i kończasty dla przebicia nim zbroi, pancerza lub też upadłego nieprzyjaciela; przytem toporek, czekan lub obuszek, czyli młot do kruszenia szyszaku; prócz tego mieli pistolety w olstrach lub na temblaku. Husarze całą postawą swoją niemały popłoch sprawiali w szeregach nieprzyjacielskich:

    „Koń dzielny, kirys mocny i siodło z koncerzem,
    Ogromnym w boju czynią husarza rycerzem.“

    Wesp. Kochowski.

    „Piękny to widok, gdy przed wrogów tłumem,
    Rozwiną skrzydła na barkach sokole,
    I jako ptaki głuszą skrzydeł szumem.“

    Bielecki.

    Dragonia czyli Arkebuzery podobnie jak husarze ciężko uzbrojeni byli, lecz zamiast kopii byli w strzelbę krótką i długą opatrzeni, a w razie potrzeby pieszo się bronili lub nacierali.

  83. Czermak: Młodość Jerzego Lubomirskiego. Kwartal. histor. rocznik VIII. str. 40.
  84. Gołębiowski: Domy i dwory, str. 198—199. Warszawa 1830.
  85. Kożuchowski: Konstytucye i przywileje koronne od 1550—1726. W Mokrzku 1732.
  86. W latach 1638—1640 odlewano tamże różnego kalibru działa, jak pisze Grabowski: Dawne Zabytki Krakowa, str. 119.
  87. List przypowiedni — pozwolenie królewskie, dane rotmistrzowi na werbowanie pachołków.
  88. Act. Consul. T. 53. p. 98, 119.
  89. Pancerni, Petyhorcy czyli Czemeryssy, okryci byli pancerzem kolcowym, czyli koszulą drucianą, kolczugą zwaną. Mieli tarcze i szyszak zwyczajny, który również dla postrachu zdobili skrzydłami i piórami ptaków; opatrzeni byli krótszą kopią z chorągiewką, łukiem i strzałami, szablą krzywą i pistoletami. Ta kawalerya nazywała się także Towarzyszami, i zamiast skór zwierzęcych nosili na sobie burki, czyli płaszcz z grubego burego sukna.
  90. Buzdygan — laska z gałką na końcu kształtu gruszki, podłużnie pokarbowanej; buzdyganów używali wyłącznie regimentarze, pułkownicy, rotmistrze, porucznicy, chorążowie.
  91. Distributa f. 66.
  92. Act. Consul. T. 58. b. p. 356.
  93. Distributa f. 65, 68.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Sygański.