Hanka Olpińska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

IV.

HANKA OLPIŃSKA.

Spiritus flat ubi vult.


Prawią wam biblie o przeróżnych Jobach,
Opowiadają, że byli tu święci,
Co marli, żywcem pogrzebani w grobach,
Albo ginęli na krzyżach rozpięci,
I że w dzisiejszych używania dobach,
Gdzie każdy tylko ma siebie w pamięci,
Nikogo w ludzkim nie znajdziemy tłumie,
O którym rzecby można: O, ten cierpieć umie!

W niejednej baśni, w niejednej legendzie
I na niejednej dawnych dziejów karcie
Gubi się oko w bohaterów rzędzie,
Co, ogłosiwszy prawem praw zaparcie,
Szlachetnej krwi swej nie mając na względzie,
Mężnie zwalczali światowładztwo czarcie —
A zaś z tych legend i z tych kart wynika,
Że dzisiaj nikt w przebojach życia nie zamyka.

A jednak duch ten, co płodził rycerzy,
Co męczenników prowadził na stosy,
I dzisiaj jeszcze swoje ziarna szerzy,
Z których brzemienne wyrastają kłosy;

W pierś on niejedną i dzisiaj uderzy;
Że dźwięk wydaje, jak ten dzwon, w niebiosy
Ślący swój hejnał, ku drodze gwiazd mlecznéj,
Bo duch ten z Boga idzie, bo ten duch jest wieczny.

Tylko ta dzisiaj zachodzi różnica,
Że owi ducha bożego wybrańce,
W szyszak żelazny nie skrywają lica,
Jak ci, co biegli odpierać pohańce,
Orły cezarów, rogi półksiężyca;
Że na bojowe występują szańce
Bosi, obdarci, spragnieni i głodni,
A cisi — bez surm, kotłów, bez blasku pochodni.

I takie czasów dzisiejszych jest znamie,
Że człek cierpienia nie smaga się codzień,
Grzbiet odsłoniwszy, w najludniejszej bramie,
Ażeby grzeszny, ułomny przechodzień
Miał do kajania bodziec w krwawej plamie,
Aby lesbijski lub sodomski zbrodzień,
Szczęście widzący w zmysłowej przewinie,
Nauczył się rozkoszy szukać w dyscyplinie.

Dziś, jeśli walczą, to walczą ukryci,
Drobni, zaledwie okiem dostrzegalni,
Jak te pajączki, co z jedwabnych nici,
Uwitych w ciała własnego przędzalni,
Snowają siatki kunsztowne: pochwyci
Wiatr je lub owad i zerwie, nawalniéj
Jeszcze się biorą do cichego trudu
Sztukmistrze, aż na nowo nie dokażą cudu.

Dziś, jeśli cierpią, to tak, jak te zioła,
Jak ten rozchodnik albo szczaw ubogi,
Które na miedzach rosną lub dokoła
Polnej, dzielącej cudze schedy drogi,

Wiją się z bolu, uginają czoła,
Gdy na nich spocznie ciężar ludzkiej nogi,
I potem znów się do góry podniosą,
Po cichu zapłakawszy srebrną, ranną rosą.

Chcesz się przekonać, chcesz na własne oczy
Ujrzeć, gdzie dziś swój uczynił przystanek
Duch, co swe koła słoneczne wciąż toczy,
Idź i do chłopskich zaglądnij lepianek,
Lub nor fabrycznych, między tłum roboczy,
Gdzie ludzi w łóżkach nie zastaje ranek,
Gdzie wieczór braknie snu dla ciężkich powiek:
Tam cierpieć i tam walczyć umie prosty człowiek.

Tam nie jedynie o ten kęs powszedni —
O czarny kęs ten, co jak miód jest słodki
Dla szarej rzeszy, walczą ludzie biedni:
Kielnie i heble, kilofy i młotki,
Cepy i kosy podnoszą niejedni,
Roniąc pot krwawy, dla kwiatu szarotki,
Dla tej cudownej rośliny, co ciska
Swój urok z niedosięgłych szczytów, z nad urwiska.

Tam dla tej gwiazdki, co świeci na niebie,
Dla tej jutrzenki, co się z mgieł wychyla
I potem znowu w ciemnych mgłach się grzebie,
Niejeden nędzarz swą duszę przesila
I swoje ciało. O wodzie i chlebie
Żyje, a marzy o skrzydłach motyla
I dla tych skrzydeł, zwodniczych, niestety!
Ze zdrowych, krzepkich ludzi, stają się szkielety.

Taka Hanusia Olpińska! Cierpienie
I bohaterskie ponad siły boje
Ślicznego kwiatu podcięły korzenie,
Że zwiądł, że liści zieleniące zwoje,

Na dół opuścił, że przewonne tchnienie,
Droższe, niż wszystkie balsamiczne zdroje,
Stracił przed czasem... Dziś sucha łodyga
Na wątłym, zgniłym grzbiecie ciężkie pyły dźwiga.

A pomnę — piękna była ponad zwyczaj!
Smagła, jak sosnka w nieścinanym boru,
A twarz! a oczy!... Hejże! nie wyliczaj
Cudnych składników niebiańskiego tworu;
Blasków od słońca, barw od róż pożyczaj,
Woni od rana, ciepła od wieczoru,
Dźwięków od wczesnej, skowrończanej śpiewki,
Jeżeli chcesz wysłowić urok chłopskiej dziewki...

Wyszła za szewca, jak wychodzi wiele
Cór wyrobniczych, które los wygania
Z chałup do miasta, gdzie ślubne im ziele,
Bóg wie, kto wije... Szewc był tego zdania,
Że »zawsze lepiej w karczmie, niż w kościele«,
W szynku też codzień kieliszkiem wydzwania,
»Dźwięczniejsze bowiem szkło wydaje tony,
Niż kruszce, z których ludzie ulali swe dzwony«.

Pił, gdy był wesół, pił, gdy chodził struty —
Zwłaszcza dlatego, że nikt jakoś miary
Nie myśli wcale wziąść na nowe buty:
Jakaś przyszczypka, jakiś obcas stary
Do naprawienia — to wszystko! Zbyt suty
Grosz stąd nie płynie, ale-ć na opary
Marne półkwarcie juści że wystarczy,
A żona? — niech się o nią Bóg troską obarczy.

»Zresztą — bełkotał — jak ma człek poczciwy,
Człowiek rozumny dbać o taką żonę,
Co nie słyszane chce wyprawiać dziwy
I ma widocznie w głowie przewrócone!

Dał Bóg nam dziecię, chłopak, jak dwie śliwy,
Jędrne ma pyski, z radości aż płonę,
Że będzie szewcem ta pociecha nasza
Lub krawcem, a zaś ona chce mieć — Mesyasza«.

I szewc miał prawdę... Hanka, sama nie wie,
Skąd jej się w głowie brały takie myśli;
Nieraz, jak piękna melodya w śpiewie,
Drży to w jej sercu. I wtedy to kréśli
Obraz w swej duszy, wonny, jak modrzewie:
Na świat ten — mówi — różni ludzie przyszli —
Tacy i tacy, a któż zgadnąć może,
Że syn jej tak nie będzie, jako dziecię Boże?...«

Czytała w książkach nieraz opowieści,
Jak wychodzili męże z nizkich stanów,
Zrodzeni we łzach i ciężkiej boleści,
Lepsi od książąt i od możnych panów;
Jak potem wielkiej doznawali cześci,
Jak byli nakształt tych cudownych dzbanów,
Z których — tak pisze w niejednej książczynie —
Na świat, zmęczony trudem, miód i mleko płynie.

A że dla świata potrzeba tej rosy,
Że świat ten cierpi prawdziwe tortury,
Czyż to nie widać naokół? W niebiosy
Pnie się jęk krwawy, do słonecznej góry,
Że ludzie z nędzy giną, jak pokosy,
Że czem naodziać nie mają swej skóry,
Że mróz nędzarzy w nagie ciało siecze,
Że chleba już nie pomną głodne usta człecze.

Sama-ć na własne przecież widzi oczy,
Jak trzy miesiące już leży w barłogu
Chora Stawarska, a nikt nie przyskoczy
Z możnych, by stanąć na biedaczki progu

I poratować ją groszem... Tam broczy
W krwi swojej własnej, zlecając się Bogu,
Sąsiad Piątkowiak: na starość, niebiegły
W mularce, spadłszy z muru, rozbił skroń o cegły.

Tam Wierzbińskiego wygnali z roboty,
Bo tylko młodzi coś w fabryce znaczą —
Poszedł gdzieś żebrać, zostawił sieroty,
Które od zimna i od głodu płaczą...
Tu zmarł Sydorczyk, a po nim ni złoty
Jeden nie został; złamane rozpaczą
Nie wie kobiecko, za co go pochowa.
A ksiądz go nie pogrzebie za proszące słowa.

Wieprze — to widzi — mają swe pomyje,
Swoje łupiny i swój groch, koryta
I swoje chlewy... Tylko człowiek żyje
Nieraz bez kromki, bez dachu... Nie pyta
Nikt się nędzarza, gdzie złoży swą szyję,
Na której dźwigał, nim jeszcze zaświta,
Do późnej pory, jarzmo, aż się cały
Uginał, jakby miał się złamać w dwa kawały.

A ona-ć sama! jakżeż jej się dzieje?!
Takiego losu nie życzy nikomu!
On, co zarobi, przepije i przeje
I potem jeszcze sprawia piekło w domu!
Czas już, by świat ten zmienił swe koleje,
Aby się pozbył wszelakiego sromu
I wszelkiej nędzy, aby mogli w gości
Do stołu iść pełnego także ludzie prości.

I czas ten przyjdzie niedługo, bo wszędy
Pomiędzy ludźmi głucha wieść już chodzi,
A słodka, dźwięczna, jak Boże kolendy,
Że się tu mocarz przewielki narodzi,

Niby król jaki, który tak w te pędy
Cały świat zmieni, w wszystko złe ugodzi
Twardą swą dłonią, że złe się rozpryśnie,
A szczęście nad wszystkimi, jak słońce zawiśnie...

A ten, co takie wszechwładne ma ręce,
Nie będzie chodził w pozłocistej szacie,
Ale, jak Chrystus, król królów, w stajence
Na świat ten przyjdzie, albo we warsztacie;
Nikt go nie pozna w tej powszedniej męce;
Choć jest kosztowny, jak złoto w dukacie,
Będzie wyglądał, niby miedź, a przecie,
Jak z zorzy, tak zeń blask się rozleje po świecie.

Głowę nad wszystkich będzie miał uczoną,
Że gdy swe ucho przyłoży do ziemi,
Usłyszy zaraz, co mówi jej łono;
A gdy do góry spojrzy oczy swemi,
Przeniknie zaraz tę górę złoconą,
To wielkie niebo... Nad księgi mądremi
W przeróżnych kołach całą młodość strawi,
A potem swą mądrością biednych ludzi zbawi.

Ha! któż to zgadnie — Boże! chroń od pychy!
Że ona nie jest tą wybraną matką?...
Z drobnej gałązki, z jakiejś płonki lichéj
Wszakże wyrasta silny dąb! Ostatkom
Sił nie sfolguje; jak ten chłopski, lichy
Koń, będzie w pługu chodziła, aż rzadką
Z ziarna swojego wychowa roślinę,
Co bujnym spełni kwiatem nadzieje matczyne.

Ona-ć, co prawda, może nie doczeka,
Aby za sprawą synowskiego dzieła,
Wyszła z tej doli, co łamie człowieka...
Ale cóż ona? W biedzie się poczęła,

Więc w biedzie skończyć też może... Daleka
Jest ci od tego, by dla siebie wzięła
Owoc soczysty; niech inni go jedzą,
Gdy ona pod cmentarną gdzieś wypocznie miedzą.

I nie przestała folgować swym siłom;
Pierwsza na nogach, pędziła o świcie,
Gdzie jaki taki zarobek jej miłą
Wzmacniał nadzieję. Tam gdzieś szła na szycie,
Tam się mocuje z ciężką ziemi bryłą
Na przedmieszczańskich zagonach; tu mycie
Podłóg u »państwa«, tam znów jakieś pranie,
Aż dziw, że na to wszystko jeszcze sił jej stanie!

Gdy wróci do dom z nóg upadająca,
Kiedy jej potu struga niemal krwawa
Leje się z czoła z trudu i gorąca,
Niejedna z szewcem czeka ją przeprawa:
Pijak dni swoich troską nie zamąca,
A troska żony dla niego zabawa —
Z gniewu się tylko szamoce i pieni,
Gdy nie chce mu na wódkę dać z swojej kieszeni.

Nieraz też żal ją ogarnia w tej doli,
Że tak na wieki los swój z szewcem skuła;
Nieraz ją serce, jak rana, zaboli —
A jest na wszystko, niby listek, czuła —
Prowadzić życie bez serdecznej woli,
Lecz gdy już ciężkie trzewiki obuła,
Trzeba je dźwigać, trzeba wszystko znosić,
A Boga o wytrwanie i cierpliwość prosić.

Nieraz wspomina czas ten, gdy nad rzeką
We wsi, pod borem, rosła, jak sasanka!
W złocistem słonku tak jej lata cieką,
Jak wody w blaskach wiosennego ranka.

Na okolicę słynęła daleką:
»Niema dziewczyny, jak Wojtkowa Hanka!«
Prawią młokosy i w karczmie jej zdrowie
Niejeden pije duszkiem, jak gdyby po słowie...

Hej! hej! z tem słowem! Ono innym służy!
Ani pierzyny ni jasnych korali,
Bez tego zgnieść ją, jako listek róży,
Lecz nie przed ołtarz!... Hej! i dziś się pali
Do niej niejeden, nawet talar duży,
Gdy na posługi z domu się wydali,
Niejeden z panów, i stary i młody,
Pokaże i poszepce: »Szkoda twej urody!«

Ale Olpińskiej nie przyjść z pokuszeniem,
Choć sama nieraz skarży się przed sobą
W tajni swej duszy i prawie ze drżeniem,
Że snać nieszczęsną przyszła na świat dobą,
Że, widać, złe się »spikło« z jej imieniem,
Że lepiej ciężką męczyć się chorobą,
Niż takie życie — pierś się kraje w ćwierci,
Gdy o tem człek pomyśli — prowadzić do śmierci.

Juści-ć, że szkoda jej urody, juści!
Ale gdy człowiek związał się obrączką,
Niech sobie nigdy cugli nie popuści,
Niech będzie wiernym, choć jedną bolączką
Stałby się cały, choćby do czeluści
Miał zejść ognistych... Jak sok kwiatów pączkom,
Tak cnota żonie i matce! Hej! Boże!
Na głowę dziecka hańby sprowadzić nie może.

W bólu i walce płynie rok za rokiem.
A dziecię rosło, pono-ć nawet w szkole
Bywało między towarzyszy tłokiem
Zawsze na górze, a nigdy na dole.

Rosło pod matki opiekuńczem okiem
I pono-ć żadne nie zeszły kąkole
Na tym zagonie, który matka hojnie
Zlewała swoim potem, a krwawo, a znojnie.

Ale czas przyszedł, gdzie matczyne dłonie
Nie wystarczyły. Syn o kiju ruszył
We świat, by szukać gdzieś w dalekiej stronie
Nowej nauki, którą znaleźć tuszył
O własnych siłach... Niestety! utonie,
Kto w sobie głosu bożego nie zgłuszył,
Gdy jego pierwsze podniosą się dźwięki,
A kto do worka niema poco kłaść swej ręki.

Co się z nim dzieje, matka nie odgadnie...
Ale-ć zdaleka, niby jako chmura,
Co naraz jasne niebiosa opadnie,
Wieść do jej duszy spłynęła ponura,
Że w synu z nędzy zbudziła się zdradnie
Straszna, zabójcza, ojcowska natura,
Co nieraz w całe mści się pokolenia —
Gdzież jest królestwo boże? gdzie są jej marzenia!?...


Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.