Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
146
JAN KASPROWICZ

Na dół opuścił, że przewonne tchnienie,
Droższe, niż wszystkie balsamiczne zdroje,
Stracił przed czasem... Dziś sucha łodyga
Na wątłym, zgniłym grzbiecie ciężkie pyły dźwiga.

A pomnę — piękna była ponad zwyczaj!
Smagła, jak sosnka w nieścinanym boru,
A twarz! a oczy!... Hejże! nie wyliczaj
Cudnych składników niebiańskiego tworu;
Blasków od słońca, barw od róż pożyczaj,
Woni od rana, ciepła od wieczoru,
Dźwięków od wczesnej, skowrończanej śpiewki,
Jeżeli chcesz wysłowić urok chłopskiej dziewki...

Wyszła za szewca, jak wychodzi wiele
Cór wyrobniczych, które los wygania
Z chałup do miasta, gdzie ślubne im ziele,
Bóg wie, kto wije... Szewc był tego zdania,
Że »zawsze lepiej w karczmie, niż w kościele«,
W szynku też codzień kieliszkiem wydzwania,
»Dźwięczniejsze bowiem szkło wydaje tony,
Niż kruszce, z których ludzie ulali swe dzwony«.

Pił, gdy był wesół, pił, gdy chodził struty —
Zwłaszcza dlatego, że nikt jakoś miary
Nie myśli wcale wziąść na nowe buty:
Jakaś przyszczypka, jakiś obcas stary
Do naprawienia — to wszystko! Zbyt suty
Grosz stąd nie płynie, ale-ć na opary
Marne półkwarcie juści że wystarczy,
A żona? — niech się o nią Bóg troską obarczy.

»Zresztą — bełkotał — jak ma człek poczciwy,
Człowiek rozumny dbać o taką żonę,
Co nie słyszane chce wyprawiać dziwy
I ma widocznie w głowie przewrócone!