Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
148
JAN KASPROWICZ

I poratować ją groszem... Tam broczy
W krwi swojej własnej, zlecając się Bogu,
Sąsiad Piątkowiak: na starość, niebiegły
W mularce, spadłszy z muru, rozbił skroń o cegły.

Tam Wierzbińskiego wygnali z roboty,
Bo tylko młodzi coś w fabryce znaczą —
Poszedł gdzieś żebrać, zostawił sieroty,
Które od zimna i od głodu płaczą...
Tu zmarł Sydorczyk, a po nim ni złoty
Jeden nie został; złamane rozpaczą
Nie wie kobiecko, za co go pochowa.
A ksiądz go nie pogrzebie za proszące słowa.

Wieprze — to widzi — mają swe pomyje,
Swoje łupiny i swój groch, koryta
I swoje chlewy... Tylko człowiek żyje
Nieraz bez kromki, bez dachu... Nie pyta
Nikt się nędzarza, gdzie złoży swą szyję,
Na której dźwigał, nim jeszcze zaświta,
Do późnej pory, jarzmo, aż się cały
Uginał, jakby miał się złamać w dwa kawały.

A ona-ć sama! jakżeż jej się dzieje?!
Takiego losu nie życzy nikomu!
On, co zarobi, przepije i przeje
I potem jeszcze sprawia piekło w domu!
Czas już, by świat ten zmienił swe koleje,
Aby się pozbył wszelakiego sromu
I wszelkiej nędzy, aby mogli w gości
Do stołu iść pełnego także ludzie prości.

I czas ten przyjdzie niedługo, bo wszędy
Pomiędzy ludźmi głucha wieść już chodzi,
A słodka, dźwięczna, jak Boże kolendy,
Że się tu mocarz przewielki narodzi,