Gospoda pod Aniołem Stróżem/XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Gospoda pod Aniołem Stróżem
Rozdział Kontrakt ślubny. Nieoczekiwana szlachetność.
Data wydania 1887
Wydawnictwo Wydawnictwo Księgarni K. Łukaszewicza
Druk Drukarnia „Gazety Narodowej“
Miejsce wyd. Lwów
Tytuł orygin. L'auberge de l'Ange Gardien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXVI.
Kontrakt ślubny. Nieoczekiwana szlachetność.

Nazajutrz przypadł właśnie dzień podpisania kontraktu ślubnego. Każdy z mieszkańców gospody pod Aniołem Stróżem był niezmiernie niespokojny, ponieważ nikt się wcale nie zgłaszał. Tylko Jakób i Paweł jak zwykle bawili się śmiejąc się i krzycząc.
Generał wszedłszy do sali świadczył że czas ubierać się. Każdy powrócił do swego pokoju i znalazł przygotowany dla siebie strój; ze wszystkich też stron słychać było radośne krzyki. Elfy i pani Blidot ubrały się w suknie z mieniącej się materyi, wprawdzie były one skromne ale piękne; miały nadto lekkie na ramionach szale, kapelusiki ubrane koronkami. Przy kapeluszu Elfy były wstążki błękitne, siostra zaś upięła barwy wiśniowej. Derigny również ubrał się bardzo przyzwoicie dzięki sprawunkom generała; Jakób i Paweł mieli nowiutkie żakietki, nie zapomnieli też i o zegarkach, każdy z nich przyjął swój łańcuszek a zegarek powiesił w kieszonce kamizelki.
Ubrano się nadzwyczaj prędko, każdy bowiem niezmiernie się spieszył. Kiedy nareszcie już wszyscy zebrali się w sali, generał majestatycznym ruchem otworzył drzwi od swego pokoju i zeszedł również do sali, gdzie go spotkały podziękowania i uściski.
— I cóż moje dzieci, rzekł wesoło, czy teraz wierzyć będziecie Durakinowi, jak wam powie, ufajcie mi a wszystko załatwi się jak należy.
— Zacny, kochany, poczciwy pan generał, zawołano ze wszystkich stron.
— Powtarzam moje dzieci nie troszcie się o nic, wszystko się zrobi jak należy. A teraz chodźmy naprzeciw naszych gości i do czekającego od dawna notaryusza.
— Gdzież oni są generale? Gdzie ten notaryusz?
— Zaraz zobaczycie moje dzieci. Dalej, idźmy.
Generał wyszedł pierwszy, ubrany był w uniform generalski. Skierował się do oberży Bourniera, a za nim postępowali mieszkańcy gospody pod Aniołem Stróżem. Generał podał rękę Elfy, Moutier pani Blidot, Derigny prowadził swoje dzieci. Cała wieś prawie wybiegła na to widowisko.
— Chodźcie za nami! krzyczał generał, chodźcie, wszystkich was zapraszamy.
Każdy z radością przyjął zaproszenie i tym sposobem przybyli do oberży Bournier w wielkiem towarzystwie. W chwili kiedy zbliżano się do drzwi, ściągnięto płótno z umieszczonego nad oberżą znaku i wszyscy ze zdziwieniem ujrzeli, generała wyobrażonego na szyldzie, był ubrany w wielki uniform ze wszystkiemi swemi dekoracyami. Tuż pod tym wizerunkiem wypisano wielkiemi, złotemi literami: „Pod wdzięcznym generałem“.
Malowidło nie było wprawdzie znakomite ale podobieństwo było zupełne. W ciągu kilku minut nie słyszano nic więcej prócz klaskania w ręce i wywoływania: brawo! brawo! W tej chwili na progu pokazał się ksiądz proboszcz, który dał znak, że chce mówić. Nastała zupełna cisza.
— Moi przyjaciele, moje dzieci, rzekł, generał kupił oberżę, w której byłby niezawodnie poniósł śmierć z ręki tutejszego właściciela, złoczyńcy, gdyby nie odwaga Moutier i gdybyście wy nie pospieszyli z pomocą na pierwsze wezwanie Chciał więc też upamiętnić ten czyn szlachetny nabywając oberżę i całą tę posiadłość na swoje imię, ale dla rodziny której głową będzie wkrótce Moutier, następnie przeznaczył on wielką sumę dla ubogich, na zbudowanie szpitala, sprowadzenie Sióstr Miłosierdzia i na odnowienie naszego kochanego kościółka. Tyle odrazu dobrodziejstw winni jesteśmy temu oto panu, niech więc ten znak pod: »wdzięcznym generałem«, będzie zawsze dla was przypomnieniem czynów i wspaniałości jaką nas otoczył obcej narodowości człowiek!
Powstały krzyki, otoczono generała a nawet niektórzy chcieli go na rękach wnieść do oberży. W początku opierał się temu delikatnie, ale potem, gdy próby nie pomagały, rozgniewał się tak że aż mu twarz poczerwieniała, nakoniec zaczął machać rękami i kopać nogami; wszyscy tedy odskoczyli od niego przerażeni.
Towarzystwo weszło do sali: Elfy i Moutier zastali tu tłumy znajomych, był tu już notaryusz, ich krewni, przyjaciele, sąsiedzi, wszyscy kto tylko znał młodą parę pospieszył do sali oberży, która obecnie powiększona, upiększona, umeblowana przedstawiała się jak rzeczywista balowa sala. W około niej stały kanapy i krzesła dla zaproszonych. Generał miał w środku między Moutier i Elfy, po lewej jego stronie pomieściła się pani Blidot, następnie Derigny ze swojemi dziećmi; naprzeciw nich przy stoliku zasiadł notaryusz.
Kiedy już wszyscy zajęli miejsca, notaryusz rozpoczął czytanie kontraktu.
Gdy przyszło do określenia majątku przyszłych małżonków, notarjusz czytał:
Narzeczona wnosi w dom swego małżonka jako posag, łąki, grunta, las i realność znaną pod imieniem: oberży pod Aniołem Stróżem.
Elfy wydała okrzyk zdziwienia, zerwała się i prawie uwiła się do nóg generała, który ją podniósł i ucałował w czoło.
— Tak jest, moje drogie dziecko, to mój podarek weselny. Masz być żoną mojego najwierniejszego przyjaciela. Nie byłem w możności okazania mu w inny sposób mojej wdzięczności, lecz dopomagając mu do zawarcia tego małżeństwa, czuję że chociaż w części, uiszczam się z mego długu.
Generał wyciągnął rękę do Moutier i oddał mu Elfy, która rzuciła się w jego objęcia.
— O mój generale, mówił Moutier wzruszony, pozwól mi abym i ja cię uściskał zkolei.
— Z całego serca moje dziecko. A teraz słuchajmy dalszego ciągu kontraktu.
Notaryusz po ukończeniu wszystkich paragrafów dodał, co wywołało rumieniec na lica pani Blidot, ten jeszcze warunek kontraktu:
Na przypadek gdyby pani Blidot, miała zamiar wyjść za mąż, część jej posiadłości p. t. oberża pod Aniołem Stróżem wraca napowrót do jej siostry a ona zaś otrzyma wynagrodzenie za to w domu pod nazwą: pod wdzięcznym generałem, lecz zastrzega sobie jednak generał Durakin, który dobrowolnie przeznacza jej jako podarek weselny tę posiadłość, aby poślubiła tego człowieka, którego jej generał skaże lub w najgorszym razie tego, którego on bliżej pozna, lub którego ona mu przedstawi jako wybranego małżonka.
Notaryusz nie mógł się wstrzymać od śmiechu patrząc na panią Blidot, którą ten warunek wprawił w wielkie zdumienie a na usunięcie którego generał nie chciał się wcale zgodzić.
Pani Blidot nieznacznie zarumieniła się głęboko zamyśliwszy się, następnie zaś wyrzekła rezolutnie:
— Ha! niech i tak będzie, nie zobowiązuję się wcale do niczego a przytem nikt mię nie może poślubić, jeżeli się na to nie zgodzę.
— Kto to nie? rzekł generał. Kto to nie? Właśnie pani sama napierać się będziesz, gdy poznasz swojego przyszłego małżonka.
— Nie ma niebezpieczeństwa pod tym względem, bo ja nigdy nie wyjdę za mąż.
— Trzeba podpisać, rzekł notaryusz.
— A potem do obiadu! zawołał generał.
Pani Blidot nie była wcale przerażoną tem wezwaniem generała, jakkolwiek nie widziała najmniejszych przygotowań, lecz już przywykła nieco do dziwnych wybryków i cudownych prawie niespodzianek ze strony hr Durakina.
Naprzód tedy podpisała Elfy, potem Moutier, nakoniec generał, za nim zamieściła swój podpis pani Blidot, proboszcz, Jakób, Paweł, Derigny i reszta obecnych aktowi świadków. Skoro każdy złożył podpis już to krzyżem, już to pisząc całe nazwisko, generał zaprosił obecnych na obiad do Gospody pod Aniołem Stróżem. Pani Blidot zadrżała od stóp do głowy. Jakim sposobem objadować bez objadu, siedzieć przy stole, bez stolika i potraw.
— Generale, odezwała się czyby nie lepiej było jeść obiad tutaj, tutaj tak ładnie, tak przyjemnie.
— Bynajmniej, zjemy obiad u siebie, rzekł generał uśmiechając się złośliwie. Czyliż pani nie widzisz z jaką niecierpliwością Elfy i Moutier chcieliby dostać się do nowej swojej posiadłości! Dalej w drogę moi państwo.
Generał zeszedł z tarasu prowadząc pod rękę panią Blidot, za nimi szli także pod rękę Elfy z p. Moutier i reszta towarzystwa. Jakób i Paweł biegli naprzód jakby laufry i pierwsi też przybyli do Gospody pod Aniołem Stróżem, wydając okrzyki radości bez końca. Wejście do domu zdobiły wazony z pomarańczowemi drzewami i kwiatami, sala była obitą niebieską materyą, jak równie i kuchnia; ustawiono stoły aż w dwóch salach.
Generał prosił aby wszyscy zaproszeni zajęli swoje miejsca, on, Elfy i Moutier usiedli przy pierwszym stoliku; pani Blidot, Derigny i dzieci, czynili honory przy drugim; kilku lokai przybyłych z Paryża posługiwało biesiadnikom; znoszono potrawy i wina; kucharz dał dowody że rzeczywiście jest artysta w swoim fachu, nigdy w Lomuigny nie jedzono podobnie, smacznych i wykwintnie przyrządzonych potraw.
Proboszcz siedział po lewej ręce generała, Elfy tym sposobem znalazła się pomiędzy nim i Moutier, dalej pomieścił się notaryusz i część gości.
Obiad przeciągnął się bardzo długo i odbył się wesoło.
— Zabraniam jeść zbyt wiele, zawołał ze śmiechem generał, trzeba koniecznie zaoszczędzić się na jutro; będzie zupełnie co innego.
— Cóż takiego? zapytał jeden z biesiadników.
— Kto dożyje zobaczy. Będzie to uroczystość Baltazara, dodał generał.
— Co to znaczy ta uroczystość Baltazara.
— Baltazar, odpowiedział generał, był to sobie smakosz, zapalony żarłok a przytem znakomity, niezrównany znawca wina i wszelkich przedmiotów służących do pożywienia człowieka. Kto życzył sobie zjeść smacznie, szedł zawsze na obiad do Baltazara.
— To zupełnie tak jak w Paryżu, kto idzie do Very je i pije smaczne rzeczy, odezwał się jeden z biesiadników, który miał pretensyę do tego że był doskonale o wszystkiem poinformowany i że znał na wylot Paryż, chociaż bawił w tem mieście tylko trzy dni, przyzwany tam jako świadek w jakiejś sprawie kryminalnej.
— Tak jest; najzupełniejszą masz pan słuszność rzekł generał, kręcąc wąsy żeby nie parsknąć głośnym śmiechem. Widzę, że pan doskonale zna Paryż.
— Cokolwiek drogi panie, bawiłem tam czas niejaki, odparł biesiadnik.
— Czy pan byłeś i w teatrze?
— Tak jest; kilkanaście razy, nadzwyczaj lubię sceniczne przedstawienia.
— W jakim też bywałeś pan teatrze?
— W wielkim teatrze Poliszynellów, odpowiedział zapytany i w innym jeszcze, ale już nazwisko wyszło mi z pamięci.
— A! na polach Elizejskich, wszak tak?
— Tak jest panie; są tam olbrzymie drzewa i nie wygląda to wcale jak pole.
Generał śmiał się do rozpuku, coraz popijając. Po dwugodzinnem siedzeniu przy stole, Elfy nareszcie zaproponowała generałowi, żeby się przeszli po nowej własności.
— Ale jakim sposobem wyjdziecie z waszego ogrodu? zapytał generał ze śmiechem.
— Moutier postanowił zrobić przełom, i droga będzie wkrótce otwarta.
— Czy już wszyscy pili kawę? pyta znowu generał.
— Prawie wszyscy, odpowiedział Moutier znużony tem długiem siedzeniem przy stole.
— Dobrze więc, chodźmy. Idź naprzód z Elfy.
Generał powstał a za nim wszyscy. Sam otworzył drzwi od ogrodu. Elfy wydała znowu okrzyk radosny a puszczając rękę swego towarzysza pobiegła wesoła jak dziecko przypatrzeć się nowemu płotowi jaki zbudowany został tuż przy łące i obejmował całą posiadłość.
Jakób i Paweł towarzyszyli jej wyśpiewując wesoło, tak że wszystko troje wkrótce znikli. Wówczas generał rzekł do Moutier:
— Biegnij mój kochany i sprowadź mi tu zbiegów, nie powinni być daleko. Do licha wszyscy biegną, jakby nagle kto ich ścigał. Gdzież oni poszli doprawdy. A ten biedny Derigny, którego pani Blidot ciągnie za rękę i on także leci jakby miał skrzydła.
Goście rzeczywiście rozbiegli się na wszystkie strony, nie mogąc dość nachwalić się pół i łąk i całej w ogóle posiadłości. Szczególniej zachwycano się maluchnym gajem, który całemu temu krajobrazowi nadawał urok nieopisany.
Siostry kochały się szczerze i serdecznie, zmiana ta więc położenia Elfy nie wzbudziła w pani Blidot najmniejszej zazdrości, była uradowana, zachwycona niespodzianem szczęściem Elfy.
Jeden tylko proboszcz dotrzymywał towarzystwa generałowi.
— Pan musisz się czuć zupełnie szczęśliwym rzekł w tonie przyjacielskim, głosem nadzwyczaj wzruszonym, gdy patrzysz na tych wszystkich ludzi, którym zabezpieczyłeś byt i przyszłość tak rozkoszną; rzeczywiście stałeś się pan istotną opatrznością dla tych dwóch zacnych sióstr, dla poczciwego Moutier i dla całej naszej parafii. Nigdy, nigdy nie zaginie tu pamięć o panu, bo wspomnienie spoczęło w sercach, w głębi duszy, bo dobrodziejstwa tej okolicy wyświadczone przeżyją i mnie i pana i nas wszystkich.
— Dziękuję, drogi proboszczu. Ale jeszcze nie wszystko ukończone, musisz mi ksiądz proboszcz dopomódz do przeprowadzenia całego mojego planu, rzekł generał.
— Jestem na pańskie usługi, rozporządzaj pan mną wedle swojej woli, odpowiedział duchowny.
— Otóż mój przyjacielu, taka tutaj przedstawia się kwestya niezmiernie delikatnej natury. Nadzwyczaj lubię panią Blidot i widzę z przykrością że zmiana pozycyi jej nastąpić musi, skoro siostra wyjdzie za mąż.
— O generale one kochają się tak serdecznie a przytem Moutier jest człowiekiem dobrym, uczciwym i religijnym.
— Wszystko to prawda, mój przyjacielu, jednakże... pani Blidot pozostanie odtąd zawsze na drugiem miejscu; to młode małżeństwo będzie teraz kierowało gospodą pod Aniołem Stróżem; w gospodzie zwykle mężczyzna więcej rządzi niż kobieta. Jakób i Paweł mogą na tem poniekąd ucierpieć; pani Blidot kochająca ich tak serdecznie będzie się nimi opiekowała, lecz po niejakim czasie mogą wyrodzić się sprzeczki i niezgoda, a tym sposobem ta biedna opuszczona kobieta narażona zostanie na przykrości i cierpienia.
— Po części masz słuszność generale, ale cóż na to poradzić, trzeba czekać i w razie gwałtownym pospieszyć jej z pomocą i wsparciem.
— Otóż kochany księże proboszczu ja inaczej to uprojektowałem. Kiedy wojna się skończy i mnie potrzeba będzie wyjechać którego dnia do Rosyi z powrotem; wezmę ze sobą Derigny. Czekaj że, bo nie wiesz co chcę przezto powiedzieć. Zabiorę ze sobą i jego dzieci, tym sposobem pozostaną wraz ze swoim ojcem i tym sposobem będą miały przyszłość zabezpieczoną na zawsze. Za tę ofiarę ich ojca, przy pomocy pańskiej zakupię grunta otaczające moją oberżę pod wdzięcznym generałem i oddaję ją Derigny. Otóż więc zdecydowałem się że dzieci w takim razie pozostaną przy pani Blidot swej przybranej matce, bo chcę ją wydać za Derigny abym po upływie roku pobytu w Rosyi, wrócił tu do was i umarł we Francyi. Bo ile mi się zdaje, życie moje nie tak długie, najwyżej jeszcze trzy lata i pochowasz mię ksiądz proboszcz na moim gruncie. W tych więc projektach pragnę żebyś mi ksiądz proboszcz dopomógł a mianowicie aby dzisiejsza pani Blidot, została mamą Derigny. Zechciej jej pan zatem przedstawić w szczegółach, to co teraz księdzu opowiedziałem w ogóle.
— Obawiam się czy zechce po raz drugi wyjść za mąż, odpowiedział proboszcz, raz dla tego że miała z poprzednim małżonkiem bardzo przykre pożycie, a po drugie że doświadczywszy takiego zawodu w życiu, nie odważy się ryzykować na nowo.
— Przecież Jakóba i Pawła kocha jak własne dzieci a rzeczywiście są to chłopcy bardzo dobrzy. Sądzę zatem że sprawiłoby to jej wielką przykrość, gdyby zmuszona była rozstać się z nimi, dodał generał.
— Dobrze generale, będę się starał, bo z mojej strony Derigny nadzwyczaj mi się podoba.
— Ależ tak jest; to człowiek bardzo zacny, łagodny jak baranek, złote serce! Dość przyjrzeć jak kocha swoich chłopców. Dzielny żołnierz a przytem jeszcze młody i przystojny, czegóż więcej potrzeba!
— Generał niech doda jedną a najważniejszą rzecz, że jest moralny i religijny, przymioty najważniejsze, główne.
— Tem więcej powodów do oddania mu ręki pani Blidot.
— Im się więcej zastanawiam, tem myśl generała bardziej mi się podoba, i będę się starał wszelkiemi siłami namówić panią Blidot do tego związku.
— Zajmuj się tem szczerze księże proboszczu i rozmów się z nią w tym czasie, kiedy ani mnie, ani Derigny nie będzie w gospodzie. Sprawa ta powinna się załatwić prędko i z pomyślnym skutkiem.
Rozmowę przerwała Elfy, Moutier i chłopcy, którzy właśnie nadbiegli, spostrzegłszy generała. Elfy miała łzy w oczach.
— Generale nie wiem doprawdy jak ci dziękować za wszystko, nawet własny ojciec nie mógłby z większą szlachetnością postępować z moim Józefem. Wieleż to pięknych rzeczy otrzymaliśmy od pana. Z jaką delikatnością, z jakim wdziękiem i skromnością, obdarzyłeś nas pan swojemi dobrodziejstwami.
Pochwyciła go za ręce i ucałowała po kilka kroć.
— Moje dziecko, daj mi pokój rzekł generał, jeżeli nie przestaniesz i ja będę płakał; a wcale sobie tego nie życzę. No dajże mi pokój mówię. Moutier.
Moutier pochwycił jego ręce równie i o mało ich nie zgniótł w uścisku. Przyczem także go pocałował.
— Generale, mówił, jeszcze w życiu nie pocałowałem w rękę żadnego człowieka, tylko ciebie, bo ty dla mnie jesteś dobrodziejem, jesteś moim ojcem.
— Cicho! Cicho! Mówisz tak jak Piotrek gałganiarz.
Moutier uśmiechnął się i Elfy także roześmiała się ocierając łzy, roztkliwienie generała przeszło tedy bez dalszych jakichkolwiek następstw.
— Nareszcie skończyliście, rzekł generał, przecie mogę swobodnie teraz odetchnąć. Tobym dopiero pięknie wyglądał płacząc razem z Elfy i Moutierem. Do licha ażem się spocił myśląc o tem. Generał w paradnym mundurze, płaczący jak dzieciak, a to dopiero śmieszne widowisko. Nakoniec moje dzieci obejrzeliście już wszystko, jesteście ze mnie kontenci, aleście się strudzili 1 potrzebujecie odpocząć tak jak i ja. Pozostawcież mnie samego, tylko przywołajcie mi tu notaryusza oraz Derigny z jego chłopcami. Wy sobie możecie dalej odbywać przegląd waszej nowej posiadłości. Nie ma tłumaczenia, ja tak chcę i basta.
Elfy ucałowała ręce generała w dowód posłuszeństwa dla jego rozkazu i oddaliła się wraz z Moutier. W krotce też i goście zaczęli się rozchodzić a każdy z nich żegnał generała wyrazami:
— Do jutra, w merostwie.
Przybył też wreszcie i notaryusz, który nocował w oberży pod wdzięcznym generałem.
Pański pokój rzekł ten ostatni jest przygowany, tak jak i innych gości mieszkających ztąd daleko. Racz więc spocząć i być gotowym do jutrzejszej uroczystości.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Sophie de Ségur.