Gösta Berling (Lagerlöf, 1905)/Tom I/Bal w Ekeby

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Gösta Berling
Tom I
Rozdział Bal w Bekeby
Wydawca Józef Sikorski
Data wydania 1905
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Klemensiewiczowa
Tytuł orygin. Gösta Berlings saga
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


BAL W EKEBY.

Ach, kobiety minionych czasów, gdy się mówi o was, to jak gdyby się mówiło o królestwie niebieskiem — byłyście pięknością samą, samem światłem! Byłyście wiecznie młode, wiecznie piękne, łagodne, jak oczy matki, gdy spogląda na dziecko swoje. Miękko, niby młode wiewióreczki, wieszałyście się u szyi małżonków waszych. Nigdy głos nie zadrżał wam gniewem, nigdy czoła waszego nie poorały zmarszczki, delikatne wasze dłonie nigdy nie były szorstkie, ani twarde. Wy słodkie, święte! podobne do strojnych posągów, stałyście w świątyni domowej. Składano wam w ofierze kadzidła i modlitwy, przez was miłość dokazywała cudów, czoła wasze opromieniła poezya złotą aureolą.
W dwa tygodnie po balu na Borgu odbyła się zabawa na Ekeby. Była to najświetniejsza z zabaw. Stare kobiety i mężczyźni, opowiadając o niej potem, przypominali sobie młode lata, śmiali się i radowali.
Rezydenci byli, jak wiadomo, jedynymi panami Ekeby. Majorowa o kiju żebraczym wędrowała po kraju, a major mieszkał w Sjö. Nawet nie mógł być na owej zabawie, gdyż w jego wsi grasowała wtedy ospa.
Ileż rozkoszy dostarczyło tych dwanaście godzin, od huku pierwszej odkorkowanej butelki przy stole do ostatniego pociągnięcia smyczkiem, gdy północ minęła już dawno! W otchłań czasu opadały te najświetniejsze godziny, grzane ognistem winem, wykwintnemi daniami, rozkoszną muzyką, zachwycającemi przedstawieniami i ślicznemi żywemi obrazami. Zapadały w przepaść oszołomione zawrotnym tańcem. Gdzież bowiem szukać podobnie gładkich posadzek, równie gładkich kawalerów i pięknych kobiet!
Sale dworu w Ekeby roją się najpiękniejszemi z pośród pięknych. Jest tu więc młoda hrabina Dohna, niemal pusta, bo tak wesoła, skora do zabawy i tańca; i nic dziwnego, wszak ma zaledwie lat dwadzieścia. Przybyły też i trzy piękne córki sędziego w Munkerud i wesołe panny z Bergi, jest i Anna Stjaernhök, tysiąc razy piękniejsza niż przedtem, z tą łagodną melancholią, która ją opanowała od onej nocy, kiedy ją wilki ścigały; jest tu wiele takich, o których nie zapomniano jeszcze, ale czeka je to w niedalekiej przyszłości — jest także i piękna Maryanna Sinclaire.
Ona, sławna na całą okolicę, ona, która błyszczała na królewskim dworze, która była ozdobą książęcych pałaców, królowa piękności, która objeżdżała kraj, zbierając wszędzie hołdy, ona, która wzniecała ogień miłości, gdzie tylko się pojawiła — ona zniżyła się i zaszczyciła rezydentów swoją obecnością.
Sława Wermlandu stała wtedy u zenitu, podtrzymywana niejednem wielkiem nazwiskiem. Wesołe dzieci tego pięknego kraju posiadały wiele, z czego mogły być dumne, wymieniając jednak skarby swoje, nie omieszkały wymienić imienia Maryanny Sinclaire.
Sława jej podbojów obiegała kraj cały. Mówiono o koronach hrabiowskich, które unosiły się nad jej głową, o milionach, które składano u jej stóp, o mieczach wojowników i wieńcach poetów, gotowych na jej skinienie złożyć je w ofierze.
A była ona nietylko piękną, lecz dowcipną i wykształconą. Najmędrsi mężowie ówcześni z przyjemnością z nią rozmawiali. Sama nie pisywała lecz wiele myśli, które ona przelała w dusze swoich przyjaciół, ożyło w pieśniach.
W Wermlandzie, w tym dzikim kraju, przebywała rzadko. Życie jej upływało na podróżach. Ojciec jej, bogaty Melchior Sinclaire, mieszkał ze swoją żoną w Björne, a Maryannie pozwalał jeździć do dostojnych przyjaciół, mieszkających po wielkich miastach lub we wspaniałych zamkach. Przyjemność mu sprawiało opowiadać o sumach, które wydawała, i oboje starzy szczęśliwi byli blaskiem, promieniejącym od szczęśliwego życia Maryanny. A życie to było życiem rozrywek i hołdów. Powietrze naokół niej przesycone było miłością, miłość była jej światłem, miłość była dla niej chlebem powszednim.
Często, bardzo często kochała i ona, nigdy jednak płomień taki nie gorzał tak długo, aby w nim można było ukuć kajdany, wiążące ją na całe życie.
— Czekam na miłość, która się zjawi jako zdobywca — mawiała. — Dotąd nie przeskoczyła żadnego wału, nie przepłynęła żadnej rzeki. Czekam na potężną miłość, która, mnie wyniesie ponad siebie samą, pragnę miłości tak silnej, abym przed nią musiała zadrżeć — obecnie znam tylko taką miłość, z której śmieje się mój rozum.
Jego obecność dodawała słowom ognia, a winu życia. Jej płomienna dusza użyczała biegłości smyczkowi — taniec szedł lżej, bardziej oszałamiająco, gdy ona swoją wązką nóżką dotknęła się posadzki. Dodawała zabawie uroku, w żywych obrazach była gwiazdą.
Patron Juliusz, który się rozumiał na wszystkiem, obmyślił żywe obrazy, aby Maryanna mogła wystąpić w całym blasku.
Przed sceną, którą urządzono w wielkiej sali pałacu w Ekeby, siedziało mnóstwo gości, podziwiając żółty księżyc, wstępujący na ciemne, nocne niebo. Jakiś Don Juan skradał się ulicami Sewilli i zatrzymał się pod balkonem owiniętym bluszczem. Był on w przebraniu mnicha, lecz z rękawa wyglądał mu haftowany mankiet, a z pod sutanny od czasu do czasu błysnął koniec szpady.
Zakapturzony mężczyzna zanucił serenadę.
Gdy przebrzmiał ostatni dźwięk, wyszła na balkon Maryanna w czarnej aksamitnej sukni i koronkowej zasłonie. Przechyliła się przez poręcz i odpowiedziała ironicznym jakimś wierszem.
Nagle jednak ożywiła się i zaśpiewała z ogniem:

Ach, uchodź, uchodź — nieprzystojna to rzecz!
Miecz twój zbyt długi wyziera
Poprzez nabożne słowa twojej pieśni.
Słychać jasny dźwięk srebrnych ostróg!

Na te słowa zrzucił mnich kaptur i Gösta Berling ukazał się pod balkonem w rycerskim stroju ze złota i jedwabiu. Nie słuchał przestróg pięknej damy, lecz po jednej z kolumn, podtrzymujących balkon, wspiął się w górę, przeskoczył balustradę i padł — to patron Juliusz obmyślił — u stóp pięknej Maryanny.
Uśmiechnęła się do niego wdzięcznie, podając rękę do pocałowania i gdy młodzi tonęli w niemym zachwycie miłosnym, spadła zasłona.
Przed nią klęczał Gösta Berling z łagodną twarzą poety, a jednocześnie zuchwałą jak twarz wodza, z oczyma głębokiemi, błyszczącemi rozumem, ale i filuteryą — z oczyma, które błagały i groziły.
Zwinny i silny był, ognisty, odurzający.
Zasłonę podnoszono i spuszczano, a młoda para bez ruchu pozostała w swojej pozycyi. Oczy Gösty wciąż spoczywały na pięknej Maryannie z błaganiem i groźbą.
Nakoniec umilkły oklaski, przestano zasłonę podnosić, nikt na nich nie patrzał. Wtedy nachyliła się piękna Maryanna i pocałowała Göstę Berlinga. Nie umiałaby powiedzieć, dlaczego to uczyniła, ale nie mogła inaczej. On ramieniem otoczył jej szyję i przycisnął ją do piersi. A ona całowała go gorąco.
Zawinił tu balkon, księżyc, koronkowa zasłona, strój rycerski, śpiew i oklaski — biedne dzieci ziemi były niewinne. One tego nie chciały. Ona odtrącała korony hrabiowskie, unoszące się nad jej głową, przechodziła obojętnie około milionów, które u nóg jej leżały nie dlatego, że kochała Göstę Berlinga, a i on nie zapomniał jeszcze Anny Stjaernhök — nie, oni tego nie chcieli.
Łagodny Lövenberg z oczyma marzącemi i uśmiechem na ustach, miał powierzoną misyę podnoszenia i spuszczania zasłony. Zawsze zamyślony, nie zwracał uwagi na to, co się koło niego działo, ale obecnie spostrzegłszy, że Marya i Gösta przybrali inną pozycyę, przypuszczał, że to należy do przedstawienia i jeszcze raz podniósł zasłonę.
Młoda para na balkonie nie zauważyła nic — zbudził ją dopiero grzmot oklasków.
Maryanna przerażona chciała uciekać, lecz wstrzymał ją Gösta, szepcąc:
— Nie ruszaj się, pomyślą, że to należy do obrazów.
Uczuł, jak ciało jej zadrżało lękliwie i ostygł ogień jej pocałunków.
— Nie bój się — szeptał — wszak piękne usta mają prawo całować.
Musieli pozostać w pozycyi; podnoszono i spuszczano zasłonę, a za każdym razem setki oczu wpatrywały się w nich, setki rąk biły im oklaski, gdyż wspaniały widok przedstawia dwoje pięknych, młodych ludzi, jako obraz miłosnego szczęścia. Nikt nie pomyślał, że pocałunki były czemś innem, a nie prostą teatralną sztuczką, nikt nie przypuszczał, że dama płonęła wstydem, a rycerz drżał z niepokoju. Wszyscy byli przekonani, że to należało do obrazu.
Wreszcie Maryanna z Göstą znaleźli się po za sceną. Ona, odgarniając sobie włosy z czoła, rzekła:
— Nie rozumiem sama siebie.
— Fe, panno Maryo — skrzywił się i strzepnął rękami — Göstę Berlinga całować! fe, do licha!
Musiała się rozśmiać.
— Wszyscy przecież wiedzą, że Göście Berlingowi nie można się oprzeć. Moje przewinienie nie większe od innych.
I postanowili zgodzić się ze stanem rzeczy, aby nikt nie podejrzewał prawdy.
— Czy mogę spuścić się na to, że prawda nigdy nie będzie znaną, panie Gösto? — zapytała, zanim się wmieszali w grono gości.
— Tego pani może być pewną, rezydenci z Ekeby umieją milczeć, za to ręczę.
Spuściła oczy, a dziwny uśmiech zaigrał na jej ustach.
— Gdyby jednak prawda kiedykolwiek do wiadomości ludzi doszła, coby o mnie pomyślano, panie Gösto?
— Nic nie będą myśleli, będą wiedzieli, że to sprawa bez znaczenia. Będą przypuszczali, że taka była nasza rola, którąśmy dalej grali.
Jeszcze jedno pytanie wymknęło się przy spuszczonych oczach i dziwnym uśmieszku:
— A cóż sądzi o tem sam pan Gösta?
— Sądzę, że panna Marya zakochała się we mnie — zażartował.
— Czegoś podobnego niech pan Gösta nie przypuszcza — odparła z uśmiechem — gdyż w takim razie musiałabym pana Göstę przebić tym hiszpańskim sztyletem, aby mu dowieść, że się myli.
— Drogie są pocałunki niewieście — rzekł Gösta — więc panny Maryi pocałunki płaci się życiem.
Wtedy rzuciła mu Maryanna spojrzenie tak przeszywające, że poczuł, jak gdyby pchnięcie sztyletu.
— Chciałabym go widzieć trupem, Gösto Berlingu, trupem, trupem!
Słowa te obudziły dawną tęsknotę w duszy poety.
— Ach — westchnął — gdyby te słowa były czemś więcej niż tylko słowami! Obyż były strzałami, wylatującemi z ciemnej gęstwiny, obyż były sztyletem lub trucizną — gdybyż posiadały moc skończenia z tem nędznem cielskiem, oswobodzenia mojej duszy!
Ona już odzyskała spokój i uśmiechnęła się.
— Głupstwo! — powiedziała, biorąc jego ramię i udając się do sali.
Zatrzymali kostyumy swoję, a ukazanie się ich wywołało znowu ogólny zachwyt. Wszyscy mieli jedynie słowa uznania, nikt nic nie podejrzewał.
Bal ciągnął się dalej, ale Gösta uciekł z sali balowej. Serce wiło się w nim pod spojrzeniem Maryanny, jak gdyby przeszył je ostry sztylet. Dobrze zrozumiał znaczenie jej słów. Hańbą było kochać go, hańbą być kochaną przez niego, hańbą większą niż śmierć sama. Nie chciał tańczyć, nie chciał jej widzieć. Wiedział zbyt dobrze, iż te piękne oczy, te różowe lica płoną nie dla niego. Nie dla niego sunęły się lekko w tańcu te zgrabne nóżki, nie dla niego dźwięczały te srebrne uśmieszki. Prawda, tańczyć, marzyć mogły z nim, ale żadna z nich nie chciałaby w rzeczywistości należeć do niego.
Poszedł więc między starszych panów i przysiadł się do grających w karty. Przypadkiem znalazł się przy tym samym stole, przy którym siedział możny pan z Björne; już to grając, to znów trzymając bank, zgromadził on przed sobą duży stos sześcio i dwunastuszyllingówek.
Grano już wcale wysoko, a zjawienie się Gösty podniosło jeszcze zapał. Zaczęły się ukazywać grubsze sztuki, a niebawem przed Melchiorem Sinclairem leżał stos złota.
Lecz i przed Göstą gromadziły się pieniądze miedziane i papierowe i wkrótce on jedynie stawił czoło właścicielowi Björne. Po chwili cały ogromny stos złota przeszedł od Melchiora Sinclaira do Gösty Berlinga.
— No, Gösto, cóż teraz będzie? — zawołał dziedzic, śmiejąc się, gdy przegrał wszystko. — Jestem kompletnie goły, a na kredyt nie grywam nigdy — ślubowałem to mojej matce.
A przecież znalazł sposób. Przegrał zegarek, futro bobrowe i właśnie zamierzał stawiać na kartę konia i sanki, gdy go powstrzymał Sintram.
— Stawiajże lepiej coś, co się opłaci — odezwał się złośliwy właściciel Forsu. — Postaw coś takiego, co może odwrócić szczęście!
— Licho wie, co stawiać!
— Postaw krew krwi twojej, Melchiorze — graj o swoją córkę!
— Na to może sobie pan Sinclaire pozwolić śmiało — żartował Gösta. — Tej wygranej pod mój dach nie dostanę nigdy!
I Melchior nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Nie rad był, że wymieniano imię Maryi przy kartach, ale sama myśl była taka szalona, że nie mógł się gniewać. Maryannę przegrać do Gösty! — rzeczywiście śmiało może sobie na to pozwolić!... To znaczy, Gösto — tłómaczył mu — pod warunkiem, że uzyskasz jej przyzwolenie... ja stawiam na kartę swoje błogosławieństwo ojcowskie.
Gösta wzamian postawił całą wygraną i gra się rozpoczęła. Znowu wygrał, wtedy też pan Melchior Sinclaire wstrzymał się od dalszej gry.
— Przeciw widocznemu nieszczęściu nic nie można poradzić — rzekł, wstając od stołu.
Minęła już północ. Lica pięknych pań zaczęły blednąc — loki im się porozkręcały, koronkowe upięcia pomięły. Starsze panie, orzekłszy że ponieważ zabawa trwała już przeszło dwanaście godzin, czas wracać do domu, zaczęły się z kanap podnosić.
I piękny bal miał się rzeczywiście kończyć, gdy sam Liliencrona chwycił skrzypce i zagrał ostatnią polkę. Sanie zaczęły zajeżdżać, starsze panie otulały się w futra i kaptury, starsi panowie owijali szyje chustkami i zapinali futrzane kamasze.
A młodzież nie mogła się oderwać od tańca — tańczyli w zarzutkach — był to dziki, szalony taniec. Skoro tylko jaki tancerz posadził tancerkę, porywał ją natychmiast drugi w wir tańca.
Nawet smutny Gösta Berling dał się unieść szałowi. Chciał smutek i upokorzenie utopić w tańcu, chciał tańcem krew w sobie rozruszać, chciał być wesołym, jak inni. I tańczył, aż ściany sali wirowały wraz z myślami jego.
A jakąż to tancerkę unosi z sobą? lekką i gibką — zda mu się, jakoby ogniste płomienie przeskakiwały pomiędzy nimi? Ach, to Maryanna.
Kiedy Gösta z nią tańczył, siedział już Sintram w swoich saniach na podwórzu, a obok niego stał Melchior Sinclaire. Możny pan niecierpliwił się, czekając na Maryannę. Dużemi nogami, obutemi w kamasze futrzane, tupał po zamarzniętym śniegu i wymachiwał rękami, aby się rozgrzać, mróz bowiem był ostry.
— Nie należało przegrywać córki do Gösty, Sinclairze — odezwał się Sintram.
— Co mówisz?
Sintram wziął w rękę lejce, podniósł bat, poczem odpowiedział:
— To poprzednie całowanie bynajmniej do przedstawienia nie należało.
Dziedzic podniósł pięść do potężnego ciosu, ale Sintrama już nie było. Odjechał co prędzej, a popędzał konia tak, że puścił się szalonym galopem — sam nie miał nawet odwagi spojrzeć za siebie. — Melchior Sinclaire miał bowiem ciężką dłoń, a krótką cierpliwość.
Właściciel Björne poszedł zatem do sali balowej po córkę i ujrzał ją tańczącą z Göstą.
Dzika, nieokiełzana wydawała się ta ostatnia polka. Niektóre pary pobladły, inne poczerwieniały; kurz niby obłok dymu unosił się nad salą, resztki świec woskowych dopalały się migotliwie, a wśród całego tego przykrego nieładu przebiegali oni — Gösta z Maryanną, królewscy w swojej niewyczerpanej sile, ona w nieskazitelnej swojej piękności, szczęśliwa przeświadczeniem, że może się całkowicie oddać temu rozkosznemu ruchowi.
Kiedy Maryanna skończyła tańczyć i zapytała o swoich rodziców, dowiedziała się, że już odjechali do domu. Nie zdradziła się, że ją to zaskoczyło niespodzianie, lecz ubrała się i wyszła. Panie, ubierające się razem z nią w garderobie, myślały, że ma własne sanki.
Ona zaś w cieniutkich, jedwabnych ciżemkach biegła drogą, nie żaląc się przed nikim. W ciemności nikt z gości jej nie poznał, gdy szła gościńcem — niktby nie wierzył, że ta kobieta, idąca sama, w nocy, przed pędzącemi sankami uciekająca w głęboki śnieg — to Maryanna. Skoro tylko mogła bezpiecznie iść drogą, zaczęła biegnąć. Tak biegła, dopóki jej sił starczyło, znów trochę szła, potem znowu puściła się biegiem. Jakaś przykra, męcząca trwoga gnała ją naprzód.
Z Ekeby do Björne jest zaledwie ćwierć mili, to też Maryanna niebawem znalazła się w domu, ale gotowa była przypuszczać, że zbłądziła. Gdy stanęła na podwórzu, zastała wszystkie drzwi pozamykane, wszystkie światła pogaszone — w pierwszej chwili sądziła, że rodzice jej może jeszcze nie wrócili.
Podeszła do drzwi mieszkalnych i zapukała mocno. Nikt się nie zjawił i nie otworzył, a gdy chciała puścić żelazną klamkę, którą chwyciła gołą ręką, zdarła sobie skórę przymarzniętą do metalu.
Możny pan, Melchior Sinclaire, odjechał do domu, aby zamknąć drzwi przed swojem własnem dzieckiem. Był odurzony trunkiem, uniesiony gniewem — nienawidził swojej córki, że kochała Göstę Berlinga. Zamknął służbę w kuchni, a żonę w sypialni i zaklął się, że zabije tego, ktoby się odważył wpuścić Maryannę. A wiedziano, że dotrzyma słowa.
Takim rozwścieczonym wprost nikt go jeszcze nie widział. Większego zmartwienia nie zaznał dotąd. Gdyby mu była córka nawinęła się wtedy na oczy, byłby ją może zabił.
Stroił ją w klejnoty i jedwabie, dał jej wyższe wychowanie, wykształcenie — była dumą jego, zaszczyt mu przynosiła, patrzał na nią, jakgdyby miała koronę na głowie. Ach, jego królowa, jego bóstwo, uwielbiana, piękna, dumna jego Maryanna! Czy szczędził dla niej czego? Czy czuł się godnym być jej ojcem?
Czyż mógł nie nienawidzieć jej, skoro kochała takiego Göstę i całowała go?
Czyż mógł jej nie odepchnąć, mógłże nie zamknąć przed nią drzwi, skoro obraziła jego dumę, kochając takiego człowieka? Niech zostanie w Ekeby, niech biegnie do sąsiadów błagać o nocleg, niech na śniegu nocuje — wszystko mu jedno i tak już jest zbrukana ta jego piękna Maryanna! Pociemniał jej blask — promień jego życia zgasł!
Leży w łóżku i słyszy, jak puka we drzwi. Co go to obchodzi? on śpi! jakaś tam dziewczyna stoi na dworze, co chce wyjść za wypędzonego proboszcza — dla niej niema domu. Gdyby ją był mniej kochał, gdyby z niej był mniej dumny, byłby ją może wpuścił.
Błogosławieństwa swojego nie może im odmówić — przegrał je przecież, ale drzwi jej otworzyć? nie, tego nie chce!
A piękna, młoda dziewczyna wciąż stała pod bramą domu. Jużto w bezsilnym gniewie szarpała za klamkę, już padała na kolana i splatając ręce, błagała o przebaczenie.
Ale nikt jej nie słyszał, nikt nie odpowiedział, nikt nie otworzył.
Wraca z balu, którego była królową, i ona, dotąd dumna, bogata, szczęśliwa, popadła w taką bezdenną nędzę! Z rodzinnego domu wykluczona, wyrzucona na mróz — nie wyszydzana, nie bita, nie przeklinana, lecz z zimnem, bezlitosnem okrucieństwem wykluczona.
Wszystko spało, wszystko zapadło w bezbolesny sen; wśród całej tej sennej bieli istniał tylko jeden, jedyny żywy punkcik. Wszystek ból, wszystka trwoga, które zazwyczaj rozdzielone są na cały świat, zebrały się w tym jednym punkcie. Ach Boże, tak samotnie cierpieć wśród tej sennej, martwej ciszy!
Pierwszy raz w życiu zetknęła się Maryanna z okrucieństwem i brakiem litości. Nawet matce jej nie chciało się wyjść z łóżka, aby ją wpuścić. Starzy, wierni służący, którzy strzegli pierwszych jej kroków, słyszeli ją i nie ruszyli palcem.
Za jakąż zbrodnię karano ją w ten sposób? Gdzież miała szukać miłosierdzia, jeżeli nie u tych ludzi? Gdyby była człowieka zamordowała, byłaby przecież tu zapukała w świętem przekonaniu, że oni jej przebaczą. Gdyby była najmarniejszem ze stworzeń i w łachmanach tu przybyła, przecież zapukałaby do tych drzwi w nadziei, że zostanie przyjęta z miłością. Bo to przecież drzwi do jej domu — za temi drzwiami mogła ją tylko miłość czekać.
Czyż ojciec jeszcze nie dość jej doświadczył? Czyż jej wcale nie otworzy?
— Ojcze, ojcze! — woła — wpuść mnie! Zimno mi, trzęsę się na mrozie — tu, na dworze jest strasznie.
— Matko, matko, ty, która z miłości dla mnie tyle przeniosłaś, któraś tyle nocy czuwała nademną, dlaczego śpisz teraz? Matko, matko, zbudź się, jeszcze tylko tę jednę noc ci przerwę, a potem już nigdy snu ci nie odbiorę!
Woła, a potem milknie i bez tchu nasłuchuje, czy niema odpowiedzi. Ale nikt jej nie słucha — nikt nie słyszał, nikt nie odpowiedział. Wtedy łamie ręce w dzikiej rozpaczy, ale oczy jej łez nie mają.
Długi, czarny dom ze swojemi pozamykanemi drzwiami i czarnemi oknami wygląda ponuro w tej ciemności nocnej. Cóż się z nią stanie, z tą bezdomną? Shańbiona, napiętnowana będzie, póki to niebo nad nią unosić się będzie.
— Ojcze! — raz jeszcze woła — co będzie ze mną? ludzie będą najgorsze rzeczy o mnie przypuszczali!
Płakała tak, lamentowała, a ciało sztywniało jej z zimna.
Wtem słucha, nareszcie, nareszcie! Trzeszczy podłoga pod jakiemiś lekkiemi krokami.
— Czy to ty, mamo? — pyta Maryanna.
— Tak, dziecko.
— Mogę już wejść?
— Ojciec nie chce cię wpuścić.
— W cieniutkich ciżemkach biegłam tu z Ekeby po śniegu. Godzinę stoję tu już i wołam. Na śmierć zamarznę na dworze. Dlaczegoście mnie odjechali?
— Dziecko, dziecko, czemuś całowała Göstę Berlinga?
— Ależ powiedzże mama ojcu, że jeszcze nie wypływa z tego, bym go miała kochać. To przecież była zabawa. Czyż sądzi, że chcę poślubić Göstę?
— Idź do dzierżawcy i proś, żeby cię przenocowali. Ojciec niezupełnie trzeźwy — nie można mu teraz nic tłómaczyć. Zamknął mnie na górze. Wymknęłam się, kiedy przypuszczałam, że zasnął. Zabije cię, gdy wejdziesz do domu.
— Matko, matko, a więc do obcych mam iść, gdy mam własny dom? Czyż mama jest równie okrutna, jak ojciec? Mamże sądzić, że mnie chcecie wyrzucić z domu? Jeżeli mnie nie wpuścisz, mamo, położę się tu, na śniegu.
Wtedy matka chwyciła za klucz, aby otworzyć... gdy w tej samej chwili dały się słyszeć na schodach ciężkie kroki i ostry głos zaczął na nią wołać:
Maryanna zamieniła się cała w słuch: matka ucichła — surowy głos łajał ją, a potem... Maryanna usłyszała coś strasznego... rozróżniłaby teraz najlżejszy szmer w domu... posłyszała odgłos uderzeń, słaby jakiś jęk i znowu uderzenia.
Bił jej matkę... straszny, olbrzymi Melchior Sinclaire bił swoją żonę.
Oniemiała ze zgrozy padła Maryanna na progu i wiła się w trwodze. Potem zaczęła płakać, a łzy zamieniały się w lód na progu rodzinnego jej domu.
Litości, miłosierdzia! Niechaj wejdzie — otwórzcie, otwórzcie, niech swój grzbiet nadstawi pod razy. Ach, on matkę jej bije, iż nie chciała dozwolić, aby córka jej zamarzła w śniegu — że chciała dziecko swoje ratować.
Głębokiego upokorzenia doznała Maryanna owej nocy — śniła, że była królową, a oto leży, niewiele się różniąc od oćwiczonej niewolnicy.
Po chwili podniosła się z zimnym gniewem. Raz jeszcze poranioną dłonią uderzyła we drzwi i zawołała:
— Słuchaj, co ci powiem, ty, który matkę moją bijesz — płakać będziesz, Melchiorze Sinclaire, płakać będziesz!
Potem oddaliła się nieco i położyła się na śniegu. Zrzuciła futro i położyła się w swojej czarnej, aksamitnej sukni, która jaskrawo odrzynała się od białego śniegu. Leżała i wyobrażała sobie, jak ojciec znajdzie ją nazajutrz, gdy wyjdzie na ranną przechadzkę. Teraz miała już tylko jedno życzenie: aby on sam ją znalazł.

∗             ∗

Na Ekeby pogaszono światła, goście się rozjechali. Rezydenci sami obsiedli ostatnią, do połowy tylko wypróżnioną wazę ponczu.
Wtem podniósł Gösta kielich i wygłosił mowę na cześć kobiet minionych czasów. — Mówić o was — rzekł — to to samo, co mówić o królestwie niebieskiem, bo wy jesteście samą pięknością, samem światłem! Jesteście wiecznie młode, wiecznie piękne, jak oczy matki, gdy spogląda na dziecko swoje. Miękko, nito młode wiewióreczki, wieszacie się u szyi małżonków waszych. Nigdy nie zadrży wam głos gniewem, nigdy czoła waszego nie poorają zmarszczki, delikatne wasze dłonie nigdy nie są szorstkie, ani twarde. Wy słodkie, święte! podobne do strojnych posągów, stoicie w świątyni domowej. Składają wam w ofierze kadzidła i modlitwy, przez was miłość cudów dokazuje, czoła wasze poezya opromienia złotą aureolą!
Zerwali się rezydenci, odurzeni winem i jego słowami. Krew w nich kipiała. Stary wujaszek Eberhard i ciężki Krzysztof nawet wzięli udział w figlu. Z błyskawiczną szybkością zaprzęgli konie do sań i ruszyli w ciemną noc, raz jeszcze złożyć hołd tym, którym nigdy nie dość hołdów, każdej z tych, których różane lica i promienne oczy przed kilku godzinami zdobiły wielkie sale pałacu, urządzić serenadę.
Ujechali jednak niedaleko, gdyż zaledwie dotarli do Björne, znaleźli piękną Maryannę, leżącą na śniegu pod progiem swego domu.
Gniew i groza wstrząsnęły nimi, gdy ją ujrzeli leżącą. Zdało im się, jak gdyby rzeźbę jakiegoś świętego przedstawiającą znaleźli pogruchotaną pod progiem kościoła — zdało im się, jakoby świętokradca jakiś zniszczył skrzypce Stradivariusa i potargał struny.
Gösta zaciśniętą pięścią pogroził w stronę ciemnego domu.
— O wy, dzieci nienawiści! — zawołał — wy niszczyciele raju boskiego!
Beerencreutz zapalił latarkę i oświetlił twarz śmiertelnej bladości. Wtedy to ujrzeli rezydenci poranione ręce Maryanny i łzy, które zamarzły na jej rzęsach i jęli zawodzić, jak kobiety — wszak była nietylko posągiem kamiennym, nietylko struną, lecz piękną kobietą, rozkoszą ich serc starych.
Gösta Berling padł obok niej na kolana.
— Oto leży narzeczona moja! — wołał. — Kilka godzin zaledwie upłynęło, jak dała mi pocałunek oblubienicy, a ojciec jej przyrzekł mi błogosławieństwo. Oto leży i czeka, bym przyszedł i legł obok niej na białem łożu.
I na swoich silnych barkach uniósł bezwładną.
— Do domu, do Ekeby! — zawołał. — Teraz jest moją. W śniegu ją znalazłem, teraz nikt mi jej nie odbierze! Tych tam nie będziemy budzili. Cóż ona ma czynić za drzwiami, na których sobie ręce do krwi poraniła.
Uczynili, jak chciał. Położył Maryannę na saniach, a sam usiadł obok niej. Beerencreutz stanął za nimi i ujął za cugle.
— Weź śniegu i natrzej ją! — zawołał do Gösty.
Mróz obezwładnił tylko jej członki. Szalone, niesforne serce biło jeszcze. Nawet nie straciła przytomności; wiedziała, że znaleźli ją rezydenci — lecz nie mogła się ruszyć. Tak leżała sztywna, bezwładna w sankach, a Gösta Berling to nacierał ją śniegiem, to płakał i całował ją. Pragnęła przynajmniej tyle władzy w członkach odzyskać, aby mogła odpowiedzieć na jego pieszczoty.
Leżała martwa i sztywna, lecz myśl miała jasną, jak nigdy przedtem i dokładnie pamiętała wszystko, co zaszło. Czy kochała Göstę Berlinga? Tak, kochała go. Czy był to kaprys, który zjawił się dzisiejszego wieczora i równie prędko może minąć? Nie, kochała go oddawna — od lat wielu.
Zestawiała siebie z nim i innymi mieszkańcami Wermlandu. Wszyscy oni byli wrażliwi, jak dzieci, ulegali każdej zachciance, która się w nich zrodziła. Żyli tylko powierzchownem życiem, nie badali nigdy głębi swej duszy. Ona zaś stała się taką, jakim się zazwyczaj staje człowiek, żyjący na obczyźnie — nigdy nie mogła się czemuś oddać całkowicie. Jeżeli kochała — chociażby nawet całą duszą pragnęła, aby było inaczej — zawsze drugie jej ja przyglądało się wszystkiemu z zimnym, ironicznym uśmiechem. Tęskniła do uczucia, które zbudziwszy się w niej, porwałoby ją z sobą tak, iż oddałaby mu się bez pamięci. I oto zjawiło się owo utęsknione, władne uczucie. Kiedy Göstę Berlinga pocałowała na balkonie, poraz pierwszy zapomniała o wszystkiem.
A teraz namiętność znów ją uniosła — serce jej zaczęło bić tak mocno, że je słyszała. Czyż jeszcze wciąż nie ma władzy nad swojemi członkami? Szalona radość przejmowała ją na myśl, że ją wypędzono z domu. Teraz bez namysłu poślubi Göstę. Jakżeż naiwną była, walcząc lat kilka ze swoją miłością! Bo jak to przecież pięknie dać się unieść miłości, czuć wrzenie krwi w żyłach! Czyż nigdy nie zerwie z siebie tych pęt lodowych? Dotąd była ogniem na zewnątrz, a lodem wewnątrz, teraz odwrotnie, w lodowej powłoce mieści się gorąca dusza.
Wtem poczuł Gösta, jak dwie ręce objęły lekko jego szyję słabym, bezsilnym uściskiem.
Spostrzegłszy to Beerencreutz, puścił konie, by własnym instynktem biegły znaną sobie drogą, a sam zwrócił oczy w górę i wciąż patrzył w niebieski Wóz.
Jeżeli przypadkiem kartki te czytać będziecie w nocy, jak ja w nocy je spisywałam, zapewne z westchnieniem ulgi pomyślicie, że teraz już panowie rezydenci będą mogli wypocząć w błogim śnie, ułożywszy Maryannę na łóżku, w pokoju gościnnym, obok wielkiej sali.
Położyli się oni, naturalnie, zasnęli również, ale nie dane im było spać spokojnie do południa.
Nie zapominajmy bowiem, że tymczasem majorowa o kiju żebraczym wędrowała po kraju, a ona nigdy nie lubiła pamiętać o wygodach zmęczonych grzeszników, jeżeli miała coś ważniejszego do załatwienia.
Minął czas, w którym w blasku i przepychu mieszkała na Ekeby, siejąc naokół radość, jak Bóg rozsiał gwiazdy po niebie. A kiedy ona tułała się po kraju, powierzono ogromne dobra rezydentom, którzy strzedz ich mieli, jak wiatr strzeże popiołu, a wiosenne słońce śniegu.
Zdarzało się, że rezydenci, wyjeżdżając wśród wesołego dźwięku dzwonków u długich sań, spotykali majorową, wlokącą się po gościńcu; wtedy nie spuszczali oczu, lecz wygrażali jej pięścią groźnie zaciśniętą. Szybkim zwrotem sań spychali ją w wysokie śniegowe wały, a major Fuchs nie omieszkał trzy razy splunąć, aby to spotkanie nie miało złych skutków. Nie czuli dla niej litości, uważali ją bowiem za czarownicę. Zdawało im się, biedakom, że zbawienie ich duszy od tego zawisło, czy będą dostatecznie prześladowali majorową. Ludzie często dręczą się wzajemnie w najokrutniejszy sposób, mniemając, że w ten sposób pracują na zbawienie swojej duszy.
Gdy rezydenci późną nocą, wstawszy od pijatyki, chwiejnym krokiem podchodzili do okien patrzeć, czy noc jest pogodna i gwiaździsta, dostrzegali nieraz ciemną postać snującą się po podwórzu i wiedzieli, że to majorowa, oglądająca swoją ukochaną siedzibę. W takich chwilach rozbrzmiewało skrzydło rezydentów szyderczym śmiechem starych grzeszników, a złośliwe uwagi dochodziły nawet do niej poprzez otwarte okna.
Rzeczywiście — pycha i okrucieństwo zapanowały w sercach biednych rezydentów. Sintram zasiał nienawiść w ich dusze.
Majorowa nie żywiła już gniewu względem rezydentów. Gdyby była posiadała dawną władzę, byłaby im kazała dać rózgi, jak niegrzecznym dzieciom, aby ich znów kochać, jak przedtem. Teraz jednak gnębił ją niepokój o jej ukochaną siedzibę, oddaną rezydentom w opiekę, niby trzoda wilkom.
Niejeden przeszedł takie zmartwienie. Nie ona jedna patrzyła, jak upadało jej dziedzictwo ukochane, nie ona jedna czuła, co to znaczy, gdy na nas spogląda dom rodzinny, jak zranione zwierzę. Niejeden czuje się zbrodniarzem, widząc, jak drzewa obrastają pasorzytem, jak ścieżki zamiast żwirem, trawą są kryte. Miałby ochotę na kolana się rzucić na tych polach, które ongi pyszniły się wspaniałym plonem, i błagać je, aby nie przypisywały jemu hańby, która na nie spadła. Odwraca się od koni, brak mu odwagi spotkać się z ich wzrokiem. Nie ma siły stanąć u furty, gdy bydło wraca z pola. Żadne miejsce na świecie nie wzbudza tak gorzkich wzruszeń, jak dom chylący się do upadku.
Ach, proszę was wszystkich, którzy posiadacie pola, łąki i bogate kwiatowe ogrody, miejcie o nie staranie, pielęgnujcie je. Pielęgnujcie je miłością i pracą! Niedobrze jest, gdy natura musi ludzi opłakiwać.
Majorowa nie miała zamiaru wrócić znów do władzy; dążyła tylko do tego, aby dziedzictwo jej odebrać tym szaleńcom, tym próżniakom, tym rabusiom, pod których krokami trawa rosnąć nie może.
Kiedy żebrząc wędrowała od domu, ustawicznie miała na pamięci matkę i w sercu jej zrodziła się myśl, że dla niej nie nastaną lepsze czasy, póki matka nie zdejmie z niej klątwy. Nikt jej nie doniósł o śmierci matki, widocznie więc żyła jeszcze w zapadłych lasach, na górze. Pomimo dziewięćdziesięciu lat, żyła jeszcze w bezustannej pracy, z utęsknieniem wyczekując chwili, w której spełni cel życia.
Majorowa wyrozumowała sobie, że skoro matka żyje tak długo, to widocznie w tym celu, aby zdjęła z niej klątwę. Matka, która na dziecko swoje sprowadziła nieszczęście, nie może umrzeć.
Postanowiła zatem pójść do matki, aby obie mogły znów zaznać spokoju. Chciała puścić się ciemnemi borami wzdłuż długiej rzeki, pókiby nie stanęła w swojem rodzinnem miejscu. Przedtem nie mogła się spodziewać spokoju. Wielu ofiarowało jej w tych czasach zaciszne schronienie i wierną przyjaźń, ale ona nie zatrzymywała się nigdzie na stałe. Surowa i gniewna szła od domu do domu, ciążyła jej bowiem klątwa.
Chciała do matki dojść, ale przedtem zabezpieczyć ukochane swoje Ekeby. Nie mogła zostawić go w rękach lekkomyślnych nicponiów, nieudolnych pijaków, obojętnych rozrzutników. Czyż może odejść, aby za powrotem zastać mienie swoje roztrwonione, kuźnie puste, konie wygłodzone, służbę wydaloną? Nie, raz jeszcze zbierze wszystkie siły i wyrzuci rezydentów!
Wiedziała dobrze, jaka to przyjemność dla jej męża widzieć jej własność trwonioną. Znała go jednak zbyt dobrze, aby nie wiedzieć, że skoro rozpędzi tych próżniaków, będzie za leniwy szukać innych. Gdy zbraknie rezydentów, zarządca jej obejmie cały majątek i przyprowadzi go do dawnego stanu.
Dlatego to na czarnych drogach widywano ostatnich nocy jej ponury cień, snujący się koło hut żelaznych. Zachodziła do komorników, pod wielkim młynem szeptała z młynarzem i jego czeladzią, w ciemnym lochu naradzała się z kowalami.
A wszyscy pragnęli jej pomagać, czując, że wielki majątek nie powinien dłużej pozostać w ręku bezbożników, którzy strzegą go, jak wiatr strzeże popiołu, a wilk trzody.
Tej samej nocy, w którą weseli panowie tańczyli i biesiadowali, póki nie padli na łoża, zasypiając twardym snem — tej samej nocy wypędzą ich! Noc owa była tą kroplą, która dopełniła miary ich zuchwalstwa. Z ponurem spojrzeniem czekała majorowa w kuźni i czekała na koniec uczty — czekała i dłużej, póki rezydenci nie wrócili z nocnej wycieczki, czekała w milczeniu, póki jej nie doniesiono, że ostatnie światło w skrzydle rezydentów zgasło, że wielki dwór spoczywa w śnie. Wtedy podniosła się i wyszła. Była już piąta godzina rano, a jeszcze ciemna lutowa noc wisiała nad ziemią.
Majorowa kazała wszystkim zgromadzić się w skrzydle rezydentów — ona sama pierwsza weszła na podwórze. Podeszła do głównego budynku, zapukała i wpuszczono ją natychmiast; przyjęła ją córka proboszcza z Broby, którą wychowała na dzielną, pracowitą dziewczynę.
— Witam wielmożną panią — powiedziała, całując ją w rękę.
— Zgaś światło — rzekła majorowa — przypuszczasz, że nie trafię po ciemku?
I obeszła cichy dom od strychu do piwnic, żegnając się z nim. Lekkim krokiem przechodziła z pokoju do pokoju.
Pani utonęła we wspomnieniach, a dziewczyna nie wzdychała, nie szlochała, lecz łza za łzą, toczyła się po jej twarzy, gdy postępowała za nią. Majorowa kazała jej otworzyć szafę z płótnem i srebrem i ręką zaczęła głaskać cienkie, adamaszkowe obrusy i wspaniałe srebrne kruże. W komorze, gdzie składano pościel, przesunęła ręką po wysoko spiętrzonych, puchowych pierzynach. Wszystkich sprzętów domowych: krosien, kołowrotka, toczydła musiała się dotknąć. Wetknęła rękę w szufladę z korzeniami, macała rzędy świec, wiszących u pułapu.
— Wyschły już — powiedziała — można je zdjąć i schować.
Zeszła, do piwnic, pukała w beczki i przesuwała ręką po zakorkowanych flaszkach wina. Była w spiżarni i kuchni, macała, badała wszystko. Wyciągnęła rękę i żegnała się ze wszystkiem w domu.
Nakoniec zwiedziła pokoje. W jadalni przesunęła ręką po dużym stole do rozsuwania.
— Niejeden podjadł sobie do sytości przy tym stole — odezwała się.
Tak obeszła wszystkie pokoje. Długie, szerokie sofy znalazła na dawnych miejscach, głaskała zimny marmur konsol, które na złoconych gryfach podtrzymywały kosztowne lustra.
— Bogaty dom — rzekła. — Wspaniały to był człowiek, który uczynił mnie panią tego wszystkiego.
W dużej sali, gdzie przed chwilą jeszcze odbywały się skoczne tany, stały już krzesła o wysokich oparciach pod ścianami w zwykłym porządku. Przystąpiła do fortepianu i cicho uderzyła w klawisze.
— I za moich czasów nie zbywało tu na przyjemnościach i rozrywkach — powiedziała.
Wreszcie majorowa weszła i do pokoju gościnnego, położonego obok dużej sali. Było zupełnie ciemno, więc macać musiała rękami idąc, by o coś nie zawadzić, gdy wtem przypadkiem dotknęła twarzy dziewczyny.
— Płaczesz? — zapytała, czując, że ręka jej od łez zwilgotniała.
Wtedy tamta załkała głośno.
— Ach pani, droga nasza pani, oni wszystko zmarnują! — zawołała. — Czemu porzuciłaś nas, pani, a powierzyłaś wszystko rezydentom?
Tu majorowa podniosła story i wskazała na podwórze.
— Czyż ja cię uczyłam płakać i lamentować? Patrz, ogród pełen ludzi, jutro nie będzie już ani jednego rezydenta w Ekeby.
— A pani wróci także? — pytała dziewczyna.
— Mój czas jeszcze nie nadszedł — odparła majorowa. — Gościniec jest mi domem, rów przydrożny łożem. Ale ty czuwaj nad Ekeby, gdy mnie nie stanie.
I poszły dalej. Żadna z nich nie wiedziała i nie przypuszczała, że Maryanna właśnie spała w tym samym pokoju.
Nie spała też, lecz czuwała, słyszała wszystko i pojęła wszystko... leżała tylko bowiem i tworzyła hymn na cześć miłości.
— O ty, cudowna, któraś mnie podniosła! — szeptała. — Leżałam w bezgranicznej nędzy, a tyś mi ją w raj zamieniła. Do żelaznych, zaryglowanych wrót przymarzły mi ręce, na progu mego rodzinnego domu leżą łzy moje, od mrozu w perły zamienione. Zimny gniew przeszył moje serce, gdy słyszałam razy spadające na grzbiet mojej matki. Na zimnym śniegu chciałam swój gniew przespać, ale zjawiłaś się ty, dziecię ognia, przybyłaś, do dygocącej z zimna przybyłaś. Gdy porównam nędzę swoją poprzednią ze wspaniałościami, któremi ty mnie obsypałaś, wydaje się ona marną. Wolna teraz jestem od wszelkich więzów, nie mam ojca, ani matki — ani domu. Ludzie będą najgorsze rzeczy o mnie przypuszczali i odwrócą się odemnie. Niech się stanie twoja wola, o miłości — bo dlaczegoż miałabym stać wyżej od mojego kochanka? Ręka w rękę przejdziemy przez życie. Biedną jest oblubienica Gösty Berlinga; na śniegu ją znalazł. Zbudujmyż sobie więc dom wspólny, nie z wysokiemi salami, lecz chateńkę małą na skraju lasu. Będę mu pomagała nastawiać sidła na zające i cietrzewie, będę mu strawę warzyła, szaty naprawiała. O kochanku mój, czy sądzisz, że będę tęskniła i w żalu się rozpływała, siedząc samotnie i czekając twego powrotu? Tak, będę — lecz nie będę tęskniła do minionych dni świetności, ale do ciebie — ciebie wyglądać będę na ścieżkach leśnych, twojego wesołego śpiewu nasłuchiwać będę, gdy z siekierą na ramieniu wracać będziesz z lasu. O, kochanku mój, póki życia mojego tęsknić do ciebie będę!...
Tak leżała więc i tworzyła hymn na cześć wszechmocnego boga miłości, kiedy majorowa weszła do pokoju.
Po jej odejściu wstała Maryanna i ubrała się. Raz jeszcze wdziać musiała czarną, aksamitną suknię i cienkie balowe ciżemki. Otuliła się kocem niby szalem i raz jeszcze wybiegła w tę straszną noc.
Spokojna, gwiaździsta, a mroźna noc lutowa zawisła nad ziemią, jak gdyby nigdy nie miała się skończyć. A ciemność i mróz, które ta długa noc z sobą niosła, długo jeszcze unosiły się nad ziemią, chociaż już słońce zaszło i wały śniegu, po którym Maryanna kroczyła, w wodę się zmieniły.
Maryanna wybiegła z Ekeby, aby sprowadzić pomoc. Nie mogła dozwolić, aby ci, którzy ją ze śniegu podnieśli i dom i serce jej otwarli, zostali wypędzeni. Chciała udać się do Sjö, do majora Samzeliusa. A pospieszać musiała, z powrotem mogła stanąć dopiero za godzinę.
Gdy majorowa pożegnała się ze swoim domem, wyszła na podwórze, gdzie zgromadzili się jej ludzie i rozpoczęła się walka z rezydentami.
Majorowa kazała powynosić wszystkie połamane wozy, bryczki, sanie, na których ongi przyjechali panowie rezydenci do Ekeby.
Potem podpaliła snopek słomy i ludziom kazała wołać: Gore! Od blasku płomieni i okrzyków pobudzili się rezydenci, powyskakiwali z łóżek i wybiegli na dwór.
We drzwiach jednak stał olbrzymi kowal dworski i dwóch silnych młynarczyków, a kiedy rezydenci wybiegli jeden po drugim, tamci chwytali ich, wywracali, wiązali, wynosili i kładli każdego na jego wózek lub sanie. Żaden z nich nie umknął. A majorowa chodziła od jednego do drugiego, odbierając od nich przysięgę, że nie wrócą do Ekeby.
Ale gdy się to wszystko działo, czas upływał i Maryanna dotarła do Sjö. Major wstawał wcześnie, spotkała go też na podwórzu, gdzie dawał śniadanie swoim niedźwiedziom. Niewiele mówił, ale natychmiast założył kagańce niedźwiedziom i wraz z niemi pospieszył do Ekeby.
Maryanna postępowała za nim. Ze znużenia omdlewała niemal, gdy wtem ujrzała da niebie ognistą łunę i niewymowny strach ją ogarnął.
Cóż to za noc okropna! Mąż bije żonę swoją, a dziecku pozwala zamarznąć pod progiem. A oto kobieta miałażby wrogów swoich ogniem spalić? Tu znów major chciałżeby niedźwiedzie szczuć na swoich własnych ludzi?
Przemogła znużenie, wyprzedziła majora i pierwsza przybiegła do Ekeby, gdzie majorowa tymczasem stała w otoczeniu swojej służby przed powiązanymi rezydentami. Bez tchu zawołała:
— Major, major idzie z niedźwiedziami!
Przerażenie zapanowało. Wtedy majorowa zwróciła się do swoich ludzi i rzekła:
— Dziękuję wam za pomoc, kochane dzieci! Nikt z was nie będzie odpowiadał za to, co się stało, nikt nie będzie karany. Idźcie do domu, nie chcę widzieć ludzi swoich mordowanymi. Teraz musi Bóg czuwać nad Ekeby, ja idę do mojej matki. Ty zaś — zwróciła się do Maryanny — uczyniłaś to w szale miłosnym, wiem o tem. Ale gdy odzyskasz zmysły, gdy Ekeby zmarnieje, a cała okolica popadnie w nędzę, wtedy przypomnij sobie, coś uczyniła i pamiętaj o biednych ludziach!
To powiedziawszy odeszła, a za nią jej wierni. Kiedy major nadszedł ze swojemi niedźwiedziami, zastał już tylko samą Maryannę i długi szereg wozów z powiązanymi rezydentami.
Tak pozostali więc oni nadal władcami Ekeby, gdyż czas jeszcze nie nadszedł, w którym je miano im odebrać, pozostawali bowiem jeszcze pod opieką Sintrama.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Józefa Klemensiewiczowa.