Dziewica z Jeziora/Pieśń V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Dziewica z Jeziora
Pochodzenie Tłómaczenia
Wydanie drugie
Data wydania 1874
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Czcionkami Gazety Lekarskiéj
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Edward Odyniec
Tytuł orygin. The Lady of the Lake
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PIEŚŃ PIĄTA.

WALKA.
I.

Miły oczom blask pierwszy jutrzenki rumianéj,
Gdy się nad czołem nocy burzliwéj promieni,
I rozjaśniając pomrok i mgliste tumany,
Poznaczą kręte ścieżki i biegi strumieni,
Wróżąc dzień i pogodę, zbłąkanym śród cieni:
Lecz miléj stokroć — zorzą zgody i braterstwa.
Ku któréj ze czcią oczy wznosi świat zbłąkany —
Łagodząc dzikość wojen i bitew morderstwa,
Świecą ludzkość i wiara w Zakonie Rycerstwa.

II.

Pierwszy brzask świtu, niepewny i mglisty,
Przedzierał gęstwę leszczyny krzewistéj,
Ody obok pod nią uśpieni bez trwogi,
Obaj rycerze powstali na nogi.

Wlepiwszy oczy w sklep niebios rumiany,
Zmówili każdy swój pacierz poranny.
Gall z suchych liści wznieciwszy stos świeży,
Podzielił z gościem ostatek wieczerzy:
I wierny słowu, wstał, w pled się obwinął,
W milczeniu ręką na Saxona skinął,
I obok niego, sam idąc ponury,
Wskazywał drogę przez lasy i góry.
Dziwaczna podróż! — raz chmurą owiani,
Pnąc się po skałach, nad brzegiem otchłani,
Widzą pod sobą, błyszczące od świtu,
Kręte rzek wstęgi: Forty i Teitu,
I między niemi rozległe doliny,
I aż po Sztirling, niknący w mgle sinéj;
To zchodząc w wąwóz zaległy pomroką,
Na długość włóczni nie widzi w nim oko.
Nieraz tak ślisko na skalistéj drodze,
Że ręka w pomoc musi śpieszyć nodze;
Nieraz tak ciasno w zaroślach, że z drzewa
Kroplista rosa jak deszcz ich oblewa,
Rosa tak lśniąca od wschodniéj jasności,
Że rzekłbyś brylant, albo łza piękności.

III.

Stanęli wreście gdzie stroma i dzika
Ścieżka z gór wierzchu ku głębi się zmyka.
W dole jezioro Wennacharu leży,
W górze piętrzysta Benledi się jeży;
Jedyna ścieżka snuje się głęboko
Między jeziorem i stromą opoką;

Stu ludzi na niéj, byle z wodzem śmiałym,
Mogłoby przejścia wzbronić wojskom całym.
Na barkach góry, pomiędzy skał zręby,
Zwisają brzozy i zkarlone dęby;
Tu mech szarzeje przyschły do kamieni,
Tam się gdzie niegdzie splot bluszczu zieleni;
Ówdzie chwast z wrzosem bujając wyniośle,
Poziomych krzaków zagęszcza zarośle.
U stóp téż góry, jeziora brzeg siny
Zarastał gajem osetu i trzciny.
Nieraz tam ścieżka wstecz pnie się na wzgórza,
Mijając spady potoków, lub łoża
Wyschłych, lecz zimą wezbranych strumieni,
Nasute żwirem i stosem kamieni. —
Nużąca droga! — obadwaj przechodnie
Stawali nieraz, by wytchnąć swobodnie;
Aż Gall, po cięższéj nad inne przeprawie,
Patrząc na gościa, zapytał ciekawie:
Czém go zwabiła kraina tak dzika,
Że śmiał ją zwiedzać bez glejtu Rodryka?

IV.

— „Gallu!“ — rzekł Saxon z wesołością w oku,
„Glejt mój najlepszy mam zawsze u boku.
„Lecz nie myślałem, wyznaję, tym razem,
„Bym musiał drogę torować żelazem.
„Gdy, trzy dni temu, łowami znużony,
„Straciwszy konia zbłądziłem w te strony,
„Wszystko tu było tak ciche w téj porze,
„Jak nieruchoma ta mgła na jeziorze;

„Wódz wasz daleko gdzieś zbierał łup krwawy,
„Ani go rychło czekano z wyprawy.
„Tak mówił góral, co mię ztąd prowadził;
„Widzę że kłamał, by tém łacniéj zdradził.“ —
— „Czegożeś wrócił do kraju naszego?“ —
— „Jesteś sam żołnierz, a pytasz: dla czego?
„Czyż chęci nasze, jak martwe sprężyny,
„Z pewnéj się tylko ruszają przyczyny? —
„Chciałem się otrząść z próżnowania, z nudów;
„Czułem potrzebę rozrywki i trudów…
„Lada myśl wtedy, lada przywidzenie
„Człowieka z domu daleko wyżenie:
„Stracony sokół, pies zbiegły na łowach,
„Ładna dziewczyna w samotnych dąbrowach…
„Wreście dość wiedzieć że kraj niebezpieczny,
„By już czuć powab i cel dostateczny.“ —

V.

— „Nie chcę cię badać!“ — góral odpowiedział.
„Lecz idąc do nas, mów, czyżeś nie wiedział,
„Że Mar z Morajem połączeni razem,
„Grożą nam wojną za króla rozkazem?“ —
— „Nie! na mój honor! — że z wojsk swym oddziałem
„Na przegląd króla czekają, słyszałem;
„Lecz żadnéj wojny nie było zamiaru.
„Dziś być już może; — znam hrabiego Maru,
„I ani wątpę, że gdy wieść odbierze,
„Że Rodryk w górach gromadzi żołnierze,
„I on sztandary rozwinie ku wojnie,
„Coby inaczéj drzémały spokojnie.“ —

— „Niechaj rozwija! szkoda, gdyby miały
„W pokrowcach swoich popróchnieć w kawały!
„Niechaj rozwija! toć i pod nami
„Sosna Alpina zaszumi z wiatrami! —
„Lecz jeśliś przybył jak wędrowiec cichy,
„Po co przechwałki płochości czy pychy,
„Których, wiész dobrze, że się nie ustraszym:
„Żeś wrogiem wodza naszego, i naszym?“ —
— „Do wczoraj rana, wierz mi, wojowniku!
„Tom tylko wiedział o waszym Rodryku,
„Że jest wygnaniec, nieposłuszny panu,
„Wódz buntowniczy zbójeckiego klanu,
„I że śród kłótni, co nie wiém zkąd wszczęta,
„Zabił rycerza na dworze Rejenta.
„Lecz trzebaż więcéj, aby na mordercę
„Oburzyć Szkota i Rycerza serce?“ —

VI.

Ponuro góral wzrok ku ziemi trzymał,
Przygryzał wargę — znać gniewem się zżymał,
I rzekł nakoniec z tajoną obrazą:
„Wiészże, dla czego on dobył żelazo?
„Wiész, jakie słowa i jaka zelżywość
„Wzbudziły w wodzu gniew i zapalczywość?
„Miałże znieść hańbę, i myśléć w téj porze,
„Czy jest w swych górach, czy na króla dworze?
„Nie! mścił się krzywdy, gdzie krzywdy doświadczył;
„Na dworze Niebios byłby nie przebaczył! —
— „Mord zawsze mordem: — prawda, że w téj chwili
„Małoście władzę królewską ważyli:

„Gdy sam Albany, w ustawicznéj trwodze,
„Rozkełznał rządu zwierzone mu wodze,
„A król nieletni, w Sztirlingu zamknięty,
„Grał jeszcze w cacka z małemi chłopięty. —
„Lecz dziś, to jego życie rozbójnicze!
„Krwią ludu błahe oblewać zdobycze;
„Mord i pożogę nieść w kmiece zagrody;
„Wydzierać biednym ich żniwa i trzody!… —
„Serce, jak twoje, wzdrygać się powinno,
„Na nocną łupież i na krew niewinną.“

VII.

Góral ku mówcy obrócił wzrok hardy,
I rzekł z uśmiechem goryczy i wzgardy:
„Patrzałem na cię, gdyś z gór tych, Saxonie!
„Spoglądał z dumą na szerokie błonie,
„Na bujne łąki, niknące w przestrzeni,
„Przerżnięte tylą i rzek i strumieni;
„Na wdzięczne wzgórza i gaje kwitnące,
„Ku południowi i na wschód leżące!…
„Żyzne te pola, kraj oczom tak miły,
„Naszém dziedzictwem, naszym krajem były.
„Przyszedł wróg Saxon, i przemocą zbójców,
„Wydarł je, zbroczył we krwi naszych ojców.
„Gdzież żyjem teraz? — patrz! to nasze właści:
„Głazy na głazach, i przepaść w przepaści!
„Będziemyż prosić u twardych kamieni,
„Roli na wiosnę i chleba w jesieni?
„Będziemyż błagać te góry piaszczyste,
„O tuczne woły i trzody wełniste?

„Nie odpowiedząż kamienie i góry:
„My wam stoimy za twierdze i mury,
„Po ojcach macie broń, siłę i męztwo,
„Co wróg wam wydarł, niech wróci zwycięztwo!“ —
„A my, mrąc głodem w tych twierdzach północy,
„Mamyż nie słuchać, nie użyć swéj mocy:
„Nie wydrzeć łupu z rąk naszych wydzierców.
„Nie mścić się mordu nad rodem morderców?…
„Nie, nie! Saxonie! — dopoki wam niwa,
„Jeden snop zboża rodzić będzie w żniwa;
„Póki z tysiąca trzód, co się tam błąka,
„Jednego wołu wypasie wam łąka:
„Poty Gall, dziedzic niw, łąk i krainy,
„Iść będzie z mieczem po krwawe daniny[1]!
„Gdzież jest wódz góral, co myśli inaczéj.
„Co w wojnach z wami słuszności nie baczy? —
„Zemsta za ojców, jest powinność synów. —
„Innych skarg szukaj na wodza Alpinów!“ —

VIII.

— „Nie znajdę, myślisz?“ — rzekł Saxon spokojnie.
„Cóż powiész; nie już o mordach na wojnie,
„Lecz o podstępach uknowanych skrycie,
„O sidłach na mnie i na moje życie?“ —
— „To, żeś je własną ściągnął nierozwagą.
„Gdybyś był przyszedł i rzekł prawdę nagą:
„Szukam sokoła, ścigam za zwierzyną,
„Chcę się obaczyć z góralską dziewczyną:
„Byłbyś szedł wolno, i wrócić mógł śmiele.
„Lecz skryte kroki znaczą zdradne cele.

„A i tak, nie sądź, choć za szpiega miany,
„Że byłbyś na śmierć bez sądu skazany,
„Gdyby nie wyrok — srogi, lecz konieczny.“ —
— „Więc i to mijam“ — rzekł Saxon niesprzeczny,
„Ani chcę, widząc że to gniew twój draźni,
„Wymieniać dalszych źródeł nieprzyjaźni.
„Dość, żem się związał rycerskiemi śluby,
„Walczyć z twym wodzem, i szukać nań zguby:
„Nie po zdradziecku — lecz jawnie i zbrojnie.
„Dwakroć klan Alpin zwiedziłem spokojnie,
„Jak gość; lecz jeśli przyjdę trzecim razem,
„Przyjdę jak wróg wasz, z ogniem i żelazem,
„Z sztandarem wojny, i z orszakiem dzielnym,
„Na bój śmiertelny, z mym wrogiem śmiertelnym!
„I ani pasterz pod oknem dziewczyny,
„Nie czeka tęskniéj zmówionéj godziny,
„Jak ja téj chwili, gdy w pośród swéj dziczy,
„Stanie przedemną wasz wódz buntowniczy.“ —

IX.

— „Miéj więc, co żądasz!“ — świsnął — smug i skały
Jak jedném długiém echem się ozwały.
Jak w stadzie hasło strażniczego ptaka,
Świst się powtórzył od krzaka do krzaka:
I oto — z krzaków, z za skał, z nad jeziora,
Wznoszą się dzidy, łuki, czapki, pióra;
Nisko, wysoko, na lewo, na prawo,
Wyskoczył żołnierz ukryty pod trawą.

Z nagich mchów drzewca jak gajem wyrosły,
Z ciemnych drzew ostrza jak gwiazdy się wzniosły,
Jak woda w trzcinie błysnęły oręże,
I krzaki w zbrojne zmieniły się męże.
Z lśniącym puklerzem, z dobytém żelazem,
Pięćset ich z ziemi powstało zarazem,
Jakby na czarów zaklęcie tajemne,
Wojsko się duchów zjawiło podziemne.
Każdy gdzie powstał, tam stał nieruchomy,
Aż nowe hasło da wódz niewidomy.
Jak nad przepaścią wiszące skał bryły,
Co je wiek strącił, lub gromy w dół zbiły,
Chwiejąc się wiszą na wątłéj podporze,
Że lada wietrzyk w głąb strącić je może:
Tak ci, z gotowym orężem i krokiem
By skoczyć — stoją w milczeniu głębokiém. —
Z milczącą dumą, Gall wzrokiem płomiennym
Wodził przez chwilę po tłumie wojennym;
Nagle brew zmarszczył, i ponure skronie
Zwrócił na gościa: „Cóż teraz, Saxonie?
„To jest Klan-Alpin“ — hufce wskazał gestem,
„A wódz ich Rodryk — Saxonie! — ja jestem!“ —

X.

Saxon był mężny, i choć w nim krew cała
Wrzącym strumieniem do serca zbieżała,
Nie zbladł, twarz zimną uzbroił odwagą,
Wzrok groźby wzrokiem odtrącił z powagą,
I z niezachwianą wyniosłością męża,
Wsparł się o skałę, i dobył oręża.

„Przystąp! przystąpcie! jeden, czy tłumami!
„Głaz ten wprzód pierzchnie, niżli ja przed wami.“ —
Patrzał nań Rodryk — a jego spójrzenie
Zdradzało wnętrzną cześć i podziwienie,
I ową radość, co mężnych przenika,
Gdy na godnego trafią przeciwnika.
Poczekał chwilę — i ręką w dół skinął.
Cały tłum zbrojnych jak zjawił się, zginął.
Gdzie kto stał, wszyscy zniknęli zarazem,
W trzcinie, we wrzosach, za drzewem, za głazem.
Sterczące drzewca na mchu się pokładły,
Iskrzące ostrza w gęstwinę zapadły;
Otchłań się, rzekłbyś, skroś ziemi otwarła,
I płód swój zbrojny na nowo pożarła.
Ostatni powiew, zlatując z Benledi,
Kołysał pióra, chorągwie i pledy:
Lecący za nim, już tylko powiewa
Na trawy, liście, zarosłe i drzewa.
Ostatni promień, bijący od słońca,
Lśnił w ostrzu mieczów i włóczni tysiąca:
Drugi już tylko, niczém nieodbity,
Świeci na szare mchy, piaski, granity.

XI.

Spójrzał Fitz-Jakób — i ledwo sam wierzył
Że go ten widok na jawie uderzył:
Tak był podobny sennemu widzeniu,
I znikł z przed oczu, jak sen przy ocknieniu.
Niepewnym wzrokiem myśli wodza pytał,
I wódz myśl jego w tym wzroku wyczytał:

„Nie bój się! — lecz nie! nie trzebać téj rady! —
„Nie wątp, i nie miéj podejrzenia zdrady!
„Jesteś mym gościem: przyrzekłem z swéj woli,
„Być sam: twym stróżem po bród Kojlantoli;
„Ni sądź, że obcych przyzywałbym broni,
„Przeciwko jednéj i walecznéj dłoni.
„Nie! choćbym walczył o zwrot wszystkich plonów,
„Co kiedyś Gallom wydarł miecz Saxonów! —
„Więc pójdźmy! — wskazać chciałem ci jedynie,
„Na jak ułomnéj wspierałeś się trzcinie,
„Sądząc, że miecz swój mając za strażnika,
„Przejść możesz tędy bez glejtu Rodryka. —
„Pójdźmy!“ — i poszli. — Fitz-Jakób był śmiały,
I jako rycerz, co żyje dla chwały,
Umiał w potrzebie nie baczyć na życie;
Lecz nieraz serce zadrgnęło w nim skrycie,
Gdy obok wodza szedł kwapioną nogą,
Pustą na pozór i spokojną drogą,
Lecz gdzie po stronach, jak żądła wężowe,
Czyhały miecze i włócznie, gotowe
Powstać i mścić się, byleby zamarzył
Człowiek, którego, sam czuł, że znieważył.
Nieraz w bok rzucił oczyma bystremi,
By dójrzeć mężów przypadłych do ziemi;
Nieraz się zdało, na lada ruch trawy,
Że się z niéj ludzkie podnoszą postawy;
Nie raz na lada lot ptaka pierzchliwy,
Zabrzmiało w uszach brząknienie cięciwy,
Albo świst kani, krążącéj w obłoku,
Zdał się być hasłem zgubnego wyroku.

I nie wprzód wolno odetchnął ze zgrozy,
Aż leśne w tyle rzuciwszy wąwozy,
Wyszli na czyste, szerokie równiny,
Gdzie już nie było ni skał, ni gęstwiny,
Chwastów, ni krzaków, by się w nich zdradziecko
Zakraść mógł zbrojny na czatę zbójecką.

XII.

Rodryk szedł milcząc; — aż gdzie w biegu skora,
Rzeka, trzech jezior pełnobrzega córa,
Z bram Wennacharu srebrząc się wytryska,
I przez zielone Bochastlu bagniska
Szumiąc, podrywa twierdz owych posadę,
Gdzie Rzym swe niegdyś orły świato-włade[2]
Zatrzymał w locie, i chciwym napaści,
Raz pierwszy kazał swéj tylko strzedz właści.
Tam wódz pled z ramion i tarcz swą odrzucił,
Ku Saxonowi twarzą się obrócił,
I rzekł: „Saxonie! Gall słowu nie skłamał,
„Rodryk gościny i wiary nie złamał.
„Ów zbójca krwawy, ów człek bez sumienia,
„Wódz buntowniczy dzikiego plemienia,
„Środkiem czat zbrojnych, przez błędne przechody,
„Wiódł wroga swego, i przewiódł bez szkody!
„Lecz tu bój równy — mąż przeciwko męża:
„Tu doznasz mojéj zemsty i oręża.
„Patrz! oto stoję, z mieczem tylko w dłoni —
„To bród Kojlantol! — Saxonie! do broni“ —

XIII.

— „Gallu!“ Fitz-Jakób rzekł, „nigdym nie zwlekał
„Dobyć oręża, gdy wróg na mnie czekał.
„Śmierć twą, co większa, ślubowałem Bogu.
„Lecz ta szlachetność i wiara we wrogu,
„Wdzięczność za życie i szczerą gościnność,
„Inną méj duszy wskazują powinność.
„Posłuchaj! nic-że oprócz krwi rozlewu
„Nie zgoi w tobie obrazy i gniewu?
„W bitwież się tylko złączą nasze dłonie?
„Nie maż sposobu?…“ — „Żadnego, Saxonie!
„I wiedz, by skrzepłe wzbudzić w tobie męztwo,
„Na tobie leży twych ziomków zwycięztwo;
„Bo tak w proroczém widzeniu natchnięty,
„Rzekł wieszczbiarz, z ojca nie-człeka poczęty:
„„Strona, co pierwsza krew wroga przeleje,
„„Zwycięztwa w boju mieć może nadzieję.“ —
— „Czy tak? — więc Niebo przyzywam na świadka,
„Że się już losów rozstrzygła zagadka,
„Tam — każ poszukać! — pod tą ciemną skałą,
„Krzepnie w krwi własnéj Murdochowe ciało. —
„Nie zmienić ludziom, co los postanowi.
„Poddaj się, wodzu! nie mnie, lecz losowi!
„Pójdź! pójdźmy razem do króla Sztuarta:
„Tam, jeśli niechęć nie zmięknie uparta,
„Gdy cię król przyjąć nie zechce uprzejmie,
„Nie wróci łaski, wyroku nie zdejmie:
„Wierz memu słowu, rękojmi, przysiędze,
„Że znów — bez ujmy ni w czci, ni w potędze,

„Chociażbyś z królem chciał w dalszéj trwać wojnie,
„Na czoło klanu powrócisz spokojnie.“ —

XIV.

Szczerym płomieniem zaiskrzył wzrok Galla:
„Tak cię więc płocha duma rozzuchwala?
„Żeś może zdradą zmógł tego nędznika,
„Śmiesz już do jarzma nakłaniać Rodryka?…
„Nie! on się ludziom ni losom nie zegnie,
„Będzie żył wolny, lub wolny polegnie!
„Każde twe słowo gniew tylko mój draźni,
„I śmierć lennika domaga się kaźni. —
„Broń się! — Tyś jeszcze nie gotów? — Na Boga!
„Zbłądziłem widzę, biorąc cię za wroga
„Godnego mojéj prawicy i pieczy,
„Żem cię dla gminnych pozazdrościł mieczy!
„Tyś widzę rycerz atłasem podszyty,
„Którego cała chwała i zaszczyty,
„Pstrzyć hełm w kędziory z warkocza kobiéty!… “ —
— „Dzięki, Rodryku! dzięki za to słowo!
„Zatliłeś serce, dłoń wzmogłeś na nowo:
„Ślub mój przez ciebie poprzypominały losy,
„Bym we krwi twojéj umaczał te włosy. —
„A więc do broni! — i nie sądź, Alpinie!
„Że w tobie tylko i w twojéj krainie
„Rycerska wiara żyć może jedynie! —
„Chociaż gdy świsnę, z za drzew, z za kamieni,
„Nie wskoczą zbójcy na mord zasadzeni,
„Jeden dźwięk trąbki, co noszę u boku,
„Stałby się hasłem twéj zguby wyroku.

„Lecz nie drzyj — nie wątp! — jak ci się podoba
„Spór nasz sam na sam skończymy tu oba.“ —
Jeden i drugi wnet mieczów dobyli,
I obaj pochwy na ziemię rzucili;
Jeden i drugi ku niebu spojrzeli,
Jakby go więcéj oglądać nie mieli;
I oko w oku, z wzniesioném żelazem,
Wpadli na siebie, i zwarli się razem.

XV.

Zapóźno Rodryk błąd poczuł w potrzebie,
Że tarcz warowną odrzucił od siebie[3].
Z twardych skór zbita, gwoźdźmi nakowana,
Stokroć śmierć w boju odbiła od pana.
Bo Saxon sztuczny w robieniu żelazem,
W mieczu miał oręż i tarczę zarazem,
Siekł, kłół, odbijał, i ostrzem i płazem:
Gdy Gall mniéj zwinny, choć silniéj hartowny,
Z trudem na sobie bój dzierżał nierówny.
Trzykroć się zwarli — i trzykroć Saxona
Lśniący miecz struga zaćmiła czerwona;
Nie trysk, nie kropla, lecz wrząca krwi fala
Lunęła z piersi na tartan górala.
Rozżarł się Rodryk — i jak deszcz zimowy
Spuścił na wroga grad ciosów stalowy.
Lecz jak o dachy, lub twarde skał szczyty,
Grad się odbija i taje odbity:
Tak Saxon ślepéj zawziętości razy
Odbijał sztuką, nie wziąwszy obrazy.

Aż na słabszego, im coraz siekł gęściéj,
Natarłszy, oręż wytracił mu z pięści,
I zemdlonego i trudem, i raną,
Zwalił o ziemię — na jedno kolano.

XVI.

— „Poddaj się!“ — groźnie zawołał tą razą,
Po nad klęczącym podnosząc żelazo: —
„Poddaj się! albo przez Boga na Niebie!
„Ta chwila będzie ostatnią dla ciebie!“ —
— „Łask twych nie pragnę, a gróźb się nie boję!
„Zwycięztwo jeszcze ni moje, ni twoje!“ —
I jak wąż w pogoń za ptakiem gdy wzięci,
Jak lew rozżarty wyrwawszy się z sieci,
Jak ryś drapieżny broniący swych dzieci:
Porwał się z ziemi, wściekłością miotany,
Odniósł cios nowy, lecz nie czuł téj rany,
I poskoczywszy ku piersiom Saxona.
Zachwiał nim, w silne objąwszy ramiona.
Teraz, Saxonie! wzmóż siłę prawicy,
Bo to nie uścisk zalotnéj dziewicy!
Przez miedź potrójną, przez zbroję ze stali,
Czułbyś moc jego. — Zwarli się, porwali,
Łamią się, chwieją — upadli pospołu:
Rodryk na wierzchu, Fitz-Jakób u dołu.
Tu Gall za gardło porwawszy go z gniewem,
Przygniótł pierś jego kolanem swém lewém;
Skinieniem czoła odrzucił w tył włosy,
Przetarł wzrok ręką, czy ze krwi, czy z rosy,

I podniósł sztylet; — lecz źle zastąpiły
Gniew i zawziętość stracone już siły;
Zapóźno dopiął nad wrogiem korzyści,
By mógł dokonać dzieła nienawiści.
Bo ledwo sztylet zabłysnął wysoko,
Twarz zbladła nagle, zaćmiło się oko:
Spuścił cios jednak — ale go niekrwawa,
Za piersi wroga, przyjęła murawa.
Sam padł zemdlony; — Fitz-Jakób bez rany,
Wstał, bez tchu, blady, krwią wroga oblany.

XVII.

Niebu cześć naprzód uczynił i śluby,
Że go tak cudem zbawiło od zguby.
Stanął nad wrogiem, co w krwi swéj strumieniach,
W ostatnich z śmiercią pasował się drgnieniach.
Wzrok się zwycięzcy łzą żalu zamroczył,
Gdy we krwi jego włos Blanki umoczył:
„Biedna dziewczyno! krzywda twa pomszczona!
„Lecz w Nim z łupieżcą i bohater kona.
„Oby na lepsze chciał użyć oręża,
„Świat dzielniejszego nie widziałby męża!“ —
Podumał chwilę, trąbkę do ust złożył,
Zagrał raz — przestał, i dwakroć powtórzył.
Odwiązał z szyi chustkę koronkową,
Rozpiął odzienie, i z odkrytą głową
Usiadł nad wodą, i czerpając w dłonie,
Obmywał ręce skrwawione i skronie. —
Wtém łoskot jakiś zahuczał po błoni…
Zbliża się, rośnie — to tentent, czwał koni!

I wnet z za wzgórza, po równéj przestrzeni,
Pędzą wprost czteréj myśliwcy w zieleni.
Dwóch niesie włócznie i puklerze z godłem,
Dwóch wiedzie lózem dwa konie pod siodłem.
Pędzą — aż kurzem i znojem okryci,
Przed Fitz-Jakóbem stanęli jak wryci.
Widzą plac boju, dziwią się, chcą badać: —
„Nie pytać o nic! przed nikim nie gadać!
„Herbert z Lufnesem niech zsiada wnet z koni,
„Temu rannemu użyczcie swych dłoni:
„Obwiążecie rany! — nie obce wam leki.
„Chcę by mu czułéj nie brakło opieki.
„Wprost do Sztirlingu, gdy siła pozwoli,
„Wsadźcie go na koń, i wieźcie powoli.
„Łagodny siwosz nie strudzi go wcale.
„Biedny koń! musi przestać na téj chwale;
„Milszy dziś ciężar miał dostać w podziale! —
„Ja muszę przodem; — godzina już bliska,
„W któréj się miejskie rozpoczną igrzyska.
„Ale mój Bajard szybko mię przeniesie. —
„Śpieszcie! — wy za mną! De Vaux[4] i Herresie!“ —

XVIII.

„Stój, stój, Bajardzie!“ — koń grzywę nadyma,
Poryża zcicha, i strzyże uszyma:
Znać się z pańskiego raduje widzenia.
Pan nie wziął cugla, nie dotknął strzemienia,

Lecz głaszcząc ręką po grzywie, od ziemi
Wskoczył na siodło nogami równemi.
Dotknął ostrogą, munsztuk ściągnął w ręku,
Koń wspiął się — jeździec nie zachwiał się w łęku.
Popuścił wodze — a koń niecierpliwy,
Pomknął się z miejsca, jak strzała z cięciwy.
Przebrnął przez potok, prześmignął po błoniu,
I zarżał głośno na wzgórzach Karhoniu.
Jeździec go znowu, połechtał ostrogą,
Giermkowie za nim zdążają jak mogą.
Brzegiem Teitu czwałują w zawody,
Pęd ich bystrzéjszy, niż w rzece nurt wody.
Już Torry, Lendrik, i Dunstan za nimi:
Kurz tylko w kłębach po drodze się dymi.
Błysły z wież Dunu chorągwie zatknięte,
I za las nagle zapadły jak ścięte.
Na Bler-Drummondzie skry krzeszą ze żwiru;
Jak wiatr przemknęli wszerz pól Ochtertiru.
Mignęła tylko i znikła z przed oka,
Bodąca chmury Kieru opoka.
Do brzegów Forty przypadli, i płyną,
Pianami wodę posrebrzając siną;
Parskają konie, aż na brzeg pochyły
Wspięły się przodem, i rżąc wyskoczyły.
Kreg-Fort na prawo minęli jak z procy —
I już sędziwa warownia północy,
Sztirling, rozsiadły na dzikich skał czole,
Widzi ich z góry pędzących przez pole.

XIX.

Już pną się w górę po skalistéj drodze:
Gdy pan Bajarda, wściągając mu wodze.
Skinął na giermka: — posłuszny skinieniu,
Wnet ku pańskiemu poskoczył strzemieniu. —
Widzisz tam, De Vaux! owego człowieka,
„Co się ku miastu przebiera zdaleka?
„Olbrzym z postawy, w ubogiéj odzieży.
„Co za krok! patrzaj! przysiągłbym że bieży,
„Prosto pod górę, bez trudu oznaki! —
„Przypatrz się tylko! — nie znasz kto on taki?“ —
— „Nie, na mój honor! — lecz olbrzym prawdziwy!
„Pewno czyjś hajduk, lub sługa myśliwy.“ —
— „Wstydź się, wstydź, De Vaux! czyż wzrok nieprzyjaźni,
„Czyż zawiść dójrzéć nie umie wyraźniéj? —
„Nim wszedł pod górę, zaledwo spojrzałem,
„Zaraz tę postać i krok ten poznałem.
„Równych im nie ma w całéj Szkockiéj ziemi,
„A któżby z obcych śmiał mierzyć się z niemi? —
„To Jakób Duglas, hrabia na Bottwelu! —
„Śpieszmy dwór ostrzedz o nieprzyjacielu!
„Król się téż musi namyśléć tymczasem,
„Jak się ma znaleźć, i spotkać z Duglasem.“ —
Tu zwrócił konia ku murom zamkowym,
I wbiegł do bramy po moście zwodowym.

XX.

Duglas przez pola zdążając bez toru,
Z Kambus-Kennetu powracał klasztoru,

I spoglądając na Sztirlingu mury,
Tak z sobą w myślach rozmawiał ponury: —
„Tak! prawda była w Allana widzeniu:
„Szlachetny Graham u króla w więzieniu!
„I wkrótce moja złowroga gościna
„Ściągnie grom zemsty na plemię Alpina.
„Ja, ja sam tylko odkupić ich mogę. —
„Bóg daj! bym późno nie wybrał się w drogę! —
„Ksieni przyrzekła; — tak, ufać jéj muszę.
„Helena Bogu poślubi swą duszę. —
„Ach! te łzy moje nie obrażą Boga! —
„Tyś ją dał, Panie! ty wiesz, jak mi droga,
„Jak dobra! — Darmo! — nie czas się ozierać;
„Myślmy, jak Duglas powinien umierać. —
„O! smutne mury! śród których obwodu
„Miecz króla niegdyś pił krew mego rodu![5]
„I ty, o! wzgórze złowrogie! na którém[6],
„Śmierć krwawym kaźni śmigając toporem,
„Zmiatała nieraz przed stopami kata,
„Głowy słynące u kraju i świata:
„Gotujcie więzy, loch i rusztowanie!
„Duglas sam idzie, aby wstąpić na nie. —
„Lecz cóż to? — słyszę gwar wesołych tonów:
„Muzyka! bębny! odgłos wszystkich dzwonów!…
„Patrz! lud się sypie! — wesołe maszkary!
„Trębacze, cechy, rozwite sztandary,
„Strzelcy, tancerze pobrawszy się w pary! —

„Zgaduję powód, znam te widowiska:
„Miasto dla króla wyprawia igrzyska[7]!
„Król na nich będzie: — bo równie mu miła
„Zręczność łuczników i szermierzy siła,
„Jak gdy we zbrojach, przyrosła do koni,
„Szlachta harcuje i na ostre goni.
„Pójdę tam — będę walczył o nagrodę.
„Król mię obaczy: — i może dowiodę,
„Że wiek nie całkiem osłabił te siły,
„Co go chłopięciem tak często dziwiły.“ —

XXI.

Otwarto na wściąż dziedziniec zamkowy,
Drżał tętniąc głucho most długi, zwodowy,
I brukowana bryłami granitów
Brzmiała ulica od końskich kopytów,
Gdy w dół ku miastu, wolnemi krokami,
Zjeżdżał król Jakób ze swymi panami,
A lud po stronach ściskając się w szyki,
Witał monarchę głośnemi okrzyki.
Za każdym razem król głowę odsłaniał,
I aż do siodła schylając się kłaniał,
Witając ręką, z wdzięcznemi uśmiéchy.
Mieszczki płonące od wstydu i pychy.
Mogły się pysznić: — bo król gdy spozierał,
Wzrok same piękne i młode wybierał.
Mieszczan pozdrawiał z powagą, lecz grzeczną,
Wieśniakom odzież pochwalał świąteczną,
I spoglądając to w lewo, to w prawo,
Ośmielał wzrokiem i twarzą łaskawą

Tłum, co mu wzajem wykrzykał bez końca:
„Vivat król Jakób! miast naszych obrońca!“ —
Z tyłu za królem, błyszczący od stali
Pierwsi panowie i dworscy jechali,
I strojne w pióra i złote tkanice,
Poważne panie i młode dziewice.
Co ledwo konie pohamować mogą,
Niechcące zwolna spadzistą iść drogą. —
Lecz w tym orszaku, nie na jednéj twarzy
Znać, że się w sercu skryta niechęć żarzy.
Tam szlachta, w duszy tając dumę hardą,
Zabawy mieszczan ogląda z pogardą;
Tam wodze klanów, w zakładzie u króla,
Którym dwór jego gorzki jak niewola,
Marząc o górach rodzinnych i lasach,
O niepodległych zabawach i wczasach,
Sądzą się sami częścią widowiska,
I klną w swéj duszy króla, i igrzyska.

XXII.

Wpośród zielonéj łąki, cała rzesza,
Różnobarwista, plącze się i miesza.
Tu, widać, zgraja murzyńskich tancerzy,
W piórach na głowie, w jaskrawéj odzieży,
Z przywiązanemi u pasa dzwonkami,
Kręci się, brzęcząc, z gołemi szablami.
Tam — co najbardziéj gmin wabi i cieszy,
Robinhud stoi na czele swéj rzeszy[8].
W niéj Tuk braciszek, z pałką i w kapturze,
Skatelok starzec, wsparty na kosturze;

Sążnisty Skarlet, i wesoły Janek,
Do ust chylący boczułkę jak dzbanek;
I tuż kochanka jego, Maryanna,
Jak kość słoniowa biała i rumiana;
A ich trębacze, stojący przy Tuku,
Wzywają strzelców do strzelania z łuku[9]. —
Przystąpił Duglas, wziął łuk, podniósł, zmierzył,
I pierwszą strzałą w śród celu uderzył;
Nałożył drugą, krok w miejscu ukrzepił,
Puścił, i pierwszą na dwoje rozszczepił.
„Jemu z rąk króla — tłum zgodnie wykrzyka,
„Wziąć srebrną strzałę, nagrodę łucznika!“ —
Lecz próżno Duglas, ukląkłszy w milczeniu,
Szukał współczucia w monarchy spójrzeniu;
Król obojętnie, jak strzelcu prostemu,
Dał mu nagrodę, nie patrząc ku niemu.

XXIII.

Tłum się rozstąpił — ucichły hałasy:
Wyszli szermierze, i idą w zapasy.
Dwóch pozostało zwycięzców nad zgrają;
Chełpią się dumnie, i lud wyzywają.

Wystąpił Duglas, i obu przełamał.
Hugo z Larbertu na wielki ochramał;
Nie lepsze przyszło na Jana z Aloi,
Bez tchu do domu odnieśli go swoi.
„Jemu z rąk króla — okrzyk się rozszerza,
„Wziąć złoty pierścień, nagrodę szermierza.“ —
Król dając spójrzał; — lecz źrenica chłodna,
Jak w lód błękitny ścięta kropla wodna,
Serce Duglasa zmroziła aż do dna.
Duglas chciał mówić — lecz myśli chaosu
Nie mógł rozwikłać, ni znaleźć dość głosu.
Wzburzony powstał i szedł, gdzie młodzieńce,
Zebrani kołem, zakasawszy ręce,
Ciężkiemi kręgi ciskają ku górze.
Gdy już z nich każdy pokazał co może:
Zbliżył się Duglas, i dłońmi silnemi,
Kamień od wieków wpół wrosły do ziemi,
Wyrwał, rozwahał, i cisnął pod nieba:
Kamień o staje padł daléj niż trzeba.
Dotąd w Sztirlingu, w królewskich ogrodach,
Starcy pomniący o dawnych przygodach,
Wskazują przestrzeń, zwaną: rzut Duglasów,
Skarżąc na słabość teraźniejszych czasów.

XXIV.

Po całéj łące oklaski zabrzmiały,
Trzykrotném echem odbiły je skały.
Król po raz trzeci, z twarzą niewzruszoną,
Podał zwycięzcy kiesę napełnioną.

Duglas z uśmiechem pogardy i dumy,
Powstał, i złoto rozsiał między tłumy.
Dziw je ogarnął: zbliska i zdaleka
Tłoczą się widzieć dziwnego człowieka.
Aż wkoło szepty powstały przychylne:
Że dłoń tak hojna, i ramię tak silne,
Rodu Duglasów są cechy nieomylne! —
Starcy zważali, potrząsając głowy,
Na skroniach jego szron włosa zimowy,
I szepcąc z sobą, uczyli swych synów,
Przeważnych zwycieztw i chwalebnych czynów,
Jakie za dawnych i za nowych czasów,
Kraj ich był winien rodowi Duglasów.
Niewiasty postać szlachetną chwaliły,
Choć ją i trudy i lata zgarbiły;
Młódź czcią przejęta, w myślach się zacieka
Nad siłą większą, niż siła człowieka;
A szepty o nim i szmery ciekawe
W coraz głośniejszą zmieniały się wrzawę. —
Lecz nikt ku niemu, w owém całém gronie
Panów i dworzan, co stali przy tronie,
Nie zwrócił nawet wzroku dobréj chęci;
Nikt nie przywołał wygnańca w pamięci;
Nikt — z takich nawet, co niegdyś bez braku
O służbę w jego żebrali orszaku,
I w polu bitew, i za jego stołem,
Pod jego tarczą kupili się społem,
Ślady stóp jego zamiatając czołem!… —
Ale któż z łaski monarszéj wygnany,
Znajdzie przyjaciół pomiędzy dworzany? —

XXV.

Król, by ożywić radość zgromadzenia,
Kazał wypuścić pięknego jelenia,
Którego w polu, dla większéj dnia chwały,
Dwa ulubione charty ścigać miały,
A ztąd zwierzyna, przy burgundzkiém winie,
Miały być ucztą strzeleckiéj drużynie.
Lecz Lufra — niczém od Duglasa boku
Nieodwołana, nieodstępna kroku,
(Psa jéj równego Szkocya nie miała)!
Zoczywszy zwierza, pomknęła jak strzała;
I psy królewskie minąwszy w pół drogi,
Wskoczyła z tyłu na łup pysznorogi,
I ostrym pyszczkiem wpoiwszy się w szyję,
Zwisła ku ziemi, i krew jego pije. —
Łowczy królewski cudzego psa zoczył,
Rozżarł się gniewem, i szybko przyskoczył,
I zaprzątnione zwaloną zdobyczą,
Szlachetne zwierze okładać jął smyczą. —
Duglas bez gniewu znieść umiał od rana
Pogardę dworzan, i zimny wzrok pana,
I co najbardziéj dumne serce boli,
Politowanie gminu w swéj niedoli:
Lecz ten pies jego! kochanek rodziny,
Towarzysz łowów, stróż łoża jedyny!
Lufra! — dla któréj na wysmukłą szyję
Helena codzień świeży wianek wije;
Co z nią tak wzrosła, że samo wspomnienie
Lufry, już budzi pamięć o Helenie!…

Nie! Duglas tego nie zniesie widoku!
Znać że wre gniewem, znać z twarzy i wzroku.
Jak wały morskie przed łodzią pędzone,
Ciżba się przed nim rozpierzcha na stronę;
On słyszy skowyt swéj Lufry — i bieży.
Jeden policzek — już łowczy w krwi leży.
„Takiego razu — krzyknęła gromada,
„Dłoń w rękawicy żelaznéj nie zada!“ —

XXVI.

Tu okrzyk powstał w królewskim orszaku,
Miecze i kije wzniosły się bez braku.
„Precz!“ krzyknął Duglas, „komu życie miłe!
„Precz podła zgrajo! — widzieliście siłę,
„Znajcie Duglasa! — Tak, królu Jakóbie!
„Jam jest ów Duglas — i z krwi się méj chlubię! —
„Próżno śledzony od sług twego gniewu.
„Dziś, by nie sprawiać krwi bratniéj rozlewu,
„Sam dobrowolną przynoszę ofiarę,
„Tę głowę moje — pod jaką chcesz karę,
„Ani śmiem czekać, ni błagać łask twoich,
„Prócz przebaczenia dla przyjaciół moich.“ —
— „Tak mi to płacisz — król z gniewem wyrzecze,
„Moję łaskawość, zuchwały człowiecze!
„Żem niepamiętny krzywd moich tak wielu,
„Ciebie jednego, Jakóbie z Bottwelu,
„Przez słabość serca, w plemieniu twém całém,
„Długo za wroga policzyć nie chciałem? —
„Lecz czyliż mniemasz, że króla oblicze
„Ścierpi bezkarnie gwałty buntownicze?

„Hej! wodzu warty! miéj go w ścisłéj straży!
„Niech się nikt zbliżać ku niemu nie waży! —
„Dosyć tych igrzysk!“ — bo wzmogły się huki,
I lud już zaczął porywać za łuki. —
„Dosyć tych igrzysk! i niech jazda nasza —
Dodał brwi marszcząc — „ten gmin porozprasza!“ —

XXVII.

Wnet ciżba, nieład, zgiełk, jęki i wrzawy,
Zmieniły pozór wesołéj zabawy.
Jeźdźcy w bok koński wciskając ostrogę,
Przez tłum przebojem torować chcą drogę,
Dzieci i starców tratują kopyty.
Pierzchają tchórze, w głos krzyczą kobiéty:
Śmielsi kamieńmi, maczugą, toporem,
Bronią się w miejscu, i stają oporem.
Widząc bunt jawny, Duglasa niezwłócznie
Lasem królewskie opasały włócznie.
Wiodą na zamek: — rozhukana tłuszcza,
Z tyłu i z przodu kupi się, nie puszcza.
Z boleścią Duglas ujrzał i z obawą,
Że lud za niego powstaje nad prawo,
I by oszczędzić występku i mordu,
Do wodza straży rzekł: „Janie z Hinfordu!
„Jeśli pomnisz, że moje to ramię
„Niegdyś rycerstwa przepięło ci znamię,
„Za ten czyn dobry, każ się zastanowić,
„Bym do zbłąkanych mógł słowo przemówić.“

XXVIII.

„Ludu! ziomkowie! nim dla méj miłości
„Stargacie węzły praw i powinności,
„Słuchajcie! — Duglas pod rozwagę prawa,
„Sam swoje życie i cześć swą oddawa.
„Jestże to prawo w tak słabéj niemocy,
„Że mu aż buntu potrzeba pomocy?
„Lub choćbym z krzywdą miał ponieść cios zgubny,
„Zaliż myślicie, że gniew samolubny
„Z miłości kraju tak wyzuł me serce,
„Iż, aby podle ukarać oszczerce,
„Zechcę być wojny domowéj powodem,
„I zerwę miłość krwi mojéj z narodem? —
„O! nie! — Pomnijcie, że w ciężkiéj niewoli,
„Myśl ta nie będzie osładzać méj doli:
„Że się broń, któréj nasz wróg niech się boi!
„Krwią własnych ziomków z méj winy napoi;
„Że śród was reszta przyjaciół mych zginie;
„Że dla mnie matka wyrzeka po synie;
„Że dla mnie, słuszną przejęte rozpaczą,
„Sieroty ojców, wdowy mężów płaczą;
„Że obywatel, widząc praw zniewagę,
„Zdeptaną wierność i tronu powagę,
„Kląć musi w duszy, jak złego przyczynę,
„Imię Duglasa i jego rodzinę! —
„Nie, ludu! przestań! pozwól, bym i daléj
„Ja was mógł kochać, i wy mnie kochali!“ —

XXIX.

Rzekł, a gniew ludu, po wzdęciu złowieszczém,
Skończył się łzami, jako burza deszczem.
Wkoło Duglasa otoczyli zgrają,
Podnoszą oczy i ręce, wzywają
Błogosławieństwa dla szlachetnéj głowy,
Co niepamiętna na śmierć i okowy,
Woli znieść krzywdę, niż szukać mścicieli,
Z krzywdą ojczyzny i obywateli! —
Starcy przed chwilą drżąc o byt spokojny,
Wielbią rozjemcę bratobójczéj wojny;
Niewiasty dzieci podnosząc, zdaleka
Wskazują ze czcią wielkiego człowieka,
Co wolał raczéj znieść śmierć i sromotę,
Niż jedną w kraju uczynić sierotę.
Żołnierze nawet wzruszyli się sami,
I czując oczy zachodzące łzami,
Jakby za wodza trumną ulubioną,
Szli za nim zwolna, i z bronią spuszczoną,
Aż nie bez żalu, u bramy zamkowéj,
Chlubnego jeńca zdali straży nowéj.

XXX.

Król wrzasków tłuszczy słuchając ze wstrętem,
Jechał w milczeniu i z sercem zawziętém,
Ni się dał prosić, by tymże znów szlakiem,
Przez miasto z swoim powracał orszakiem.
„Słyszysz? Lennoxie! — sądź, czy warte trudu,
„Władza nad ludem, i miłość u ludu?

„Słyszysz ten tryumf, ten okrzyk wesela,
„Jak sławią imię Duglasa-Bottwela,
„Te same gardła, co dziś przez dzień cały,
„Darły się wrzeszcząc na króla pochwały? —
„Ogłuchłem niegdyś od takich hałasów,
„W dniu, kiedym skruszył potęgę Duglasów;
„Takiżby hałas w tym samym brzmiał tonie,
„Gdyby dziś Duglas na moim siadł tronie! —
„Rządźże ten motłoch, ten potwór stugłowny,
„Niepewny, zmienny, dziwaczny, gwałtowny!
„Niepewny drogi, jak liść na strumieniu,
„Zmienny w uczuciach, jak obraz w marzeniu,
„Dziwaczny w chęciach, jak myśl białogłowy,
„A gwałtowniejszy, niż szał gorączkowy! —
„Litości godne jest życie i dola
„Tego, co musi wam służyć za króla!“ —

XXXI.

„Lecz patrzcie! cóż to za chyży posłaniec
„Pędzi w czwał polem pod zamkowy szaniec? —
„Goniec od wojska… ciekawym zamiaru! —
„Cóż nam donosi nasz krewny, Jan z Maru?“ —
— „Błaga cię, panie, byś podczas igrzyska
„Bezpieczną strażą otoczył się zbliska,
„Bo skryty podstęp, czy jawne szaleństwo,
„Zdają się godzić na twe bezpieczeństwo.
„Rodryk wygnaniec, wódz Alpińskiéj dziczy,
„Zebrał pod bronią swój klan buntowniczy,
„Mówią, że w sprawie Duglasa-Bottwela,
„Tobie się, panie, przeciwić ośmiela.

„Lord Mar z Morajem, na czele swych szyków,
„Wyszli rozproszyć zgraję buntowników,
„I wnet o bitwie przyjść musi nowina. —
„Tymczasem, wódz nasz błaga i zaklina,
„Abyś, o! królu! póki bunt się warzy,
„Nie raczył nigdzie wyjeżdżać bez straży.“ —

XXXII.

— „Poselstwo twoje błąd mój przypomina! —
„Byłem zapomniał o klanie Alpina.
„Obymże jeszcze złe wstrzymać był w stanie! —
„Wróć, zkądeś przybył; a śpiesz, co tchu stanie!
„Nie dbaj o konia, pędź! choćby padł w pędzie,
„Najlepszy z moich nagrodą ci będzie.
„Powiédz hrabiemu, by cofnął krok zbrojny,
„Że zakazujem kończenia téj wojny.
„Rodryk dziś rano w szczególném spotkaniu
„Raniony, jeńcem jest w naszém pojmaniu;
„I Jakób Duglas, pod sąd nasz i prawa,
„Sam swą osobę i sprawę oddawa.
„Wieść straty wodzów, co gmin ośmielali,
„Rozproszy sama zebranych górali;
„A nie pragniemy, ażeby lud niski,
„Za winy wodzów czuł zemsty pociski. —
„To jest nasz rozkaz — pośpieszaj, Brakonie!“ —
— „Będę pośpieszał — lecz niźli to błonie
„Przelecieć zdołam, boję się, ażeby
„Tam już do krwawéj nie przyszło potrzeby!“ —
Rzekł; — koń z pod kopyt darń w górę wyrzucił —
Król zamyślony na zamek powrócił.

XXXIII.

Nie w smak królowi szły tego wieczoru
Pieśni minstrelów i uczta u dworu;
Wcześnie pożegnał dworaków tłum cały,
I pieśni w zamku przed nocą ustały.
Ani weseléj nad miejskiemi mury
Osiadał ze mgłą mrok siny, ponury.
Mieszkańcy z igrzysk wracając tłumami,
Śpieszą do domów, lub stają przed drzwiami,
I wkoło siebie patrząc niespokojnie,
Szepcą pocichu o domowéj wojnie,
O wojskach, zbliska grożących nawzajem,
Klanu Alpina, i Mara z Morajem;
O strasznych skutkach, co z tego być mogą,
I o Duglasie, skaranym zbyt srogo,
Zamkniętym w wieży, gdzie za dawnych czasów,
Miecz króla niegdyś pił już krew Duglasów!… —
Tu mówca umilkł, i jakby się trwożył
Słów swoich, palec na ustach położył,
Wszedł prędko we drzwi, lub kroku przysporzył. —
O zmierzchu jeźdźców ujrzano na błoniach,
Pędzili w zamek na spienionych koniach;
I wnet pogłoski gruchnęły śród gminu,
O bitwie zaszłéj na brzegach Katrinu:
Trwała z południa do zachodu słońca,
Krwawa z obustron — niewiadomo końca.
Tak wieść niepewna głosiła po mieście,
Aż noc znużonych uśpiła nareście.

KONIEC PIEŚNI PIĄTÉJ.

Przypisy

  1. Górale szkoccy, z podań znający dobrze historyę, nie mogą zapomnieć, że kiedyś cała Szkocya była dziedzictwem ich celtyckich przodków; i ztąd wszystkie łupieże popełniane przez nich w krajach niższych (Lowlands), uważają tylko za godziwe odzyskanie swojéj własności. Krwawe napaści na ziemie spokojnych sąsiadów; pożar wsi i rabunek, nie tylko w ich mniemaniu nie ściągały hańby, lecz owszem każdy młody wódz klanu, od nich zwykle zaczynał swój zawód.
  2. Strumień wypływający z jeziora Wannachar przerzyna obszerną bagnistą płaszczyznę, zwaną Bochastle. Wzdłuż téj płaszczyzny, a zwłaszcza na małych wzgórkach, znać jeszcze tu i ówdzie ślady owego sławnego muru, którym niegdyś Rzymianie odgrodzili się od Piktów, którzy schroniwszy się przed nimi w góry, ztamtąd bezprzestannie napadali kraj przez nich podbity.
  3. Puklerz okrągły, obity podwójną skórą i opatrzony blachą żelazną, lub też gęsto nabijany gwoździami, był całą bronią odporną góralów, i służył im do odbijania bagnetów w bitwach z wojskiem regularném. Klajmorów, albo mieczów używali dopiero wtenczas, gdy nieprzyjaciel zmieszał się i ustępować zaczynał.
  4. Devaux czytaj; De Wo.
  5. Jakób II, król szkocki, zabił własną ręką Williama hrabiego Duglasa, jednego z najpotężniejszych w swoim czasie panów szkockich, wezwawszy go wprzód na przyjacielską rozmowę, w celu załatwienia trwających między nimi sporów. — Wzgórze, wspomniane w tekście, niedaleko od miasta, było zwykłém miejscem egzekucyi, gdzie najznakomitszych przestępców politycznych tracono.
  6. Wzgórek niedaleko miasta, gdzie tracono winowajców stanu.
  7. Każde prawie miasto w Szkocyi, a mianowicie znaczniejsze, miało swoje uroczyste igrzyska. Rozdawano na nich nagrody najcelniejszym łucznikom, najsilniejszym szermierzom, i najzręczniejszym w innych gimnastycznych ćwiczeniach. Jakób V szczególniejszym był lubownikiem tego rodzaju widowisk; co się przyczyniło zapewne do nadania mu tytułu króla gminu, Rex plebejorum, jak go ówczesni historycy po łacinie mianują.
  8. Robin-Hood (Robinhud) stawny rozbójnik w wieku XII, za panowania Ryszarda Lwie serce, znany jest zapewne większéj części czytelników naszych z romansu Waltera Skotta „Iwanhoe.“ — Dramatyczne przedstawienia jego bandy, były najulubieńszém widowiskiem na igrzyskach gminnych.
  9. Robinhud (Robinhood), sławny łucznik i rozbójnik, za czasów Ryszarda Lwie Serce. Przedstawianie go z całą bandą, było najulubieńszém widowiskiem na igrzyskach miejskich w Anglii i w Szkocyi. Wszystkie wymienione osoby znane są po dziś dzień w tych krajach, z wielu bardzo pieśni i powieści gminnych, których Robinhood jest bohaterem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Antoni Edward Odyniec.